Odsłonięte porannym odpływem strzępy wodorostów połyskiwały w słońcu. Mewy przekrzykiwały się, krążąc nad mokrą plażą, pikując ku pechowym rozgwiazdom i krabom przemykającym wśród starego drewna, wypłukanego słonymi falami do białości.

Jeden z krabów zapędził się poza granicę wilgotnego piasku, docierając prawie do zarośli, gdzie szarpane wiatrem liście palm rzucały chwiejne cienie na rozgrzany, suchy piach. Krab okrążył zwęglone resztki małego ogniska i zbliżył się do pagórka ciemnych szmat. Pagórek unosił się i opadał z lekka, w rytm cichego pochrapywania.

Krab zatrzymał się przed rzędem srebrzystych guzów, biegnącym wzdłuż obrzeża spłowiałej materii. Przyjrzał się uważnie najpierw jednym słupkowatym okiem, potem drugim. Wreszcie wyciągnął prawą parę szczypiec i szarpnął najbardziej kusząco lśniący guzik. Ząbkowane krawędzie zgrzytnęły, ześlizgując się z twardego metalu. Krab się nie poddał. Sięgnął ponownie.

Pochrapywanie urwało się, pagórek znieruchomiał. Brzeg ciemnego sukna uniósł się razem z guzikami, po czym wyjrzał spod niego nos i jedno półprzytomne oko. Zaintrygowany krab tym razem wysunął naprzód oba swoje słupki. Oko wolno zogniskowało na nich wzrok... i gwałtownie się rozszerzyło.

– Uuaaaach! Au...

Jack Sparrow skrzywił się boleśnie i roztarł potylicę, poszkodowaną w nagłym starciu z palmowym pniem. Spojrzał znowu na potwora, wciąż stojącego na ośmiu szczudełkach tuż przed połą splątanego płaszcza. Potwór odwzajemnił spojrzenie i pokiwał szczypcami. Właściwie z tej odległości nie wydawał się już taki duży... Jack spróbował wyplątać spod płaszcza choć jedną nogę.

W górze coś zatrzeszczało i chwilę później dorodny kokos łupnął w piach, chybiając kraba o cal, ku cichemu żalowi Jacka. Powiódł spojrzeniem w ślad za zmykającym w popłochu „potworem". Może by tak jednak... Przypomniał sobie nagle o wczorajszym pogrzebie Ryżego Hansa i wzdrygnął się. Dość frutti di mare na jakiś czas. Na długo. Wyplątał nogę, wyciągnął z cholewy nóż i wziął się do obdzierania kokosa z włókien.

xxx

Powracające niestrudzenie fale przyboju szumiały i chlupotały, wyrzucając na piach i zabierając z powrotem złomki starego drewna i pokruszone muszle. Pod Jackową czaszką zaczynało już chlupać nie gorzej. Tak przynajmniej czuł, wpatrując się w rozłożony na spłachetku czystego piasku zapisany arkusz. Bo tego, że arkusz był zapisany, Jack był pewien bardziej niż jutrzejszego dnia, a już zdecydowanie bardziej, niż wielu dni przeszłych. Cóż, pewien był przynajmniej i tego, że to co pokrywało papier było kompletnie nieczytelne jeszcze przed zapadnięciem wczorajszego zmierzchu.

Papier był świetnej jakości, gruby i gładki, łagodnej kremowej barwy, bez najmniejszych skaz i nierówności. Pod dotknięciem, prawie było w nim czuć chłód złota. Bo za taki papier złotem płacić musiano, by o złotych sumach na nim pisać. Ale jakby nie był świetny, nie powinien z bliższej znajomości z ostrygami Mandy Morrell wyjść ledwo z kilkoma bladymi plamami, wciąż równy prawie jak spod papierniczej prasy... Jack podniósł kartę, przechylając ją do słońca. Przyjrzał się jej uważnie. Potem zgiął rożek, wreszcie ostrożnie oddarł.

Arkusz był aż zbyt sztywny jak na swą grubość. Choć poznaczony śladami pierwotnego złożenia, w nowych miejscach zginał się z trudem, a darł wręcz z oporami. I dopiero w jaskrawym świetle, z bardzo bliska, dostrzec się na nim dawało lekki połysk. A rozgrzany słonecznymi promieniami, zaczął wydzielać dziwnie gorzką woń. Jack powęszył czujnie nad całą kartą, potem nad oddartym, zmiętym w palcach skrawkiem. Zmarszczył nos i zrezygnował z zamiaru polizania gładkiej powierzchni.

Karta była czymś nasączona. Ktokolwiek ją zapisał, nie zamierzał jej trzymać w bezpiecznym zaciszu gabinetu ani biblioteki. Dziwny impregnat najwyraźniej miał chronić pismo od wszelkich przygód, jakie mogą przytrafić się papierowi. I zaiste, musiał być znakomity, sądząc po tym, jak spełnił swoje zadanie. Pismo przetrwało gościnę pod Hansową koszulą i towarzystwo ostryg prawie bez uszczerbku. Linie wciąż odcinały się ostro od jasnej powierzchni, wyraźne i precyzyjne. I kompletnie niezrozumiałe. Drwiące.

Jack sapnął z urazą, mierząc arkusz spojrzeniem, od którego ten powinien był się przynajmniej przysmalić, gdyby miał odrobinę przyzwoitości. Nie miał. Dalej jaśniał szerokimi marginesami i z bezczelną otwartością prezentował tajemniczą treść.

Kapitan zgrzytnął zębami i zapatrzył się w daleki horyzont. Oczywiście. Gdzie jest rum, akurat gdy potrzebny?

Żadna butelka nie zechciała wyrosnąć z piachu, więc niechętnie oderwał wzrok od dalekiej, błękitnej pokusy i wrócił do irytującej zagadki przed nosem. Na swój sposób, była równie kusząca... I wyglądała tyleż obco, co znajomo. To właśnie było tak irytujące. Przyjrzał się uważnie atramentowym, zawiłym splotom.

Przysiągłby, że trzyma co najmniej wytwór monarszej kancelarii. Gdyby ta kancelaria dostała zadanie należytego olśnienia dyplomatów obcego dworu i gdyby najbieglejszy skryba tejże kancelarii urżnął się w sztok, skutkiem czego zawarłby zakład, że na jednym arkuszu zmieści więcej kwiecistej kaligrafii, niż wszyscy pozostali kanceliści razem wzięci, po czym przystąpił do dzieła, nie czekając aż przetrzeźwieje. To by przy okazji tłumaczyło, czemu ta kaligrafia wyglądała tak... inaczej.

Linie płynęły i skręcały w nagłych zwrotach, rozszerzając się, by nagle zwęzić do grubości włosa, wystrzelić śmiałym zakolem, skrzyżować i złączyć z wybiegającymi im naprzeciw, rozszerzyć znowu, zawrócić... Razem tworzyły splątany gąszcz, który jednak zachowywał wyraźny porządek. Dawały się wyróżnić zagęszczone rzędy wersów, wypuszczających pojedyncze, ozdobne wici, jak pędy pnączy, sięgających poprzez puste przestrzenie. Gdzieniegdzie wychylały się fragmenty rozpoznawalnych liter, uparcie nie chcąc jednak stworzyć czytelnej całości. Wszystko to razem zdawało się chwiać na krawędzi zrozumienia, ciągle jednak umykając umysłowi. Oko napotykało znajome elementy, ale tym brakowało znajomego sensu. Wąskie przerwy, zdało się, dzieliły jakieś wyrazy, tu i ówdzie z literniczego drobiazgu wyrastało coś na kształt wersalików, a u samej góry tkwił potężny kłąb rytmicznych zygzaków i łuków. Inicjał. Gdyby nie to, że umieszczono go przy prawej krawędzi. Kończył linię zamiast zaczynać.

Przy prawej krawędzi.

Kapitan Sparrow przechylił głowę jak jego pierzasty imiennik, ale z powolnym skupieniem skradającego się kota. Wolno powiódł spojrzeniem niżej, wyszukując w zbitym kłębowisku nieco przejrzystsze miejsce. Przerwa w „wersie", krótki rząd „liter", nakreślonych jednym pociągnięciem pióra, znowu przerwa... „Słowo" składało się z serii haczyków, pary pochyłych kresek, jednej elipsy i wężowatej linii. Cały ciąg, jak i reszta tekstu, tonął w hojnych ornamentach, zwodzących oko, zacierających grubsze linie. Gdyby jednak pominąć ornamenty... Na drugi rzut oka wyglądało to jak znajoma z dawna uliczka, na której na której ktoś znienacka poprzestawiał domy, odwracając frontony ku podwórzom. Więc może przez te podwórza wiodła droga?

Jack oderwał wzrok od papieru i spojrzał na piasek obok. Nakreślił „s". Zawahał się chwilę, po czym niżej, powoli narysował ten sam kształt, obrócony w lewo. Przyjrzał się rezultatowi i obok „s" wykreślił starannie kaligrafowane „n" z pochyłymi laskami i wygiętymi zakończeniami, a pod nim znowu jego kształt obrócony, pochylony w przeciwnym kierunku. Spojrzał znowu na papier.

N... o... s...

S... o... n... Son.

Pismo było angielskie? Francuskie? Hiszpańskie? „Syn"? „Jego"? „Jej?" „Dźwięk"?

Za mało.

Spojrzał na plątaninę najeżonych ozdobnikami znaków. Trzeba by wyławiać linie liter spośród meandrującej zwodniczo ornamentacji, rozplatać tekst jak zbitą tkaninę, wysnuwając treść jak wijący się wątek spomiędzy osnowy... Zakręciło mu się w głowie. Musiał być jakiś prostszy sposób. Gdyby tylko dało się odwrócić lustrzane pismo jeszcze raz...

Zajrzał pod spód karty, ale tam była czysta, tekst zajmował tylko jedną stronę. Powiódł palcami po pustej powierzchni, próbując wyczuć przebijające przez papier ślady pióra. Nic z tego, arkusz był zbyt gruby albo tajemniczy skryba miał zbyt lekką rękę. Uniósł kartę wysoko do słońca, ale nawet ostre, przedpołudniowe promienie nie zdołały przedrzeć się przez zwarty papier. Rozejrzał się w rozterce, wstał i podbiegł do fal liżących piasek. Zanurzył kartę w wodzie, właściwie nie licząc specjalnie na sukces. I rzeczywiście, woda, miast przesiąknąć papier i nadać mu przejrzystość, spłynęła z impregnowanej powierzchni, jak olej z metalowej blachy. Stojąc w wodzie wirującej wokół cholew, Jack przygryzł wargi, wpatrując się w spływające krople.

Potem zawrócił do leżącego nadal na piasku płaszcza i resztek ogniska. Odszukał połówkę wyskrobanej skorupy kokosa, znowu wszedł w fale i napełnił skorupę wodą. Podniósł ją, przyglądając się jak powierzchnia wody błyszczy, odbijając niebo. Zbliżył do niej trzymaną w drugiej ręce kartę i przechylił głowę, próbując dojrzeć odbity tekst. Nic z tego, skorupa nie była szersza od marginesów arkusza. Jack zgrzytnął zębami, posyłając pod nosem kwiecistą wiązankę pozdrowień pod adresem rozrzutnego skryby, przelotnie pozazdrościł krabom słupkowatych oczu i ostrożnie spróbował przechylić skorupę. W drżącej powierzchni, tuż przy brzeżku skorupy, niewyraźnie mignęło parę liter. Jack wstrzymał oddech... Woda pociekła mu po palcach, odbicie zakołysało się i rozpadło. Syknął i zniechęcony odrzucił skorupę.

Przetrząsnął kieszenie. Przyjrzał się wydobytemu z jednej szylingowi, obrócił go w palcach i schował z powrotem. Z kolejnych wyciągnął parę zaśniedziałych pensów, połowę złamanej portugalskiej dziesięcioreisówki, kilka wyszlifowanych z muszli paciorków, pojedynczą kostkę do gry z polerowanego drewna, pęknięty kościany guzik, trójkątny ząb rekina... Wszystko było zbyt małe, zbyt mętne, zbyt nierówne...

Wrócił znowu do obozowiska i podniósł saganek. Blacha z daleka błyszczała, ale bliższa inspekcja ujawniła powierzchnię usianą drobnymi rysami wieloletniego, starannego szorowania. Odłożył garnek, rozglądając się z namysłem. Wreszcie zatrzymał wzrok na leżącym obok płaszcza, owiniętym w pas kordzie.

Chwycił go szybko. Metal zgrzytnął cicho na okuciu pochwy i zalśnił... Hmm, przynajmniej teoretycznie powinien zalśnić w słońcu. Jack przyjrzał się kilku wysuniętym calom stali i wyciągnął klingę całkowicie. Ostatnie lato było wilgotne, a garda, uczciwie rzekłszy, zarobiła ostatnio parę wgnieceń... Jakiś rok temu. No, może półtora... No dobrze, co najmniej od dwóch lat już nie przylegała szczelnie. Przeciekała, mówiąc wprost. Właściwie dziw, że w pochwie jeszcze tkwiło coś więcej niż garść rdzawego proszku... Klinga wydobyta na światło dzienne wyglądała jak wyrzut sumienia, prezentując zmatowiały płaz, usiany czarniawymi cętkami na całej długości od gardy po sztych. Jack raczej beznadziejnie spróbował przetrzeć ją najpierw strzępem kokosowego włókna, potem końcem własnej, opasującej go szarfy. Jedynym widocznym rezultatem było dodatkowe rozdarcie na szarfie. Zrezygnowany rzucił kord na piach... po czym, tknięty nagłą myślą sięgnął po ukryty w cholewie nóż.

Wedle głębokiego Jackowego przekonania, broń służyła głównie do tego, by jej nie używać. Kord pędził zatem swój metalowy żywot, drzemiąc na ogół spokojnie u boku swojego właściciela, z sukcesem nieużywany. Miał prawo nieco stracić na splendorze. Co innego tyczyło się jednak noża, którego żywot, w przeciwieństwie do kordu, był wcale pracowity, nawet jeśli pędzony na kruszeniu krabich pancerzy i penetrowaniu zamków w zastępstwie kluczy, miast macania ludzkiej skóry. Ten nie miał kiedy zardzewieć. Jack obrócił go w dłoni, wpatrując się w ostrze, jakby widział je pierwszy raz. Klinga była niezbyt długa i dość wąska - nóż wiele lat temu, gdzieś na dalekiej ziemi pod innym niebem, zaczął karierę jako elegancki sztylet dworskiego dżentelmena. Nie te prześwietne referencje jednak, ale właśnie kształt, z uwagi na rozmiar przeciętnego zamka, zdobył mu miejsce w pirackiej cholewie i posadę w pirackim fachu. Ale tym razem sztylet zawiódł. Jack skrzywił się na widok mglistych cieni, niewyraźnie majaczących w powierzchni metalu przytkniętego do papieru. Westchnął i z rezygnacją zapatrzył się w piasek. To na nic. Nawet gdyby wypolerować klingę do szklistego połysku, odbicie wciąż będzie zniekształcone. Potrzebował czegoś szerszego i płaskiego.

Szklisty połysk...

Spojrzał odruchowo w morze, przypomniawszy sobie wyrzuconą zeszłego wieczora butelkę. I tak byłaby pewno zbyt zaokrąglona. Machinalnie przegarnął ostrzem piach, wyrównał i zakreślił końcem okrąg.

Szkło...

I nagle zastygł. Nie odrywając wzroku od piasku, zakreślił krąg jeszcze raz. I wolno odsłonił zęby w uśmiechu.

Zerwał się, schował sztylet i zwinięty papier. Chwycił płaszcz, pospiesznie otrzepał z piachu i naciągnął na siebie. Potem porwał z ziemi kord i kapelusz, przerzucił szybko przez ramię pas, omal nie obrywając klamrą guzika. Tricorn nasadzał już ruszając szybkim krokiem wzdłuż plaży. Po drodze zerwał jeszcze gałąź z wychylającego się spomiędzy palm, świeżo rozkwitłego bujnymi festonami krzaka bugenwilli.