A/N: jak widzę, ile czasu upłynęło do aktualizacji, to mi wstyd. :( ale z dobrych wieści: ukończyłam moją pracę magisterską. Poza ostatnimi poprawkami to już nade mną nie wisi i nie straszy, więc może w końcu uda mi się zmobilizować się do systematycznego pisania...


Rozdział 4: Etiam sanato vulnere cicatrix manet

Jak dotąd Kurogane wydawało się, że jak dotąd ten świat wcale na niego nie wpłynął, pomijając jakieś kompletnie niepotrzebne obowiązki nauczyciela, które musiał wypełniać poza pokazywaniem magicznej młodzieży, jak machać mieczem. Tego wieczoru, gdy gonił korytarzami za rozchichotanym magiem z mordem w oczach i zamiarem – przynajmniej – uduszenia, musiał przyznać, że szaleństwo Fiyero jednak trochę mu się udzieliło.

– Nn...nie… musisz się… tak denerwować – wysapał czarodziej, któremu już zaczynało brakować tchu po szaleńczej ucieczce przed rozjuszonym wojownikiem.

Kurogane nie zamierzał odpuścić; nawet się nie zmachał, a widok jak Fay stopniowo traci ten swój durny uśmieszek na rzecz zmęczenia, był dziwnie satysfakcjonujący.

Mag, chcąc mu udowodnić, że bal przebierańców będzie dobrym pomysłem, sam doprawił sobie uszy i ogon – tym razem kocie – nim Kurogane rzucił się za nim w pogoń. Okazało się, że naprędce zaczarowany ogon wcale a wcale nie pomaga w zachowaniu równowagi – zapamiętać: nie pośpieszać magów przy rzucaniu zaklęć – a wręcz przeszkadza w ucieczce. Kurogane ze swoim koszmarnym wilczym ogonem – rzuconym prawidłowo – takich problemów nie miał. Całe szczęście, że o tej porze dzieciarnia siedziała w swoich pokojach, bo o takiej gonitwie pewnie mówiono by tygodniami…

Och, ślepa uliczka. Cudownie. Kurogane uśmiechnął się drapieżnie, widząc, jak Fay przystaje pod ścianą zdyszany, opiera dłonie na kolanach i oddycha głęboko.

– Wy… wygrałeś… zupełnie… nie mam kondycji – mag wyszczerzył się, ale jego uśmiech zbladł, gdy zobaczył, że Kurogane zbliża się do niego powolnym krokiem drapieżnika i spojrzeniem, które jasno mówiło, że dla niego to wcale nie było zabawne.

I chociaż uszy i ogon nieco psuły efekt, Fay i tak poczuł ukłucie niepokoju. Stojący przed nim mężczyzna był wściekły.

– Kuro-chan?

– Pozbądź się tego – warknął Kurogane. Postąpił jeszcze o krok, a potem poczuł dziwne, niepokojące zaskoczenie, gdy mag odruchowo się cofnął. Kurogane zatrzymał się zdezorientowany nagłym błyskiem strachu w tych niebieskich oczach, który zgasł tak szybko, jak się pojawił. Przesadzał? A może tylko mu się wydawało?

– Przepraszam – odezwał się nagle Fay zmienionym tonem. Ruszył do przodu i spojrzał w twarz wojownika, uśmiechając się smutno. Ten uśmiech sprawił, że Kurogane znów poczuł się nieswojo, ale tym razem nie potrafił określić dlaczego. – Nie ruszaj się, to to zdejmę. Sądziłem, że cię to rozbawi.

Mag przybliżył się i dotknął delikatnie dłońmi głowy Kurogane. Wojownik poczuł się dziwnie; mag stał tuż przy nim, niższy o głowę, i coś szeptał w nieznanym mu języku. Oczy miał pełne skupienia, a Kurogane właściwie pierwszy raz miał okazję przyjrzeć mu się z tak bliska.

Fay miał bliznę na lewej powiece. Była niewielka i widoczna tylko, gdy mrużył oczy, ale Kurogane dostrzegł również i drugą drobną kreskę na jasnej skórze czarodzieja, gdzieś koło ucha i niesfornych kosmyków tych jasnych jak zboże włosów – niesamowite, że w tym świecie istniała taka różnorodność – i z jakiegoś zupełnie irracjonalnego powodu ciekawiły go historie ich powstania. Do tej pory wydawało mu się, że magowie są w stanie pozbywać się ran i blizn. Kurogane zmarszczył brwi, przypominając sobie, że gdy dzieciak na jego lekcji faktycznie się pokaleczył, pierwsza z brzegu koleżanka zagoiła draśnięcie jakimś zaklęciem i nikt nie uznał tego za rzecz wyjątkową. Oglądając chude ramię dzieciaka, Kurogane wówczas mocno się zdziwił, bo na skórze nie pozostał żaden ślad.

– Już – szepnął Fay, odsuwając się. Jego kocie atrybuty również znikły, tak samo, jak ta durnowata wesołość. Patrzył na wojownika zamyślony. – To… przywołało niechciane wspomnienia, prawda?

Skąd wiedział? Kurogane westchnął w duchu. Przeklęci magowie.

– Osoba, której służyłem – odezwał się, chociaż wcale nie musiał. – Miewała… ekscentryczne pomysły. To… przypominało jeden z nich.

O tak. Tomoyo, poza byciem księżniczką i wszystkimi obowiązkami z tymi związanymi, czasem wpadała na coś, co nie przystoi. Szczególnie gdy była jeszcze dzieckiem o bujnej wyobraźni i uwielbiała szyć i testować swoje przebrania na swoim najbliższym otoczeniu. Wtedy on i Souma byli wściekli za taką błazenadę (nawet cesarz nie potrafił powstrzymać śmiechu, chociaż próbował zachować kamienną twarz, gdy odgrywali jakąś starą legendę o wilkach, oczywiście w uszytych przez księżniczkę strojach), ale teraz wspominał to inaczej. Wiele by dał, by Tomoyo uśmiechnęła się raz jeszcze tak pięknie, jak wtedy.

– Wiem, co to znaczy patrzeć na coś, co przywołuje niechciane wspomnienia – powiedział cicho czarodziej, patrząc gdzieś w bok.

Kurogane nie umknęło to, że dłoń czarodzieja powędrowała do lewego oka, nim ten zorientował się, co robi i zamaskował ten gest odgarnięciem włosów.

I chociaż Kurogane przez całe życie uważał, że powinno się skupić na tym, co teraz, a nie na tym, co było – biorąc pod uwagę, w jakim stanie był obecnie, zakrawało na hipokryzję, o czym zdawał sobie sprawę – sprawa tego oka i tych blizn nagle go zaintrygowała.

– Cóż… – Fay nagle znów wrócił do swojej irytującej maniery, uśmiechając się szeroko, zupełnie jakby nic się nie stało. – To skoro już ustaliliśmy, że nie chcesz się przebierać… Idźmy do smoka!

– On jest prawdziwy? – upewnił się Kurogane, gdy z rezygnacją ruszył za czarodziejem, tym razem nie dając się ciągnąć za rękę po korytarzach. Sporo słyszał o tutejszym smoku, ale dotąd nigdy go nie widział i nie do końca wiedział, czy wierzyć w jego istnienie.

– O tak – Fay zerknął na niego przez ramię, prowadząc. Dopiero teraz Kurogane zorientował się, gdzie są. Mijali właśnie jedną z dwóch auli wykładowych. – Rzadko się pokazuje, ma już swoje lata i woli samotność…

– Studenci mówili, że jest stworzony z magii przez Clowa – Kurogane przyśpieszył, by dorównać Fayowi kroku. – To w końcu jak?

– Obie odpowiedzi są poprawne – Fay uśmiechnął się lekko. – Prawdziwy i stworzony z magii.

Wyszli przez drzwi wejściowe. Kurogane zerknął na dwie wielkie klepsydry strzegące drzwi; drobniutki piasek właśnie przesypał się do końca w obu z nich. Na jego oczach błękitny obłok uniósł się z dolnych naczyń, przeniknął przez szkło, a potem wniknął prosto do górnych zbiorników, ignorując zupełnie kanały, którymi przesypywał się na dół.

– Nie wiedziałem, że da się stworzyć życie z magii – mruknął Kurogane.

– Da się – potwierdził cicho czarodziej. W jego głosie znów zabrzmiał ten smutny ton, ale szybko znikł, a oczy Faya znów były radosne. – Ale tylko Clow potrafił stworzyć tak potężną istotę, jak Dziewięć Trzcin – i nie czekając na odpowiedź, ruszył do przodu, podchodząc do krawędzi lewitującej skały, na której leżał zamek.

Na pstryknięcie palcami głazy, które do tej pory chaotycznie okrążały olbrzymią skałę, ułożyły się w olbrzymie schody. Kurogane już co prawda to zjawisko nie dziwiło, bo tej sztuczki używał każdy student i nauczyciel – z wyjątkiem jego, oczywiście – ale Fay nie zaprzestał na tym. Cichy gwizd sprawił, że kamienne stopnie, po których do tej pory należało skakać albo się ześlizgiwać ze względu na ich rozmiar, przekształciły się w zupełnie normalnej wielkości kamienne schodki, prawie normalne, tyle że zawieszone w powietrzu wysoko nad ziemią.

Cóż, stwierdził Kurogane, to było najbardziej użyteczny popis magii, jaki do tej pory tu widział.

– Mam nadzieję, że nie masz lęku wysokości – Fay z uśmiechem zaczął schodzić. Jeszcze raz pstryknął palcami, a dwie błękitne kule magii, rozsiewające wokół łagodne, miękkie światło, zaczęły płynąć w powietrzu równo z nim.

Kurogane zaprzeczył, ale i tak uważał na to, jak stawia kroki, schodząc za czarodziejem. Lęk wysokości lękiem wysokości, ale wątpił, czy magia dałaby radę uratować jego czaszkę po roztrzaskaniu się o ziemię. Chwilę później stanęli na trawie.

O tej porze rozległe zielone tereny tonęły już w mroku. Kule magii uniosły się ponad ich głowy i pomknęły do przodu, wyznaczając im drogę.

– Dokąd idziemy? – zapytał Kurogane, gdy minęli ścieżkę wiodącą do Alabastrowego Parku, znajdującego się dobre pół mili od zamkowej skały.

Magiczne odblaski odbijały się od długich liści wierzb, nadając im srebrzystą barwę. Kurogane zerknął w górę, na niebo; na bezchmurnym sklepieniu pojawił się już księżyc w pełni, mniejszy niż w jego świecie, za to otoczony siedmioma jasnymi gwiazdami, które niemal przyćmiewały go blaskiem.

– Tam – Fay wskazał ręką przed siebie; jedna z kul uniosła się i rozproszyła światło, ukazując wojownikowi niewielki zagajnik dobrą milę przed nimi. – Będziesz miał okazję zobaczyć Dziewięć Trzcin w pełni sił – dodał z uśmiechem i wskazał na księżyc i wianuszek gwiazd.

– Z ich powodu? – Kurogane uniósł brew. Coś tam słyszał o związkach ciał niebieskich i magii od studentów, ale nie potrafił niczego konkretnie sobie przypomnieć.

– Siedmiokrotne peryselenium – Fay posłał mu uśmiech i szybko wyjaśnił. – Tych siedem gwiazd jest najbliżej księżyca w tym samym czasie, to się zdarza tutaj raz na parę lat. To nie jest najbardziej magiczny moment w roku, ale i tak magia dzisiaj jest wyjątkowo silna.

– Jakoś twoje uszy i ogon takie nie były – mruknął pod nosem Kurogane, ale mag i tak go usłyszał i zachichotał.

– No, dobrze, jest silniejsza na zewnątrz, tam, gdzie pada światło – uściślił Fay. – W każdym razie…

Nie dokończył, bo znad zagajnika poderwał się olbrzymi, czarny kształt. Przez powietrze przemknął wściekły, głuchy ryk, a falę gorąca poczuli aż tutaj.

– Coś go zdenerwowało – Fay zatrzymał się i gestem nakazał to samo Kurogane. – Dziwne…

Smok, ledwo widoczny na tle ciemnego nieba, nagle jakby zlał się z powietrzem i zniknął. Jedynie drżące lekko korony drzew świadczyły o tym, że coś się wydarzyło. Czarodziej zerknął przez ramię.

– Nie wiem, czy powinieneś…

– Nie boję się – Kurogane wywrócił oczami. – Chcesz dalej do niego iść?

– Tak – Fay patrzył na zagajnik, marszcząc brwi. – Chociaż z reguły tak się nie zachowuje… Nieważne. Chodźmy.

Dalsza droga przebiegła bez przeszkód. W pewnym momencie weszli między drzewa i po parunastu sekundach znaleźli się na niewielkiej polance. Kurogane rozejrzał się dookoła. Drzewa i zarośla rosły na tyle rzadko, że zapewniały widoczność, a blask księżyca i gwiazd znacząco pomagał. Mimo że nie wróg nie miałby gdzie się tu ukryć, wojownik i tak czuł znajomy niepokój.

Tu było zbyt cicho. Las powinien rozbrzmiewać dziesiątkami dźwięków, a tu nawet nie słyszał wiatr i szelestu liści.

– Co to za miejsce?

– Polana – odparł cicho Fay, ale z jego tonu Kurogane wyczytał, że nie jest to pierwsza lepsza polana w lesie i mag jest tego świadomy. Uspokoił się nieco, słysząc spokojny głos czarodzieja, najwyraźniej świadomego odmienności tego miejsca i traktującego to jako nic niebezpiecznego. – A teraz, Kuro-rin, proszę, żebyś złapał mnie za rękę.

– Co ci znowu wpadło do łba? – Kurogane żachnął się, ale mag nie przejął się tym i sam chwycił dłoń wojownika, mocno zaciskając na niej palce.

– Nie sądzę, byś chciał poczuć magię smoka bez osłony – powiedział cicho czarodziej, a to sprawiło, że Kurogane powtrzymał odruch wyrwania dłoni i postanowił czekać na ruch maga.

Fay wyciągnął przed siebie drugą dłoń. Spomiędzy palców wypłynęły nagle błękitno-fioletowe symbole, a ich ciąg otoczył ich obu. Przez kręgosłup bruneta przeszedł dziwny dreszcz, a powietrze dookoła na chwilę się ochłodziło.

– Nie mogę czuć magii, tak? – zapytał z przekąsem Kurogane, patrząc na wirujące wokół znaki.

– Ludzkiej nie – powiedział Fay, opuszczając dłoń. – Smocza to już inna kwestia.

Symbole z wolna rozpłynęły się w powietrzu, a Kurogane zauważył, że powietrze lekko drży, jakby było rozgrzane płomieniem z ogniska.

– Dziewięć Trzcin, ukażesz się? – mag podniósł głowę do góry i zawołał w przestrzeń. – Mam do ciebie sprawę!

Sekundę później Kurogane gorąco podziękował w duchu czarodziejowi za to zaklęcie. Gałęzie drzew trzasnęły ogłuszająco, źdźbła traw i zarośla przygięły się do ziemi przez szalejący, gorący wiatr, kilka dzikich kwiatów na ich oczach wręcz uschło w mgnienie oka, a oni stali pośrodku tego chaosu, chronieni zaklęciem. W środku ochronnej bariery nie zmieniło się nic.

Kurogane nawet nie zorientował się, że odruchowo mocniej ścisnął palce czarodzieja, zbyt zaskoczony widokiem bestii, która zmaterializowała się w powietrzu.

– Młodszy Flourite – zamruczał smok głębokim głosem, od którego drżała ziemia. – Dawno nie mieliśmy okazji porozmawiać. Kogo przyprowadzasz?

– Jestem Kurogane.

W księżycowym świetle złote łuski smoka stały się perłowe. Wokół głowy miał kołnierz ostrych, czarnych kolców, takich samych jak te, który zdobiły tylną część ogona. Potężne łapy uzbrojone były w równie ostre pazury, które teraz zaczęły się chować, zupełnie jak u kota. Smok unosił się na dużych pierzastych skrzydłach, nie poruszając nimi.

Z wolna wicher, który przywołał swoim pojawieniem się, zaczął się uspokajać, ale Fay nie opuścił bariery.

– To nasz nowy nauczyciel od sztuk walki – wyjaśnił radośnie czarodziej.

Kurogane oszczędnie, ale z szacunkiem kiwnął głową bestii. Smok z wolna opadł na ziemię i złożył skrzydła. Siedząc, przewyższał wojownika dwukrotnie, a zęby, jakie błyskały w jego paszczy, gdy mówił, z pewnością mogły rozszarpać człowieka na strzępy.

Rozszarpać na strzępy. Kurogane na moment znieruchomiał, gdy do głowy wpadła mu pewna myśl, nim jednak rozwinęła się w jego umyśle, Fay zaczął paplać.

– … Stwierdziłem, że to świetna okazja, żeby was sobie przedstawić – mag zachowywał się tak, jakby gadał do oswojonego kota, a nie do bestii. – A skoro już mamy to za sobą, to czy możemy liczyć na pokaz ogni w tym roku, Dziewięć Trzcin?

Smok wypuścił nieco dymu z nozdrzy, co w jakiś dziwny sposób upodobniło go do wzdychającego człowieka, zirytowanego tym, że ciągle ktoś go o coś męczy.

– A czy kiedykolwiek odmówiłem udziału w tej waszej bzdurnej zabawie w straszenie, męczenie i upijanie biednych, nieświadomych tego, w co wdepnęli studentów, którą nazywacie otrzęsinami? – w głosie smoka zabrzmiała ironia.

Uśmiech Faya był równie olśniewający, co siedem gwiazd na niebie.

– To my się upijamy po uroczystości, uczniowie są na to za młodzi. Po prostu kultura wymaga zapytać, prawda, Kuro-rin? – czarodziej uśmiechnął się do Kurogane, który na to tylko wywrócił oczami, dając do zrozumienia, co sądzi o manierach Faya. Ten szybko jednak spoważniał. – Co cię tak zdenerwowało przed chwilą?

Źrenice smoka nagle się zwęziły do postaci pionowych szparek, co sprawiło, że jego tęczówki wyglądały jak połyskujące w ciemności srebrne monety.

– Wyczułem smród istoty, którego gatunku smoki nienawidzą i wpadają w szał, czując go – powiedział chłodno Dziewięć Trzcin. – Raz przyniosłeś ten smród tutaj, pamiętam. Twoja krew nim cuchnęła.

Fay drgnął. Wolna dłoń, do tej pory wisząca swobodnie wzdłuż tułowia, znów powędrowała do oka. Tym razem mag nie zamaskował tego gestu. Kurogane przyjrzał mu się uważnie i zdał sobie sprawę, że mag ściska jego palce mocniej niż do tej pory.

– Lepiej by było dla tej istoty, by odszedł jak najdalej – szepnął czarodziej.

– Pamiętaj, czym jestem – parsknął smok, a gorący oddech uderzył w magiczną osłonę, nie robiąc im krzywdy. Wydawało się, że smok przestał zwracać uwagę na Kurogane, całkowicie wpatrzony w czarodzieja. – I do czego mnie stworzono. Czyż nie składałeś przysięgi, ubierając profesorską togę?

Fay uniósł głowę, posyłając smokowi najbardziej fałszywy uśmiech, jaki Kurogane widział w życiu.

– Interesy Fiyero są drogie mojemu sercu – zapewnił, kładąc dłoń na piersi.

– Dzieci zobaczą pokaz – smok z miejsca wybił się na tylnych łapach i zawisł nad nimi. – A ty przestań śnić.


Śnił. Śnił o tym, jak leżał w czerwieni, pośród magii szalejącej wśród ruin budynku, czując, jak krew sączy się z jego twarzy. Ktoś niedaleko kaszlał, utykając i potykając się próbował uciec. Fay próbował go wołać, ale żaden dźwięk nie był w stanie przejść mu przez gardło. Został sam.

Śnił. Oczy płonęły złotem, a źrenice były kocie, albo smocze, ale ich spojrzenie było pełne współczucia. Istota niebędąca człowiekiem się nad nim pochyliła.

Otrzymał pomoc w zamian za milczenie.


To była wyjątkowo interesująca pozycja. Kurogane lekko zagiął stronę księgi i zamyślił się. Jak jedna osoba może pokonać armię? Postukał palcem w skórzaną okładkę. Odpowiedź nasuwała się sama. Smok.

Główną wadą tego planu było to, że jedyny smok, jakiego Kurogane znał, pewnie by się nie kwapił do słuchania rozkazów.

Cóż. Kurogane westchnął i upił łyk kawy – genialny wynalazek tego świata, musiał przyznać – i dalej przeglądał bestiariusz w poszukiwaniu inspiracji.


Przejrzysta kulka unosiła się nad blatem biurka, wolno obracając się wokół własnej osi. Fay opierał się łokciami o biurko i z zamyśleniem ssąc końcówkę pióra, przyglądał się jej od dłuższej chwili. Wokół niego leżało luzem kilkanaście kartek z notatkami.

– Jesteś sercem ochronnym, co, malutka? – lekko szturchnął kulkę stalówką. Magiczny artefakt na moment zabłysły perłowo, a moc, którą w sobie skrywał, dała się odczuć. Fay skrzywił się.

Była potężna i jej moc rosła. Nic dziwnego. Nie miał wiele czasu na rozwikłanie jej zagadki. Magia ochronna była w końcu jego specjalizacją, prawda?

– Skąd jesteś, co chronisz i co odróżnia cię od innych serc?


Śnił. Śnił o białookim mężczyźnie rozrywanym na strzępy przez złotołuską bestię, której dosiadał. Śnił o zrujnowanym kraju, o uschłych drzewach i wyschłych strumieniach.

I o malutkiej kulce w jego dłoni, która sprawiała, że życie wracało do cesarskiego pałacu.

c.d.n.