Od autorki: Ech, pisząc ten rozdział przeżyłam pierwszy kryzys. Wydawało mi się, że nie przebrnę przez potrójną przeplatankę. Moje zwątpienie musiało się udzielić bohaterowi i chyba po części stąd taki dramatyczno-patetyczny nastrój poniższego kawałka ;-)
Rozdział 4. To tylko słowa
– Jak to jest, Zorro? – przerywa ciszę alcalde.
Banita posyła mu niechętne spojrzenie. Ani myśli dociekać, co nagle zaintrygowało Ramone, nie ma nastroju na słowne utarczki.
– Jak to jest patrzeć w oczy śmierci? – Lekceważące milczenie nie zraża alcalde. – Jak to jest wiedzieć, że przed karą nie ma ucieczki?
Zorro uśmiecha się drwiąco. Mógł przypuszczać, że brak szafotu pośrodku pueblo i tłumnie otaczającej go widowni nie przeszkodzi Ramone chełpić się zwycięstwem ani nie sprawi, że zaniecha on podniosłej przemowy.
– Przekonasz się szybciej, niż myślisz, alcalde – odpowiada spokojnie.
Sam żegnał się z życiem już niejeden raz.
Wówczas, uwięziony w żołnierskiej kwaterze, również nie liczył na cud. Kolejny cud, bo w jakiś niepojęty sposób nie tylko nie połamał się na skutek upadku, ale zdołał błyskawicznie zerwać się z ziemi i ukryć w pierwszym otwartym pomieszczeniu, nim obezwładnił go ból. Niestety schronienie szybko stało się pułapką, z której, ranny i poobijany, nie był w stanie wydostać się o własnych siłach, tym bardziej że w trakcie ucieczki nie uniknąłby walki.
Siedział więc i czekał. Na przybycie alcalde z uzbrojonym oddziałem, na zerwanie maski i aresztowanie, na ciężką noc w więziennej celi... Na świt, który nie tylko jemu odbierze nadzieję. Świadomy, że idąc na szafot będzie się chwiał z wyczerpania, bał się, czy zdoła z godnością pokonać swoją ostatnią drogę. I na oczach całego pueblo godnie umrzeć hańbiącą śmiercią.
Cóż, podejmując walkę o sprawiedliwość mógł się spodziewać, że za zuchwałe sprzeciwianie się władzy przyjdzie mu słono zapłacić. Że z pętlą na szyi zakończy ryzykowną misję. Jednak nie był na to gotowy. Jeszcze nie teraz. Nie, kiedy tyran wciąż stanowi prawo. Nie, kiedy ludzie nadal potrzebują obrońcy. Nie, kiedy Los Angeles nękają rozmaici przestępcy. Nie, kiedy nie zdążył wyznać jej prawdy...
– O czym marzysz, Zorro? – Ramone świdruje banitę przenikliwym wzrokiem. – Nie mów, jeśli nie chcesz. – Wzrusza ramionami, odnajdując w jego spojrzeniu wyłącznie pogardę. – Cokolwiek to jest, nigdy się nie spełni – uświadamia bezlitośnie.
Znajome słowa. Ricardo Quintana i jego pułapka. Pożałowania godne naśladownictwo. Mimo to, ku nieskrywanej satysfakcji alcalde, z twarzy Zorro znika ironiczny uśmiech.
Victoria. Jej miłość dawała mu siłę do walki. Pragnienie, by spełnić złożoną jej obietnicę, determinowało do pokonywania wszelkich przeciwności. Nie wtedy. Tamtego dnia, zbyt słaby, żeby samemu się uratować, uwięziony w miejscu, gdzie nie dotrze wsparcie, myśląc o niej pogrążał się w rozpaczy.
Nie miał większego marzenia niż budowanie z nią wspólnej przyszłości. Nie śnił gorszego koszmaru niż ten, w którym ją tracił. Jej odejście złamałoby mu serce. Bez niej nie istniał. Rankiem to on ją zostawi. Gdy sam znajdzie ukojenie w śmierci, Victoria będzie cierpieć i uczyć się żyć bez niego.
– Ależ oczywiście. – Alcalde uśmiecha się szeroko. – Twoja señorita. Pragniesz odsłonić twarz, stojąc przed ołtarzem z twoją señoritą! – trafia w najczulszy punkt przeciwnika. – Wiesz? Załatwię ci coś podobnego. Na pogrzebie Victoria Escalante zdejmie maskę z twojego trupa! – zapewnia z nienawiścią. – A potem... – urywa i znów się uśmiecha, tym razem perwersyjnie. – Potem nauczę ją pokory. Będę ją uczył do skutku!
– Dosyć! – Póki Ramone koncentrował się na nim, Zorro cierpliwie znosił uszczypliwości i drwiny. Teraz, słysząc groźby pod adresem Victorii, gotów jest skoczyć wrogowi do gardła. – Ty podły...
– Ani drgnij! – Ostry ton i uniesiona ręka alcalde przypominają banicie o wymierzonych w niego muszkietach, powstrzymując go przed desperackim atakiem. – I radzę uważać na słowa – ostrzega Ramone – bo to ona mi za nie zapłaci.
– Jeśli ją tkniesz...
– To co? Zabijesz mnie? – drwiąco prycha alcalde. – Martwy mnie nie powstrzymasz. Jeśli zechcę, powieszę ją i nikt mi w tym nie przeszkodzi – uświadamia i pyta, tknięty nową myślą. – A może wolisz ustąpić jej pierwszeństwa? Jeśli ci zależy, każę ją przyprowadzić i rozstrzelać na twoich oczach – proponuje. – Nie? Chcesz, żebym ją oszczędził? – wnioskuje z milczenia przeciwnika. – Więc wysłuchasz wszystkiego, co mam do powiedzenia.
Przekonujący argument. Zorro wie, że Luis Ramone nie zwykł żartować. Że jeśli rozdrażni alcalde, nie zdoła ocalić swojej ukochanej. Zaciska pięści. To, co musi znieść, to tylko słowa. Okrutne, raniące, ale tylko słowa.
– Widzę, że się rozumiemy. Doskonale. – Głos i uśmiech Ramone są pełne nienawistnej satysfakcji. – Zostawmy señoritę – postanawia i porusza kolejny drażliwy temat. – Masz innych bliskich, Zorro? Kochającego ojca? Troskliwą matkę? Wiedzą, że ich syn jest pospolitym bandytą?
Znów celne trafienie. Zorro wytęża siły, by pod maską obojętności ukryć prawdziwe uczucia. Dotąd nie podzielił się z ojcem swoim sekretem. Nie przyznał się, choć już wcześniej zdarzyło mu się tego żałować. Ubolewał nad tym, gdy ugodzony kulą przestępcy starszy caballero nie mógł wybudzić się ze śpiączki. Ubolewał również, gdy sam został podobnie zraniony.
Wtedy, w koszarach, był pewien, że nie dostanie następnej szansy na szczerą rozmowę. Że zginie, nie zdążywszy wyjaśnić, dlaczego oszukiwał najbliższą osobę, i poprosić o wybaczenie.
Miał wspaniałego ojca. Ojca, który, choć pragnął syna-przywódcy, gotowego stanąć na czele caballeros i zmobilizować ich do czynnego oporu wobec tyranii, zaakceptował konsekwentnie unikającego walki mola książkowego, naukowca, artystę... Który nie potępiał ekscentryka, niezdary i tchórza. Który kochał go i szanował mimo zawiedzionych nadziei.
Don Alejandro zasługiwał na prawdę. Na otwartość i zaufanie ze strony jedynaka. Na radość i dumę z jego odważnych wyczynów. Na świadomość, że jego dziedzic godny jest mienić się de la Vegą, nim... Nim okryje hańbą rodowe nazwisko, umierając śmiercią bandyty.
– A może nie działasz sam? – drąży dalej alcalde. – Wybacz, ale mój autorytet, zwierzchnicy... Nie mogę okazać łaski twoim pomocnikom – tłumaczy przepraszającym tonem. – Nawet gdybym chciał – dorzuca złośliwie i pyta już bez ogródek. – To ile stryczków mam przygotować, co?
Wyobrażenie prowadzonego na szafot Felipe przeszywa Zorro lodowatym dreszczem. Nie! To się nie stanie! Nikt się nigdy nie dowie! Usiłuje odgonić kolejne drastyczne obrazy. Czując, że traci panowanie nad sobą, odwraca wzrok od roześmianej twarzy Ramone. Z wyczekiwaniem spogląda na Gomeza. Ten niepozorny lansjer za chwilę sprawi, że banita nie usłyszy już żadnej groźby, zniewagi czy drwiny, że nie zrani go już ani jedno bezlitosne słowo.
Cdn.
