Dziękuję wszystkim za komentarze do poprzedniego rozdziału!
Exciter, nie bój się, na pewno nie pomieszają Ci się te opowiadania. Mają zupełnie inną fabułę. :) The Fictionist tworzy wspaniały portret psychologiczny postaci, więc jeszcze będzie wiele okazji, by wyrobić sobie zdanie o Tomie i przekonać się, czy wcale nie jest taki zły. A co do pozostałych horkruksów - ich kwestia na pewno zostanie poruszona w opowiadaniu i wszystko się wyjaśni, pozostaje tylko czekać cierpliwie, aż dojdę do tego momentu. :)

Rozdział wspaniale zbetowała Panna Mi.
wężomowa


Tym razem, gdy Harry się obudził, nie dał się zwieść wrażeniu, że wciąż był w dormitorium Gryffindoru, choć czuł się zaskakująco wyspany.

Gdyby wcześniej nie był taki wykończony, z pewnością przez całą noc wierciłby się i miotał, ogarnięty paranoicznymi myślami, że Riddle bez żadnych wątpliwości zamorduje go we śnie albo przynajmniej zrobi coś podobnego. Więc, biorąc pod uwagę czarne myśli w jego głowie, prawie spadł z łóżka, kiedy przy zakładaniu okularów zobaczył, kto stoi u progu drzwi.

- Ach! Riddle! C-co ty, do cholery, robisz? - wysyczał, zakrywając się kołdrą po szyję, czerwony ze wstydu. Oczywiście, miał na sobie wszystkie ubrania, ale czuł się obnażony, kiedy ktoś go bez jego świadomości obserwował. Automatycznie miał wtedy ochotę gdzieś się schować.

Dziedzic Slytherina uniósł brew.

- Och, proszę cię, Harry, masz dwanaście lat. Wiesz, mam jakieś standardy. Kompletnie nie jestem tobą zainteresowany w ten sposób.

- I niby skąd miałbym to wiedzieć? - fuknął wściekle Harry.- Wyssałeś życie z Ginny, niewinnej jedenastolatki, ale to przecież nic takiego, a mnie, do jasnej cholery, porwałeś! Ciężko mi uwierzyć, że masz jakiekolwiek standardy, ty popieprzony głupku!

- Przestań tak brzydko mówić, brzmisz śmiesznie i wulgarnie – skomentował krótko starszy chłopiec. Harry zmrużył oczy.

- W ogóle po jaką cholerę przyszedłeś do mojego... do tego pokoju? - zażądał odpowiedzi.

- Wcale nie jestem w tym pokoju – Riddle uśmiechnął się ironicznie i spojrzał w dół na swoje stopy, którymi stał na progu pomieszczenia, ale technicznie jeszcze nie w środku. Harry posłał mu wściekłe spojrzenie.

- Po co stoisz w drzwiach, obserwując mnie? - zmienił dobór słów.

- Zastanawiam się, czy powinienem cię zabić.

Harry zamrugał. Chwilę potem zbladł i przekrzywił głowę. To było na poważnie, czy może to kolejny żart z serii o Jasiu i Małgosi? Uroczo było obudzić się i od razu usłyszeć takie słowa. A jego serce już przestawało tak szaleńczo bić...

- Powodzenia. - Ostrożnie wyśliznął się z łóżka, bo jeśli naprawdę miał zginąć z ręki starszego chłopca, to przynajmniej nie chciał umierać w taki sposób. Chciał wstać i walczyć z podniesioną głową. - Nie byłoby ci łatwiej, gdybyś nasłał na mnie wtedy bazyliszka?

- Wiesz, większość ludzi zaczęłaby w tym momencie błagać o swoje życie.

Harry wzruszył ramionami. I dać zarazem Riddle'owi satysfakcję? Nigdy!

- Dlaczego tak jest – zaczął Riddle – że jesteś bardziej przerażony myślą, że mogę stać u progu twoich drzwi, niż że mogę cię zabić?

- Nie boję się ani tego, ani tego!

- Więc to przejaw twojej głupoty – powiedział stanowczo chłopiec. - Biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej się znajdujesz, powinieneś już dawno wpaść w panikę.

- Czemu? - zapytał Harry. - Czy bycie przerażonym twoją osobą pomoże mi się stąd wydostać? Nie sądzę.

Riddle stał przez chwilę cicho, obserwując go ze spojrzeniem pełnym upiornej i nieokiełznanej intensywności.

- Wciąż wierzysz, że zdołasz uciec.

- A co, oczekujesz, że się poddam? Bo nigdy tego nie zrobię!

Riddle nie odpowiedział. Harry zrobił kilka kroków do przodu i zacisnął pięści.

- Obiecuję, że zanim w ogóle dam ci to, czego ode mnie chcesz - cokolwiek to jest - będziesz martwy za te wszystkie rzeczy, które zrobiłeś! Jesteś potworem...

- Sensitivi Privatio.

Harry rozszerzył oczy, kiedy zaklęcie uderzyło go prosto w klatkę piersiową, szybko jak błyskawica. A potem... a potem nie było nic.

Nie mógł widzieć, dookoła niego roztaczała się ciemność, tak jakby jego oczy były zamknięte, choć miał je otwarte. Nie mógł poczuć w ustach metalicznego smaku głębokiego snu, a cisza była ogłuszająca.

Nie mógł... nie mógł się ruszyć.

Był martwy? Riddle go zabił?

Wziął uspokajający oddech. Nie mógł poczuć powietrza w płucach, więc może rzeczywiście nie żył. Zacząłby rzucać się dookoła, ale nie miał nawet świadomości własnego ciała.

Nie czuł... niczego.

Strach i przerażenie zaczęły wściekle narastać w jego sercu. Poczuł mdłości i lęk. Nie mógł tego znieść! Nie czuł nawet, że był żywy!

Nie mógł nic zrobić, pozostawały mu tylko niekończące się myśli.

Ponownie spróbował wziąć oddech.

Riddle to cofnie, prawda? Cokolwiek zrobił? Co to było za zaklęcie? Nie wiedział, jak długo trwał w tym stanie, miał tylko wrażenie, że wiecznie.

Ciemność.

Zapomnienie.

Próbował otworzyć oczy, ale mrok nie ustępował miejsca światłu.

- Riddle? Jesteś tam? Co ty mi, do cholery, zrobiłeś... Riddle?

Odpowiedziała mu cisza. Wzmógł się w nim strach, władając całym jego wnętrzem.

- Jesteś dupkiem!

Nic.


Albus Dumbledore wszedł do damskiej łazienki na drugim piętrze, o której powiedział mu Ron Weasley. Nie mógł uwierzyć, że Komnata Tajemnic znajdowała się, ze wszystkich miejsc, właśnie tutaj.

Wciąż nie był pewny, jak się do niej dostać. Po wydarzeniach ostatniej nocy natychmiast spróbował przywołać węża, by zwierzę umożliwiło mu wejście, ale drzwi nie chciały się otworzyć, jakby wyczuły jego intencje bądź była nałożona na nie jakaś magia.

Może wąż musiał wysyczeć jakieś konkretne słowa - „otwórz się", wedle zeznań pana Weasleya – a tego nie zrobił. Tak czy siak nie byli w stanie wejść do wnętrza Komnaty i zatrzymali się u jej wrót.

Wyraz twarzy Severusa pozostawał nieczytelny, ale z pewnością był on zachwycony wizją tak bliskiego przebywania obok sekretnej kryjówki jednego z założycieli Hogwartu.

Przywołali również mnóstwo kogutów na wypadek, gdyby pojawił się bazyliszek.

Próbowali z całych sił zmusić węża do wypowiedzenia odpowiednich słów, jednak te cholerne drzwi wciąż nie chciały się otworzyć. Podejrzewał, że Salazar tak zabezpieczył Komnatę, że tylko człowiek posiadający zdolność wężomowy był w stanie się do niej dostać.

Więc zabrali się za to w bardziej skomplikowany sposób.

Od paru godzin bez przerwy pracowali nad zniszczeniem tysiącletnich barier, opuszczając to miejsce tylko po to, by udać się na śniadanie i dodać otuchy uczniom.

Bał się myśleć, co może znaleźć w Komnacie. Natychmiastowo stworzył zespół z najlepszych ludzi, jakich znał, ponieważ niestety zdejmowanie barier nigdy nie było jego mocną stroną.

Severus nieustannie pracował przy drzwiach, mimo swojej nienawiści do Harry'ego.

Harry.

Co się stało z Harrym? Czy Chłopiec, Który Przeżył leżał tam nieprzytomny, czy w ogóle już go tam nie było?

Chciałby móc sądzić, że jego bariery ochronne zapobiegły przetransportowaniu chłopca przez jakieś nikczemne moce, ale nie był w stanie zagłębić się w magię Komnaty.

Było niemal pewnym, że Slytherin usunął zabezpieczenia Hogwartu ze swoich komnat, by móc opuścić zamek w każdej chwili, albo że rozciągnął je w celu uzyskania tego samego efektu - w jakiejś taktyce walki.

Nie wiedział.

Nie znosił nie wiedzieć.

Fawkes zniknął jakiś czas temu i mógł mieć tylko nadzieję, że feniks pomógł Harry'emu. Nie miał jednak pewności.

Kiedy opuszczał szkołę, nawet sobie nie wyobrażał, że może dojść do czegoś takiego i że wszystko pójdzie tak spektakularnie źle.

Westchnął ciężko, nie będąc takim młodym jak kiedyś, czując przyduszający go ze wszystkich stron ciężar zmartwień i bezsennych nocy.

Weasleyowie byli, co dało się zrozumieć, zrozpaczeni i bał się, że Hogwart może zostać zamknięty.

Tyle że nie było już żadnych ataków, a jeśli będzie w stanie udowodnić, że dziedzic został powstrzymany... dziedzic.

Krew zamarzła mu w żyłach.

Musiał dostać się do Komnaty.


Tom obserwował Harry'ego, który szamotał się na podłodze.

Pozbawił chłopca wszystkich zmysłów, doprowadzając go do desperacji, którą sam odczuł, gdy był w dzienniku.

Gryfon znosił to zaskakująco dzielnie, ale powoli zaczynał pękać. Łzy nieświadomie spływały mu po policzkach, gdy szaleństwo, którego doświadczał, z każdą chwilą tylko wzrastało.

Miał okresy całkowitego bezruchu, kiedy wyraźnie starał się zachować spokój i okresy, kiedy wił się po ziemi, jakby próbując wyczuć swoje ciało.

Gdyby Tom zwrócił mu zmysły, prawdopodobnie byłoby to dla niego bardzo bolesne.

Na razie mógł poczekać.

Minęła prawie godzina, a w tym czasie przyniósł sobie książkę i cicho ją czytał, doglądając sytuacji. Musiał przyznać, że podziwiał wytrzymałość dzieciaka, jego nieugiętą wolę. Harry Potter był zadziwiająco silny i nie było co do tego żadnych wątpliwości.

Chłopiec, w rzeczy samej, był wszystkim, czego po nim oczekiwał, wysłuchawszy opowiadań Ginewry, a nawet i czymś więcej.

To były jedyne rzeczy, których z ciekawością od niej wysłuchiwał i ona również była szczęśliwa, że może komuś bez końca paplać o swoim bohaterze, iż znalazła towarzysza w rozmowie .

I, och, odbijające się klątwy śmierci oraz pokonanie Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać z pewnością zwróciły jego uwagę, ale kiedy powiedziała mu, że Harry Potter był wężousty?

Wtedy był absolutnie zachwycony.

To było perfekcyjne i uroczo tajemnicze, ponieważ wiedział, że chłopiec nie mógł być z nim spokrewniony... Jakim cudem mógł być więc wężousty?

Istniało między nimi tak wiele podobieństw, że go to intrygowało. Od razu wiedział, że w grę wchodziło coś większego, coś głębszego... i wtedy spotkał dzieciaka po raz pierwszy.

Intensywna ciekawość błyskawicznie przerodziła się w absolutną obsesję.

Nie wiedział, co to było, ale coś wtedy złączyło się w nim w jedną całość, przyciągając go.

Miał świadomość, że nie odpuści sobie, dopóki nie rozwiąże tej zagadki, a chłopiec był klejnotem, który sobie zatrzyma, by lśnił i błyszczał jako pokaz mieniącej się nagrody. A plan zwrócenia go ku Ciemnej Stronie był więcej niż tylko rozkoszny. Takie właśnie zamiary tworzył sobie w głowie od dawna.

Miał wrażenie, że powinien podziękować pannie Weasley za nieświadome sprawienie mu takiego prezentu.

Chłopiec był jeszcze nieoszlifowany, ale jego potencjał był uderzający. Bał się, że Gryfon mógł być zbyt głęboko zakorzeniony w ideałach Światła, ale gdy wyskoczył wtedy na niego z morderczymi pogróżkami i oczami koloru klątwy zabijającej, pełnymi zaciętej i mrocznej determinacji, jego nadzieje odżyły.

- Tom? - Głos chłopca był teraz delikatniejszy, szept ledwo ukrywał przerażenie. Jego ciało się trzęsło i ręce trzymał uparcie wtulone w siebie, jakby w poszukiwaniu ciepła.

Przestał rzucać wyzwiskami.

Doskonale znał ten proces, sam kiedyś przez niego przeszedł. Wiedział, jak to jest być pozbawionym zmysłów i jak wiele, a właściwie wszystko, człowiek potrafi oddać, by znów być żywym.

On przynajmniej miał część siebie, z którą mógł rozmawiać, a następnie przez kolejne lata innych, przeróżnych kompanów, choć Lucjusz wyrzucił go po tym, jak jego siedmioletni syn zaprzyjaźnił się z nim i zaczął... „chorować".

- Tom, proszę...

I to było wszystko, czego potrzebował, łącznie ze łzami lśniącymi w otwartych, niewidomych oczach chłopca.

Harry go teraz zrozumie, nie było innej możliwości, i właśnie to zrozumienie powinno zmniejszyć nienawiść chłopca wobec niego, by dać mu drogę do zajścia pod jego skórę.

Dotąd chroniła go jego nienawiść, ale nikt nie był w stanie w pełni nienawidzić tego, co rozumiał.

Tom anulował zaklęcie i chłopiec, dysząc gwałtownie, natychmiastowo podniósł się do pozycji siedzącej i zaczął się cofać, aż jego plecy uderzyły o nogę łóżka. Odsunął od siebie książkę i, obserwując chłopca przez kilka sekund, przyglądał się jego roztrzęsieniu, szklistemu wzrokowi, zaciśniętej szczęce i pięściom.

Ruszył do przodu.

Harry Potter był sierotą tak jak on. Każda sierota do pewnego stopnia desperacko chciała i łaknęła rodziny, bezwarunkowej akceptacji.

Wykorzysta to zawczasu.


Harry zdrętwiał, kiedy palce wślizgnęły się pod jego brodę, podnosząc mu głowę do góry z delikatnym okrucieństwem.

To była broń Riddle'a; wiedział, że Harry czekał na niewyobrażalne tortury, próby mordu i nienawiść. Nie umiał radzić sobie z życzliwością, nigdy nie myślał, że będzie musiał się przed nią bronić.

Och, Riddle w żadnym wypadku nie był miły, był zimny jak lód i kipiał groźbą, ale był w pełni zdolny, aby to udawać.

Harry nie dał się nabrać. Nie zgadzał się na to. Przyciskając ręce do kolan, posłał chłopcu gniewne spojrzenie.

Musiał się stąd wydostać, bo bał się tego, do czego może dojść, kiedy Riddle stanie się wszystkim, co mu zostało, wszystkim, na czym mógł polegać.

- To było sześćdziesiąt minut – oświadczył delikatnie, tak bardzo delikatnie Riddle. - Jak myślisz, w jaki sposób zniósłbyś to przez pięćdziesiąt lat?

Harry'emu zaschło w ustach, a w głowie zaczęło mu dudnić. To nie było w porządku. Dziedzic Slytherina – Voldemort – był zły, nie mógł pozwolić sobie na myślenie o nim w jakikolwiek inny sposób, jeśli nie chciał zostać zaciągnięty w szary cień, w którym mógł się zgubić.

- Zrobiłbyś to samo co ja, Harry, tak jak i każdy. Nie jestem potworem. Jestem taki jak ty. Jesteśmy tacy sami, ty i ja.

- Nie, nie jesteśmy – powiedział chrapliwie – Wcale nie jestem taki jak ty.

- Wcale? - wyszeptał Riddle. - Czarodzieje półkrwi, sieroty wychowane przez mugoli, którzy o nas nie dbali...

- S-skąd o tym wiesz?! - zażądał odpowiedzi, próbując się wycofać i wzdrygnął się, kiedy słowa do niego dotarły.

Ginny, oczywiście, wiedziała, w jaki sposób uratowali go jej bracia, na pewno usłyszała o kratach w oknach i bez wątpienia opowiedziała o tym swojemu pamiętniczkowi.

Nigdy nie czuł się taki rozgoryczony. Powiedziała Riddle'owi wszystko o nim, to nie było sprawiedliwe! On prawie nic nie wiedział o starszym chłopcu.

- … obaj jesteśmy wężouści, potężni, obaj musieliśmy zbyt szybko dorosnąć. Nawet wyglądamy trochę podobnie...

- Przestań – wymamrotał wściekle Harry i próbował zakryć uszy, ale Riddle złapał jego dłonie wolną ręką, oplatając długimi palcami jego chude nadgarstki w solidnym ucisku.

- To, że nie chcesz mnie słuchać nie znaczy, że to, co mówię nie jest prawdą – wymruczał dziedzic Slytherina. - Co więcej, wiesz, że to prawda i właśnie dlatego nie chcesz mnie słuchać.

- Nie.

- Tak.

Harry zagryzł wargę, marząc, by odwrócić się od poważnej twarzy chłopaka, który kucał naprzeciwko niego. Wszystkie jego mięśnie były napięte.

Wciąż pamiętał horror, jakim była nicość, znalazł nawet pewne ukojenie w mocnym uścisku i cieple płynącym od ciała Ślizgona.

Przypominało mu to, że wciąż tu był, że nie był w ciemnościach. Tyle że tak naprawę dalej w nich tkwił.

Tom Riddle był uosobieniem ciemności, kwintesencją nocnych mar. Tak długo karmionym cieniem, póki nie stał się rzeczywistością.

- Mógłbym uczynić cię księciem wśród czarodziejów – cicho kontynuował Tom.

- Nie chcę tego...

- Przy mnie już nigdy nie zostałbyś sam, nigdy nie musiałbyś się ukrywać lub udawać kogoś, kim nie jesteś.

Harry'ego ukłuło w sercu.

- Łżesz, ty wcale taki nie jesteś, tak jak każdy inny oczekujesz czegoś ode mnie w zamian! Jesteś zwyczajnym kłamcą!

Tom posłał mu uśmieszek, w którym czaiła się cicha groźba.

- Skąd niby możesz wiedzieć, jaki jestem, dziecko? Wiesz tylko to, co ci powiedziano, co tak naprawdę nie stanowi wiele... przemyśl to, Harry.

- Czego ode mnie chcesz? - zapytał bardzo ochrypłym głosem.

Tom cofnął się odrobinę, wypuszczając go z uchwytu. Intensywne spojrzenie trochę złagodniało.

- Teraz? - Humor dziedzica Slytherina kolejny raz zmienił się, zupełnie nieprzewidywanie. - Chcę, żebyś zjadł śniadanie.

- Jaś, Małgosia i takie tam? - zapytał zmęczony. Dziwny uśmiech przelotnie pojawił się na ustach Ślizgona.

- Mam nadzieję, że nie spodziewałeś się Kopciuszka...


Severus Snape ostrożnie wśliznął się do Komnaty.

W końcu, po długich i bezowocnych działaniach, udało im się otworzyć wrota i weszli do środka.

Krew zamarzła mu w żyłach na widok, jaki go spotkał.

Podczas „kariery" Śmierciożercy widział wiele przerażających rzeczy, pewne wspomnienia tak bardzo zapisały się w jego pamięci, że nigdy o nich nie zapomni, ale z jakiegoś powodu to, co tu zobaczył, było jednym z najgorszych.

Po Harrym Potterze nie było ani śladu, a na podłodze leżał tylko otwarty na środku czarny dziennik. Dumbledore podszedł do niego ostrożnie.

Na jego stronach, jakby krwią, malowały się desperacko nabazgrolone, niekończące się słowa.

Jest tu ktoś? Halo? Proszę, co się stało, Tom? Jesteś tutaj, Tom? Przepraszam, zrobię cokolwiek zechcesz, Tom, proszę... mamo? Jest tam moja mama? Jest tam ktokolwiek? Proszę? Tu jest tak ciemno... jestem martwa? Halo? Czy ktoś mi pomoże? Tom? Harry?

Powtarzały się stronami i stronami, zapełniając je i wnikając w papier, w kółko od nowa i od nowa.

Dumbledore zwiesił głowę.

Snape poczuł brutalnie rosnącą mu gulę w gardle, a Artur Weasley łkał, wydając rozpaczliwe jęki, czego nigdy nie powinien robić żaden dorosły mężczyzna.

Znaleźli Ginny Weasley.

Ale gdzie był Harry Potter?

Co się stało z synem Lily?