Taksówka zawiozła nas gdzieś na przedmieścia. Ciąg typowych ceglanych szeregowców wzdłuż ulicy, częściowo przysłonięty żywopłotami, co dziesięć metrów drzewo – diabli wiedzą jakie, nie jestem leśnikiem – wszystko angielskie aż do porzygania. Przez pięć lat mieszkałem przy podobnej ulicy i wiedziałem, że w takich miejscach są zwykle dwie opcje: albo wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, albo starannie ignorują się nawzajem, chcąc mieć jedynie święty spokój. Przy takich ślicznych, porządnych ulicach, w mieszczańskich domach ze starannie przystrzyżonym trawnikiem od frontu i ogródkiem na grilla od tyłu cudownie hoduje się dzieci, koty i psy, wspaniale rosną pelargonie, przemoc domowa, skryty alkoholizm i seksualne molestowanie nieletnich.

Przy ostatnim domu stały dwa radiowozy. Kiedy wysiadaliśmy, od drzwi frontowych oderwała się jakaś kobieta w ciemnoszarym płaszczu i podeszła do furtki.

- Witaj, Sally – zachrypiał Picuś i odchrząknął.

Przez sekundę patrzyła na niego z dezorientacją, a potem sapnęła:

- Boże, Holmes, w pierwszej chwili nie poznałam cię w tym łachu. Gdzie twój firmowy płaszcz?

- W pralni.

- A to kto? – Zmierzyła mnie spojrzeniem od stóp do głów. Nie pozostałem dłużny. Mulatka. Średni wzrost, średni biust, zgrabna. Dość ładna, z całą masą drobnych loków, takich do ramion. Miała ostry, czujny wyraz twarzy – z takich od razu widać: twarda dziewczyna, co to się nie cacka.

- Mój ochroniarz – odpowiedział jej Picuś, wskazując mnie niedbałym gestem multimilionera. O ja pitolę, mam to uznać za awans? – Nigel Duncan, były wojskowy, miły facet, ma problemy z alkoholem i atakami agresji. Duncan, to Sally Donovan, sierżant policji, moja stara nieprzyjaciółka. Lubi seks bez zobowiązań i ma skłonności do nieodpowiednich związków. Ale poza tym jest w porządku.

Obojgu nam szczęki opadły jednocześnie. Mnie bardziej, a sierżant Donovan mniej, bo chyba była do Picusia bardziej przyzwyczajona. A ten łachmyta spokojniutko wlazł do ogródka i zaczął bardzo dokładnie oglądać wpierw żywopłot, potem okna, ganeczek i drzwi... Wymieniliśmy z policjantką ostrożne spojrzenia.

- Stara nieprzyjaciółka? Czyli od dawna go znasz?

- O jedną wieczność za długo. Były wojskowy?

- Jestem przyjacielem jego... jego przyjaciela.

- Jego faceta, Johna. A gdzie się podział Watson?

- Dostał pilne wezwanie do szpitala.

- No to będą kłopoty – mruknęła Donovan. – Nie ma kto Świra przypilnować. Były już z nim jakieś problemy?

Odkaszlnąłem ze zmieszaniem

- Tak jakby. Mieliśmy małą różnicę zdań i trochę... Odrobinę mu przyłożyłem.

Zobaczyłem, jak wydatne usta policjantki rozciągają się w szerokim uśmiechu.

- Nigel? Mogę ci mówić po imieniu?

- Oczywiście.

- Miałbyś ochotę wybrać się ze mną gdzieś na drinka, Nigel? Na przykład jutro?

A niech to!

- Z największą przyjemnością, ma'am.

- Mów mi po prostu Sally.

Nim Picuś zdążył obwąchać posesję, wymieniliśmy się numerami telefonów.

- Chodźmy. Za nic nie przepuszczę przedstawienia – powiedziała Sally, dotykając mego ramienia. Picuś właśnie wchodził do środka.

To był jeden z tych małych domów, które wydają się jeszcze mniejsze w środku, z powodu natłoku mebli. W saloniku na parterze zastaliśmy zapłakaną myszowatą blondynkę, jakiegoś ponurego typa obok niej (pewnie mąż), dwóch mundurowych, jednego faceta z wielkim aparatem fotograficznym i jednego gościa w wymiętym brązowym płaszczu, który wyglądał na glinę w cywilu. Nie myliłem się.

- Wprowadź mnie, Lestrade – zażądał Picuś, jak tylko przestąpił próg. Oczywiście żadnego „dzień dobry".

A więc to jest słynny inspektor Lestrade, kumpel Johna w policji i dostarczyciel „spraw" na żer dla słynnego detektywa... Przyjrzałem mu się z ciekawością. Wysoki, z siwymi rozwichrzonymi włosami i podkrążonymi czarnymi oczami pasującymi bardziej do Sycylii niż do Anglii. Wyglądał na sfrustrowanego.

- Mnie też cię miło widzieć, Sherlock – rzucił z sarkazmem. – Porwanie dziecka, dość nietypowe...

- Gdyby było typowe, to byś mnie nie wzywał. Streszczaj się – przerwał mu Picuś.

- ...Jessica Meller, lat sześć, porwana nocą z własnego pokoju. Intruz wszedł przez okno – ciągnął Lestrade jakby nigdy nic. - Rodzice byli obecni w domu, ale nic nie zauważyli aż do szóstej nad ranem. Spali. Dziecko prawdopodobnie oszołomiono narkotykiem i wszystko odbyło się bardzo cicho. List z żądaniem okupu porywacz - lub porywacze – przysłał mailem. Tu jest wydruk. – Podał Picusiowi kartkę. - Co chcesz obejrzeć najpierw?

Picuś rzucił okiem na list, popatrzył na panią Meller, potem na ojca porwanej dziewczynki, a w końcu odwrócił się w stronę sztucznej choinki, która już stała w kącie pokoju, chociaż chyba było jeszcze trochę za wcześnie na ubieranie drzewka.

- Pokój małej.

- Na górze. Technicy już tam skończyli.

Pomaszerował w stronę schodów, wiodących na piętro.

- Inspektor też go zna o jedną wieczność za długo? – mruknąłem do Sally ledwo dosłyszalnie.

- Dwie wieczności – odparła krótko.

Picuś wrócił po pięciu minutach i zaczął z kolei węszyć na dole, z chustką przyciśniętą do ust, cały czas zanosząc się zduszonym kaszlem. Oglądał fotografie na kominku, przedstawiające głównie śliczną, błękitnooką blondyneczkę z kucykami. Zaglądał do kuchni i nawet do szafy w przedpokoju. Rodzice porwanej dziewczynki obserwowali go ze zdziwieniem i obawą, a Lestrade ze źle ukrytą irytacją.

- Gdybym wiedział, że jesteś aż tak chory, nie dzwoniłbym – powiedział. – Poradzilibyśmy sobie sami.

- Nie sądzę – odparł Picuś wzgardliwie. – Pani Meller, gdzie są prezenty świąteczne dla dziecka?

Kobieta spojrzała niepewnie na detektywa, a potem na męża.

- Nie... Jeszcze nie kupiliśmy. Wszystko było albo za drogie, albo nie podobało się Markowi... Chciałam... chciałam dzisiaj Jessi kupić jednorożca... takiego z grzywą do zaplatania... – Zaczęła znów płakać.

- Nieważne – uciął Picuś brutalnie. – A więc spała pani? W sypialni na górze? Obok pokoju córki?

Pani Meller pokiwała głową, tonąc we łzach.

- A jednak nic pani nie słyszała?

- Moja żona miała migrenę, wzięła tabletki przeciwbólowe i nasenne! – rzucił ostro Mark Meller.

- A pan... też... miał migrenę? – wykaszlał Holmes.

- Zasnąłem tutaj, przed włączonym telewizorem. Nie spałem tej nocy w łóżku.

Picuś wyjął komórkę i zaczął przy niej grzebać.

– Znów nie mam zasięgu... kyh-kyh-kyh... Może mi pan dać swój telefon? – Wyciągnął rękę do Mellera.

- Może pan skorzystać ze stacjonarnego – odrzekł tamten niechętnie.

Coś wisiało w powietrzu, czułem to.

- Wolę pisać. – Holmes uparcie nie opuszczał łapy i Meller niechętnie podał mu swoją komórkę.

- Wszyscy obecni są świadkami, że Mark Meller przekazał mi swój telefon dobrowolnie i że przy nim nie manipulowałem. – Detektyw podał komórkę Mellera policjantowi. - Lestrade, aresztuj faceta pod zarzutem porwania córki. Z komórki techniczni powinni odzyskać dane. Na pewno prowadził negocjacje z kupcem.

W jednej sekundzie rozpętało się piekło. Pani Meller zaczęła krzyczeć okropnym wibrującym głosem i dostała spazmów. Meller, miotając przekleństwa, władował Picusiowi fangę w dołek, aż ten zatoczył się na ścianę. Odruchowo złapałem gościa za fraki, szarpnąłem i wykręciłem mu rękę, nim jeszcze mundurowi doskoczyli z kajdankami. Meller wrzeszczał coś o skandalu i o tym, że Holmes to wariat, jego żona zawodziła i krzyczała, żeby puścić jej męża, to znów powtarzała: „Jessi, Jessi, moja malutka..." Sally Donovan próbowała ją uspokoić, ale dała za wygraną i wezwała karetkę. Policjanci wyprowadzili Mellera, recytując tradycyjną formułkę, choć nikt tego nie słuchał. Kotłowanina trwała, a ja się nareszcie zorientowałem, że Picuś zniknął. Klnąc na czym świat stoi, zajrzałem do wszystkich pomieszczeń w domu, ale znalazłem go dopiero kiedy wyjrzałem przez drzwi kuchenne na tylne podwóreczko. Siedział na dziecięcej ogrodowej huśtawce, obejmując się ramionami, jakby mimo grubej kurtki było mu zimno. Odrzucił głowę do tyłu i wystawiał twarz na kropiący znów deszcz.

- Holmes...

- Nie jestem taki. Nie jestem taki jak Meller – powiedział.

Kotłowało się we mnie tyle uczuć, że nawet nie umiałem ich nazwać. Jedno wiedziałem: to nie były dobre emocje. Nie, kurwa, oczywiście, że nie był taki jak Meller – to znaczy właściwie jaki? Nie miałem wątpliwości, że jest aroganckim skurwysynem i psycholem. Ale gdyby był potworem, krzywdzącym dzieci, to przecież John by nie chciał z nim być, prawda? Stąd ta Johnowa mówka zaraz pierwszego dnia, o zakazanych słowach. Picuś nie był bandytą, on takich kolesi łapał.

- Nie ogarniam. Dlaczego facet miałby porwać własne dziecko i domagać się okupu od samego siebie?

- Choć raz użyj szarych komórek, Duncan. Sprzedał małą jakiemuś pedofilowi, a list był zwykłym blefem.

- Holmes! Greg cię prosi na słówko – usłyszałem za plecami głos Sally. – Nie może przecież napisać w raporcie: „Aresztowaliśmy podejrzanego, bo Sherlock Holmes nam kazał".

- A byłoby to zgodne z prawdą – burknął Holmes, wstając z ociąganiem. – Skończyliście już tam?

- Mniej więcej. Idź, oświeć szefa, skąd masz te rewelacje o Mellerze.

Sam byłem ciekaw.

- Meller ma spore problemy finansowe – mówił Holmes już siedząc w saloniku. – Oszczędzają na czym mogą. Nieprofesjonalnie przystrzyżony żywopłot, okna proszą się o konserwację, ale najwyraźniej nie ma na to pieniędzy. Hipoteka domu jest prawdopodobnie grubo obciążona, a Meller stracił pracę kilka miesięcy temu. W kuchni leżą gazety z pozakreślanymi ogłoszeniami w dziale Praca. Ozdoby na choince mają już kilka lat, nic w tym roku nie kupowali nowego. Meller jest poza tym skąpy na granicy patologii, wszystkie rzeczy w tym domu są bardzo tanie. Prezenty dla dorosłych ludzie często kupują w ostatniej chwili, ale dla dzieci lubią planować i kupować dużo wcześniej, a potem chować gdzieś w szafie. Meller wybrzydzał, a tak naprawdę chciał zaoszczędzić parę funtów, bo wiedział, że na Boże Narodzenie już nie będzie miał córki w domu. Dzieci drogo kosztują, więc wykombinował sobie, że nie tylko pozbędzie się problemu, ale jeszcze zarobi i załata dziurę w budżecie. – Słuchałem tego z rosnącą zgrozą. – To porwanie to była czysta amatorszczyzna i do tego nędznie zamaskowana. Z jego komórki i komputera technicy powinni odzyskać wysyłane zdjęcia i maile, nawet jak je skasował – z kimś musiał się umawiać i zaprezentować mu „towar". Nie napisał tego niby-listu o okup na kartce, bo bał się, że niechcący zostawi odciski palców. Na to był dość cwany. Zwykły porywacz uśpiłby dzieciaka i wyniósł owiniętego w koc, a tymczasem on małą ubrał. W szafie w holu nie było dziecięcego płaszcza ani śniegowców. Poza tym jaki idiota ryzykuje porwanie dziecka z domu? Łatwiej to zrobić z placu zabaw, z ogródka albo sprzed szkoły. Wszystko odbyło się cicho, bo córeczka przecież ufała tatusiowi i ani myślała krzyczeć. Pewnie myślała, że to taki żart, że wychodzą gdzieś w nocy. Ostatni element to wyłamany zamek w oknie i zarysowania na parapecie w sypialni małej – zostały zrobione od wewnątrz. No i od paru dni niemal bez przerwy leje, ziemia jest nasiąknięta jak gąbka, więc gdzie są głębokie dziury po drabinie pod oknem? Porywacz spłynął z niebios jak anioł, a potem podfrunął z powrotem z dziewczynką w ramionach?

- Miałem wrażenie, że wiele elementów tu do siebie nie pasuje, ale ty to wszystko zebrałeś do kupy – powiedział inspektor.

- Powinniście zainwestować w lepszych analityków – odparł Holmes, przecierając twarz dłońmi. – Przyciśnij Mellera, odzyskaj małą i zwróć matce, ona nie ma z tym nic wspólnego. Będą odtąd żyć długo i szczęśliwie we trójkę: one dwie oraz ich stały psychiatra – dodał zjadliwie.

- Dzięki, Sherlock – powiedział Lestrade posępnie. – Doceniam twoje dowcipy. A teraz wracaj do domu i się połóż, bo wyglądasz jak swoje własne zwłoki.

xxx

Było już koło wpół do czwartej. Zanim przyjechała wezwana taksówka, zdążyło już się ściemnić. Początkowo milczeliśmy. Holmes oparł głowę o szybę i gapił się na przesuwające za oknem światła wielkiego miasta.

- Zawsze tak jest? – odezwałem się wreszcie.

Wzruszył ramionami.

- Tym razem było dość nudno. Ale czasami próbują nas zabić i jest weselej.

- Nudno?! Tak to oceniasz? Do cholery, tu chodzi o dziecko! Mógłbyś się choć trochę przejąć.

- Czy to, że się przejmę, w jakikolwiek sposób zmieni sytuację? Zrobiłem co do mnie należało, reszta jest w rękach policji.

- Nie obchodzi cię, że może właśnie w tej chwili jakiś obleśny typ gwałci sześciolatkę?

- Prawdopodobnie właśnie w tej chwili kilkuset obleśnych typów na całym świecie gwałci kilkaset sześciolatek lub sześciolatków. Mam się rozpłakać?

- Jesteś królem egoistów. Życie tej małej Jessi aktualnie rozpadło się w gruzy, zdradził ją własny ojciec, już nigdy nie będzie normalna...

- Duncan... ZAMKNIJ SIĘ. Może ciebie podnieca gadanie o takich rzeczach, ale mnie wyłącznie denerwuje i nudzi! Jesteś NUDNY! I zboczony.

O, odezwał się święty Holmes, patron normalności...

Taksówka wlokła się w korkach. Urażeni, siedzieliśmy, nie patrząc na siebie, a Holmes naturalnie kaszlał.

- To, że mam na dysku bondage, nie znaczy jeszcze, że jestem zboczeńcem – odezwałem się po jakimś czasie.

- To, że się wygłupiam, żeby rozweselić Johna, nie znaczy jeszcze, że jestem kretynem – odparł natychmiast.

Och... Dobra, przyjąłem do wiadomości.

Przechylił się i zastukał w szybę, dzielącą nas od kierowcy.

- Do Harrodsa proszę.

- Przecież to jest cały kawał od Baker Street, za Hyde Parkiem! – zaprotestowałem.

- Nie denerwuj się, ja płacę za kurs.

Trzy minuty milczenia.

- Mówiłeś, że czasami ktoś próbuje was zabić.

- Mhm...

- Tak jak ten cały Moriarty...?

- Moriarty był jedyny w swoim rodzaju. Reszta to płotki.

- Ale jednak ryzykujesz życiem Johna, włócząc go po jakichś szemranych spelunach. Tak jak wtedy, jesienią, kiedy przyjechał do mnie z rozwaloną nogą, po strzelaninie z dilerami.

- John jest żołnierzem i nie dałby się zostawić w domu, kiedy w perspektywie ma kuszące, cytuję, szemrane speluny. John Watson to nie żona, którą się zostawia w domu, idąc na wojnę.

- Arcymistrz wkurwialności.

- Dziękuję. Dużo trenuję.

xxx

On był nie do wytrzymania. Zresztą, co ja się będę, kurna, powtarzał? Oczywista oczywistość: Sherlock Holmes był ucieleśnionym koszmarem. Koszmarem upartym do kwadratu i dodatku coraz bardziej chorym. Mało było odysei na Oxfort Street, to teraz zafundował mi Harrodsa w samym szczycie świątecznej gorączki. I oczywiście znowu interesowały go głównie szmaty. Jezu, nigdy więcej zakupów z gejem – był gorszy od Marion. Okej, raz tylko wszedł do czegoś poza odzieżówką i był to, zlituj się Boże, sexshop. Wolałem nie rozważać, co tam oglądał i co kupił. Zbliżała się szósta, byłem zmęczony i głodny jak pies. Cholerny Picuś tymczasem poszedł do kibla i chyba się tam utopił, bo nie wyłaził całe wieki. W końcu tam zajrzałem, bo ileż, do jasnego groma, można czekać?!

- Jezu Chryste!

Holmes siedział pod ścianą na podłodze, z wyciągniętymi nogami, spocony i blady jak śmierć, obejmując głowę rękami. Przyklęknąłem obok.

- Co się dzieje? Co ci jest? No żesz kurwa, mówiłem, żeby wracać do domu!

- Za dużo bodźców – wymamrotał. – Przeładowałem się.

- Wstawaj, idziemy do chaty.

- Nie. Zostało jeszcze jedno piętro...

Ja go zabiję. O ile tylko nie zdechnie wcześniej.

- Za czym ty tak łazisz, do diabła? Czego szukasz?!

- Kurtki...

Wszystko mi opadło.

- Kurtki?!

Picuś otworzył jedno niebieskie ślepie i łypnął na mnie półprzytomnie.

- Kurtka. Krótkie okrycie wierzchnie z grubego materiału lub skóry, męskie lub kobiece. Kurtka. K-u-r-t-k-a, Duncan. Masz kłopoty ze słuchem?

- Po cholerę ci kurtka? Chodzisz w płaszczu.

- Dla Johna. Na Gwiazdkę. W zamian za tę zniszczoną.

O rany...

Jakiś facet przeszedł obok, obrzucając nas wielce podejrzliwym spojrzeniem. „Cholerne ćpuny" – usłyszałem przytłumione pomrukiwanie z kabiny.

- Ma pan jakiś problem, sir? – podniosłem głos i mamrotanie natychmiast ucichło. – Holmes, okej, rozumiem, ale obkolędowaliśmy dzisiaj chyba ze sto sklepów! Mogłeś ją kupić już dawno. Mogłeś, do licha, zamówić przez Internet, a nie prać się ze mną na podwórku!

- Po pierwsze, nie mogłem przez Internet, bo zdjęcia nigdy nie oddają jakości towaru. Po drugie, żadna nie pasowała.

- Nie chrzań, John ma standardowe wymiary, któraś musiała pasować, po prostu za bardzo wybrzydzasz.

Zwiesił ramiona.

- Żadna nie była Johnowa. Duncan, widziałeś tam coś, co pasowało do Johna? Do mojego Johna?

Zastanowiłem się głęboko. Ano nie, nie widziałem i zaczynałem rozumieć problem. Po prostu w żadnym ze sklepów nie było tego, co by się Watsonowi podobało i w czym wyglądałby po swojemu. Holmes miał rację. Ale widziałem też w jakim stanie jest ta zdesperowana kryminalna sierotka. Jeszcze jedno piętro Harrodsa go wykończy do reszty.

- Holmes, rozumiem i popieram akcję, ale na dziś koniec. Do wigilii jeszcze dwa dni, zdążysz. Szeregowy, bez dyskusji. Zbieraj się z tych kafli, wracamy na Baker Street, nawet jeśli będę cię musiał nieść. Poza tym na zewnątrz robi się coraz zimniej, a ja mam na sobie tylko polar. I jestem głodny.

xxx

Kiedy przekroczyliśmy próg mieszkania, okazało się, że Johna nadal nie ma, więc zaryzykowałem telefon. Może już się tam ogarnęli z tym wypadkiem? Jednak usłyszałem tylko automatyczną sekretarkę, a raczej sekretarza. Uwodzicielski, seksowny baryton, bez dwóch zdań należący do Picusia: „Doktor John Watson nie może odebrać, gdyż a/ śpi b/ jest pod prysznicem c/ uprawia seks. Jeśli potrzebujesz pomocy medycznej, zostaw wiadomość po sygnale. Jeśli jesteś ofiarą przestępstwa, skontaktuj się z Sherlockiem Holmesem. Jeśli jesteś błyskotliwym przestępcą, również skontaktuj się z Sherlockiem Holmesem. Dziękuję za uwagę i życzę miłego dnia. Tiiiit..." Parsknąłem w kułak.

- Czy John wie, co mu nagrałeś?

- Jeszcze nie. Raczej nie ma zwyczaju dzwonić do samego siebie.

- Oberwiesz za to.

- O, mam nadzieję.

Holmes zrzucił moją parkę wprost na podłogę, chwiejnie dotelepał się do kanapy i padł jak podcięty kwiatek. Zrzucił buty i zwinął pod kocem tyłkiem do publiczności. Wzruszyłem ramionami. Podniosłem swoją kurtkę, rzuciłem na fotel i poszedłem do kuchni, zrobić sobie gorącej herbaty i coś do jedzenia. No dlaczego ktoś miałby mi tu dziękować za pożyczenie ubrania i całodzienną opiekę? A Johnny twierdzi, że kocha tego sukinsyna – dlaczego? Po prostu niepojęta zagadka. Kiedy wróciłem, Picuś nadal prezentował plecy - tyle, że te plecy się trzęsły.

- Hej, zimno ci? Podkręcić grzejnik?

Niewyraźne mruknięcie: ani na „tak", ani na „nie", diabli wiedzą. Plus znajomy rzężący kaszelek z głębi flaków. Słuchałem go niemal bez przerwy od samego rana i zdaje się, że będzie mi się śnił też w nocy. Holmes nie brał antybiotyku w południe, teraz było już po szóstej i nadal się nie kwapił. Dobra, czas działać. John wróci późno, wykończony po pracy, a będzie musiał się jeszcze zajmować tym rozbestwionym bałwanem.

Wróciłem do kuchni, by spenetrować szafki. Na szczęście znalazłem wszystko, co było mi potrzebne. Nie minęło dziesięć minut, kiedy zaniosłem do salonu parujący kubek, postawiłem go na stoliku między papierowymi zwierzakami, i trąciłem Holmesa w ramię. Obejrzał się.

- Częstuj się – zachęciłem.

- C-co ttt-o jessst? – Zęby mu dzwoniły.

- Bum-bum. Coś dla dużych chłopców. Dzieci dostają mleczko z miodem, a faceci to. Chyba że się czujesz chłopczykiem, to zrobię mleko.

Tak jak myślałem, dał się sprowokować. Zresztą miał inne wyjście? Łyknął, poczerwieniał jak piwonia i na dłuższą chwilę stracił oddech.

- Boże... – wyszemrał, wybałuszając te swoje dziwaczne ślepia.

- Mleczka? – zajudziłem.

Rzucił mi mordercze spojrzenie i bohatersko wychylił duszkiem resztę herbaty z miodem, imbirem i koniakiem. Dużą ilością koniaku. Właściwie był to koniak z herbatą. W jednej chwili kryminalista dostał szklistych oczek i zaczął się pocić. Bardzo dobrze. Wypoci się i wydobrzeje.

- Nie myśl tylko, że zacząłem cię lubić! – zastrzegłem.

- Nawet mi to przez głowę nie przeszło - odparł. - Nie lubisz mnie, nie znasz i nie obchodzą cię moje potrzeby. Kupiłeś mi pewnie coś pod choinkę, bo tak wypadało, ale bez głębszego zastanowienia. Sądząc z kształtu pudełka, tani zestaw kosmetyków, które natychmiast wyrzucę.

No pewno, powinienem mu zafundować Chanela czy innego Armaniego.

- Palant.

- Trep.

- Picuś.

- Jaskiniowiec.

Wziąłem z fotela kurtkę, żeby odwiesić ją na haczyk, a przy okazji opróżniłem kieszenie.

- To twoje. – Z obrzydzeniem podałem Holmesowi w dwóch palcach torebkę z sexshopu.

- Nie, twoje.

- Twoje! Ty to kupowałeś!

- Ja, ale dla ciebie. Jutro wylądujesz w łóżku z Sally Donovan, więc...

Uhhhh, zaraz szlag mnie trafi!

- A skąd taka pewność?!

Otarł pot z czoła.

- Drogi Duncanie, nie na darmo was ku sobie popchnąłem. Wspólny wróg to najlepszy element spajający. Długa abstynencja seksualna fatalnie wpływa na twój behawior.

Odetchnąłem parę razy głęboko. Nie dam mu w mordę, nie dam mu w mordę...

- Czy ja dobrze rozumiem? Uznałeś, że jestem nerwowy, bo za długo nie zamaczałem ogóra? I taką pokrętną drogą załatwiłeś mi panienkę?!

- Jesteś w permanentnym napięciu nerwowym. Seks powinien je rozładować. Mam nadzieję, że to pomoże i już nie będziesz mnie bił.

O, Jezu...

- Chwila, a skąd w ogóle przypuszczenia o mojej abstynencji? Hę?

- Wciąż jeszcze jesteś w szoku po rozwodzie. Za wcześnie na dłuższy romans. W twojej skrzynce nie ma maili od kobiet. Jest grudzień, ostatni raz seks mogłeś uprawiać w sierpniu. Gdybyś miał kogoś we Francji, nie spędzałbyś świąt tutaj, w Londynie. Gdyby to była luźna znajomość, przynajmniej raz byś do niej zadzwonił, albo ona do ciebie. Zero telefonów, zero kochanek, zero seksu. Masturbacja nie jest wyjściem na dłuższą metę. Quot erat demonstrandum.

- Grzebiesz mi w życiorysie, podglądasz przez satelitę, hakujesz mi komputer. Właściwie po cholerę?

- Informacje. Przydają się.

- Chcesz mnie czymś szantażować?

- Nie.

- To po co?

- Lubię wiedzieć.

- A ja nie lubię, jak ktoś mi się wpierdala w życie intymne. Ciekawe czy tobie by ci się podobało, gdybym zaczął szperać w twoim.

- Starczy zapytać.

Nie do wiary.

- O, świetnie. To powiedz, czy wolisz być na dole czy na górze? Bardzo mnie interesują twoje ulubione pozycje podczas pieprzenia. Po prostu nie mogę żyć bez tej wiedzy.

- Zależy od dnia i nastroju... Ale częściej na dole. To oczywiście wymagało wypracowania odpowiedniej techniki, z powodu różnicy we wzroście. Dość dobrze się sprawdza tak zwana pozycja misjonarska. W innych musimy z Johnem wykorzystywać poduszki. Potrzebujesz szczegółów? Czy może pytałeś ironicznie?

Szczęka opada. Mówił to wszystko bez zająknienia, spokojnie i obojętnie patrząc mi prosto w oczy, całkiem jakbyśmy sobie gadali – bo ja wiem? – o futbolu, albo smażeniu naleśników. Facet był totalnym perwersem. Albo po prostu nabombał się po uszy moją leczniczą miksturą. Całkiem możliwe. Mnie by bum-bum tak nie rozłożył, mam wątrobę jak słoń, ale Holmes to chude chuchro.

Nie podtrzymałem rozmowy. Nie na moje nerwy. Jestem hetero i tradycjonalista. Zajrzałem do torebki: prezerwatywy, żel i jakiś fioletowy dynks – coś w rodzaju silikonowego motyla. Kiedy go na próbę nagniotłem, raptem zaczął buczeć i trzepotać się jak co żywego. Jezu Chryste! Wystraszyłem się tak, że mało go nie upuściłem. Toto ma baterie? Jak się tego używa, u licha? Może Sally będzie wiedzieć... Wsadziłem erotyczne zakupy z powrotem do kieszeni.

Holmes znów dostał masakrycznego ataku kaszlu. Zgiął się jak scyzoryk, przyciskając ręce do piersi.

- Boli – wykrztusił.

- Hej, tylko mi tu nie zdechnij – zaniepokoiłem się. – Zawołać panią Hudson?

- Nie.

Opadł z powrotem na poduszkę, zipiąc jak karp.

- Kiedy... John... wróci?

- Nie mam pojęcia. Nie odbiera.

Zamknął oczy, podciągając koc aż po brodę i przestał się odzywać. Nie wyglądało to dobrze. Włączyłem laptopa i wklepałem w google hasło „zapalenie oskrzeli". Co my tu mamy...? „Ostre zapalenie oskrzeli". Spojrzałem na Holmesa. Ostre? Ostre jak skurwysyn. Pokaleczyć się można. Ból głowy? Pewnie tak. Kaszel - zgadza się. Wysoka gorączka...? Nie wiem, musiałbym go pomacać, ale pewnie ma. Postępowanie... Odpoczywać... Teraz to on nie ma innego wyjścia. Dużo pić... Czego? Dobra, zrobię herbaty. Duszności. Nawilżacz powietrza... Nawet jak jakiś mają, to nie wiem gdzie. Położę mokry ręcznik na kaloryferze, styknie.

Holmes napił się herbaty, łyknął paracetamol, kanapki odmówił. W lodówce znalazłem jakiś rosół – nie był zaznaczony czarnym krzyżykiem, więc zaryzykowałem podgrzanie, ale kiedy wreszcie Holmesa na niego namówiłem, po pierwszym łyku mało się nie porzygał, więc dałem mu spokój. Picuś poranny i obecny, to było niebo a ziemia. Przed południem był po prostu marudnym, nieznośnym gówniarzem – teraz był naprawdę chory i zachowywał się jak ranne zwierzę. W milczeniu odwracał się nosem do oparcia, zwijał w kłąb i ukrywał pod kocami.

No cóż, sam sobie to zgotował, uparty osioł. Mógł przecież zostać w domu i dbać o nadwyrężone zdrówko. Z drugiej strony, istniał w tym czynnik ryzyka – mogłem go z nerw udusić poduszką. W formie kokonu był dużo bardziej znośny.

Z nudów włączyłem sobie pierwszy z brzegu film – na słuchawkach, bo nie mogłem już zdzierżyć tego koncertu na kaszel i chrypę. I co? Myślicie, że mogłem obejrzeć do końca „Dzień Świstaka"? Akurat.

Kiedy Bill Murray właśnie odkrywał pod prysznicem, że zabrakło ciepłej wody, dostałem w łeb czymś ciężkim i cholernie kanciastym. Książka, w twardej oprawie. Zabiję tego gnoja! Zerwałem się na równe nogi z fotela, z furią zrywając słuchawki z głowy.

- Holmes, czy tobie już całkiem odpierdo...?! – Urwałem.

Holmes, słaniał się nad stołem – tym pod byczą czaszką – grzebiąc w pozostawionej tam przez Johna apteczce. I bez dwóch zdań, dusił się. Powietrze przeciskało mu się przed gardło z takim trudem, jakby oddychał przez słomkę. Możliwe, że próbował wołać o pomoc, ale po prostu go nie słyszałem, więc trzasnął we mnie tym, co miał najbliżej pod ręką. Wyciągnął z pudła stazę, wyrzucił na blat opakowanie strzykawek i igły... Przewracał do góry nogami ampułki z lekami. John miał tam chyba z pół apteki.

- Pogotowie! – Sięgnąłem po telefon. Holmes potrząsnął głową. O kurwa, zanim się dodzwonię, zanim wyjaśnię, zanim przyjadą... – Czy ty wiesz co robisz? – Kiwanie. Tak, wie. Cholera, mam nadzieję, że naprawdę. Z nas dwóch to on był geniuszem.

Trzęsącymi się rękami próbował przygotować zastrzyk. Upuścił igłę. Wydarłem mu strzykawkę. Osunął się na dywan, bladosiny na gębie, jak ser roquefort.

- Cholera jasna! To?! – Pokazałem mu ampułkę. Salbutamolum. Kiwnięcie.

- Dożylnie?

Kiwnięcie. Głuche łup! głowy Holmesa, walącej o podłogę. O kurwakurwakurwa...

To Watson był medykiem w drużynie, ale każdy z nas w razie czego potrafił zatamować krwotok, usztywnić złamanie, zrobić zastrzyk, nawet dożylny, chociaż to nie było takie proste. Poradziłem sobie, ręka mi nawet nie drgnęła, choć sam siebie słyszałem, jak bluzgam niemożebnie, aż uszy więdły.

Czekałem kiedy ten cholerny lek zadziała, klęcząc obok bezwładnego ciała, ściskałem dłoń rannego w swojej. Skądś przyszły odpowiednie, znajome słowa. Ile razy je już powtarzałem, ilu chłopaków ich słuchało? Nie wiem, nigdy nie liczyłem...

- Spokojnie stary, wszystko będzie okej. Wytrzymaj. Za chwilę będzie lepiej. Będzie okej. Wytrzymaj. Zaraz nadejdzie pomoc, zaraz po nas przylecą. Wytrzymaj...

Dyszał przerażająco szybko i płytko. Do pełnego złudzenia brakowało tylko bąbli krwi rozpryskujących się na ustach.

- Trzymaj się, stary. Będzie okej... Wrócimy do bazy...

To się ciągnęło całą wieczność. Otworzył w końcu oczy. Zamglone, nabiegłe krwią, nieprzytomne, obracały się bezmyślnie jak u ogłupiałego zwierzaka. Pies... Podłużne, trochę skośne ślepia, lodowobłękitne jak u psa husky. Zacząłem się śmiać z niesamowitej ulgi, chyba dość durnowato. Na litość boską, jak natura mogła stworzyć coś tak absurdalnego, wkurzającego i zarazem fantastycznego jak Sherlock Holmes?

Z każdą chwilą oddychał coraz lepiej.

- Co to było, do cholery?

- Skurcz oskrzeli – wyszeptał z trudem. – Incy... dentalny.

Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.

- Duncan...

- Tak?

- Jak połamiesz mi palce... to nie będę mógł grać... na skrzypcach.

Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że nadal ściskam jego rękę. Puściłem.

- Jak się czujesz?

- Ociężały. Wrażenie szumu w uszach. Ból w klatce piersiowej... kiedy oddycham.

- Idę o zakład, że zamiast zapalenia oskrzeli masz już zapalenie płuc. A wszystko z powodu twoich debilnych poszukiwań jedynej słusznej watsonowej kurtki. Wiesz na co mam ochotę?

- Przywalić mi. To typowa reakcja ludzi, z którymi... się spotykam.

Potrząsnąłem tylko głową. Niemożliwy facet. Quest świąteczny i sprawa porwanego dzieciaka, rozwiązana w dziesięć minut. A potem autodiagnoza. Niemożliwy.

Pomogłem mu pozbierać się z powrotem na kanapę.

- Duncan...

- Tak?

- Tak naprawdę nie wróciłeś jeszcze z wojny.

- Tak naprawdę żaden z nas nigdy do końca z niej nie wraca – odparłem kwaśno.

- Wiem. Ja też... nie wracam ze swojej. – Patrzył gdzieś w bok. Już nie szczeniak i nie rozwydrzony geniuszek, tylko zmęczony, zgorzkniały mężczyzna.

- Co to za wojna, Holmes?

- Toczy się tam, na zewnątrz. Bez przerwy. Ci wszyscy ludzie – mordują się, gwałcą, okradają... To się nigdy nie skończy. Umrę, a ona będzie się toczyć nadal. Wiecznie, do ostatniego człowieka na Ziemi.

- Dlaczego więc to robisz?

Nagle wyszczerzył zęby w obłąkanym uśmiechu. Kolejna odsłona Holmesa: szaleniec. Świr.

- Dla haju. Sprawia mi frajdę.

- Wojna sprawia ci radochę?

- Tak.

- No pewnie, dlaczego miałbym sądzić, że lubisz pomagać cywilom.

- Pomoc jest bonusem, produktem ubocznym. Robię to, bo mi sprawia przyjemność. Tak samo jak tobie.

- Mnie nie...

- Oszukuj się dalej, majorze. Wszyscy trzej jesteśmy od tego uzależnieni. Dobranoc. – Przekręcił się na bok i zamknął oczy. Pstryk. Bez odbioru.

Westchnąłem ciężko i wróciłem na fotel. Tak, na Baker Street 221B nie sposób się nudzić.

- Duncan?

- Co znowu, do cholery?

- Dziękuję.