Po przekroczeniu progu domu, a może nawet po zamknięciu drzwi od samochodu Blaine'a, moim jedynym pragnieniem stało się duże, miękkie, pachnące łóżko we własnym pokoju. Wiedziałem jednak, że nie sposób będzie uniknąć rozmowy z tatą. Na pewno zauważy, jak ostrożnie stawiam kroki, bo znów nadwyrężyłem żebro. I to mocniej niż zwykle. Wystarczył gwałtowniejszy ruch, czy nawet kuksaniec od Finna, żeby dawało o sobie znać. Poza tym, nie byłem w stanie przywrócić twarzy do poprzedniego stanu używalności w aucie, tym bardziej, że nagłe wycieranie i dmuchanie zaciekle w chusteczkę z pewnością nie zrobiłyby najlepszego wrażenia na kierowcy pojazdu. Następnie ojciec zacząłby drążyć w poszukiwaniu przyczyny, bo nie byłbym w stanie okłamać go po raz kolejny. Przez frustrację zacząłbym krzyczeć na niego bez powodu. Krzyk przerodziłby się w płacz. Na drugi dzień wylądowalibyśmy u dyrektora, z Davem spoglądającym na mnie spod byka z jednego z foteli.

Snułem wizję dzisiejszego wieczoru, jednocześnie pociągając nosem przy ściąganiu butów. Wychyliłem ostrożnie głowę zza ściany, lecz w kuchni było całkiem pusto, oprócz promieni zachodzącego słońca, nieduolnie zatrzymywanych przez zasłony. Wszedłem, wolno obserwując każdy element wystroju kuchni. Pomarańczowo-różowe światło przyjemnie oblewało fotografie na ścianach, stół oraz ciemnobrązowy blat. Jedynie telewizor z sąsiadującego salonu świadczył o obecności w domu jakiegokolwiek żywego, zdolnego do porozumienia stworzenia. Zacząłem, przez swoją kontuzję, powoli zmierzać do pokoju, kiedy ciszę panującą w domu przeszył donośny głos Finna:

- O, stary, jesteś już? Z tego, co pamiętam, to chór skończył się godzinę temu. - Słyszałem, jak wstał z kanapy. - Czekałem na ciebie pod szkołą.

- Może gdybyś wszedł i mnie poszukał, zamiast teraz robić mi wyrzuty, to byłbym wcześniej – warknąłem niepotrzebnie. Finn spędzał zdecydowanie za dużo czasu z naszym 'wspólnym' ojcem.

- Co sugerujesz? Coś się stało?

- To bez znaczenia – mruknąłem pod nosem, rzuciłem pogardliwe spojrzenie i ruszyłem schodami na górę. Ignorowałem szarpliwy ból w piersi. Czułem, że nie mogę teraz chłepić się moją słabością przed wszystkimi. Połowa szkoły to wystarczająca ilość wtajemniczonych.

Nawoływania Finna dochodziły do moich uszu jeszcze przez kilka minut po zamknięciu się w pokoju. Dla pewności przekręciłem kluczyk w zamku. Ściągnąłem, a raczej zszarpałem z siebie czarno-czerwoną koszulę i rzuciłem ją na podłogę. Nie nazwałbym tego normalnym zachowaniem. Jedzenie, szkło, porcelana, elektryka, wszystko mogło latać po pokoju, z wyjątkiem ubrań.

Nawet nie zauważyłem, kiedy podczasz stania i wpatrywania się ze złością w podłogę, łzy zaczęły płynąć mi po policzkach. Nie płynąć. Płonąć. Z desperacją przetarłem wilgotne policzki i usiadłem na łóżku, przed lustrem. Przypatrywałem się. Zielono-niebieskie, zamglone teraz oczy. Zapuchnięta, czerwona, lśniąca od łez twarz. Ślady paznokci na policzkach. Własnych paznokci. Nietypowo zadarty nos. Trochę zbyt szerokie w stosunku do uwydatnienia warg usta. Brązowe, jeszcze rano idealnie ułożone włosy, teraz mierzwiące się na całej głowie. Idealnie oddawały aktualny stan ducha. Rozchwiany, niepoukładany, poszarpany, niezdecydowany.

To przecież nie był pierwszy raz. Pewnie też nie ostatni. Robili mi to często, nawet sporadycznie. Myślałem, że przywyknę.

Niektóre rzeczy jednak nigdy nie będą w stanie po prostu przejść do porządku dziennego. Są rzeczy, które nie mogą zostać zaakceptowane i przyjęte jako nowy rodzaj normy. Ale to nie ich istnienie przyprawiało o dławiący szloch i migrenę. To fakt, że brakuje nam sił boli najbardziej. Uczucie, kiedy widzimy prześladowcę i wszystkie nocne plany, i zamiary rozpływają się jak za dotknięciem przycisku na klawiaturze. Kiedy mimowolnie odwracamy głowę, ponieważ sam ruch skierowany w jego stronę może skończyć się wizytą w kontenerze. Kiedy zamiast sprzeciwu z naszych ust wydobywa się tylko bezsilny płacz, a próby odepchnięcia kończą się kopniakiem w brzuch. Kiedy tracimy chęć do życia przez stereotypy, uwagi, czy niedomówienia powodowane ludzką głupotą. Kiedy nie umiemy już cieszyć się z codziennych przyjemności, bo na ich miejsce wchodzi cudze przewrażliwenie i słabość, w większości tuszowane agresją. I w tej sytuacji zaczynamy krzyczeć do ściany, podcinać żyły, czy brać używki.

Sam nigdy nie byłem duszą towarzystwa, ale nie przypuszczałbym, wręcz nie dopuszczałem do siebie myśli, że stoczę się do takiego poziomu. Że na miejscu zafarbowanej na czarno, amerykańskiej nastolatki w ćwiekach, płaczącej rozpaczliwie do zdjęcia znajdę się ja. Cóż, zdjęcia wtedy jeszcze nie posiadałem, ale chyba wszyscy mogą sobie wyobrazić kto by się na nim znajdował. I teraz myśl o nim. Jego twarz. Unoszący się wolno tors i nażelowane włosy, odbijające metaliczne światło.

Nawet nie zauważyłem, kiedy znalazłem się na podłodze, kiwając histerycznie. Nie zauważyłem też, kiedy znów zacząłem sobie wbijać z całej siły paznokcie w twarz i zgrzytać zębami, czując sól łez na języku.

To okropne uczucie. Zadajesz sobie ból, choć jest wymierzany przez innych. Im większą siłę ma cios, tym większe nacięcie na skórze się pojawia. Nie musisz nadstawiać drugiego policzka – z własnej woli, własną dłonią go sobie wymierzasz. Szloch szarpał boleśnie płuca. Ktoś chyba nawet dobijał się do drzwi. Albo to ja uderzałem dłońmi o twarz z taką siłą. To była twarz? Nawet nie jestem pewien. Do uszu dochodził jedynie dźwięk panicznego płaczu. Wycia, jakby ktoś wyrywał mi kończyny. Było to mniej więcej równoznaczne z moimi aktualnymi odczuciami.

Nieprzytomnie znów rozejrzałem się po pomieszczeniu, tym razem z niższej perspektywy. Obróciłem głowę, zagryzając do krwi wargę. Szafka.

Zerwałem się. Trzymając ręką łóżka, podszedłem do szuflady. Przykucnąłem. Drżącymi rękami powoli ją otworzyłem. Książki, stare kremy, nawet brązowa apaszka. Czułem strugi łez na rozgrzanej, pocharatanej szyji. Wszędzie papiery, czasem nawet nuty, jakieś breloczki.

Jest.

Malutkie, lekkie pudełeczko. Leży, a raczej leżą tu od kilku lat, kiedy tata zapomniał zabrać ich ze stolika w przedpokoju. Myślałem, że kiedyś mogą się przydać. Tyle, że moje przepuszczenia opierały się o szkolne projekty, czy ekstrawagnckie uzupełnienia ubioru. Z pewnością nie o ówczesne zamiary.

Tymczasem znów się podniosłem, czując, jak niemiłosiernie trzęsą mi się nogi. Pole widzenia miałem mocno ograniczone, granica pomiędzy podłogą, a sufitem niebezpiecznie zmieniała kąt położenia, zakręcając się co chwilę w inną stronę.

Opadłem ciężko, opierając się o ścianę pod oknem, przy okazji boleśnie uderzając głową o parapet, lecz nie wydałem z siebie żadnego dźwięku. Przestałem szlochać. Jedynie setki łez toczyły się po policzkach, a drżący dech wywował drgania całego ciała. Zęby miałem jednak zaciśnięte z całej siły.

Otworzyłem opakowanie. Wysypałem na otwartą dłoń, mrugając otrzeźwiająco, cztery cienkie zawiniątka. Mały kartonik wylądował na podłodze, zaraz za nim trzy płytki ukryte w cienkim papierze. Nie było czasu, ani chęci na dramatyzm. Zwykły Kurt naderwałby uważnie opakowanie, dumnie uniósł trzymaną w dwóch palcach, lśniącą, metalową żyletkę i nie zawachałby się zaśpiewać piosenki z tej okazji. Dałbym wiele rzeczy, by być tą osobą w tamtej chwili. By pozory silnego i dumnego zachować także przed sobą, nie tylko Blainem i znajomymi. Przed Blainem.

Te dzisiejsze, szczere słowa. Podziw, może nawet zachwyt. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo się mylił. Nie wiedział, jak słaby byłem w rzeczywistości. Mogłem bez wachania nazwać się pozerem. Żal używać epitetów, za dużo pchało się ich na usta.

Następne zdarzenia były już poszczególnymi, rozmytymi obrazami na kliszy cierpień tamtego dnia.

Rozcinający palce metal.

Trzęsące ręce.

Jedna linia, druga.

Brak tchu.

Płynąca krew.

Trzecia, mocniejsza kreska.

Bordowo-brązowa podłoga, zakrwawione spodnie.

Szczypiący nadgarstek.

Chwila świeższej świadomości i kolejne krople. Tym razem na policzkach.

Krople wody, kumulujące degustację, wstyd i ból ostatnich dni.

Kolejny, silny ruch ręki. Zaciśnięta pięść, zgrzyt zębów.

Nieopisany ból.

Strugi krwi sięgające łokcia.

Wielkie oczy.

Żyletka spadająca przez kolejny wybuch płaczu.

Ból wywołany dotykiem policzków na palących zagłębieniach.

Wstałem gwałtownie, prawie tracąc równowagę po raz kolejny. Krzyknąłem bezgłośnie, kiedy nadagrstek dotknął spodni, zostawiając na nich ciepłą smugę.

Zwróciłem na niego wzrok. Nie widziałem ich. Nie wiem, czy przez pękającą głowę, czy ilość lepkiej cieczy na skórze.

Chwiejnym krokiem skierowałem się do drzwi. Szarpnąłem klamkę. Zamknięte. Cholera, zamek. Oparłem czoło o pomalowane na biało drewno i zacząłem usilnie szukać małego, metalowego prostokącika służącego do zamykania i otwierania pokoju od środka. Nie przypuszczałbym, że może to być tak problematyczne. Jest. Szybkim krokiem wyszedłem na korytarz i udałem się do łazienki. Dłoń, razem z nadgarstkiem, pulsowała niemiłosiernie. Na wszelki wypadek przekręciłem zamek i rzuciłem spojrzenie w lustro. Stan włosów się nie polepszył, za to twarz zdawała się być, o ile to w ogóle możliwe, bardziej czerwona i zapuchnięta, wciąż lśniąca, lecz teraz lewy policzek ozdabiała ciemnoczerwona, zasychająca plama. Jej źródło znajdowało się teraz w zlewie, pulsując i przeszywając kontaktem z powietrzem całe ciało.

Woda. Odkręciłem kurek i w reakcji na powiększający się ból, gwałtownie zwróciłem wzrok na ścianę. Kilka sekund tkwiłem w tej pozycji, zaciskając boleśnie pięść. Wziąłem głęboki oddech i z zamkniętymi oczami przemyłem gwałtownie twarz. Pewnie przypominałem przy tym swojego ojca, jego sposób oczyszczania skóry zawsze mnie dziwił. Był zbyt brutalny. A teraz to ja gwałtownie chlustałem lodowatą cieczą, z każdym ruchem odczuwając większą ulgę.

Tak przynajmniej się mi wydawało.

Zakręciłem kran. Oczy wciąż trzymałem zamknięte, odcinając się od atakującej zewsząd rzeczywistości. Oddychałem ciężko, starałem się wyrównać przepływające przez płuca powietrze. Ręcznik. Sięgnąłem do kaloryfera-grzejnika na sąsiedniej ścianie i nie zdejmując materiału, wytrałem mocno podrażnioną skórę. Prawą ręką. Kolejny oddech. W ciągu ostatnich kilkunastu minut pobrałem więcej tlenu i wydaliłem większe ilości dwutlenku węgla, niż przez ostatnie dwa tygodnie.

Spokojne rozchylenie powiek. Jest lepiej. Twarz czystsza, policzki mniej zapuchnięte, tylko nos wciąż zaczerwieniony. I ręka. Ręka. Spojrzeć, nie spojrzeć? Wciąż uważnie śledziłem własne oczy, odbiające się w lustrze.

Siła woli.

Nie chciałem. Własny umysł zdążył mnie już wykończyć. Ale coś w środku dyktowało warunki. Kazało dopełnić zaczętą sprawę. Przyznać się przed sobą. Ujrzeć i uświadomić własny... Błąd? Czy to był błąd?

Przywrócona przed momentem pustka w głowie znów wypeniła się zdarzeniami, układającymi się w nierównomiernej długości wersy przygnębiającego, smutnego, płaczliwego wiersza. Wolny ruch głowy i sekundy równe godzinom.

Kolejny brak tchu. Cztery głębokie, wypełniające się krwią, ciemne pasy na nadgarstku. Palące już nie tylko dla zmysłów, a także dla oczu. Nie wierzyłem. Nie chciałem wierzyć. Broniłem się przed tą swiadomością, mimo, iż bezczelnie przedzierała się przez głowę i nieuchronnie powodowała coraz większe poczucie winy. Przerażenie.

Bałem się. Zwyczajnie się bałem. Nie poznawałem siebie. Nie miałem odwagi spojrzeć w lustro. To nie mogło się stać. Nie, stać się mogło. Było nawet prawdodpodobne. Ale nie w taki sposób. Nie było możliwości, żebym się samookaleczał.

Nagły zawrót głowy, kontakt z umywalką, zimna podłoga, głośny huk. Ktoś chyba nawet zerwał się na dole. Ponownie sącząca się rana. Ręka z gracją oparta o kafelki. Chłód bijący od podłogi, wbrew pozorm przyjemny. Zamglony obraz, dobijanie się do drzwi. Wszystko jest dobrze.


- Budzi się! Otwiera oczy! - krzyczała rozpływająca się twarz Finna. Rozmazany wygląda dużo lepiej.

Nie mogłem utrzymać oczu w jednej pozycji. Z półprzymkniętych powiek latały we wszystkie strony, w rzeczywistości nie rejestrując żadnego obrazu. Poczułem mocny chwyt na pocharatanym nadgarstku i niekontrolowanie krzyknąłem z bólu:

- Zostaw... - Spróbowałem się podnieść, ale kiedy prawie dotarłem do pozycji siedzącej, pole widzenia zaczęło się ściemnać, a ciężar lecącego ciała przytrzymała druga osoba.

- Kurt, nie zamykaj oczu. Patrz na mnie. - Dłoń delikatnie klepała mnie po policzku. Działało, musiałem przyznać. Z obrazu powoli znikały większe piksele, ustępując zmieniającej się aktualnie ostrości, jakby amator fotografii pierwszy raz trzymał w rękach lustrzankę. Znów twarz Finna, tym razem dużow wyraźniejsza.

- Wolałem cię niewyraźnego – wymamrotałem, przecierając ręką czoło. Jednak jego wyraz twarzy pozostawał taki sam. Strzelający z oczu niepokój i niewiarygodnie stężałe mięśnie twarzy.

- Nigdy więcej tego nie rób – usłyszałem drżący głos zza pleców. To Rachel pomagała utrzymać mi równowagę, podtrzymując drżącymi dłońmi ramiona.

- Jak to, zaraz – wyszeptałem do siebie. Najgorszy w ich dramaturgii był fakt, że nie miałem pojęcia o co chodzi. Pustka w głowie. - Co się stało?

Podciągnąłem pod siebie nogi i ułożyłem w siadze skrzyżnym. Z lewej strony mrugał z niedowierzaniem mój przyszywany brat, a po prawej Rachel patrzyła osłupiale w podłogę, z oczami pełnymi łez.

Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, co zrobiłem. Wolny ruch głową, by spojrzeć na opierającą się o podłogę rękę. Bandaż. Na nadgarstku. Zakrwawiony. Zrozumiałem.

- To wszystko nie tak – powiedziałem powoli, kiwając głową.

- "Nie tak"? Rozumiem, że masz sensowne wytłumaczenie dla podcinania żył? - Finn podniósł się szybko. Może nie szczycił się przesadną inteligencją, ale nawet głupi zobaczyłby, że nie stało się nic dobrego. Żyła na szyji odznaczała się groźnie.

- Nie będziemy tak rozmawiać. - Posłałem mu gniewne spojrzenie. Zdziwenie wyraźnie odbiło się na ich twarzach. Ktokolwiek przemawiał teraz moim głosem, nie miał ze mną wiele wspólnego. Postanowiłem się podnieść o własnych siłach, lecz sekundę później Rachel podtrzymywała mnie za barki, szeptając niemal płaczliwie:

- Nie denerwuj się, przecież nic się-

- Przestań mu to wmawiać, Rachel! - jego głos przekształcił się już w krzyk, a palec gniewnie ostrzegał moją przyjaciółkę. - Stało się i to bardzo dużo! Robienie z niego niewiniątka w niczym mu nie pomoże, chyba, że chcesz, żeby zabrał się za drugą rękę.

- Finn, przestań! Jak w ogóle możesz tak twierdzić? - Łzy spłynęły jej po policzkach. Krople, które wyniszczały mnie od środka, powodowały miażdżące zmysły poczucie winy.

Nastała cisza. Mój brat oddychał ciężko. Rachel ukryła twarz w brązowych lokach, pociągając nosem. Ja tylko stałem, bez konkretnych emocji. I to ich brak irytował mnie samego teraz najbardziej. Czułem się pusto. Wiedziałem, co się stało, gdzieś w środku poruszyła mnie reakcja ich obojga, ale nic nie poczuwało się do wyjścia na zewnątrz.

- Lepiej pójdę do siebie – stwierdziłem chłodno, ze wzrokiem wbitym w drzwi, ignorując wszystko dookoła. Skierowałem się ku drzwiom, kiedy Hudson chwycił gwałtownie moje ramię.

Jednak nic nie powiedział. Trzymał niewyobrażalnie mocno, ale milczał. Zaciskał zęby, mogłem to zauważyć. Normalnie bym sie rozpłakał. Zaniósł szlochem po przyswojeniu kolejnych drastycznych faktów swojego niełatwego życia. Teraz tylko wyszarpnąłem się zdecydowanie i skierowałem do pokoju. Chyba Rachel zaczęła coś wołać, ale to również puściłem mimo uszu. O dziwo, delikatnie zamknąłem drzwi i usiadłem na łóżku. Patrzyłem na miejscami czerwony bandaż przez kilka minut i poczułem ogarniającą zewsząd słabość i senność. Kto by przypuszczał, że krótka rozmowa może tak męczyć? Przynajmniej wtedy wydawało mi się, że to wina jedynie rozmowy. Z wolna utonąłem w objęciach Morfeusza.


Z niezrozumiałego i chaotycznego snu zaczął wybudzać mnie zachrypnięty głos Pink, wyśpiewując pierwsze słowa "F*****g Perfect". Jak adekwatnie.

Sięgnąłem lewą ręką, by wyłączyć budzik, kiedy w reakcji na swobodny, wywowałny porannym lenistwem konakt z kantem szafki nocnej, syknąłem donośnie. Rozchyliłem szerzej powieki i znów ujrzałem zabandażowany nadgarstek. Miałem nadzieję, że jest jedynie częścią ciężkiego snu, lecz obraz stopniowo się wyostrzał. Cóż poradzić?

Leżałem, patrząc się w sufit jeszcze kilka długich minut. Rozpatrywałem wszystkie za i przeciw dzisiejszego udania się do szkoły. W końcu doszedłem do wniosku, że jeśli zostanę w domu, to tylko zaostrzę atmosferę i nie daj Boże, ojciec się dowie. Zwlokłem się z łóżka z pulsującym bólem nad prawą skronią, uważając na pokaleczoną rękę. Rzuciłem spojrzenie w lustro, lecz szybko zdążyłem pożałować tego posunięcia. Nie miałem pojęcia, że można wyglądać tak źle. Przynajmniej będąc mną. Światło wchodzące przez okno miejscami oświetlało moją skórę. Lecz tym razem nie była ona delikatna, bladoróżowa i ciepła, a przeraźliwie blada, szara i tętniąca zimnem. Nawet niektóre ślady po paznokciach się utrzymały.

Koniec. Takim wpatrywaniem można się wpędzić w paranoję.

Otworzyłem najbliższą z komod. Jak zwykle leżały w niej cztery wysokie stosy głównie markowych koszul. Dobór stroju zajmował mi średnio 15-20 minut. Koszulka, spodnie, nakrycie, szal, pasek. Wszystko potrzebowało czasu i było naturalną kolejnością w codziennym cyklu Kurta Hummela.

Natomiast teraźniejszy Kurt niedbale wyciągnął prosty t-shirt, a z szafki niżej pierwsze lepsze dżinsy, bez cienia zainteresowania. Z mniejszej zakładki bieliznę. I prosto, bez konkretnych odczuć, do łazienki.

Brak spojrzeń w lustro. Dość się w nim naprzeglądałem poprzedniego dnia. Toaleta wyjątkowo spokojna. Szybki, zimny prysznic, ubranie się, przetarcie włosów i umycie zębów. Kto by pomyślał, że można ogarniać się tak szybko? Bez kremów, podkładów, warstw, trzech szamponów do włosów. Wszystko wydawało się być dużo prostsze. Może z wyjątkiem czterech bordowych linii na nadgarstku. Bandaż. Chwilę zajęło mi szukanie kolejnego zawiniątka. Poprzednie nie nadawało do użytku, a trzeba było jeszcze starannie schować je przed rodzicami.

W końcu wymieniłem spojrzenie z własnym odbiciem. Luźna, błękitna, długa koszulka z żółtym nadrukiem. Granatowe spodnie. Zmierzwione włosy, bez lakieru. Najprostsze wydanie wszechczasów. Jeszcze tylko coś na wierzch. Nie mogę biegać po szkole z zawiązaną ręką.

Przeszukałem pokój i wygrzebałem w miarę obcisłą, skórzaną kurtkę. Posiedziałem jeszcze dwadzieścia minut, była 7.30. Nie miałem ochoty na śniadanie, a tym bardziej rozmowy do posiłku. Nie dziś.

Z transu wpatrywania się w podłogę wybił mnie krzyk Finna. Zbiegłem po schodach, ubrałem trampki i tyle było mnie w domu. Żadnego "cześć", "dzień dobry". Nie rozmawialiśmy także w samochodzie. Perfekcyjna cisza. I kompletny brak myśli.

Podszedłem do szafki, by wyjąć referat na chemię. Wyjąłem zawartość, trzasnąłem drzwiami i ujrzałem przed sobą stężałą twarz Blaine'a. Nie wyglądał na zaspanego, tym bardziej na zadowolonego. Patrzył mi prosto w oczy, paraliżując jednocześnie ciało i nie pozwalając dojść do słowa samą ich barwą.

Po chwili jedynie wycedził przez zęby:

- Dlaczego?