Epizod 3
Joker
Kiedy oczekiwanie wydawało się niemożliwe do zniesienia, nagle zaczęło się coś dziać.
A raczej... Beast Boy ruszył do akcji.
Tytani nie mogli nie krzyknąć w zaskoczeniu, kiedy nagle, podczas tej cichej akcji wojskowej nie pojawił się gigantyczny, zielony Tyranozaurus Rex. Z gardła bestii wyrwał się przeraźliwie głośny, jazgotliwy ryk, który sprawiał, że wszystkie pierwotne części mózgu informowały całą resztę ciała o konieczności ucieczki. Teraz, zaraz, natychmiast!
– Tytani, wio! – syknął Robin i poderwał się z miejsca.
Ruszyli za nim, bez pytań, bez wahania. Byli w końcu świetnie wytrenowaną grupą. I w końcu robili coś, na czym się znali.
Żołnierze również nie czekali. Praktycznie w jednej chwili znaleźli osłony i wznieśli broń, a powietrze rozdarł huk wystrzałów.
– Uwaga! – ryknął Robin, kiedy jedna z serii wyraźnie kierowała się w ich stronę.
Raven bez słowa wzniosła rękę, a czarna fala energii osłoniła ich szeroką wstęgą, sprawiając ze pociski odbiły się od niej nie czyniąc nikomu szkody.
Gwiazdka wzniosła się wysoko w niebo, zgrabną pętlą omijając sznur pocisków, który kierował się w jej stronę, a jej oczy rozżarzyły się zielonym blaskiem, tak samo jak wnętrza dłoni.
Robin nie miał czasu na podziwianie, bo tuż obok ucha przeleciał pocisk energetyczny wystrzelony przez Cyborga. Fala światła rozlała się z hukiem u stóp trzech żołnierzy, a eksplozja odrzuciła ich na ścianę.
Nie wstali więcej, a on naprawdę miał nadzieję, że byli tylko nieprzytomni.
To było dziwne, walczyć z ludźmi, kierować swoja broń przeciwko ludziom. Jak jakiś cholerny złoczyńca. Gdyby tylko widzieli go teraz w Gotham... wszyscy pacjenci Arkham zdechliby ze śmiechu.
I wtedy dotarło do niego, że owszem, słyszy śmiech. Przerażający i donośny, nieco zachrypnięty i miejscami urywany, zupełnie jakby ktoś krztusił się własnym rechotem. Tylko jedna osoba, jaką znał śmiała się w ten sposób. Tylko jedna osoba potrafiła sprawić, że coś tak radosnego mogło brzmieć aż tak zbrodniczo.
Joker.
I istotnie, stał tam, na cholernej ciężarówce, zataczając się ze śmiechu, a jednak w jakiś magiczny sposób nie spadając z paki. W każdej z rąk trzymał po rewolwerze, potężnej chromowanej kobyle, która przy każdym wystrzale miała taki odrzut, że mężczyznę praktycznie odrzucało i obracało wokół własnej osi.
Naturalnie, Joker całkowicie to ignorował i wyglądał, zupełnie jakby tańczył na pojeździe. I był bardzo, bardzo pijany, tak przy okazji.
Czemu kompletnie zaprzeczyło to, że z gracją prawdziwego cyrkowca uskoczył przed serią wystrzeloną w jego stronę, lądując na ręku i nie uszkadzając przy tym broni. Wywinął się zaraz i posłał kilka kul w stronę, z której nadeszła seria, nie przejmując się zupełnie kryciem się za jakąkolwiek osłoną.
I chyba był jedyną osobą w okolicy, która dobrze się bawiła.
Wszystko umilkło równie nagle, jak się zaczęło.
Tylko Tytani i Joker stali na nogach. Żołnierze leżeli na ziemi, niektórzy pozbawieni przytomności. Inni... zostali trafieni przez Jokera. A on miał tendencje do trafiania w dziesiątkę.
Robin zgrzytnął zębami i ruszył w stronę mężczyzny w fioletowym garniturze.
– Co. Ty. Tutaj. Robisz? – wysyczał przez zęby.
– Ach, Robin, ptaszyno! – Joker ucieszył się na jego widok zdecydowanie zbyt sztucznie. W powitalnym geście rozłożył szeroko ręce, a rewolwery ciągle wisiały zaczepione na jego palcach, lśniąc metalicznie. – Jak ja dawno cię nie widziałem!
– Ja też i wolałbym tak to zostawić – warknął. Teraz stał na tyle blisko, że komediant był wręcz na wyciągnięcie ręki. Z czego Robin skwapliwie skorzystał.
Chwycił mężczyznę za marynarkę i przyciągnął do siebie gwałtownym ruchem. Żeby się nie przewrócić, Joker musiał się ku niemu pochylić.
– A teraz gadaj – wysyczał chłopak. – Co wyprawiasz.
– Marynarkę mi miętolisz, gnojku – warknął mężczyzna. Szeroki uśmiech w mgnieniu oka spłynął z jego twarzy, zastąpiony przez nienawistny grymas, a jego oczy rozszerzyły się niebezpiecznie.
Tyle tylko chłopak zdołał dostrzec, zanim potężne uderzenie prosto w splot słoneczny nie sprawiło, że oczy przesłonił mu biały rozbłysk bólu.
Praktycznie nie poczuł następnego, które posłało go na ziemię.
Grunt, o który uderzył z impetem, już poczuł.
– Doprawdy, Gacek powinien był cię lepiej wychować – prychnął Joker, górując nad nim niczym lodowiec nad Titanikiem. Jedną rękę schował do kieszeni marynarki, drugą dłonią wyciągając zapalniczkę i paczkę papierosów. Lekko podbił opakowanie i przysunął je do ust, zamykając w wargach pojedynczego papierosa, a następnie zapalił, zaciągając się mocno. Zapalniczka powędrowała na powrót do kieszeni, a papierosa odsunął od ust, wdzięcznym gestem. Wypuścił smugę dymu przez nos i usta.
Dopiero teraz Robin zauważył, że skubaniec jedną nogą stał na jego klatce piersiowej. Nacisk nie był mocny, nawet nie bolesny. Po prostu utrzymywał go w miejscu, w żenującej pozycji.
– Hej, bez takich, bo ci strzelę – warknął Cyborg, celując w Jokera działem zamontowanym w jednej ze swoich rąk.
– Ojejku, bo się zlęknę – Joker przewrócił oczyma. – Laleczko, naprawdę chcesz zaryzykować tym, że przypadkiem odstrzelisz kumplowi głowę?
– Cyborg, zostaw go – polecił Robin.
– Nie tylko on ma cię na muszce – warknęła Starfire, unosząc się nad nim, lśniąc złowrogo i zielono.
– Oh, straszne, kobieta mi grozi – jęknął płaczliwie Joker, po czym zaczął zwijać się ze śmiechu.
– On jest... – wymamrotała niepewnie dziewczyna, patrząc na mężczyznę na poły ze zgrozą, a na poły z fascynacją. – On jest szalony!
– Brawo – Cyborg przewrócił swoim ludzkim okiem. – Ten koleś pali fajkę na stacji benzynowej. Oczywiście, że jest szalony.
– Nie chcę nic mówić, ale niedawno odbyliśmy poważny pojedynek z udziałem broni ostrej na stacji benzynowej – wtrąciła Raven grobowym tonem.
– Witajcie w klubie! – roześmiał się radośnie Joker.
Robin ukrył twarz w dłoniach, bo nic innego mu nie pozostało.
– Gdybyś chciał mnie zabić, to już dawno byłbym martwy – odezwał się, kiedy szaleńczy śmiech nieco ucichł, bo komediant musiał zaczerpnąć tchu. – Więc równie dobrze możesz ze mnie zejść i wyjaśnić, po co w ogóle kręcisz się w okolicy. To nie twój teren.
– Rany, rany – westchnął teatralnie Joker. – A łudziłem się, że życie z dala od Gacka jakoś wpłynie na twoje poczucie humoru. Ale wygląda na to, że biedactwo nie dość, że zdechło ostatecznie, to jeszcze zaśmierdło.
Robin przełknął słowa cisnące mu się na język. Wymiana obelg z Jokerem należała naprawdę do ostatnich rzeczy o jakiej w te chwili marzył.
Zyskał przynajmniej tyle, że facet łaskawie z niego zszedł i pozwolił mu wstać. I dzięki Bogu, nie wyciągnął w jego stronę pomocnej ręki, bo takiego upokorzenia, to Robin by nie przeżył.
Joker nonszalanckim ruchem strącił trupa z maski samochodu, który stał na sflaczałych oponach przy jednym z punktów dyspozycyjnych i usiadł, starannie omijając strugi krwi. wyglądało na to, że nie chciał pobrudzić spodni.
Zaciągnął się po raz kolejny papierosem.
– Oby rak cię zabił – pozdrowił go serdecznie Robin, po czym otrzepał siedzenie, usiłując doprowadzić się do jako–takiego porządku. Nie udało mu się, bo po kilku dniach spędzonych w lesie, wyglądał jak... no cóż, jak po kilku dniach spędzonych w lesie. – Ale teraz możesz powiedzieć, co cię tu sprowadza?
– A to całkiem zabawne, ptaszyno – uśmiechnął się krzywo Joker i zgasił niedopałek o maskę samochodu. – Ty jesteś powodem, dla którego wybrałem się na tę małą wycieczkę krajoznawczą. No, między innymi, ale w tej chwili zostałeś ostatnim punktem na mojej liście.
– Chcesz wykorzystać sytuację, w jakiej znaleźli się superbohaterowie i sam utrupić kilku? – warknął chłopak.
– Och, proszę – komediant teatralnie przewrócił oczyma. – Gdybym chciał cię widzieć martwego, to nawet nie musiałbym się nigdzie ruszać z domu. Sam sobie z tym nieźle radzisz.
Robin poczuł, jak płoną mu policzki.
– W każdym razie... – kontynuował Joker, całkowicie nie zwracając na niego uwagi. – sprawdziłem to i owo i na całym świecie trwa cudowna, krwawa wojna nie tylko przeciwko superbohaterom, ale i superzłoczyńcom, bo ktoś ma niezły gest. To sprawia, że jak głupio nie byłoby mi tego przyznawać, stoimy po tej samej stronie, ptaszyno.
– Świat oszalał, prawda?
– Ta – Joker uśmiechnął się krzywo. Gorzko, w sposób, który naprawdę źle wyglądał na jego twarzy. Cholernie nienaturalnie. – Zwariował bardziej ode mnie, a to już niezłe osiągnięcie.
Pobyt na stacji benzynowej zajął im więcej czasu, niż początkowo planowali.
Przede wszystkim doprowadzili się do porządku (bo Joker po prostu nie przestałby zrzędzić i obrazowo dawać do zrozumienia, że śmierdzą), potem zgarnęli wszystko, co nadawało się do użytku (łącznie z ubraniami, bo Joker nadal twierdził, że śmierdzą), a przez cały czas mężczyzna palcem nie kiwnął, żeby zrobić coś pomocnego. Nie to, żeby Robin miał w ogóle zamiar dopuścić wariata do pomocy. Miał wystarczająco wiele innych problemów.
Pożyczyli sobie minibusa, który wcześniej należał do żołnierzy.
Cyborg siadł za kierownicą, a Joker nie protestował. Zamiast tego rozłożył się wygodnie na tylnym siedzeniu, kategorycznie zajmując całą jego długość swoimi nogami i leniwymi, wprawnymi ruchami czyścił broń.
Robin przewrócił oczyma, ale zajął siedzenie tuż przed nim. To samo zrobiły Raven i Starfire, a Beast Boy krążył w tę i nazad pomiędzy siedzeniem tuż obok kierowcy, a tym najbliżej reszty grupy.
Raven obserwowała mężczyznę chyba równie czujnie jak Robin. Siedziała też sztywno, praktycznie w bezruchu.
Chłopak zmarszczył lekko brwi, patrząc na nią z niepokojem.
Obiecywała, że nie będzie się interesowała Jokerem, ale teraz... był praktycznie pewien, że cały jej talent powiązany z empatią i telepatią usiłował rozgryźć mężczyznę, co było proszeniem się o kłopoty.
– Raven – syknął ostrzegawczo.
– Niczego nie robię – odburknęła dziewczyna. – Próbowałam, co prawda, ale...
– Ale?
Joker przerwał na chwilę swoje zajęcie i spojrzał na nią unosząc lekko brew.
– Jak do licha ktoś może mieć tak chaotyczną tarczę przeciwko telepatii, to nie mam pojęcia – mruknęła zrezygnowana. – Samo utrzymanie takiego natłoku obrazów przez cały czas...
– To nie osłona, słoneczko – uśmiechnął się krzywo. – I trzymaj swoje telepatyczne macki z dala od mojej głowy. Ostatni koleś, który tego próbował poszedł w babeczki.
– Dzięki za ostrzeżenie – przewróciła oczyma.
– Lojalny sługa szlachetnej pani – odparł natychmiastowo, kompletnie bez namysłu.
Robin westchnął ciężko.
Przynajmniej Joker był na tyle szczery, że ostrzegł dziewczynę. Być może naprawdę plątała się gdzieś w jego popapranej głowie myśl o współpracy i nie zdradzi ich zbyt prędko. Niemniej chłopak był praktycznie pewien, że prędzej czy później przeklęty klaun sam uda się "w babeczki" i zacznie wszczynać czysty chaos, nie przejmując się nikim i niczym. Musiał więc zdobyć możliwie wiele informacji, zanim to się stanie.
– Wspominałeś, że byłeś poza Gotham, żeby zdobyć informacje – zaczął ostrożnie. – To znaczy, że Gotham też jest odcięte od świata?
– Chłopcze, ty jeszcze nie widziałeś odcięcia od świata – prychnął klaun. – Właśnie dlatego ja, a nie nikt inny tutaj jest.
– Co masz na myśli? – chłopak zmarszczył brwi.
– Gotham jest otoczone przez wojsko i objęte ścisłą kwarantanną – powiedział wzdychając ciężko i opierając się o ścianę wozu, nagle strasznie zmęczony. – Przedostanie się na zewnątrz to niezły cyrk, więc będzie trzeba zatrzymać wóz jakiś czas przed miastem, żeby można było przejść.
– Nie rozumiem, dlaczego to ty wyszedłeś. Dlaczego nie Batman...
– Ptaszyno, Gacek jest powodem, dla którego w ogóle pofatygowałem się ratować twój tyłek – uciął Joker. – A ty nadal nie wiesz wszystkiego.
– Cyborg, zatrzymaj wóz – polecił Robin. – Wolałbym usłyszeć wszystko i wiedzieć w co się pakujemy. O ile w ogóle powie nam prawdę.
– Twoja wiara we mnie mnie zadziwia – westchnął teatralnie Joker.
Zaczęło się, jak w każdym innym miejscu. Najpierw odcięcie od informacji z zewnątrz, potem braki dostaw czegokolwiek spoza miasta.
Prawdę mówiąc nikt przez pierwszych kilka dni nawet niczego nie podejrzewał.
Żadnej przemocy na ulicach, niczego. W przeciwieństwie do innych miast na świecie, Gotham pod względem superbohaterów jest bardzo... przyjazne. Co chyba okazało się największym problemem.
Ktoś postanowił, że należy coś z tym zrobić. Coś ostatecznego.
Sprawić, że Gotham stanie się przykładem, dla którego nikt inny nie będzie pomagał wybrykom natury, jak "normalni" zaczęli nazywać wszystkich zamaskowanych, bohaterów czy nie.
Postanowiono zrobić coś wyjątkowego.
I nie było to kilka pięknych grzybków atomowych, ktoś najwidoczniej uznał, że one nie są ani szczególnie oryginalne, ani szczególnie efektowne.
Gotham zostało otoczone przez wojsko, zamknięte w pełnej kwarantannie, co samo przez się stanowi niemałe osiągnięcie.
Ich wymówką było to, że w Gotham wybuchła jakaś zaraza i muszą ochronić przed nią resztę kraju. Żałosna historyjka, ale na początku została łyknięta przez społeczeństwo z wprawą godną wygłodniałego, lęciwego pelikana.
A potem... potem okazało się, że zaraza istnienie naprawdę. Wypuszczono jakieś świństwo, które sprawiało, że...
Pojawiły się zombie. Takie prawdziwe. nawet nieszczególnie powłóczyły nogami jak na filmach Romerowskich. Ba, biegały po mieście całkiem rączo.
Szybko zrobiło ich się o wiele za dużo, żeby zwykli ludzie mogli czuć się bezpiecznie, więc Batman postanowił wyciągnąć rękę do kogoś, z kim do tej pory nie przyszło mu współpracować. Ale poszło gładko, bo nikt nie chciał zostać żarciem dla trupów, bohater czy nie. Więc współpraca szła całkiem gładko.
Batman i Robin, jako osoby z dobrą reputacją, podjęli się wyprowadzenia sporej grupy ludzi z miasta. Niektórzy nie potrafili przetrwać w Gotham bez pomocy innych.
Ale kiedy dotarli ze swoją grupą do posterunku na granicy...
To skończyło się źle. Tak bardzo źle, że nikt nawet nie wyobrażał sobie takiej możliwości. To było tak szalone, że nikt nawet nie wpadł na to, że to mogłoby się stać.
Strażnicy, żołnierze, odmówili im przejścia. Powiedzieli, że mają rozkaz nie przepuszczać nikogo. Że nie przepuszczą nikogo.
Naturalnie bohaterowie mimo to próbowali. Nie mieli wyjścia. Spanikowana masa ludzi, której przewodzili, nie pozwoliłaby się zawrócić, nie do miejsca, które nagle sprawiało wrażenie, jakby było zaproszeniem do zaświatów.
Więc parli dalej.
A żołnierze zaczęli strzelać.
To było upiorne, jedna wielka masakra. Morze krwi i krzyku, jeden wielki chaos.
Niewielu zdołało przetrwać, żeby opowiedzieć historię. Jakimś cudem znalazł się między nimi Batman.
Ale Robin i wielu innych...
To po prostu było piekło, wręcz ostatni krąg dla dzielnego, sprawiedliwego bohatera, który nie znosił broni palnej i nigdy jej nie używał.
