Miłego czytania.
Patrząc na złociste włosy młodego chłopca, nie mógł odgonić od siebie myśli, że możliwym było zapobieżenie tej śmierci. Kurz wirował w ciemnym pomieszczeniu pełnym krzątających się aurorów z działu analiz. A on wyrzucał sobie, że nie przycisnął Milicenty od razu, tylko pozwolił jej sprawie czekać.
Gdyby natychmiast przyzwał oklumentę, nawet Emiyę, złamano by bariery na umyśle Milicenty kilka godzin wcześniej i jego opieszałość nie zostałaby przypłacona życiem przez tegoż właśnie młodego chłopca.
Emiya odkrył, że myśli Milicenty okrążały cztery srebrzyste, falujące pierścienie, każdy kolejny coraz mniejszy, schowany w większym bliźniaku. Na wierzchu jej umysłu pływało beztroskie przekonanie o tym, że zabiła Marianne. Po przełamaniu pierwszej bariery zostało ono zastąpione, niczym przez falę tsunami wymywającą inne myśli, obrazem białej róży, tak doskonale mu znajomej.
Za drugą obręczą odnaleźli wizję białego proszku, sypiącego się z drobnej, żółtawej dłoni na stół, niczym nieroztapiający się śnieg. Początkowo wzięli go za fluor, który przecież znaleziono wcześniej na brzegu szklanki Marianne, jednak później okazało się, że byli w błędzie.
Po zniszczeniu trzeciego kręgu ukazała się im okrągła sala. Na białej ścianie wisiało dziewięć obrazów. Siedem z nich zasłoniętych było grubymi, czerwonymi kotarami. Ósmy był wprawdzie odsłonięty, ale cień uniemożliwiał dojrzenie tego, co przedstawiał. Ostatni natomiast, dziewiąty, był oświetlony niczym aktor wstępujący na scenę w blasku reflektorów. Namalowana była na nim nieznana jeszcze Harry'emu czerwona plama, której wygląd przez chwilę studiował, zastanawiając się, czy i tym razem obraz ukaże mu swoje prawdziwe znaczenie. Powierzchnia płótna pozostała jednak bez zmian.
Za czwartym – ostatnim – murem zaatakowała ich wizja przystojnej, chudej twarzy młodego blondyna. Miał może dwadzieścia do dwudziestu pięciu lat. A teraz, w rzeczywistości, leżał w kałuży krwi, w ręku ściskając pustą fiolkę, używaną przez aptekarzy do porcjowania eliksirów. Na wystawie sklepu, w którym się znajdował, Harry zauważył wazon pełen białych róż, a klepsydra na kontuarku przy kasie przesypywała drobny biały proszek do złudzenia przypominający nieszczęsny fluor.
Starał się unikać spojrzenia za kontuarek, gdzie na ścianie dumnie wisiał drugi obraz – Determinacja. Już zdążył mu się przypatrzeć, tuż po wejściu. Był na początku taki sam jak ten pierwszy – czarne płótno z czerwonymi plamami, a to wszystko okolone złocistą ramą. A potem ukazała mu się jego prawdziwa natura.
- Harry – zawołał ktoś, więc odwrócił się od szyby wystawowej i gwaru ulicznego w stronę zakurzonego wnętrza. Jego spojrzenie padło najpierw na wysokie regały, na których w równych rzędach tłoczyły się pachnące starością opasłe tomiska, opisujące magiczne rytuały z pogranicza czarnej magii. Następnie jego oczy uchwyciły nadchodzącą Cho Chang. Jej czerwone szaty Aurora omiatały brudną podłogę niczym fala brzeg. – Harry, wstępny raport jest już gotowy.
Harry kiwnął głową na znak, że zrozumiał, a potem podążył za oddalającą się sylwetką Cho w głąb sklepu. Minął parę aurorów pochylonych nad ciałem chłopaka, skręcił w prawo, by obejść jeden z regałów i przeszedł przez małe drzwi do kolejnego pomieszczenia - magazynku. Tam czekał już na niego Nathan, który partnerował mu w przeszłości w kilku sprawach i który teraz stał ze skupioną miną i plikiem kartek w ręce, słuchając uważnie stojącego obok niego niskiego, starszego mężczyznę. Łysa głowa tegoż człowieka lśniła niezdrowo pomimo ciemności, a wodniste, brązowe oczy biegały od niemal niewidocznych półek magazynu do twarzy Nathana.
- To Howard Phillips, Aurorze Potter – powiedział Nathan, wskazując ręką towarzyszącą mu postać. Mężczyzna pokiwał tak gwałtownie głową, że aż uderzył się brodą w klatkę piersiową. Jego ręce drżały, gdy chował je do kieszeni. – Ofiara to Peter Phillips, bratanek tego pana.
Mężczyzna, przypomniawszy sobie nagle o nieszczęściu, które go spotkało, zacisnął wargi, następnie przycisnął dolną z nich zębami aż zbielała, a potem zsunął je, powstrzymując rozpaczliwy okrzyk pretensji cierpiącego opiekuna, którego dziecko przedwcześnie odeszło. Ostatecznie wziął głęboki wdech, jednocześnie zapadając się w sobie. – To był dobry chłopak. Pomagał mi gdy tylko mógł w sklepie i w domu, odkąd jego rodzice zginęli w wypadku, gdy miał sześć lat. Był mi jak syn.
Dopiero teraz z jego gardła wyrwał się rozdzierający jęk. Nathan położył mu uspokajająco rękę na ramieniu, jednocześnie podając Harry'emu raport. Cho rozpłynęła się gdzieś pomiędzy regałami z niepewną miną.
Harry powoli przerzucił dwie pierwsze strony, zawierające charakterystykę Petera i zeznania jego wuja. Na trzeciej rozpoczynała się analiza miejsca zdarzenia i czasu oraz przyczyny śmierci.
Przybywszy na miejsce, Harry poprosił analityków, by przeprowadzili skan całego ciała, a nie tylko narządów wewnętrznych, jak to się robi w wypadku pospolitych przestępstw. Wykazał on, że i u Petera oba bębenki były pęknięte. Krew, w której go znaleziono, okazała się smoczą krwią, pomimo faktu, iż w jego brzuchu ziała dziura po ranie zadanej sztyletem, która była najprawdopodobniej przyczyną śmierci. Tylko skąd te pęknięte bębenki?
W sklepie nie było widać śladów walki. Ustalono, że różdżka dwudziestodwuletniej ofiary po raz ostatni była używana w celu wylewitowania książki na szczyt ogromnej szafy, stojącej przy drzwiach wejściowych. Obok ciała nie znaleziono narzędzia zbrodni. Grupa aurorów przesłuchiwała właśnie okolicznych sklepikarzy i poszukiwała śladów.
- Ha… - zaczęła Cho, wyłaniając się zza sterty książek i z pochyloną głową wchodząc do magazynu. Przypomniała sobie wtedy o obecności cywila, wyprostowała się i wygładziła szatę. – Aurorze Potter, proszę na chwilę.
Harry z ulgą pozostawił za sobą jęczącego cicho Howarda i pozwolił poprowadzić się z powrotem do pierwszego pomieszczenia. Jego wzrok, niczym przyciągany magnesem, padł na Determinację. Znów przedstawiała swoją właściwą treść – długą, kamienną salę, na której zimnej, zalanej wodą posadce leżała mała, ruda dziewczynka. Na końcu pomieszczenia zobaczyć można było wykutą w skale twarz brodatego mężczyzny. W jego otwartych ustach świeciła się para jadowicie żółtych oczu.
Dwaj analitycy, którzy początkowo jedynie podnieśli z zainteresowaniem głowy, teraz wstali i zbliżyli się do Cho i Harry'ego.
- Aurorze Potter – powiedzieli naraz z doskonałą synchronizacją. Harry podał każdemu z nich dłoń. Ten po lewej, Filippe Heski, rozpoczął sprawozdanie: - Na sztylet, którym dokonano rany brzucha, musiał zostać nałożony czar prezerwujący. Dlatego ofiara nie krwawiła.
- Przyczyną śmierci było uszkodzenie narządów przez nóż? – spytał Harry, podejmując kolejną próbę uporządkowania faktów. Skąd te pęknięte bębenki?
- Nie mamy powodów, by w to wątpić – odpowiedział drugi z mężczyzn. Harry widział go po raz pierwszy i, choć analityk przedstawił się przy przywitaniu, jego imię i nazwisko wyleciało mu z głowy. Teraz, jakby czytając w jego myślach, dodał: - Uszkodzenie bębenków mogło powstać w wyniku kolizji zaklęcia prezerwującego z magią ofiary. To bardzo rzadkie, ale zapewne możliwe.
W tej chwili przy drzwiach dało się słyszeć odgłos rozmowy, prowadzonej ściszonym głosem. Cho bez słowa podeszła bliżej, by po kilku minutach wrócić, tym razem prowadząc za sobą wysoką czarownicę w średnim wieku. Stanęła tak, by zasłonić kobiecie ciało ofiary i wskazała dłonią Harry'ego, uśmiechając się zachęcająco.
- Panie Potter – rozpoczęła oficjalnie, jej głos drżał nieznacznie. Wyciągnęła z rękawa różdżkę i machnęła nią, a w powietrzu ukazał się sztylet, którego ostrze było długie i wąskie, a klinga srebrna i filigranowa. Harry kiwnął na jednego z analityków, który przejął nóż jednym płynnym zaklęciem. – Usłyszałam krzyk. Był taki dziwny, piskliwy i mrożący krew w żyłach. Miałam wrażenie, że gdzieś już wcześniej go słyszałam. Odwróciłam się w stronę tego sklepu i zobaczyłam, że ktoś wybiega przez drzwi. Uciekając, przebiegał tuż obok mojego straganu, więc z ciekawości ruszyłam za nim.
- Widziała pani twarz tej osoby? – zapytał z nadzieją Harry, pragnąc jedynie ruszyć tę sprawę z miejsca. Jej ponura mina zmyła uśmiech z jego twarzy.
- Nie, niestety nie. – Pokręciła głową, spuszczając wzrok. – Na jego ubranie nałożone było wiele warstw zaklęć odwracających uwagę i zniekształcających sylwetkę. Obawiam się, że nie mogę nawet powiedzieć, czy to była kobieta czy może mężczyzna.
- Proszę mówić dalej – zachęciła Cho, gdy czarownica umilkła na kilkanaście sekund. Kobieta podniosła głowę i posłała jej spojrzenie pełne wdzięczności.
- Osoba ta aportowała się tuż za rogiem – powiedziała, a Harry zacisnął zęby ze złości. „Tuż za rogiem" znajdował się punkt aportacyjny, z którego korzystały setki osób dziennie. W takich sytuacjach nie da się wyśledzić jednego człowieka. – Podeszłam do miejsca, w którym zniknęła. Gdy się rozejrzałam, dostrzegłam ten sztylet, leżący pośród starych kartonów. Nie dotykałam go, użyłam zaklęcia.
Cho podziękowała jej, prowadząc z powrotem do drzwi. Tam spisała jej dane. Analitycy tymczasem z zaciekawieniem oglądali sztylet. Harry z powracającą nadzieją spojrzał na ich błyszczące oczy. W końcu zbliżył się do nich i odchrząknął.
- Bez wątpienia jest to sztylet, którym zadano ranę. Na rękojeści znaleźliśmy odciski palców Draco Malfoya, Aurorze Potter – oznajmił Filippe, a serce Harry'ego niemal stanęło w miejscu. Nie mógł wydusić słowa. Analityk kontynuował: - Czar prezerwujący rzucony został z głogowej różdżki z włosem jednorożca.
Harry zacisnął dłonie w pięści i, po krótkim pożegnaniu, wymaszerował ze sklepu. Przy wyjściu poprosił Cho, by wszystkie dowody trafiły do Emiyi.
A teraz… musi uciąć sobie krótką pogawędkę z Malfoyem.
Koniec części IV.
