Tytuł oryginału: Hero Hunting

Autor: slantedknitting

Zgoda jest. Link w profilu.


Rozdział trzeci

Trzecia próba


Hermiono,
Wczoraj byłem kolejny raz u Harry'ego, ale znowu miał towarzystwo. Spróbuję jeszcze dzisiaj. Myślę, że chciałabyś wiedzieć, jaki jest teraz. W każdym razie tyle, ile udało mi się dowiedzieć. Jego żona to Emily Ferguson. Jest Szkotką. Jak wiesz, żyją tutaj już od około dwóch lat. Harry wygląda zdrowo — jest szczupły, ale ma mięśnie. Ma naprawdę dziwny irokez i nieco interesującego zarostu na twarzy. Dodatkowo ma przebitą brew, ucho i pali marihuanę. Niedługo napiszę znowu. Mam nadzieję, że będę w stanie z nim dzisiaj porozmawiać. Jeśli nie, nie jestem pewien, co zrobię. Mam dosyć tego miasta i czuję się trochę tak, jakbym go prześladował. Dam Ci znać, jak poszło.
Z miłością, Ron

Ron stał przed stopniami do domu Harry'ego, gryząc nerwowo paznokieć kciuka. To, powiedział sobie, była jego ostatnia szansa. Nieważne co Harry będzie dzisiaj robić, nieważne, czy będzie miał towarzystwo tuzina osób, to było to. Teraz albo nigdy; do trzech razy sztuka.

Zabrał rękę z ust i zapukał głośno. Kiedy usłyszał, że Harry krzyknął coś ze środka i zaczął iść w stronę drzwi, cofnął się o krok. Czuł, jakby jego wnętrzności działały nieprawidłowo i zatrzymały się całkowicie; jego mózg był spauzowany, jego serce było sztywne ze strachu, jego żołądek był ciężkim kamieniem w jelitach. Ze wszystkich sił próbował nie uciec.

Drzwi otworzyły się i Ron znowu mógł oddychać.

Z drugiej strony wydawało się, że Harry umiera. Stał, ściskając dłonią klamkę drewnianych drzwi tak mocno, że pobielały mu knykcie. Jego twarz była blada, wargi lekko uchylone, a oczy wpatrywały się w gościa bez mrugnięcia.

Ron oczyścił gardło i spróbował się uśmiechnąć. Jego usta zadrżały tylko i szybko się poddał.

— Cześć? — Zarumienił się słysząc ten zawstydzający, wysoki skrzek, który był jego głosem.

Harry zamrugał, oczy miał szeroko otwarte i spanikowane.

— Ron? — wyszeptał.

Ron głupio pokiwał głową.

— Kto to? — zawołał ze środka domu głos Emily.

— Um — odkrzyknął Harry, nie odrywając oczu od twarzy Rona.

Dało się słyszeć głośny dźwięk kroków, kiedy kobieta szła do frontowych drzwi. Gdy podeszła, Ron przechylił się na bok, żeby spojrzeć na nią ponad ramieniem Harry'ego. Przesunęła się i położyła dłoń na plecy Harry'ego, uśmiechając się pytająco do gościa.

— Em — spróbował Ron.

Emily spojrzała pomiędzy Harrym a Ronem kilka razy, póki nie odwróciła się z powrotem do przybysza.

— Mogę w czymś pomóc? — zapytała, lekko marszcząc brwi.

— Jestem, um… — Ron spojrzał na Harry'ego, który nie zaoferował żadnej pomocy. — Starym przyjacielem Harry'ego.

Uśmiech wrócił na twarz Emily.

— Och! — Przesunęła się z przejścia. — W takim razie wejdź. Mogę podać ci coś do picia? Wodę, herbatę, kawę… Ale*?

Ron wszedł do środka, kiwając w milczeniu głową na tą propozycję. Opuściła pokój z, wydawało się, zrozumieniem potrzeby alkoholu.

W końcu dochodząc do swoich zmysłów, Harry zamknął drzwi.

— Dobra — powiedział, odwracając się do Rona. — Co ty tu robisz? — Jego głos był mroczny, oskarżycielski, wcale nie przyjacielski.

Pytany wyprostował się trochę, starając się zebrać w sobie wystarczająco do tego, żeby obronić swoje obsesyjne prześladowanie.

— Chciałem cię zobaczyć — powiedział lamersko.

— Jak mnie znalazłeś?

Ron wzruszył ramionami i odwrócił wzrok.

— Szczęście.

— Jak mnie znalazłeś? — powtórzył w złości Harry.

— Usłyszałem, jak jacyś ludzie mówili o tobie. W… w Norwegii. Mówili, że przeprowadziłeś się do Szkocji.

— Jak znalazłeś mój dom? Co robiłeś w Norwegii?

Ron westchnął.

— Harry…

— Odpowiedz na moje pytania! — warknął Harry, uważając, żeby utrzymać ton swojego głosu taki, żeby Emily nie usłyszała nic z kuchni.

— Nie boję się ciebie — powiedział po prostu Ron.

— A powinieneś, do jasnej cholery — zagroził Harry.

Na to stwierdzenie mężczyzna uniósł brwi.

— Czy ty w ogóle jeszcze posiadasz różdżkę, Harry? — zapytał szeptem.

Ten w odpowiedzi zaśmiał się czymś porównywalnym do szczeknięcia.

— Ha! Naprawdę sądzisz, że jej potrzebuję?

Stali tak, patrząc się na siebie w ciężkiej ciszy, dopóki Emily weszła znowu do pokoju, niosąc dwa duże kubki ciemnego, pienistego napoju. Robiąc co tylko mogła, żeby zignorować dziwne napięcie, podała kubek Harry'emu, a potem Ronowi.

— To bardzo miło z twojej strony, że nas odwiedziłeś — powiedziała uprzejmie, potrząsając dłoń Rona. — Tak w ogóle, to mam na imię Emily. A wiesz, znam Harry'ego od sześciu lat i wcześniej ani razu nie spotkałam żadnego z jego przyjaciół z rodzinnych stron.

— Nie, naprawdę? — wymamrotał Ron do swojego kubka, a potem wziął duży łyk.

— Mówiłeś, że jak masz na imię? — zapytała, starając się utrzymać rozmowę.

— Ma na imię Ron — odpowiedział szybko Harry. — I właściwie, to już wychodził. — Gapił się znacząco na Rona, który wziął kolejny łyk Ale.

— Um, tak. Naprawdę nie mogę zostać długo. Mam… spotkanie. — Podał kubek Emily. — Jednak dziękuję za piwo.

— Och, um, dobrze. Żaden problem. Czy… czy zostajesz w mieście?

— Taa. W Queens Hotel.

— Może cię podwieźć? — zapytała, ignorując intensywne spojrzenie Harry'ego.

— Nie… nie, dziękuję. To nie tak daleko jak na spacer. Po prostu już… pójdę. Miło było cię poznać. Harry. — Kiwnął głową w kierunku Harry'ego, jednak nie patrząc już na niego przed otwarciem drzwi i wyjściem.

Kiedy dotarł do końca ulicy, skręcił za zakrętem, przeszedł jeszcze kilka jardów, a potem usiadł ciężko na krawężniku. Cały się trząsł i czuł się tak, jakby miał zaraz zwymiotować albo zemdleć. Zmuszając się do właściwego oddychania, pochylił się lekko do przodu i schował głowę między kolana.

Siedział tam przez dłuższy czas, słuchając jak okazjonalnie przejeżdżał samochód i myśląc o minionych piętnastu latach. To wszystko było na marne. Harry nie chciał być znaleziony; zmienił się. Nie był już dłużej Chłopcem, Który Przeżył, Wybrańcem, czy Wybawicielem, czy innym głupim przezwiskiem, którym nazywali go czarownice i czarodzieje. Teraz był grubiańskim, muskularnym, z irokezem, z brodą, z kolczykami, żonatym, biorącym narkotyki palantem. Ron spędził niemal połowę swojego życia szukając swojego przyjaciela tylko po to, żeby dowiedzieć się, że człowieka, którego kiedyś znał, już nie ma. Zmarnował półtorej dekady. Odizolował się od przyjaciół, rodziny, pracy. Zrezygnował ze wszystkiego, żeby odnaleźć swojego najlepszego przyjaciela. Wszystko, czego Ron potrzebował, to podanie dłoni, uśmiech, uścisk. To „dzięki za znalezienie mnie, stary. Myślałem, że wszyscy o mnie zapomnieli".

Siadając prosto i przecierając swoje mokre oczy, Ron rozejrzał się po ciemniejącej ulicy. Musiał odejść. Chciał iść do domu.

Powoli wstał, rozciągając się i oddychając głęboko. Potem, decydując się zjeść obiad w restauracji w hotelu, odszedł znowu ulicą.


*angielskie piwo.