oryginał: Grease (link w moim profilu)
autor: Henry Plantagenet (link w moim profilu)
Tłumaczenie za zgodą autorki
--------------------------------
Rozdział czwarty
--------------------------------
Drgnąłem z zaskoczenia, gdy w płomieniu pojawiła się znajoma twarz Gwillima. Teraz naturalnie był starszy, ale nadal wyglądał miło, nadal się uśmiechał.
- Severusie - powiedział - to dla nas wyjątkowo wyjątkowa książka. Nigdy nie sądziłem, że dożyjesz jej wydania. Dlatego musisz wybaczyć staremu człowiekowi, który pragnie opublikować ją w najlepszej możliwej formie...
Oblicze Snape'a momentalnie straciło całą surowość.
- Oczywiście, Gwillimie. Po prostu sądziłem...
- Porozmawiamy o tym jutro - uciął Tudor. - Widzę, że w tej chwili przyjmujesz gościa.
Odwrócił się do mnie i nieoczekiwanie serdecznie uśmiechnął. Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego uśmiecha się do mnie tak przyjaźnie. Czyżby mnie znał? A może rozpoznał mnie po bliźnie? Nie, to nie był ten rodzaj wykrzywienia warg, jakim ludzie zwykle obdarzali sławnego (lub też niesławnego) Harry'ego Pottera, kiedy orientowali się, że ja to on. Ten uśmiech wyglądał inaczej.
- To jest Harry - przedstawił gospodarz. Potem spojrzał na mnie. - Harry, to jest mój bliski przyjaciel, Gwillim Tudor.
Uśmiechnąłem się do wydawcy w bardzo szczególny sposób, bez słów dziękując mu za sprowadzenie Severusa ze stacji do domu i życzliwość, z jaką odnosił się do niego przez te wszystkie ubiegłe lata. Nie zdołał ukryć zaskoczenia ogromem wdzięczności, którą mu oferowałem. Z pewnym zakłopotaniem pożegnał nas, po czym znikł.
***
- No dobrze - zagaił profesor Snape. - To na czym stanęliśmy? Ach, tak...
Spojrzał na zwój, który nadal trzymał w ręce. Nagle zorientowałem się, że to jest ten pergamin, na którym pisałem do mojego przyjaciela z kryształowego słoja. Zwracałem się tam do niego per "Severusie", a szybki przegląd treści, jakiego odruchowo dokonałem w głowie, sprawił, że aż skuliłem się z zażenowania. "Severusie" - brzmiała ostatnia notatka - "w ten sposób nie uda ci się odtłuścić włosów. Dowiedziałem się tego z jednego z poradników Hermiony traktujących o pielęgnacji skóry głowy. Należy wskazać różdżką czubek głowy i wymówić słowa..."
Mój były nauczyciel z niemal beznamiętną miną czytał zapiski. Zwłaszcza jeden akapit wydawał się przykuwać jego uwagę. Spojrzał potem na mnie jakby zamierzał coś powiedzieć. Spostrzegłszy jednak mój dyskomfort, niezwłocznie przerwał lekturę, zwinął pergamin i podał mi go.
- Nie przeczytałem zbyt wiele - zapewnił. - Tylko krótki fragment na końcu...
Niespodziewanie jego twarz rozjaśnił uśmiech. (To było niepokojące - przez wszystkie moje lata w Hogwarcie nie widziałem, aby się uśmiechał. W każdym razie nie przyjaźnie.)
- To jak brzmi to zaklęcie, Potter?
- Jakie zaklęcie? - wymamrotałem. - To na włosy?
- Tak - odparł, podchodząc do lustra wiszącego na ścianie.
- Olearius folatus abstergeo - wyjaśniłem, uważnie przyglądając się własnym butom.
Z namysłem przyjrzał się swemu odbiciu, po czym niepewnie ujął w palce pasmo włosów.
- Hmmmmm... - stwierdził. - Wypróbowanie go nie powinno zaszkodzić... - Spojrzał na mnie. - Sięgnąłem nawet po mugolskie szampony, ale nic nigdy nie pomogło. No? Powiesz te słowa czy ja mam to zrobić?
Uniosłem różdżkę i starannie wycelowałem w czubek jego głowy. Wymruczałem inkantację pod nosem, a następnie dorzuciłem na dokładkę:
- Radiare splendeo.
Efekt był natychmiastowy. Cały tłuszcz znikł. A mój instynktowny dodatek sprawił, że jego włosy lśniły jak jedwab. W zadziwieniu patrzył w lustro, usiłując ukryć radość z faktu, że problem, który przez tyle lat spędzał mu sen z powiek, wreszcie cudem znalazł rozwiązanie.
- Gdybym znał cię, Potter, kiedy byłem nastolatkiem, całe moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej.
- Brednie - bąknąłem. - Kto zwraca uwagę na włosy...
Jego mina znowu była beznamiętna.
- Przypuszczam, że masz rację - odezwał się takim tonem, jakby mówił do siebie. - Nie chodziło tylko o moje włosy. Chodziło o moją odrażającą twarz. Chodziło o moich okropnych rodziców. Chodziło o moich przyjaciół-Śmierciożerców. Chodziło o mój brak zdolności w quidditchu. Chodziło o moje uprzedzenia względem mugoli...
Moja niewinna uwaga jakimś sposobem zmieniła się w ostrze, którym bezlitośnie się chłostał. Znów był nieszczęśliwym piętnastolatkiem. Mówiąc do własnego odbicia, zdawał się w ogóle nie pamiętać, że ja też tam jestem. Gdybym się w tym momencie odezwał, czy uznałby to za wtargnięcie w jego prywatne myśli? Ale przecież musiałem się odezwać...
- Już pan nie jest Śmierciożercą - uznałem na głos. - Tych przyjaciół już nie ma. Pana rodziców również. Używa pan mugolskiego szamponu. Sam jest pan w połowie mugolem. A jeśli chodzi o quidditch...
Wstałem i warknąłem: "Accio!" na swoją miotłę, która znalazła się w mojej ręce z prędkością błyskawicy. Odwróciłem się do gospodarza:
- Chodźmy! - zawołałem, ruszając ku wyjściu. - Zajmę się tym quidditchem.
Jeśli uznał, że jestem szalony, musiał jednocześnie postanowić chwilowo ustąpić wariatowi. Wydobył z szafy komplet piłek i podążył za mną z rozbawieniem na twarzy. Nawet udało mu się znaleźć odpowiednie miejsce na ćwiczenia.
Przez półtora godziny z nieubłaganą brutalnością trenowałem go w czarodziejskiej grze zespołowej, próbując mu udowodnić, że on też był w stanie robić wszystko to, czym kiedyś szczycił się James Potter. Zamieniłem swoje metody na jego i znieważałem go, wyzywałem, a nawet przeklinałem, żeby udało mu się odtworzyć każdy ruch, jaki kiedykolwiek tęsknie obserwował z trybun w wykonaniu mego ojca. Z jakiegoś dziwnego powodu mój nowy uczeń wcale się nie buntował. Może rozumiał, co usiłowałem mu powiedzieć, a czego nie potrafiłem ująć w słowach.
Wydawało się nawet, że odpowiednio reaguje na moje wskazówki. Bo mój nowy uczeń nie był nowicjuszem. Był dorosłym czarodziejem, który miotłą potrafił się posługiwać z biegłością i gracją o niebo przewyższającymi moje. Lekcja wkrótce przerodziła się w konkurs umiejętności, porywający dwuosobowy mecz quidditcha.
Jakąż ulgą było dla mnie na moment przestać myśleć i cieszyć się grą z godnym przeciwnikiem. Robił takie rzeczy, na które - mogę przysiąc - Wiktor Krum by się nie odważył. Bowiem profesor Snape nie pozwalał, aby powstrzymywało go coś takiego, jak zasady. To dopiero była zabawa. Od dawien dawna tak dobrze się nie bawiłem.
Sądzę, że on też musiał się świetnie bawić. Po dłuższym czasie wreszcie wylądowaliśmy, zarumienieni i ożywieni. Gdy zsiadał z miotły, spojrzałem na jego rozradowaną minę, błyszczące w słońcu włosy, zielono-srebrną szatę do quidditcha. I zastanowiłem się, czy gdyby moja matka kiedykolwiek takim go zobaczyła, w ogóle bym istniał. Czy tyle wystarczyło, żeby zdobyć dziewczynę swoich snów? Ładne włosy, kilka sportowych zagrywek i uśmiech na twarzy? A jeśli masz pecha i brakuje ci tych rzeczy, to musisz być skazany na żywot pełny niewysłowionego cierpienia? Życie jest niesprawiedliwe. Cholernie niesprawiedliwe.
- Coś się stało, Harry?
Wyczuł, że z jakiegoś powodu byłem przygnębiony. I po raz pierwszy nazwał mnie "Harry", nie "Potter". Lecz przecież nie mogłem mu powiedzieć, nad czym dumałem. Kiedy zauważył, że nie chcę się z nim podzielić moimi myślami, uprzejmie nie naciskał. A jeśli moja niechęć do zwierzeń zraniła go, to nie okazał tego po sobie.
Markotnie tuż przy nim podreptałem z powrotem do jego domu.
***
Kiedy wróciliśmy do domu, rozpalił w kuchni buzujący ogień i posadził mnie przed nim, a sam zaczął z różnych miejsc wyjmować składniki czegoś, co zamierzał przyrządzić. Robił to szybko i skutecznie, jak na eksperta w dziedzinie eliksirów przystało, chociaż to, czym się zajmował, nie przypominało warzenia żadnej mikstury, z którą zetknąłem się w Hogwarcie. Z pewnym niepokojem zastanawiałem się, czy oczekiwał, że spożyję efekt jego pracy.
- Nie musi pan niczego dla mnie przygotowywać, panie profesorze - zaoponowałem grzecznie. - Nie chciałbym sprawiać kłopotu.
- To żaden kłopot - stwierdził z roztargnieniem, zaglądając do podniszczonego mugolskiego notatnika, który najwidoczniej zawierał niezbędne wskazówki.
- Co to jest? - spytałem, gdy ciekawość wreszcie mnie przemogła.
- Piekę dla ciebie mugolskie ciasto - odparł i rozbił parę jajek starannym ruchem różdżki. - Mugolskie sposoby pieczenia bez wątpienia są mało efektywne, ale ich ciasta potrafią coś, co naszym nie jest dane. Kiedy się pieką, wypełniają pomieszczenia niebiańskim aromatem.
Całą swoją uwagę skupiłem teraz na zeszycie.
- Czy... czy to jest pismo mojej mamy?
Spojrzał na mnie z zainteresowaniem.
- Nie, twojej babki. To jest książka przepisów matki Lily.
Wstałem i podbiegłem do niego, żeby przyjrzeć się pismu mojej babci. Kolejnej osoby, której nigdy nie spotkałem, a która kochałaby mnie, gdyby mnie znała. Przez głowę przemknęła mi myśl, czy ona też miała zielone oczy. Przesunąłem palcami po pożółkłych kartkach.
- Napisała ją dla pana?
- Nie - przyznał. - Ukradłem ją z domu twojej matki. Gdybym był lepiej wychowanym, bardziej cywilizowanym człowiekiem, powieliłbym ją i zabrał kopię. Ale nie. Ukradłem ją.
Otworzył drzwiczki mugolskiego piecyka, po czym wsunął do środka foremkę z miksturą. Następnie sięgnął po różdżkę, aby wyczarować kubek czegoś gorącego i parującego. Podał mi go.
- Dziękuję - powiedziałem, wracając do wygodnego krzesła przy ogniu i siadając na nie. Podejrzliwie powąchałem ciecz w kubku. Kolorem przypominała karaluchy i pływały w niej dziwne, niezidentyfikowane, białe obiekty. Nigdy wcześniej nie miałem okazji spróbować czegoś, co nie wyszłoby z rąk ekspertów w tej dziedzinie - kobiet albo skrzatów domowych (choć ciotkę Petunię jak sądzę trudno byłoby nazwać ekspertem).
Wiedziałem już, że Snape nie miał skrzata. Hermiona by go za to pochwaliła. Spostrzegłem też, że kuchnia była nieskazitelnie czysta, a jej wystrój utrzymany w radosnych barwach. Prawdopodobnie nie od własnej matki nauczył się, jak utrzymać dom w porządku i uczynić go tak przytulnym. Może przyswoił to sobie, obserwując moją babcię? Mamę Lily? Jeszcze tylu rzeczy nie wiedziałem o profesorze Snape'ie...
Ogień wesoło trzaskał w palenisku, a mugolskie ciasto zaczęło wypełniać pomieszczenie tym, co wcześniej gospodarz najzupełniej słusznie nazwał nieziemskim aromatem. Gorąca czekolada, którą dla mnie wyczarował, również była nieziemska, podobnie jak pływające w niej pianki. Czyżby jego zdolności kucharskie wywodziły się z talentu w kierunku eliksirów, czy może było na odwrót?
- Dziękuję - powtórzyłem cicho. Robił to wszystko dla mnie.
- Pomyślałem sobie - wyjawił - co Lily mogłaby zrobić, gdybyś wrócił do niej po meczu quidditcha, i próbowałem zrobić to samo...
***
Czasami najniewinniejsze, miłe słowa potrafią obudzić myśli, które prowadzą do szalonej wściekłości spowodowanej żalem...
Gdyby moja mama żyła, czy każdy dzień mojego życia właśnie tak by wyglądał? Czy każdego dnia wracałbym do ciepłej, przytulnej kuchni, gdzie James i Lily zajmowaliby się mną z miłością podobną do tej, jaką teraz okazywał mi Snape? Dotychczas miałem jedynie mgliste pojęcie o tym, jak mogłoby wyglądać dorastanie u boku rodziców. Coś z tego widziałem w domu Weasleyów i Hermiony. Ale dopiero teraz, w domu haczykowatonosego, już nie tłustowłosego, śmierciożerczego przyjaciela mojej mamy w pełni zrozumiałem, co straciłem. Żal, który mnie wypełnił, był tak bolesny, tak intensywny, że z trudem przypominam sobie, co wtedy zrobiłem.
Udało mi się na tyle odzyskać opanowanie, że zdołałem wydukać podziękowanie, powiedzieć gospodarzowi, że wspaniale spędziłem z nim czas, ale teraz niestety muszę niezwłocznie wyjść. Potem chwyciłem miotłę i udałem się do ciemnego lasu za jego domem, niczym ranne zwierzę szukając tam wilgotnej nory, w której mógłbym się zaszyć. Wszystkie wspomnienia, jakie kiedykolwiek próbowałem zepchnąć na samo dno pamięci, tańczyły teraz w szalonym korowodzie przed moimi krótkowzrocznymi oczyma.
Krzyk mojej umierającej mamy, uśmiechnięta twarz Freda, ciepły uścisk Syriusza, dodające odwagi słowa Remusa, urodzinowy prezent w formie wykałaczki i dźwięk mego głosu, gdy prosiłem Cedryka Diggory'ego, żeby dotknął Czary Ognia jednocześnie ze mną. Szczęśliwe wspomnienia dźgały mój obłąkany, pogrążony w żałobie umysł najboleśniej - szczęśliwe wspomnienia o ludziach, których już przy mnie nie było.
Nie wiem, jak długo wałęsałem się po tym ciemnym lesie, chory z cierpienia, przytłoczony żalem zbyt dotkliwym, abym mógł go znieść. I wtedy, gdy potknąłem się o jakiś poskręcany korzeń, poczułem, że ktoś łapie mnie za ramię i powstrzymuje przed upadkiem.
Snape. Cały czas za mną chodził? Na szczęście moje zachowanie nie było aż tak dziwne i szalone, jak moje myśli. Mógł widzieć jedynie chłopca bezcelowo spacerującego po lesie z miotłą w dłoni.
- Harry... - powiedział.
- Ach, panie profesorze - przerwałem mu. - Szukam okularów. Chyba zgubiłem je gdzieś w tym lesie.
***
Nie był idiotą, ale zaakceptował moje wyjaśnienie. Razem krążyliśmy po lesie w milczeniu, szukając okularów, które miałem w kieszeni. W końcu zaproponował, abyśmy wrócili do domu. Stwierdził, że mógłbym spędzić tam noc i wrócić do Weasleyów rankiem.
Przyjąłem jego ofertę. Musiałem. Wątpiłem, abym cało dotarł do domu w stanie, w jakim się znajdowałem. Kiedy podążałem za nim do jego siedziby, nowa myśl przyszła mi do głowy.
To Snape był odpowiedzialny za śmierć moich rodziców. To on zdradził ich Voldemortowi, ujawniając przed nim przepowiednię. To przez tego krzywonosego dupka przede mną... przez niego wydarzyły się te wszystkie nieszczęścia, jakie mnie spotkały. Szedłem za nim w milczeniu, w głębi duszy mu wymyślając, piekląc się na niego, przeklinając go i grożąc zemstą.
Wygląd sypialni, w której mnie ulokował, w jakiś sposób nieco mnie uspokoił. Była ciepła, przytulna i wypełniona książkami. Czyli niezgodna z jego osobowością, uznałem. Powinna się mieścić w mrocznych lochach i być udekorowana zdjęciami dementorów i inferich.
- Czuj się jak u siebie - rzekł uprzejmie, po czym wyszedł z pokoju. Wkrótce jednak wrócił z naręczem ubrań. - Może potrzebujesz czegoś do przebrania?
Miałem zamiar odmówić, aż za dobrze pamiętając wygląd bielizny Snape'a, którą pokazał mi mój ojciec. Lecz moje ciuchy były mokre i zimne, a przyniesiona przez gospodarza pidżama wydawała się czysta i wygodna.
- Dziękuję. - Z wahaniem przyjąłem jego propozycję.
Przebrałem się w parę chwil. Nerwowo zerknąłem w lustro, po części spodziewając się, że ujrzę uśmiechniętą szyderczo młodszą kopię Snape'a. Odetchnąłem z ulgą, zobaczywszy to co zwykle.
Czy coś tak prostego, jak odpowiednia pidżama, mogło być antidotum na potężny uraz psychiczny? Już czułem się lepiej. Co było dziwne. Pozytywne wrażenia, jakie budził we mnie dom Snape'a, powodowały szalony mętlik w mojej głowie. Latami go nienawidziłem. Lecz teraz dowiedziałem się, że kocham jego dom. Kocham jego kuchnię. Kocham nawet świeży zapach, wydzielany przez ubrania, które mi dał. Jaka szkoda, że jego samego nienawidziłem.
Co pomyśleliby sobie mój ojciec czy Syriusz, gdyby wiedzieli, że byłem w domu Snape'a, nosiłem jego pidżamę i spędziłem noc w jego sypialni? Pewnie zrobiłoby im się niedobrze. Czy przez swoją obecność w tym miejscu stawałem się nielojalny wobec nich? Czy może miała to być demonstracja lojalności względem mojej matki? Albo był to gest dobrej woli ze strony Mistrza Eliksirów, zważywszy na wszystko, co dla mnie zrobił?
Niespokojnie chodziłem po pokoju, jednocześnie poirytowany i zmieszany, gdy zauważyłem, że powód tej całej mojej dezorientacji znowu się na mnie gapi. Z trudem powstrzymałem się przed poczęstowaniem go niegrzecznym spojrzeniem i udałem, że przyglądam się biblioteczce. Półka, na którą padł mój wzrok, okazała się być po brzegi wypełniona książkami o praniu. Pranie? Czy on był kompletnie szalony? Na twarzy wypłynął mi szyderczy uśmieszek niedowierzania, czym prędzej zamieniony w wyraz uprzejmego zainteresowania.
Zauważył oba grymasy i uśmiechnął się półgębkiem.
- Interesuje się pan, panie profesorze, tą... eee... sztuką? - Ciekawość kiedyś mnie zabije.
- Sztuką prania? Tak. - Lekki uśmiech zdawał się błąkać w głębokich zakamarkach czarnych oczu. - To twój ojciec, Potter, zapoczątkował moje zainteresowanie tym tematem.
Przetrawiłem tę informację. Moja pidżama była miękka i ciepła, a pachniała jak las sosnowy w letni wieczór. Sztuka prania. Z pewnością doprowadził ją do perfekcji. Ale co miał z tym wspólnego mój ojciec?
Wtedy nagle zrozumiałem. I może to krew Jamesa Pottera płynąca w moich żyłach sprawiła, że poczułem niespodziewane, przemożne pragnienie, aby unieść Snape'a głową w dół i sprawdzić obecny stan tego konkretnego elementu jego garderoby.
- Nawet o tym nie myśl - uprzedził.
Drgnąłem z poczucia winy.
- Jak to może być - spytałem - że zna pan moje najskrytsze myśli, a wciąż traktuje mnie pan z uprzedzającą grzecznością?
- A jak to może być - odpowiedział pytaniem - że przejrzałeś cały słój łajna, kłębiącego się w moim umyśle, i na końcu nie było ci niedobrze?
Wyjrzał przez okno, a ja w tym czasie bliżej skontrolowałem jego osobiste zbiory. Poza książkami o praniu były tam też pozycje o gotowaniu i opiece nad dziećmi - wszystkie autorstwa kogoś, kto nazywał się Matylda Flores.
- Może się prześpisz - zaproponował, gdy cisza stała się zbyt męcząca.
Wzruszyłem ramionami.
- Niech się pan mną nie przejmuje, nie spałem porządnie od całych tygodni...
- Najgorsze już minęło, Harry - uznał cicho. - Teraz wszystko będzie szło ku lepszemu.
Tylko że on nie wiedział. Wszystko już zaczęło iść... ku gorszemu. Przez te wszystkie lata planowałem, walczyłem i doskonaliłem swe czarodziejskie umiejętności. Wciąż coś robiłem. Teraz jednak nie miałem już nic do zrobienia, za to całe mnóstwo czasu na myślenie. Myślenie o mojej mamie, ojcu, Syriuszu, Fredzie...
- Czuł się pan kiedyś totalnym, kompletnym nieudacznikiem? - zapytałem. Tak, byłem nieudacznikiem. Nie udało mi się uratować tak wielu istnień...
- Tak, czułem się tak - odparł. - Przez większą część mojego życia.
Przez większą część życia? Nie przez całe?
- A kiedy nie czuł się pan nieudacznikiem? - drążyłem z nutą sarkazmu w głosie.
Zignorował nieuprzejmość.
- Kiedy byłem Śmierciożercą - stwierdził. - Nie, nie patrz tak na mnie, Harry. Jestem z tobą całkowicie szczery. - Westchnął. - Czasami, Harry, to, co dobre, sprawia tak złe wrażenie, a to, co złe, tak dobre.
- Ale... - zacząłem ze złością.
- Tylko wtedy czułem się potężny i zwycięski. Tylko wtedy byłem otoczony przez przyjaciół, czułem się częścią grupy. To ci tak zwani "dobrzy ludzie" sprawiali, że uważałem się za nieudacznika.
W jego głosie nie było urazy. Po prostu stwierdzał fakt.
- To dlaczego pan z tego zrezygnował? - zdziwiłem się. - Skoro to było takie przyjemne... - Niegrzeczności w moim tonie nie można było z niczym pomylić.
- Po tym, jak twoi rodzice... - Nie potrafił tego wymówić. Nie potrafił powiedzieć, że moi rodzice zginęli. - Harry, za te kilka lat dobrego samopoczucia zapłaciłem straszliwą cenę.
- Ale to ja straciłem rodziców.
Spojrzał na mnie.
- Gdy trafiłeś do Hogwartu, twój wygląd każdego dnia przypominał mi o tym, co ci zrobiłem. I dlatego... dlatego byłem dla ciebie tak niewybaczalnie chamski. To było poczucie winy, Harry.
- Nie potrzebowałem, żeby ktokolwiek mi o tym przypominał - zauważyłem. - O tym się tak łatwo nie zapomina. O śmierci rodziców.
Jakąż okrutną przyjemność poczułem, doprowadziwszy Śmierciożercę do łez. Próbował to ukryć, odwracając się ku oknu i nie pozwalając mi spojrzeć mu w twarz.
Założyłem własny płaszcz na jego pidżamę, zbiegłem schodami na parter, założyłem buty, chwyciłem swoją miotłę. Z hukiem zatrzasnąłem za sobą drzwi, wskoczyłem na miotłę i uciekłem w noc.
------------------------------------------------
KONIEC
rozdziału czwartego
------------------------------------------------
Przypominam, że nie trzeba być zarejestrowanym, aby móc komentować teksty na tej stronie. Służy do tego poniższy przycisk Review this Story / Chapter - wystarczy go kliknąć, w wąskim pasku wpisać przezwisko, w dużym oknie komentarz i kliknąć przycisk pod spodem. Komentarze są dla mnie bardzo ważne, ponieważ pozwalają mi poznać Czytelników i ich opinie na różne sprawy.
