Tym razem wyszedł mi trochę crackfick. Akcja rozgrywa się mniej więcej miesiąc po Powrocie do życia, czyli przed Długiem wdzięczności.
Za klocki odpowiedzialna jest myszyna
Braterska rywalizacja
Sherlock nie lubił zmian, ale nie miał innego wyboru, jak tylko je zaakceptować. Nigdy by też głośno nie przyznał, ale Sheila w pewnym stopniu go interesowała, przynajmniej na tyle, by nie zrezygnować z opcji częstszych wizyt u Molly. Minął miesiąc od powrotu do Londynu, gazety dały mu spokój, ale rozgłos, który mu zapewniły, spowodował napływ klientów, być może nawet skuteczniej niż niegdyś blog Johna.
Jeśli chodzi o Watsonów, to wrócili z dwutygodniowych wakacji do szarej codzienności i Sherlock nawet był u nich na obiedzie, który po kolacji przeciągnął się jeszcze długo w noc, jako że John był ciekawy szczegółów z dwuletniej nieobecności, a Sherlock znudzony samotnością.
Częściej jednak niż u Johna, Sherlock bywał u Molly, jak nie w kostnicy czy laboratorium, to w domu. Przyzwyczajał się do tego, że Molly go słucha i stymuluje, a powoli także zaczynał uczyć się jej słuchać.
Tym razem również liczył na taką efektywną rozmowę, bo John siedział w szpitalu na dyżurze i nie odpisywał na smsy, a Sherlock potrzebował pomyśleć i przeanalizować całą sprawę. Niestety przekonał się, że to niemożliwe, ledwie przekroczył próg mieszkania Molly.
Na korytarzu stał parasol, a na wieszaku wisiał płaszcz. Detektyw nie kłopotał się zdjęciem własnego odzienia wierzchniego i wpadł do pokoju, gdzie tak jak się spodziewał, zobaczył brata na jego miejscu na kanapie. I Sheila śmiała podawać swoje klocki Mycroftowi.
- Co ty tu robisz? – wysyczał na wstępie. Owszem, zawarli kruche porozumienie, ale to nie znaczyło, że Mycroft może tak po prostu przychodzić do Molly i jeszcze pić u niej herbatę. Z kubka Sherlocka.
- O, cześć – uśmiechnęła się Molly, nie widząc, czy też udając, że nie widzi napięcia. – Herbaty?
- Nie – obraził się Sherlock.
- Seeee-looooo! – Sheila poderwała się z ziemi z radosnym piskiem, czym zasłużyła sobie na pełen zadowolenia uśmiech. Dobrze, że dziecko wie, kogo jak ma witać.
- Ciebie też miło widzieć – przywitał się starszy Holmes z nienaganną uprzejmością. – Może byłeś tego nieświadomy, ale od urodzin Sheili co miesiąc składałem pannie Hooper…
- … Molly – wcięła się patolog.
-… wizyty, by zgodnie z twoją prośbą sprawdzać, czy wszystko jest w porządku – dokończył z naciskiem Mycroft, wyraźnie nie usłyszawszy wtrącenia kobiety.
- Ale wszystko jest w porządku – zauważył Sherlock. – I nie musisz składać osobistych wizyt, skoro wróciłem – dorzucił z niesmakiem.
Sheila pociesznie spoglądała to na jednego Holmesa, to na drugiego, zafascynowana rozmową, aż w końcu wdrapała się na kanapę tuż koło Mycrofta i sięgnęła do obcej jej części garderoby.
- Co to?
- Krawat - odparł Mycroft i zesztywniał, bo dziewczynka wlazła mu na kolana i wsunęła obślinione paluszki za kołnierzyk koszuli.
Sherlock wyszczerzył się wesoło i zrzucił z siebie marynarkę. Mimo przewiewu w mieszkaniu było duszno, a Molly jakoś dziwnie krytycznie zerkała na niego, ile razy spływał potem i tego nie zauważał. Poza tym Sherlock zdążył już zauważyć, że łatwo można się tu było zabrudzić, a prościej było potem wrzucić koszulę do prania niż oddawać marynarkę do czyszczenia.
- Mała ma rację, ten krawat jest obrzydliwy.
- Ymm, zostaniecie przez chwilę z Sheilą? - zapytała nieoczekiwanie Molly. - Wyskoczyłabym tylko za róg na szybkie zakupy, nie mam chleba na śniadanie.
Sherlock otworzył usta, by zaprotestować, ale Mycroft odchrząknął tylko i oświadczył, że może zostać jeszcze przez pół godziny. Zaraz potem musiał wykazać się refleksem, bo Sheila z uciechą pociągnęła go za krawat.
Molly chwyciła torebkę i niemal wybiegła z mieszkania, żeby zrobić zakupy, zanim się rozmyśli i uzna, że musiała być kompletnie walnięta, żeby zostawić dziecko z Holmesem. Z Holmesami. Odbiło ci, szeptał usłużny głosik w jej głowie, gdy szła między półkami osiedlowego sklepu i wybierała produkty na obiad i śniadanie. Nie, nie, to się mogło skończyć tylko źle… Ale z drugiej strony przecież zostawiła kiedyś Sherlocka sam na sam z Sheilą i oboje to przeżyli. Teraz bardziej akuratne było pytanie, czy bracia Holmes przeżyją sami ze sobą i w dodatku z dzieckiem pod, khm, opieką.
- O, dzień dobry, pani Craffword. – Molly z rozpędu omal nie wpadła na sąsiadkę z parteru. Starsza pani zawsze była dla niej uprzejma i wbrew jej obawom nigdy nie zapytała, dlaczego sama wychowuje dziecko.
- Dzień dobry, kochana. A gdzie mała dama? – Niższa od Molly niemal o głowę pani Craffword rozejrzała się po alejkach za dzieckiem.
- Zostawiłam ją w mieszkaniu z, um… przyjaciółmi – wyjaśniła Molly, jednocześnie szukając portfela w torebce, żeby zapłacić.
- Ten elegancki brunet, który ostatnio tak często u ciebie bywa? – domyśliła się starsza pani, a Molly jęknęła w duchu. Tylko tego jej brakowało, żeby sąsiadka zaczęła roztrząsać relacje łączące ją z Holmesem.
- Tak, tak – potaknęła. Zapakowała spiesznie zakupy i zapłaciła.
- Nieuprzejmy typek, nigdy mi dzień dobry nie odpowiada – usłyszała jeszcze na odchodnym od starszej pani, która mamrocząc coś do siebie wypakowywała swoje zakupy z koszyka. Nie zastanawiając się, o co też może jej chodzić, Molly pospieszyła do mieszkania.
O dziwo zastała je w jednym kawałku, chociaż podniesiony głos Sherlocka powinien dać jej do myślenia.
- Nie, nie, tak się tego nie robi! – zbulwersował się detektyw, a zaraz potem dał się słyszeć odgłos walących się klocków i wysoki śmiech Sheili. Molly odłożyła zakupy i z telefonem w ręce zajrzała do pokoju, gotowa zrobić szybkie zdjęcie, bo jak słuszne podejrzewała, było czemu.
Sherlock siedział na podłodze z miną urażonego pięciolatka, a dookoła walały się rozsypane klocki. W przeciwieństwie do detektywa, Sheila była przeszczęśliwa i szturchała go, żeby dalej budował. Mycroft nadal okupował kanapę i właśnie głęboko zniesmaczony odkładał telefon po rozmowie, gdyż najwyraźniej doszedł do wniosku, że w takich warunkach rozmawiać się nie da. Molly cyknęła zdjęcie, żałując, że nie ma pod ręką aparatu. Cóż, musiało wystarczyć.
- Dziękuję za herbatę – powiedział sztywno Mycroft. – Wszystko jest załatwione, opiekunka będzie jutro o siódmej trzydzieści.
- O, świetnie. Podeślę wieczorem zdjęcie – odparła wesoło Molly.
- Cudownie – wycedził Mycroft, jakby Molly zapowiedziała właśnie, że wyśle mu kopertę z wąglikiem. Wbrew temu, co mogła sądzić Anthea, był głęboko świadomy prowadzonego przez nią rankingu zdjęć SH Mini, jak asystentka nazywała Sheilę Hooper. Obawiał się, że to dzisiejsze może znaleźć się w czołowej dziesiątce. Będzie musiał dopilnować, żeby go nie zobaczyła.
- Naucz ją lepiej, jak się z tych klocków korzysta – wtrącił się Sherlock. – Bez tego jakiekolwiek działania są bez sensu. Potrafi tylko niszczyć.
Molly przygryzła wargę, żeby się nie roześmiać, i odprowadziła starszego Holmesa do drzwi. Dopiero później, gdy wróciła do salonu, dostrzegła na stole równiutko ułożoną wieżę całkiem przypominającą Big Bena. Chyba właśnie odkryła powód, dla którego Sherlock był taki obrażony.
