ROZDZIAŁ III
Blurring and stirring the truth and the lies
(So I don't know what's real and what's not)
So I don't know what's real and what's not
(So I don't know what's real and what's not)
Always confusing the thoughts in my head
So I can't trust myself anymore
I'm dying again*
Elisabeth Middleton, która już od ponad ćwierć wieku dumnie pełniła zaszczytną, jej zdaniem, funkcję dyrektorki domu dla sierot im. Św. Gilberta, z dezaprobatą zmarszczyła brwi. Siedzący przed nią rozmówca, starszy mężczyzna w luźnym, ekscentrycznym płaszczu, budził w niej coraz większą irytację. Jego niebieskie oczy omiatały przenikliwie każdy szczegół schludnego gabinetu dyrektorki, jak też i ją samą, aż miała wrażenie, że jej rozmówca próbuje sięgnąć wzrokiem w głąb jej duszy. Instynktownie odczuwała, że to, co widział, nie budziło jego zbyt wielkiej aprobaty, choć prawdę mówiąc, nie rozumiała, dlaczego tak się dzieje. Czy nie dawała schronienia i chleba dzieciom trafiającym do niej z rynsztoków, owocom plugawych namiętności i występków ich rodziców, którzy mieli przynajmniej tyle przyzwoitości, że już nie żyli?
- Tak więc, panie... - dyrektorka zerknęła na ozdobną, połyskującą srebrem wizytówkę dziwnego starca (cóż za skłonność do przesady!) - ... ekhm, panie Dumbledore, czy ja dobrze rozumiem? Potrzebuje pan informacji na temat naszej wychowanki, Vanessy Camden i ma pan dla niej miejsce w swojej szkole? Doprawdy! - skrzywiła się ironicznie. - Nie jestem pewna, czy to dziecko nadaje się do jakiejkolwiek szkoły. U nas nie mogła nauczyć się nawet podstaw krawiectwa ani gotowania, nie wykazywała też większych zdolności do czytania, pisania, czy matematyki. Było w niej naprawdę coś dziwnego!
- Często w nietypowych i dziwnych dzieciach drzemią ukryte, i naprawdę spore zdolności. - zauważył uprzejmie jej rozmówca.
- Tak pan uważa? - wyraz twarzy Elisabeth Middleton dość dobitnie ukazywał, co należy sądzić o tej opinii. - Przez prawie dwa lata w moim zakładzie to dziecko nie odezwało się niemal ani słowem, ani na lekcjach, ani do rówieśników, ani do nauczycieli. Oczywiście, tu w grę mogą wchodzić przeżycia związane z niepamięcią... Nasza wychowanka przeżyła wcześniej ogromną tragedię, ledwie uszła z życiem z pożaru, w którym straciła bliskich i być może ślady tych wydarzeń pozostały w niej na o wiele dłużej, niż można by sądzić. Ale z drugiej strony... Panie Dumbledore, ja znam się na dzieciach, wiem, czego się po nich spodziewać, kiedy tylko tu przyjdą! - kontynuowała, czując się coraz bardziej zirytowana przenikliwym spojrzeniem mężczyzny. - Pracuję z nimi od prawie czterdziestu lat, z czego dwadzieścia pięć kieruję tym domem! Nigdy dotąd nie spotkałam tak trudnego, tak upartego dziecka!
- A w czym wyrażała się jej... hmm... trudność? - cała postawa Dumbledore'a wyrażała autentyczne zaciekawienie.
Pani Middleton miała nawet wrażenie, że przez chwilę w tych błękitnych oczach błysnęła kpina. Ale przecież tak nie mogło być, prawda? Kobieta wygładziła niedostrzegalną fałdkę na ciemnej garsonce i mówiła dalej: - To było bardzo milczące i niechętne dziecko. Nie wiadomo było, czego się po niej spodziewać. W naszym domu są dzieci z najgorszych nizin, a my dajemy im szansę wyjścia na ludzi i zdobycia jakiegoś społecznie użytecznego zawodu. Ale ona nie przykładała się do niczego, jakby jej nie zależało. Tylko tak patrzyła spode łba... Jak jakaś wiedźma, takie miałam czasem wrażenie.
- Czy z kimś tutaj się zaprzyjaźniła? - przerwał jej Dumbledore. - Czy może zwierzała się jakiejś przyjaciółce, mówiła coś o osobistych sprawach?
- Też coś! - prychnęła dyrektorka z oburzeniem. - To dziecko było niezdolne do jakichkolwiek społecznych relacji, zachowywało się obojętnie wobec całego otoczenia. Starsi chłopcy trochę jej dokuczali, wie pan, jak to jest, nie sposób ich upilnować... Milczała, milczała, a pewnego dnia zabrała nóż po śniadaniu zaatakowała jednego z nich na korytarzu. Co prawda tylko go lekko skaleczyła, te noże do krojenie pieczywa są raczej tępe, ale i tak miała nadzór kuratora.
- Kuratora? - powtórzył Dumbledore pytająco.
- No tak, przecież nie może być tak, że dziewczyna niespodziewanie atakuje kolegę nożem. Miała potem całkiem niezłą dokumentację.
- Czy mógłbym do niej zerknąć? - spytał Dumbledore.
- Absolutnie nie! - zaprotestowała Middleton. Poczuła coś, jak chłodny powiew na szyi, a jej spojrzenie stało się lekko rozkojarzone. - Ależ proszę, proszę, zaraz, gdzie ja to mam... - podeszła do wysokiej, lakierowanej na ciemno szafy i zaczęła przerzucać spiętrzone na półkach teczki. - Nie ma! - stwierdziła ze zdziwieniem. - Nie wiem, jak to się stało, zawsze dbam o porządek w dokumentach!
- Kto oprócz pani ma dostęp do tego pokoju? - niedawna uprzejmość mężczyzny zniknęła bez śladu, a jego spojrzenie stało się czujne.
- Czasem przychodzą tu interesanci... - zadumała się dyrektorka. - ... Panie z towarzystwa dobroczynnego, nasi ofiarodawcy, pracownicy opieki społecznej... Ale ja mogę panu powiedzieć, co było w tych aktach! - zaproponowała gorliwie. - Nic, czego by już pan ode mnie nie usłyszał. Kilka niekontrolowanych wybuchów gniewu w szkole lub w czasie wolnym, konflikty ze współlokatorkami z pokoju, brak jakichkolwiek zdolności, bardzo słabe oceny...
- A co takiego się stało, że pani podopieczna trafiła do szpitala psychiatrycznego? - zapytał ostro Dumbledore.
- Prawdę mówiąc, niewiele z tego pamiętam - powiedziała kobieta, jakby się usprawiedliwiając. - W jednym ze skrzydeł, gdzie akurat przebywała Camden, wybuchł pożar, na szczęście nikomu nic poważnego się nie stało. Było straszne zamieszanie, a kiedy wyprowadzaliśmy dzieci z budynku, okazało się, że Camden leży nieprzytomna w piwnicy. I wie pan, co było obok niej? - tu zawiesiła dramatycznie głos - Kanister z benzyną! Naprawdę nie wiem, skąd coś takiego mogła wziąć i nie mam pojęcia, czemu miałaby chcieć nas podpalić, mimo wszystko! Miała szczęście, że ogień tam nie dotarł, chociaż nie wiem, jakim cudem.
- W jaki sposób ją zabrano? - zapytał Dumbledore z zaciekawieniem.
- Ktoś musiał widocznie zadzwonić na policję i podać te wszystkie szczegóły. - stwierdziła dyrektorka z zastanowieniem. - Ja nie wzywałam policji, tylko strażaków, a nawet gdyby, to na pewno nie doprowadziłabym do zabrania stąd naszej podopiecznej. Widzi pan... - dodała z zadowoleniem - ... my tu mamy swoje sposoby, żeby się przekonać, kto co zrobił!
- Nie wątpię - mruknął Dumbledore - Ale proszę mi powiedzieć, co było dalej?
- No i jakoś tak... policjanci skądś wiedzieli, kogo mają zabrać, bo podeszli od razu do dziewczyny, którą wcześniej zabraliśmy na zewnątrz, na powietrze, no i zapakowali ją do samochodu. Ale tutaj, coś mi... - kobieta zmarszczyła brwi z zastanowieniem. - Coś mi nie pasuje, chociaż sama nie wiem, co.
Niebieskie oczy teraz naprawdę prześwietlały ją na wylot, wpatrzone w nią tak, jakby chciały zobaczyć to, o czym opowiadała. I ona też zapragnęła jeszcze raz to zobaczyć... I wreszcie zobaczyła.
Wysoki mężczyzna w długim, czarnym płaszczu. Legitymacja służb bezpieczeństwa. Ciemny samochód bez oznakowań.
- To nie była zwykła policja! - zawołała z triumfem. - I powiem panu coś jeszcze, bałam się, że z tego będzie wielki skandal, ale cisza, spokój... Tylko niewielkie wzmianki w mediach. Potem kuratorka usiłowała się dowiedzieć, co stanie się dalej z dziewczyną.
- I co? - ponaglił ją mężczyzna.
- Proszę sobie wyobrazić, to naprawdę dziwne. Kuratorka odnalazła sygnaturę akt sprawy prowadzonej przez policję. Okazało się, że nie ma uprawnień do ich przeglądania i że te akta trafiły do ministerstwa spraw wewnętrznych!
- Bardzo mi pani pomogła i jestem ogromnie wdzięczny. - stwierdził gładko Dumbledore. - Proszę mi tylko jeszcze powiedzieć, czy mógłbym sam porozmawiać z tą kuratorką?
Elisabeth Middleton posmutniała nagle. - Przykro mi, ale to już niemożliwe. Widzi pan, to już była starsza osoba i chyba przejęła się tą całą sprawą... Dostała ataku serca, sama w domu i niestety w tydzień po tej sprawie zmarła.
...
Nieco już zmęczony Severus Snape wymruczał końcowe zaklęcie, które wygasiło ogień pod kociołkiem. Ostatni z eliksirów potrzebnych Poppy był gotowy, teraz pozostawało tylko zanieść go do skrzydła szpitalnego. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, w przeciągu kilku dni będzie można zaobserwować wyraźne oznaki poprawy stanu nowej uczennicy, tak fizycznego, jak i psychicznego. Jego rozważania przerwało skrzypienie otwieranych drzwi, w których pojawiła się srebrna głowa Albusa Dumbledore'a.
- Severusie... - odezwał się pospiesznie dyrektor. -Czy możesz mi dokładnie wytłumaczyć, czym zajmuje się kurator?
...
Snape przechadzał się nerwowo po gabinecie dyrektora, aż w końcu zatrzymał się i z furią uderzył w biurko czarną, tekturową teczką.
- Czy ja dobrze cię zrozumiałem, dyrektorze? - świadomie położył nacisk na ostatnie słowo. - Czy ja dobrze słyszę? Zabierasz z jakiegoś, jakiegoś... szpitala dla obłąkanych tę małą socjopatkę, która potrafi zaatakować innych uczniów, w dodatku prawdopodobnie podpaliła sierociniec... a może i swój dom też!
- Uspokój się, Severusie! - powiedział z naciskiem Dumbledore, ale Snape nie dał za wygraną.
- Ja mam się uspokoić? Ja? - zniżył głos do jadowitego szeptu. - A czy pomyślałeś, co będzie, jak osoba o takich tendencjach trafi na zajęcia z eliksirów? Ogień, kociołek i ta wariatka to naprawdę mieszanka wybuchowa!
- Osądzasz coś, o czym nie masz najmniejszego pojęcia. - stwierdził poważnie Dumbledore. - Wydałeś wyrok, zanim wysłuchałeś jakichkolwiek wyjaśnień z jej strony.
- Wyjaśnień! - prychnął Snape. - Ciekawe, jak osoba, która nie pamięta prawie nic ze swojego życia, może cokolwiek wyjaśnić?
- I tu właśnie ty jesteś mi potrzebny, Severusie. - wtrącił gładko dyrektor. - Mam nadzieję, że zdołasz wniknąć w jej umysł i znaleźć odpowiedzi na te wszystkie, jak dotąd niewyjaśnione kwestie. Zapewne masz już jakieś swoje wnioski, choć być może, tak jak i ja, zastanawiasz się, czym też dziecko tak zdegradowanej społecznie osoby mogło narazić się i śmierciożercom, i mugolskim służbom bezpieczeństwa.
Oczy Snape'a błysnęły w nagłym zrozumieniu.
- No, tak... - powiedział w zamyśleniu. - Wiemy, kim była jej matka i jak żyła, ale nie wiemy, kim był jej ojciec. Czy masz jakieś dane w księdze uczniów? I dlaczego ta dziewczyna tak późno tu trafiła?
- A, bo widzisz, Severusie, to też jest ciekawa sprawa... - zaczął wyjaśniać Dumbledore, ale nagle kominek rozbłysnął zielenią i ukazała się w nim głowa pani Pomfrey.
- Dyrektorze, bardzo proszę natychmiast tu przyjść! - pani Pomfrey zniknęła z pola widzenia, nie mówiąc nic więcej.
Kiedy otworzyli drzwi infirmerii, Snape wyczuł od razu, że coś się zmieniło. Powietrze wręcz iskrzyło się od magii. Magii bardzo niespokojnej i na oślep wyrywającej się spod kontroli.
- Co się stało?
Poppy Pomfrey odsunęła parawan, za którym znajdowało się łóżko Vanessy Camden. Dziewczyna już nie spała i siedziała sztywno wyprostowana na łóżku. Jej twarz była prawie tak blada jak pościel, a ciemne oczy szeroko otwarte w grymasie przerażenia.
-*Going Under, Evanescence
