Już czwarty rozdział tego dziwnego, nie trzymającego się kupy, dziwnego opowiadania. Nie piszę jakoś mistrzowsko, ale beznadziejnie też nie, więc mam nadzieję, że nie jest tak źle. Sama jestem ciekawa co jest nie tak z moim stylem pisania. Hmm... A może opisuję za mało emocji i uczuć? Sama nie wiem.

P.S. Aha niektóre grzyby rosną latem w lasach. Chyba.

Rozdział 4: Spotkanie

Alchemicy zastygli w krzakach wciąż nie mogli ochłonąć z zdumienia. To musiało być przeznaczenie, ponieważ inaczej tego nie można było wytłumaczyć. Nic już jednak nie zobaczyli, ponieważ było już bardzo ciemno, ale pojawiło się nagłe mocne pragnienie, aby się z nimi zobaczyć. Oboje jednak wiedzieli, że o tej porze mogliby zostać wzięci za jakiś bandytów i szybko unieszkodliwieni przez Rizę. Nie chcieli ryzykować. Paradoksalnie nic się nie odzywali przez pewien czas zajęci swoimi myślami. Po blisko kilkunastu minutach ukrywania się postanowili wrócić do swojego obozu. Najpierw Roy ostrożnie wypełzł z krzaków. Edward szybko za nim podążył.

- Normalnie nie wierzę, że to one!- mruknął generał szybko idąc.

- Ja też!- Zgodził się z nim blondyn, zrównując się z nim. No, ale w sumie nie było w tym nic podejrzanego.... Płomienny Alchemik przypomniał sobie słowa pani pułkownik o tym, że wybiera się nad wodę. Powiedział o tym swojemu towarzyszowi. To, że wzięła Winry ze sobą nie było specjalnie dziwne. Mustang i Elric wiedzieli, że się przyjaźnią. Stalowy intensywnie zastanawiał się nad tym co dalej zrobić. Owszem chciał pływać jachtem po jeziorach, ale ta sytuacja wszystko zmieniła. Zaczął rozmyślać czy nie dałoby się pań zaprosić do wspólnej wyprawy. Był świadomy, że Roy także ma identyczne myśli. W życiu nie spodziewał się, że spotka tutaj protetyczkę, lecz wcale go to nie zirytowało. Wręcz przeciwnie, poczuł się tak jakoś lekko, bo wypełniło go radosne uczucie. Dobrze wiedział dlaczego i w obawie przed tym, że Mustang może się domyśleć o czym on duma, zwrócił głowę w drugą stronę. Jednak to on pierwszy przerwał milczenie.

- Parzyłapo masz eee.... jakieś konkretne pomysły?

- Ciebie chciałem zapytać o to samo.- odparł cicho. Popatrzył się na Edwarda wyczekująco, a ten zrozumiał, że musi przedstawić swoją propozycję.

- Eee... no wiesz sądzę, że grzecznie byłoby się z nimi zobaczyć.- rzekł Elric ciesząc się, że jest ciemno, ponieważ poczuł jak mimo wszystko policzki mu się czerwienią. Nagle ugiął się pod mocnym walnięciem w łopatki.

- Wiedziałem, że myślimy tak samo, Stalowy! Hahaha! Mimo wszystko jest z ciebie równy gość!- zawołał generał kilkakrotnie go jeszcze poklepując.

- Super!... Teraz to przestań mnie klepać!- warknął Edward, podnosząc upuszczony przez siebie kawałek drewna. Płomienny szybko się odsunął chcąc uniknąć potencjalnego ciosu. Na szczęście Elric nie miał ochoty na wszczynanie bójki. Jednak i on chciałby się z nimi spotkać... o nie! Poprawka! Nie z nimi tylko z panną Rockbell! Roy popatrzył się na niego z ukosa. Przecież to było takie oczywiste... Wiedział, że młodszy alchemik nie ma dziewczyny, a często słyszał plotki o tym, że coś łączy jego podwładnego z tą energiczną blondynką. Westchnął zadowolony z tego, że jeszcze tam było panna Hawkeye.

- Dobrze byłoby wybrać się do nich przed południem.- odezwał się generał.

- Racja, ale jestem bardzo ciekawy jak zareagują gdy nas zobaczą.

- Jutro się przekonamy. Nie bądź niecierpliwy Stalowy.

- Nie możemy tego przemilczeć. Musimy powiedzieć o tym Havocowi.- stwierdził chłopak. Myślał, że Płomienny się z nim nie zgodzi, ale przyznał mu rację. Powód był prosty: Gdyby z jakiś powodów nie powiedzieliby mu i tak by nie dali rady tego ukrywać. Zresztą po co? Dobrze będzie jeśli i on się z nimi zobaczy. Gdy tylko doszli do obozu przywitał ich radośnie mocno zniecierpliwiony Jean. Oznajmił, że trochę się o nich zaczął bać. Alchemicy szybko zapewnili go, że niepotrzebnie. Gdy tylko drewno zajęło się ogniem i rozjaśniło swoim blaskiem polankę, cała trójka usiadła na kłodzie. Szybko zgodzili się ze sobą, że trzeba przygotować kolację. Wybór był prosty i padł na pieczone kiełbaski. Wśród nocnych odgłosów do których należało pohukiwanie sowy i dziwnie buczenie dochodzące z trzcin, alchemicy opowiedzieli kapitanowi o tym co ich spotkało. Ten z kolei zaczął się cicho śmiać, widząc ich niepewne miny i dziwny błysk w ich oczach.

- Dobreee! Widzę chłopaki, że wam brak kobiet bardzo doskwiera skoro zaczynacie je słyszeć!- z trudem łapał powietrze i o mały włos kiełbaska mu nie wpadła do ognia. Rzecz jasna Edward natychmiast zareagował gdy przemknęło mu przez głowę, że Havoc uważa ich za wariatów.

- Zamknij się! To nie były jakieś halucynacje!- wrzasnął tak głośno aż się Sagittae obudził. Sokół popatrzył się na nich z wielkim oburzeniem skrzecząc przy tym ostrzegawczo.

- Dobra, dobra! Wierzę wam tylko tak mi się wymsknęło no wiecie żart!- tłumaczył się palacz i odczuł ulgę kiedy ujrzał, że alchemicy przestali się na niego patrzeć z chęcią uduszenia. Atmosfera znowu stała się spokojna. Na temat tej leśnej niespodzianki prowadzili rozmowy przez pewien czas. Gdy się najedli zgasili ognisko i każdy wczołgał się do swojego namiotu życząc dobrej nocy.

Ranek był pogodny, ale hałaśliwy, ponieważ w lesie jak i znad jeziora dochodziło wiele różnych odgłosów, które przede wszystkim należały do ptaków. Sagittae co prawda nie był śpiewakiem, ale przyłączył się do tego koncertu przyjemnie kwiląc. Sfrunął na ziemię i przeszedł się do zielonego namiotu z którego wystawały nogi Elrica. Słychać było tylko chrapanie, ale ptak jeszcze rozejrzał się czy pozostali jeszcze nie wstali. Gdy upewnił się, że nikt nie przeszkodzi w jego planach szybko zaatakował prawą stopę blondyna. Zamiast wbić mocniej szpony, wgryzł się w największego palca. Reakcja była natychmiastowa. Rozległ się wrzask, który zbudziłby nawet trupa, ale zamiast tego na nogi porwali się Mustang i Havoc. Widząc jednak szybko odlatującego sokoła daleko ponad drzewa wzruszyli tylko ramionami. Nic strasznego się nie wydarzyło. Ptak chciał się tylko pobawić i przy okazji wszystkich zbudził. Roy obrócił się w stronę klnącego blondyna, który dzięki takiej pobudce w ogóle nie wyglądał na zaspanego.

- Co za pojebane ptaszysko! Dzisiaj to mu już zupełnie odwaliło!- opatrywał nie groźną ranę na palcu, którą polał wodą utlenioną.

- Stalowy wiedz, że takie zachowanie świadczy o inteligencji.- rzekł jak zwykle znudzonym tonem.

- Taa! Gryzienie mnie w palce świadczy o inteligencji! Niech tylko wróci to mu... coś zrobię!- odgrażał się, ale już się nieco uspokoił. Generał tylko uniósł brwi słysząc to.

- Dobra, dobra skończ już to. Wiem, że tego nie zrobisz. Aha i dla poprawienia ci humoru przypomnę o....

- Tak wiem! Sklerozy jeszcze nie mam.- w jego oczach pojawił się dziwny błysk. Zupełnie zapomniał o sokole. Roy tylko ziewnął i skierował się w stronę jeziora, żeby zrobić poranną toaletę. Edward uznał to za bardzo dobry pomysł i poszedł za nim. Przyjemność oglądania rozległego akwenu i brodzenia w płyciźnie zabijały wszechobecne tutaj komary. Nocą wcale nie były dokuczliwe, bo mieli preparaty na odstraszanie tych natrętnych owadów. Teraz jednak ta ochrona już nie działała, więc pospieszyli się z przemyciem twarzy i górnej części ciała. Zaraz dołączył do nich Jean, który nic nie robił sobie z obecności komarów, bo akurat miał zapalonego papierosa w gębie. Najwidoczniej mali krwiopijcy nie lubili dymu nikotynowego. Całą trójką wrócili do obozu. Ed tylko patrzył się z głupawym uśmieszkiem na Płomiennego w swoich "Barbie klapkach". Wyglądało na to, że nie zamierzał ich zmieniać. Nie tracąc już czasu w końcu opuścili obozowisko co stało się jeszcze przed godziną dziesiątą. Jednak już teraz robił się zaduch rodem z tropików, a leśny mikroklimat tylko minimalnie chłodził. Szli nie dbając o to, żeby zachowywać się cicho, aż zbliżyli się do celu swojej podróży. Sagittae leciał nad drzewami śledząc ich poczynania. Z dobrze osłoniętego miejsca Roy przyglądał się obozowisku aż w końcu zauważył coś co nie tylko jego bardzo zainteresowało. Obie przedstawicielki płci pięknej leżały brzuchem na ręcznikach opalając się topless. Słyszeli, że rozmawiają ze sobą, ale nie mogli dosłyszeć o czym. Jednak taki widok im wystarczył do mocnego podekscytowania. Zupełnie zapomnieli, że mieli do nich przyjść się przywitać a nie podglądać jak banda dorastających nastolatków. Jean i Edward zerknęli na Płomiennego Alchemika, który wbił wzrok w pannę Hawkeye nie mogąc wciąż nacieszyć oczu jej wspaniale wyprofilowanymi udami, oraz rozpuszczonymi włosami. Elric i Havoc nie mogli się wstrzymać od nieskomentowania tego jak wygląda.

- Zobacz Parzyłapie zaraz oczy wyjdą z orbit!

- Ehe!- przytaknął kapitan- ej Roy tu jestem...!

- Zamknijcie się obaj!- warknął nieco wystraszony, tym, że zdradzą swoją obecność. Natychmiast umilkli i chłopak z sporym zainteresowaniem wpatrywał się w protetyczkę, która nieco uniosła się na łokciach. Złapał się na tym, że w myślach ponaglał ją, aby położyła się na brzuchu i nagle... wylądował na przeciw niej Sagittae. Alchemicy i Havoc zamarli.

Winry w pierwszej chwili zaskoczyło pojawienie się dużego sokoła. Także jej towarzyszka ożywiła się i wnikliwie wpatrywała się w opierzonego gościa. Ptak dreptał z rozchylonymi skrzydłami i skrzeczał.

- Co on? Z woliery komuś uciekł?- zapytała się pani pułkownik, która niezbyt dobrze znała tego sokoła.

- Nie...! Przecież to jest... Sagittae! Chodź tu!- wyciągnęła dłoń do jego łapy, żeby z bliska przyjrzeć się obrączce, która połyskiwała na jego skoku. Riza uniosła brwi zdziwiona jego obecnością.

- Winry a on czasami nie towarzyszy Edwardowi?- zadała pytanie rozglądając się po okolicy, ale nic podejrzanego nie zauważyła.

- Właśnie tak! Ej no.... Sagittae ty chyba nie jesteś tu sam, prawda?- szybko zamrugała zupełnie nie zdając sobie sprawy co kombinuje ptak, ale już w następnej sekundzie się dowiedziała. Sagittae wrzasnął po czym złapał jej biustonosz w szpony. Błyskawicznie przeleciał nad zaskoczoną panią pułkownik, której pistolet leżał w namiocie i nie było szans na korzystanie z niego. Ptak zniknął ponad drzewami. Panna Rockbell bardzo się tym zdenerwowała i podskoczył na równe nogi zasłaniając się ręcznikiem.

- Sagittae ty palancie wracaj!- zagroziła mu pięścią, zdając sobie sprawę z tego, że to nie ma najmniejszego sensu. Riza też stanęła z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Pogładziła podbródek zastanawiając się czy obecność Sagittae to jest zwykły przypadek. Także jej młodsza przyjaciółka rozglądała się bacznie po najbliższym otoczeniu, ale nic nie dostrzegła.

- Winry on wraca!- Hawkeye wskazała na sokoła, który niespodziewanie zniżył pułap lotu i to tak bardzo, że musnął końcami skrzydeł grzywkę Rizy. Jednak ptak nie zrzucił swojej "zdobyczy", ale obie kobiety zaczęły śledzić tor jego lotu. Wzdrygnęły się kiedy widać było, że Sagittae ma na celu rozległe krzaczyska, ale zręcznie je ominął i runął tuż za nimi wbrew pozorom wcale nie na ziemię. Dobiegł stamtąd przeraźliwy wrzask, a Riza nie bacząc na nic rzuciła się do namiotu po broń (oraz coś co mogła zarzucić na siebie). Winry cofnęła się przestraszona, ale strach szybko minął i zastąpiło go zaskoczenie.

- Zabierzcie go!!!

- Stalowy zamknij mordę!!!- krzyknął ktoś na niego. Riza opuściła nieco broń gdy poznała ten głos.

- Generał?!- odezwała się niepewnie, podchodząc coraz bliżej kotłujących się krzaków. Rockbell szła za nią wciąż zakrywając się ręcznikiem i obserwując to zdarzenie z ciekawością. Nagle z kryjówki wyszedł odrapany z liśćmi we włosach Mustang, który ciągnął za sobą młodszego alchemika. Ten wyglądał jeszcze gorzej z obficie cieknącą krwią po policzku i czole. Jednak nie stracił przytomności, tylko mamrotał jakieś obelgi pod adresem sokoła, który wyglądał na bardzo zadowolonego. Zły uwolnił się od uścisku i stanął łapiąc się za głowę jakby chciał sprawdzić czy również ona nie doznała uszczerbku. Poczuł ulgę kiedy okazało się, że włosy są tylko trochę rozczochrane. Jednak czas wrócić do rzeczywistości, a ściślej to do faktu, że ich znajome już o nich wiedziały. Niepewnie popatrzył się na Hawkeye, która nie celowała w nich. Następnie przeniósł wzrok na swoją przyjaciółkę, która szybko podeszła do niego i wyrwała mu z dłoni swoją część garderoby. "Jesteśmy ugotowani!"- stwierdził w myślach blondyn.

- Podglądaliście nas!?- głośno odezwała się Riza, taksując alchemików groźnym spojrzeniem. Panowie przełknęli równocześnie ślinę i w tym samym czasie zaczęli chaotycznie łgać:

- Nie no co wy!...

-.... my tak przypadkowo!..

- Stalowy ma rację!...

- O tak! I tak ujawnilibyśmy się...!

- ... ale nie chcieliśmy przeszkadzać paniom w opalaniu się!- zakończył nerwowo Płomienny, powstrzymując niespokojny chichot, oraz żywo gestykulując. Ich znajome szybko zerknęły na siebie. Dla generała i jego podwładnego to była dość stresująca sytuacja, aż nagle rozległ się głos Havoca (na chwilę się od nich oddalił) który jakby się zupełnie nie przejmując co się dzieje podszedł do Rizy i Winry.

- Może chcecie grzybka?- pokazał im to co zebrał. Hawkeye i Rockbell osłupiały jeszcze bardziej, ale trwało to tylko chwilę. Napięcie, oraz pot oblewający alchemików szybko znikły kiedy obie zaniosły się głośnym, niepohamowanym śmiechem. Kapitan puścił oczko do Mustanga i Elrica.

- Havoc! Ale chyba one nie są trujące, co?- odezwał się już całkowicie wyluzowany Roy.

- Nie.

- Skoro nie to można je jakoś przyrządzić prawda, Winry?- Riza popatrzyła się na dziewczynę. W sumie nie miała już nic do zarzucenia "podglądaczom". Gdy wczuła się w ich sytuację, zrozumiała, że nie byłoby to grzeczne przychodzić do nich kiedy opalają się półnagie.

- Racja!- przytaknęła jej, wciąż miętosząc ręcznik. Uśmiechała się, ponieważ rozbrajało ją jak czujnie obserwuje ją Elric. Jakby wciąż czekał na to, że oberwie kluczem.