Rozdział IV

Czas od wtorkowego wieczoru do piątkowego poranka nie był długi, ale dla niektórych ciągnął się w nieskończoność. Wśród tej grupy była Allyson, która była osobą bardzo niecierpliwą i czekanie doprowadzało ją do szału. Dlaczego wyniki nie mogły być od razu, tylko musieli ją przez długie dwa dni trzymać w niepewności? No i jak mogli wytrzymać obrońcy, którzy musieli czekać aż cały dzień dłużej?

Były to pytania, na które dziewczyna nie potrafiła sobie odpowiedzieć. Siedziała na lekcjach, chcąc żeby jak najszybciej się skończyły, żeby nadszedł wieczór. Nie do końca uważała na zajęciach, co na eliksirach skończyło się oceną Powyżej Oczekiwań, zamiast Wybitnego, bo na samym końcu, zamiast pomieszać eliksir zgodnie z ruchem wskazówek zegara, zrobiła to odwrotnie. Na szczęście eliksir nie zmienił się bardzo, stracił tylko niektóre z właściwości, jakie powinien mieć.

Na Zaklęciach już jednak się jej nie upiekło. Cała grupa ćwiczyła zaklęcia sprawiające, że przedmiot przed nimi stawał się niewidoczny, ale Allyson ani razu nie wykonała próby, co nie uszło uwadze Profesor Smith. Kobieta podeszła do niej i stanęła nad nią, spoglądając na nią znad uniesionych brwi.

- Czyżby panna Yaxley uważała, że może nic nie robić na lekcji? Być może upiekło się pannie z testami, bo ktoś podarował pannie miotłę, ale z SUM-ami tak nie będzie na pewno, bo nikt ich za pannę nie zda. Proszę rzucić zaklęcie na tą książkę.- nauczycielka wskazała leżący przed Allyson podręcznik do Zaklęć, a dziewczyna przełknęła ślinę.

- Invisiblo.- powiedziała, stukając różdżką w okładkę, ale ona zamiast stać się niewidoczną, zmieniła kolor.

- Minus piętnaście punktów dla Hufflepuffu, panno Yaxley.- odparła nauczycielka, której usta wykrzywiły się w szyderczym uśmiechu- I radzę słuchać, co mówię, panno Yaxley. Mówiłam bardzo wyraźnie na początku lekcji, że akcent nie jest na Invi-si-blo, a In-vi-siblo.

Kobieta odsunęła się od stolika Puchonki, a dziewczyna westchnęła. Cieszyła się jedynie, że Profesor Smith nie dała jej szlabanu, co nawet odrobinę ją zdziwiło. Zazwyczaj w takich momentach to robiła. Kiedy tylko uderzenie dzwonu oznajmiło koniec lekcji, Allyson powtarzała tylko w myślach, żeby Profesor Smith przestała już im coś tłumaczyć. Kiedy tylko po długiej chwili nauczycielka oznajmiła, że mogą już iść, Puchonka była pierwszą osobą, która opuściła salę. Była to już ich ostatnia czwartkowa lekcja i dziewczyna chciała czym prędzej znaleźć się w dormitorium.

Kiedy tylko tam dotarła i nawet udało jej się za pierwszym razem dobrze wystukać rytm na beczce, rzuciła tylko torbę obok swojego łóżka w sypialni, a potem wróciła do Pokoju Wspólnego, gdzie opadła na jedną z kanap. Zdziwiła się, że Shyanne, Andrew ani nikt inny do niej nie dołączył, ale po chwili zorientowała się, że zapomniała kompletnie o obiedzie. Wzruszyła ramionami, tak naprawdę nawet nie była głodna. Zawsze, jeśli tylko zachciałoby się jej jeść, mogła iść do znajdującej się niedaleko kuchni. Pracujące tam skrzaty domowe bardzo chętnie usługiwały Puchonom, którzy odwiedzali ich bardzo często, znacznie częściej niż uczniowie innych domów.

W końcu uczniowie zaczęli się schodzić i Allyson dość szybko wypatrzyła w ich gronie dwójkę swoich przyjaciół.

- Naprawdę chcę, żeby te wyniki testów już się pojawiły. Przez ostatnie dwa dni nie da się z tobą wytrzymać, Ally!- stwierdziła Shyanne, żwawo podchodząc do niej i siadając obok na kanapie.

Andrew wolno podszedł do nich, zajmując miejsce po jej drugiej stronie i wręczył dziewczynie kawałek pergaminu.

- Widziałem, że nie piszesz polecenia, więc przepisałem je dla ciebie. Na poniedziałek na Zaklęcia mamy to napisać.- wyjaśnił.

- Dzięki.- Allyson uśmiechnęła się, chowając pergamin do kieszeni szaty.

Godzinę później, po tym jak Ally zdążyła zjeść przyniesione z kuchni jedzenie, udali się do biblioteki, żeby tam odrobić zadania domowe.

- Nie idziesz dzisiaj na boisko, Ally?- spytała w pewnym momencie Shyanne, a Allyson spojrzała na nią lekko zdziwiona.- Dzisiaj wybierają pałkarzy, myślałam, że zechcesz sprawdzić jak pójdzie Anthony'emu…

- Żebyś jej do końca życia nie dała spokoju?- wtrącił się Andrew, a Shyanne posłała mu piorunujące spojrzenie- Zresztą, jutro i tak podadzą wyniki, więc się dowie, kto był najlepszy.

- Shyanne, lepiej sprawdź moje wypracowanie z Mugoloznawstwa o wadach i zaletach mugolskich środków transportu.

Allyson rzeczywiście wolałaby być na boisku do Quidditcha i przyglądać się starającym się o miejsce w szkolnej drużynie uczniom. Nie tylko jednak nie chciała dawać pretekstu Shyanne do droczenia się z nią, ale też miała zdecydowanie za dużo prac domowych. W głębi duszy żałowała, że odłożyła na czwartek wypracowanie z Historii Magii, do napisania którego miała naprawdę mnóstwo czasu poprzedniego dnia. Musiała dokończyć je już w Pokoju Wspólnym, ze względu na to, że uczniowie piątego roku po dziewiątej wieczorem musieli przebywać już w swoich dormitoriach. Zacząwszy je piętnaście po, siedziała nad nim dwie godziny i gdy znalazła się już w swojej sypialni, zasnęła w momencie.

Rano obudziła ją Shyanne, która jak zawsze czuwała, żeby Allyson nie zaspała. Kiedy dziewczyna nie wyrażała chęci do podniesienia się z łóżka wyczarowała z różdżki strumień wody, który w momencie postawił Allyson na nogi.

- Przez ciebie cała moja pościel jest mokra!- zawołała Ally, obrzucając przyjaciółkę urażonym spojrzeniem.

- Skrzaty domowe ją wymienią, a teraz lepiej wstań, chyba że masz ochotę spóźnić się na swoją ulubioną lekcję. Śniadanie położyłam ci na szafce.- odparła Shyanne, wychodząc.

Allyson spojrzała na zegarek i zorientowała się, że Shyanne i tak była dla niej na tyle łaskawa, żeby pozwolić jej przespać śniadanie. Na szafce nocnej leżał talerz z trzema tostami posmarowanymi jej ulubionym, truskawkowym dżemem. Uśmiechnęła się i z apetytem zjadła tosty, po czym ubrała się w swoją szkolną szatę. Wzięła swój kociołek, wrzuciła do niego podręcznik do Eliksirów, a następnie udała się do Pokoju Wspólnego, gdzie zebrali się praktycznie wszyscy Puchoni i niemal każdy z nich próbował dostać się do tablicy ogłoszeń.

- Allyson, hej! Gratulacje!- podbiegła do niej znana jej tylko z widzenia trzecioklasistka, ściskając mocno.

W jej ślady poszli prawie wszyscy pozostali Puchoni i wszyscy po kolei gratulowali jej, ściskali, a niektórzy chłopcy nawet lekko podrzucali. Któraś z kolei osoba powiedziała jej powód takiego zachowania, czym było dostanie się do szkolnej drużyny. Jednakże mimo całej radości, jaką czuła Allyson z powodu tej nowiny, z ulgą podeszła do dwójki swoich przyjaciół, uwalniając się z uścisków.

- Jesteś jedyną Puchonką, musisz im wybaczyć.- wyjaśniła Shyanne, przyciągając ją do tablicy ogłoszeń, przy której zostały już tylko pojedyncze osoby.

Wzrok obu dziewczyn od razu padł na kawałek pergaminu, którego nie było tam jeszcze poprzedniego wieczora.

Po przeprowadzeniu naborów do drużyn Quidditcha, pragnę z radością oznajmić, że do szkolnej drużyny Quidditcha dostali się (alfabetycznie według nazwisk):

Nicholas Anderson, klasa 7, Slytherin – obrońca

Jessica Foster, klasa 6, Gryffindor – ścigająca

Ruby Gray, klasa 7, Slytherin – pałkarz

Charles Jenkins, klasa 6, Gryffindor – ścigający

Anthony Marshall, klasa 5, Ravenclaw – pałkarz

James Potter, klasa 7, Gryffindor – szukający

Allyson Yaxley, klasa 5, Hufflepuff – ścigająca

Ponadto, grupę zawodników rezerwowych stanowią:

Samantha Johnson, klasa 6, Gryffindor – ścigająca

Matthew Philips, klasa 5, Gryffindor – obrońca

Arthur Broderick, klasa 7, Ravenclaw – pałkarz

Cassandra Morris, klasa 6, Slytherin – szukająca

Pierwszy trening odbędzie się już dzisiejszego dnia (tj. 17.09.) o godzinie 17.00 na szkolnym boisku Quidditcha. Wszelkie informacje i terminy zostaną przekazane reprezentantom przez opiekunów domów.

Jonathan Reynolds

- Oczywiście, najwięcej jest Gryfonów…- westchnęła Shyanne, czytając listę.

- Wiesz, w końcu powinni być najlepsi. Jakby na to nie patrzeć, zdobywają Puchar Quidditcha od trzech lat z rzędu.- odparł Andrew.

Wtedy rozległ się dzwon, oznajmiający rozpoczęcie się pierwszej lekcji. Cała trójka spojrzała po sobie, wzięła kociołki pod pachę i wyszła czym prędzej z dormitorium, biegnąc co sił w nogach do części lochów, gdzie znajdowała się klasa Eliksirów. Gdy tam dotarli zorientowali się, że nie byli ostatni. Do sali nie dotarła jeszcze część Krukonów.

- Zapewne świętują, że Marshall dostał się do drużyny.- szepnął do nich Puchon z ich roku o imieniu Martin.- Jakby to rzeczywiście była aż taka sensacja… My mamy Allyson i jakoś nie obnosimy się z tym tak, jak reszta.

Rzeczywiście, jak się później zorientowali, każdy dom chełpił się tym ilu miał zawodników i na jakich grali pozycjach. Czego Allyson się spodziewała, najbardziej dumny z siebie był James Potter, który chodząc po szkole nie mówił o niczym innym jak o tym, że dostał najważniejszą pozycję w drużynie, bo tak naprawdę wszystko zależało od szukającego.

- Hej, Yaxley!- Allyson wydała z siebie cichy jęk, gdy usłyszała jego głos za swoimi plecami, gdy razem z przyjaciółmi była przy drzwiach Wielkiej Sali.

Zatrzymała się i odwróciła, podczas gdy Shyanne i Andrew szybko poszli do stołu Puchonów. Nie mieli ochoty słuchać Pottera, bo wiedzieli, że na pewno nie ma do powiedzenia nic, co byłoby dla nich ważne. Od kiedy tylko Allyson dostała się do drużyny, a więc stała się w szkole mniej anonimowa, James Potter zaczepiał ją przy każdej możliwej okazji, zazwyczaj komentując jej wygląd, ubiór czy to jak zagrała w poprzednim meczu. Co prawda nigdy jej nie obraził, ale bardzo często ton jego głosu wskazywał na to, że nie były to także komplementy.

- Gratulacje z powodu dostania się do drużyny.- powiedział, stając tuż przed nią, wyprostowany, dumny. Jak zwykle Allyson musiała spoglądać w górę, dostrzec jego twarz, a nie wpatrywać się w jego szatę.- Pierwszy raz będziemy grać w jednej drużynie.- uśmiechnął się szeroko, a Allyson nie miała wątpliwości, że oczekuje gratulacji.

- Tak, wiem. Gratuluję również.- powiedziała, bez entuzjazmu w głosie, co nie uszło uwadze chłopaka, ale nic o tym nie powiedział.

- Widzimy się dzisiaj na treningu.- powiedział z uśmiechem- A właśnie, masz świetną miotłę. Jest najlepsza! Chociaż, mam taką samą.

- Idę na obiad, Potter, jestem głodna.- powiedziała i odwróciła się, zostawiając chłopaka przed Wielką Salą.

Gdy tylko podeszła do stołu swojego domu i zajęła swoje stałe miejsce, Andrew poinformował ją, że tuż po obiedzie ma iść do gabinetu Profesor Harding. Allyson zjadła obiad i spojrzała w stronę stołu nauczycieli. Opiekunki Hufflepuffu już przy nim nie było, więc mogła spokojnie udać się do jej gabinetu od razu. Zostawiając przyjaciół w Wielkiej Sali poszła do lochów, a następnie do odpowiedniego pokoju.

- Ach, to ty, wchodź, wchodź.- powiedziała Profesor Harding, gdy tylko zauważyła ją w drzwiach. Jak zwykle stała przy swoim kociołku, wrzucając do niego nieznane Allyson składniki.

Dziewczyna weszła do środka i zajęła miejsce na fotelu przed biurkiem, przyglądając się jak nauczycielka dodaje do eliksiru kolejne składniki i miesza wywar, zastanawiając się jednocześnie jaki eliksir przyrządza.

- Na początek gratuluję, Profesor Reynolds mówił, że byłaś naprawdę świetna.- powiedziała Profesor Harding, siadając naprzeciwko Allyson- Zdradzisz mi sekret, od kogo dostałaś miotłę?

- Tak naprawdę to nie mam pojęcia, kto mi ją dał…- Allyson poczuła, że czerwienieje, a nauczycielka roześmiała się.

- Na pewno od kogoś kto nie chciał, żeby wszyscy wiedzieli, że daje ci tak kosztowne prezenty. No, ale nie to jest ważne. Skoro się dostałaś, będziesz musiała iść na spotkanie z pracownikiem Ministerstwa, który oznaczy i zabezpieczy twoją miotłę. Nie wiem jeszcze kiedy się ono odbędzie, ale dam ci znać jak tylko będzie wiadomo. Będziesz też musiała mieć uszytą szatę do Quidditcha. Pracownik sklepu, z którego będą zamówione będzie w Hogwarcie w poniedziałek, a gdy będziesz potrzebna to cię zawołają.

- Mam nadzieję, że będzie to na Zaklęciach…- mruknęła dziewczyna, po czym zrobiła się cała czerwona, gdy zorientowała się, że powiedziała to na głos. Nauczycielka tymczasem roześmiała się.

- Profesor Smith nie jest taka straszna, jak się wydaje.- powiedziała, a Allyson spojrzała na nią z niedowierzaniem- Musi być surowa, żeby zapanować nad Ślizgonami. Gdybym to ja była ich opiekunem, pewnie bym sobie nie poradziła. Każdy chce być najlepszy, nie waha się dochodzić do celu kosztem innych…

Przez chwilę zapadło milczenie, bo Allyson nie bardzo wiedziała co powiedzieć. Nie chciała narzekać na nauczyciela do innego nauczyciela. Co prawda nie obawiała się, że Profesor Harding przekazałaby Profesor Smith wszystko, co powiedziała, ale uważała, że po prostu nie wypadało. Opiekunka Hufflepuffu w tym czasie uważnie przyglądała się dziewczynie, zastanawiając jednocześnie czy o czymś nie zapomniała.

- Dzisiaj macie pierwszy trening, wiesz o tym?- Puchonka pokiwała twierdząco głową- Na początku zapewne będzie na waszych treningach mnóstwo ludzi, każdy będzie chciał zobaczyć reprezentację szkoły… - te słowa kobiety wywołały u Allyson lekko załamaną minę. Domyślała się, że trudno będzie skupić się na faktycznym treningu przy obecności prawie całej szkoły.

- A wie pani może, kiedy będzie pierwszy mecz?- spytała, a nauczycielka wzruszyła ramionami.

- Nie… Profesor Reynolds chyba wam dzisiaj o wszystkim powie.- odparła- A teraz zmykaj, żeby mieć jeszcze jakiś czas wolny przed treningiem. Bo pewnie za szybko z niego nie wrócicie do zamku.

Za piętnaście piąta Allyson stała nad łóżkiem w swojej sypialni, zastanawiając się jaką szatę powinna wziąć ze sobą na trening. Przed nią leżała szata do Quidditcha, której w tym roku miała nie używać, a także stara szata szkolna, która służyła jej tylko wtedy, gdy bała się, że się ubrudzi lub ubranie się podrze. W końcu zdecydowała się na swoją szatę do Quidditcha, złapała miotłę i wyszła z dormitorium. Przeszła przez korytarz lochów, wyprzedzając po drodze wielu Puchonów, którzy również szli na boisko. Wyszła do Sali Wejściowej, gdzie natychmiast usłyszała wołanie Anthony'ego.

- Hej, Allyson, zaczekaj!- Krukon podszedł do niej- Nie miałem okazji ci pogratulować!- powiedział, wyciągając rękę, a Allyson uścisnęła ją z uśmiechem.

- No dzięki i wzajemnie.- odparła.

- Będę mieć za partnerkę nie tylko dziewczynę, ale w dodatku Ślizgonkę! Już się boję!- zaśmiał się, gdy razem wyszli z zamku i skierowali się w stronę boiska do Quidditcha.

- Dziewczyna musi być naprawdę dobra, skoro ją wybrał… Może nie będzie taka zła…- powiedziała, ale natychmiast wyobraziła sobie dziewczynę, która miałaby być taka, jak jej trzy najstarsze siostry i wzdrygnęła się lekko.

- Tak, rzadko kiedy pałkarzami są dziewczyny… Ale przecież w Slytherinie pałkarzami są dwaj siódmoklasiści, którzy zresztą brali udział w testach, a Reynolds wybrał akurat ją… Nie do końca to rozumiem…

- Wiesz, tak to już jest w Slytherinie. Kto ma lepsze dojścia, ten ma lepiej.

- Możliwe, ale przecież Albus Potter jest w Slytherinie i wcale nie jest aż taki koszmarny! Na Zielarstwie bardzo często z nim pracuję i jest naprawdę w porządku. Malfoy zresztą też, chociaż podejrzewam, że to Al ma na niego wpływ.

Dotarli na miejsce, gdzie poza nimi była tylko dwójka Ślizgonów. Średniego wzrostu, drobna dziewczyna rzucała się w oczy ze względu na jej rude, prawie marchewkowe włosy. Przyglądała się im uważnie jak podchodzili, razem z towarzyszącym jej, znacznie wyższym, brązowowłosym chłopakiem i wysoką, i bardzo szczupłą blondynką.

- Jestem Ruby, to jest Cassandra, a to Nicholas, który nie lubi jak się mówi do niego inaczej niż pełnym imieniem.- przywitała się Ślizgonka, gdy stanęli niedaleko nich, a Ślizgon kiwnął im głową.

- Ja jestem Anthony, a to All…- zaczął Anthony, a Ruby natychmiast mu przerwała.

- Puchonki nie trzeba przedstawiać, Allyson Yaxley zna praktycznie każdy uczeń Slytherinu.- powiedziała, uśmiechając się i Allyson zaczęła się zastanawiać, co się pod tym uśmiechem kryje. Z tonu głosu dziewczyny nie była w stanie wywnioskować czy mówiła z ironią czy całkiem normalnie.

- Idą Gryfoni…- odezwał się Nicholas, a wszyscy odwrócili się w stronę zamku.

Rzeczywiście, w ich stronę szła dość spora grupa uczniów Hogwartu, a na jej czele piątka w czerwonych szatach do Quidditcha i z miotłami w rękach. W rękach Jamesa Pottera Allyson zobaczyła taką samą miotłę, jak jej, tylko że jaśniejszą i westchnęła. Chciała mieć z nim jak najmniej wspólnego, a teraz nie tylko grała w tej samej drużynie, ale nawet miotły mieli takie same.

- Widzę, że przynieśliście swoje szaty do Quidditcha!- niemal podskoczyli, gdy usłyszeli głos Profesora Reynoldsa, który wyrósł jak spod ziemi- Barrdzo dobrze, barrdzo dobrze!- uśmiechnął się, charakterystycznie dla siebie przeciągając literkę „r" w słowie bardzo.- Na razie będziecie trenować w nich, dopóki nie dostaniemy treningowych i tych właściwych!- wtedy spojrzał na zbierających się przy wejściu uczniów i westchnął – Z tym coś trzeba zrobić… O, to jak ja sobie z nimi poradzę, to wy w tym czasie zaznajomcie się ze sobą.- nauczyciel ruszył w kierunku wyjścia z boiska.

- Rzeczywiście, chyba nie wszyscy znamy się nie tylko z widzenia.- powiedziała jedna z Gryfonek, niewysoka szatynka, uśmiechając się do nich- Jestem Sam, rezerwowa ścigająca, ten chłopak z odrobinę ciemniejszą karnacją to Charles, ścigający, moja koleżanka to Jessica, również ścigająca, a ten wysoki blondyn to Matt, rezerwowy obrońca. Jamesa chyba nie muszę przedstawiać.

Rozmawiali ze sobą chwilę, podczas gdy Profesor Reynolds przekonywał uczniów, żeby nie stali na murawie tylko usiedli sobie na widowni. Krótko po piątej przyszli opiekunowie domów z dyrektorem, a wtedy całe towarzystwo stało się znacznie spokojniejsze i bardziej słuchało nauczyciela.

- Jak będą wyglądały szaty do gry?- spytała Ruby, a wszyscy pokiwali głowami, że również chcieliby to wiedzieć.

- Będą czarne, a na piersi będziecie mieć herb szkoły. Poza tym będziecie mieć po jednym pasie na rękawach, które będą w barwie waszego domu, tak samo jak nazwisko na plecach.- wyjaśnił nauczyciel- Pierwszy mecz gramy z drużyną ze szkoły Uberveist z Niemiec i odbędzie się on u nich. Nie pytajcie mnie jednak o dokładną organizację wyjazdu, bo nie jest mi na razie nic na ten temat wiadome.

Nauczyciel trzymał ich na boisku do późnego wieczora. Sprawdzał wszystko, co tylko mógł i starał się wymyślić odpowiednią dla nich strategię gry, która wykorzystałaby jak najlepiej ich możliwości. Potem chciał, żeby podzielili się na dwie drużyny i zagrali krótki mecz. O ósmej wieczorem nauczyciele kazali młodszym uczniom iść do dormitoriów, o dziewiątej wygonili piątoklasistów, a pozostałym uczniom pozwolono zostać pod warunkiem, że wrócą do swoich dormitoriów gdy tylko skończy się trening. Wiele osób z tego skorzystało, a nauczyciele tymczasem wrócili do zamku.

Ostatecznie, około jedenastej wieczorem nauczyciel pozwolił im wracać do zamku, obiecując jednocześnie, że nie będzie już trzymał ich nigdy aż tak długo. Wszyscy zastanawiali się, na ile będzie to prawdą, szczególnie że oznajmił im, że treningi będą mieli codziennie, przynajmniej przez pierwszy miesiąc.

- Wyobrażasz to sobie, żeby codziennie siedzieć od piątej do jedenastej na boisku? Sześć godzin! A kiedy mamy odrabiać lekcje, szczególnie wypracowania na Zaklęcia?- spytała Allyson głośnym szeptem Anthony'ego, gdy razem wracali do Hogwartu.

- Nie!- przyznał chłopak, kręcąc głową- Dlatego mam nadzieję, że nie rzucał słów na wiatr i rzeczywiście nie będzie nas już tak długo trzymał na treningu!

Dwójka ta była przekonana, że idzie do Hogwartu jako ostatnia, za nimi, w odległości na tyle dużej, żeby nie być zobaczonym podążał jeszcze jeden chłopak. Spoglądał na Allyson i Anthony'ego zazdrosnym wzrokiem. Dlaczego musiała iść akurat z tym Krukonem, dlaczego to z nim zawsze rozmawiała uśmiechnięta, często się śmiała, a nie z nim? Przecież to on, a nie ten Krukon, już od pół roku starał się zwrócić na siebie jej uwagę! Ona tymczasem zdawała się tego kompletnie nie zauważać. Nazwanie tego niesprawiedliwym byłoby dużym niedopowiedzeniem.

Teraz też, szli razem, dyskutując o czymś zawzięcie, co jakiś czas śmiejąc się. On tymczasem tylko mógł się przyglądać. Nie znał zbyt dobrze Anthony'ego Marshalla, właściwie, to prawie wcale, ale już go nie lubił. Nie lubił go za to, że potrafił dogadać się z Allyson. Za to, że prawdopodobnie chciał mu ją odebrać, chociaż był prawdopodobnie pierwszą osobą w szkole, która po pojawieniu się tej Puchonki w szkole powiedziała, że była ładna. Może nie od razu, nie w pierwszej, nie w drugiej klasie, gdy tak naprawdę była dla niego zwykłym dzieciakiem, w dodatku z Hufflepuffu, więc nie miał możliwości poznania jej lepiej. Ale już na jej trzecim roku dostrzegł, że była ładna, chociaż odnalezienie jej piękna zdecydowanie utrudniała jej blizna. Jemu ona jednak nie przeszkadzała, a tak naprawdę i ją polubił, a i nie potrafił sobie wyobrazić Allyson bez niej.

Westchnął, widząc jak dwójka piątoklasistów znika mu z oczu, wchodząc do zamku. Podszedł do drzwi i nasłuchiwał, chcąc uniknąć spotkania z nimi, na wypadek gdyby postanowili zostać jeszcze chwilę w Sali Wejściowej. Usłyszał jak się żegnają i po chwili wszedł do środka i poszedł szybko korytarzem do swojego dormitorium, chcąc uniknąć spotkania dyżurującego nauczyciela.

Postanowił znaleźć jakiś sposób, który sprawi, że Allyson zwróci uwagę na jego starania i dostrzeże, że nie jest zwykłym idiotą, z którym nie warto mieć do czynienia więcej, niż to absolutnie konieczne. Nie miał jednak pojęcia, jak ma to zrobić, a nie chciał nikogo o to pytać. Jak na razie nikomu nie zdradził się z tym, że chciałby być z Allyson, choć jego rodzeństwo bez problemu się tego domyśliło. Stwierdzili, że zbyt dobrze go znali, żeby nie zauważyć, że w trakcie każdego posiłku spogląda cały czas na jeden punkt stołu Puchonów, gdzie zawsze siedziała właśnie Ally i jego zawiedzionych, a jednocześnie zaniepokojonych min, gdy nie pojawiała się w Wielkiej Sali oraz tego, jak ukrywa się między półkami w bibliotece, dyskretnie ją obserwując.

W końcu dotarł do drzwi swojego dormitorium i wszedł do środka z głośnym westchnięciem. Jeśli jego starania, żeby Allyson zwróciła na niego uwagę miały dalej tak wyglądać, to nie miał szans powodzenia.