Rozdział 4


Warning : Jak widzicie Futrzak skończył się już po czterech rozdziałach – niestety nie byłam w stanie dociągnąć do pięciu, bo jednak pisanie tego jest ponad moje siły x.x Za dużo cukru, o wiele za dużo, jesu umieram ;-; Chociaż muszę przyznać, że uwielbiam dwuznaczne teksty w tej historii, szczególnie w tym rozdziale C: Kisia jest na swój sposób rozczulająca i jestem pełna podziwu, że Aomine wytrzymał z nim tak długo :3 Co do pytania, kto wysłał im te futrzaki to szczerze odpowiem, że nie mam pojęcia xD' Pisałam to kompletnie się nad tym faktem nie zastanawiając więc tak naprawdę możecie to interpretować jak chcecie. Przy okazji życzę udanych wakacji C:


Mieliście kiedyś tak, że po dzikiej imprezie nie wiadomo jakim cudem, wróciliście do własnego domu, nie wspominając już o idealnym trafieniu na wyrko? Jak tak to super, witajcie w klubie, to czas na wygibasy na stole w samej bieliźnie z muszelek, czy coś. Nie wiem, o której skończyła się ta zjebana impreza na komisariacie z okazji powrotu Wakamatsu – tak przy okazji to chuj mu w dupę, mógłby zdechnąć – ale na pewno dość późno. Chociaż ja to tylko zakładam, bo mój zapijaczony mózg odmawia teraz współpracy i wyświetla mi się jakiś czerwony, popieprzony terror. Pomińmy.

Alkohol lał się strumieniami, dziwki z niższych pięter – przekonane tak nota bene przez Takao - tańczyły na biurkach kompletnie roznegliżowane, Imayoshi pieprzył Sakuraia na oczach wszystkich, Himuro zwiał do domu razem z malutkim Atsushim, będąc przy tym czerwonym jak burak i mamrotał coś w stylu : „cholera jasna, z kim ja muszę pracować!?". Ze zjebani. Heheszki. A co z resztą najciekawsze - osoby na której cześć była ta kosmiczna balanga, magicznie zabrakło.

Na szczęście Kise razem z Shin – chanem, czy jak miał na imię ten zielony królik w okularach, udało mi się uśpić i schować w szafie. To cud, że o nich nie zapomniałem na sam koniec. Zostałem chyba przy tej czynności kilkakrotnie pogryziony, ale byłem zbyt nawalony, żeby cokolwiek poczuć więc jedynym dowodem na to mogą być całkiem głębokie rany na ramieniu, które teraz bolą jak diabli. Nieznośny gówniarz.

Wracając go głównego tematu, jakoś udało mi się dotrzeć do domu i nie zgubić po drodze futrzaka, co jest moim osobistym sukcesem, który musze uczcić w najbliższym burdelu. Oh przepraszam, agencji towarzyskiej. Chyba też dzięki opatrzności boskiej, dotarłem szczęśliwie do łóżka na którym i pewnie od razu zasnąłem. A dokładnie w tym miejscu zaczyna się mój problem.

Bo, kurwa ja pierdolę jego psia mać, obudziłem się z poczuciem, że ktoś mnie dusi. Na początku, zanim jeszcze otworzyłem oczy, podejrzewałem że po drodze zgarnąłem jakąś dziewoję i się z nią kulturalnie wychędożyłem, co wcale nie byłoby taką złą opcją zważywszy na to, że ostatnio zbyt wiele sobie nie poruchałem. Jednak, gdy odważyłem się rozchylić powieki, ujrzałem przerażający widok. Istny, kurwa, koszmar.

Na moim seksownym torsie leżała blond głowa z ogromnymi lisimi uszami, pas obejmowały męskie, dość silne ramiona, a nogi miziało coś puchatego, będące na stówę ogonem. Kise przestał być mały. Stał się duży. Duży jak człowiek. W każdym tego słowa znaczeniu. Ja pierdolę, co ja brałem. Tak, to chyba czas na atak wesołej paniki.

Z przerażeniem obserwowałem złote refleksy migoczące w jego przydługich kosmykach, spowodowane słońcem, które wlewało się do sypialni przez na wpół otwarte okno. Chrapał sobie w najlepsze, radośnie miażdżąc mi przy okazji żebra. Boże, kurwa, za co!?

Nie, nie, nie. Nie mogę teraz wpaść w histerię. Muszę przeanalizować wszystkie możliwości. Pierwsza : to tylko jebany sen. Druga : obudziłem się, ale jestem nadal pod wpływem alkoholu i to wszystko mi się tylko wydaje. Trzecia : gówniarz serio urósł, a teraz obłapia mnie jak jakaś baba. Czwarta : trafiłem do jebanego piekła.

Przy czym żadna z tych opcji mi się za bardzo nie podoba. Przełknąłem nerwowo ślinę i z całej siły uszczypnąłem się w ramię. Oprócz piekącego uczucia wykręconej skóry nic się nie zmieniło. Naprawdę taka była okropna rzeczywistość. Teraz to nawet nie ma miejsca na jakiś pieprzony optymizm. Jestem w ciemnej dupie. Cholera i co ja mam niby teraz zrobić?

Niepewnie potrząsnąłem go za gołe ramię, z napięciem czekając na jakąkolwiek reakcję. Mruknął coś niezrozumiałego pod nosem i odtrącił nachalną dłoń, ściskając mnie jeszcze mocniej. Żyłka na czole zaczęła mi niebezpiecznie pulsować, a usta rozciągnęły się w upiornym uśmiechu. Tak się, kurwa, nie będziemy bawić.

- Wstawaj ty głupi sierściuchu! – warknąłem i z całej siły przywaliłem mu w łeb.

Z piskiem podskoczył jak oparzony, przy okazji mnie puszczając i rozglądając nerwowo na boki. Przy tej nagłej czynności kołdra zsunęła się na podłogę pokazując jego ciało w całej okazałości. Oprócz tego, że wyglądał jak nastolatek i między nogami urósł mu kutas, to za wiele się nie zmieniło. Dziwaczny ogon nadal wyrastał mu z tyłka, a z włosów uszy, które teraz postawione były na baczność.

Rany, co za pomyłka genetyczna. Dopiero teraz widzę, jak bardzo jest to schizowe. Jak był mały to jeszcze jako tako to znosiłem, bo emanował taką słodkością, że człowiek momentalnie się rozczulał. A teraz to niby co to jest? Chłopak z dodatkowym owłosieniem w nietypowych miejscach. Ja pieprzę, co za kosmos. Chociaż muszę przyznać, że całkiem ładny. Nie, nie przystojny. Po prostu ładny. Trochę jak baba.

- Dai – chan!

Wzdrygnąłem się, kiedy uśmiechnął się szeroko i z pieprzoną radością poleciał do przodu. Zanim zdążyłem zareagować, objął mnie mocno za szyję i zamruczał tak jakby był nadal szkrabem. Właśnie przytula mnie facet. Nagi facet. W mózgu włączyła mi się ostrzegawcza lampka i machinalnie odepchnąłem go wolną ręką.

- Dai – chan? – spojrzał na mnie ze zdziwieniem – Dai – chaaan... – w jego bursztynowych tęczówkach zaczęły pojawiać się łzy.

Żesz, psia krew. Dlaczego nie mógł wyrosnąć z tego żałosnego ślumoczenia przy każdej nadarzającej się okazji? To wkurwiające i niezręczne. Zdusiłem w sobie przekleństwo i wszechogarniającą chęć ponownego dania mu po pysku. To dla mnie nowa sytuacja. Musze się hamować, bo nie wiadomo jak na to zareaguje.

- Kise, kurwa, dlaczego jesteś taki duży? – palnąłem, zanim zdążyłem ugryźć się w język.

Cholera, głupszego pytania to chyba nie mogłem zadać. Chociaż w sumie, może mi to łaskawie wyjaśni. Jeśli oczywiście sam zdąży ogarnąć, że nie jest już wielkości półlitrowego kubka czy też niemowlaka. Jak kto woli.

- Duży? – zamrugał tymi kurewsko długimi rzęsami i spojrzał na siebie – Kyuuu, w końcu urosłem!

- Znaczy, że... od początku było to wiadome? – bąknąłem, coraz mniej z tego rozumiejąc.

- Uhm – przytaknął, uśmiechając się szeroko – Udało mi się! – energicznie wstał z wyrka i zaczął skakać po pomieszczeniu - Nie cieszysz się, Dai – chan? Teraz jestem twojego wzrostu!

Rzeczywiście, dopiero teraz zauważyłem, że ten głupi futrzak był ze mną prawie równy. Kurwa jebana mać, to chyba nie na moje nerwy. Potarłem twarz dłońmi, kompletnie olewając jego radosne popiskiwanie i fakt, że zaraz wywróci cały pokój do góry nogami. Nagle odczułem głęboką chęć podzielenia się z kimś tym faktem. Tak, to najwyższy czas na gorące ploteczki z przyjaciółmi.

- Kise, weź się ogarnij – mruknąłem ze zrezygnowaniem – Nie za bardzo odpowiada mi to, że cały czas świecisz gołymi jajami.

- Jajami? – przekrzywił głowę w bok, robiąc smutna minkę – A co to?

- Ty tak serio?

- Chodzi o te takie do jedzenia? Ale przecież nie wziąłem ich z lodówki!

Prawie zaliczyłem zgon na miejscu, jednak w ostatniej chwili udało mi się opanować. No tak, to przecież tylko jakiś zmutowany sierściuch. To może nawet lepiej, że nie posiadł jeszcze takiej wiedzy, będzie mi zdecydowanie łatwiej z nim gadać. Odetchnąłem głęboko, w myślach licząc do dziesięciu, żeby się chociaż trochę uspokoić i odparłem :

- Nieważne. Po prostu idź się umyć i ubrać. Sądzę, że stare ubrania będą na ciebie za małe więc możesz coś wybrać z mojej szafy. Tylko łapy precz od munduru – dodałem szybko, widząc że zaczynają mu się świecić gały.

Momentalnie zmarkotniał, kładąc po sobie uszy, ale grzecznie podreptał wykonać moje polecenie. Kiedy tylko jego ogon zniknął za drzwiami, sięgnąłem po komórkę i wyszukałem odpowiedni numer telefonu. Przyłożyłem aparat do ucha, modląc się w duchu, żeby był jeszcze w domu i odebrał.

- Słucham?

Rozluźniłem się nieco słysząc spokojny, opanowany głos Kuroko i powiedziałem :

- Siemson, Tetsu. Sorry, że dzwonię tak wcześnie...

- Jest dwunasta, Aomine – kun.

- Toteż właśnie mowię, że wcześnie – warknąłem, przewracając oczami – Ale wiesz, mam taki duży problem. Bo widzisz mój lis...

- Czyżby urósł do niesamowicie dużych rozmiarów przez jedną noc? Jeśli tak to mamy ten sam kłopot. Jestem lekko zaskoczony, jak szybko Taiga z małego dziecka stał się mężczyzną. On jest wyższy ode mnie.

- Kurwa, to widzę, że oboje jesteśmy w dupie – westchnąłem, wygodniej opierając się o ramę łóżka – Jak to wyższy?

- Normalnie. Po prostu wyższy.

- Ile ma? – zaciekawiłem się.

- Coś około metra dziewięćdziesięciu. Prawdziwy tygrys – ostatnie zdanie powiedział z doskonale wyczuwalną dumą.

- No to nieźle, Kise też gdzieś tak tyle wyciągnął. Wiem, że to może głupio zabrzmi, ale co dalej?

Przez chwilę Kuroko milczał po czym odparł jakby to była oczywista oczywistość :

- Jak to co? Nadal będziemy się nimi zajmować i musimy to zaakceptować. Nie sądzę, żeby było inne wyjście z tej niecodziennej sytuacji. A teraz wybacz Aomine – kun, ale się spieszę. Dzieci wzywają.

- Chyba masz rację. Powodzenia, Tetsu.

Rozłączyłem się, z ledwością powstrzymując, by nie rzucić komórką w przeciwległą ścianę. Zaakceptować? Kurwa mać, gdyby to było takie proste! Wolne żarty, że się z tym pogodzę. Przecież to jakaś pieprzona schiza jest, a na dodatek jakoś nigdy nie pisałem się, żeby zostać jej głównym bohaterem.


Na komisariacie było duszno i ciasno. Tak. Ciasno. Wręcz zajebiście ciasno. A czemu? Bo, kurwa, przybyło trzech dodatkowych gości, którzy na dodatek nie byli wielkości typowego Japończyka. Po raz kolejny spojrzałem się z otwartą gębą na mężczyznę stojącego obok Himuro i wychrypiałem :

- To na serio jest ten twój żarłoczny futrzak?

Tatsuya momentalnie się zarumienił i pokiwał twierdząco głową, skubiąc nerwowo rękaw munduru. Ten potwór, który kiedyś był wielkości pięści, wyrósł na dwumetrowego dziwoląga z przydługimi, fioletowymi kłakami z których wyrastały małe uszka. I tylko te jebane uszka potwierdzały fakt, że naprawdę był tym samym zmutowanym chomikiem co wcześniej. I w sumie to jeszcze tylko ekspresja twarzy mu się nie zmieniła i nadal wyglądał jakby miał zaraz zasnąć.

- Ja pieprzę, czym ty żeś go karmił?

- Przecież już mówiłem, że zwykłymi nasionkami!

- Że nasionkami to spoko, ale to chyba jakiejś magicznej fasoli, heheszki – Kazunari gwizdnął z podziwem, podpierając się pod boki.

Odwróciłem się w jego kierunku, podnosząc jedną brew do góry.

- Nie wiem z czego rżysz, ale ten twój królik to też jakiś gigantyczny się zrobił. Jest wyższy ode mnie, psiakrew!

- Uwaaah, no co ty gadasz? Spostrzegawczość pierwsza klasa zresztą jak zwykle, Aomine – posłał mi szeroki uśmiech – Może rzeczywiście Shin – chan ciuteczkę podrósł, ale nadal jest tak samo słodki i milusi!

- To niedorzeczne! – zielonowłosy futrzak momentalnie się zaczerwienił i nerwowo poprawił czarne oprawki okularów na nosie.

- A nie mówiłem? Aw, słodziak!

Takao kompletnie odleciał do swojego prywatnego kosmosu, tarmosząc za białe uszy swojego biednego futrzaka. Miałem ochotę zaliczyć efektowne załamanie, ale Kise mi na to nie pozwalał, mocno trzymając za dłoń. Od samego przyjścia, aż do teraz, był dziwnie nerwowy i raz po raz podskakiwał w miejscu. Nie wiedziałem o co mu może chodzić, bo w końcu powinien pamiętać to miejsce bardzo dobrze. Przecież spędzał tutaj większość swojego czasu, bawiąc się z resztą mutantów i uprzykrzając dzień reszcie biura.

- Wszystko pięknie i zajebiście, ale co my mamy powiedzieć szefowi jak już tutaj przyjdzie? – spytałem, kiedy w końcu wszyscy ogarnęli się na tyle, żeby mnie wysłuchać.

- Um... prawdę? – zaproponował Himuro, pozwalając oprzeć Atsushiemu brodę na swoim ramieniu.

- Prawdę? – parsknąłem – Już widzę jak nam uwierzy. To będzie coś w stylu: „no bo widzi pan, tak jakby dostaliśmy to pocztą, ale to na początku było małe, ale teraz podrosło i nie możemy się z tym rozstać, a tak w ogóle to mutacje ludzi i zwierząt." Nawet teraz brzmi to nieprawdopodobnie i co najmniej śmiesznie.

- Oj taaam, po co te nerwy? Co będzie to będzie!

W tym samym momencie drzwi od gabinetu się otworzyły i wyszedł z nich ledwo trzymający się na nogach Sakurai wraz z zadowolonym Imayoshim. Oho, znów się ostro seksili. Ciekawe, który to już raz dzisiaj? Sądząc po postawie przepraszającego grzyba, to któryś z rzędu. I nadal robią to bez lubrykantu, o ile jestem dobrze poinformowany.

Przez chwilę panowała cisza, przerywana od czasu do czasu stukotem klawiatury Wakamatsu, który po obejrzeniu mutantów i nazwaniu nas zjebanymi zjebami, kompletnie olał cały świat i zajął się swoją robotą. W sumie to może nawet i lepiej. Nie będzie przynajmniej przeszkadzał, kiedy rozpęta się mała wojna. Schoichi w szoku, aż szerzej otworzył oczy, co było samo w sobie przerażające, a jego usta rozciągnęły się w grymasie złości.

- Czy któryś z was może mi łaskawie wyjaśnić, od kiedy moja komenda zmieniła się w prywatne zoo?

Powiało, kurwa, chłodem. Chyba jesteśmy dupie.


Po raz kolejny zdolność do zmyślania Kazunariego nas uratowała. W kilka sekund wymyślił jakąś badziewną historyjkę na tyle długa i pokrętną, żeby ułagodzić szefa. Znaczy ułagodzić to chyba niezbyt dobre określenie. Po prostu mniej więcej po siedmiu minutach skapitulował i dał nam święty spokój, byleby tylko Takao się zamknął. W sumie to się nie dziwię. Jak on zaczynał pytlować to klękajcie narody – bez anielskiej cierpliwości i stoperów w uszach nie szło wytrzymać.

W ten oto radosny sposób udało nam się przetrzymać futrzaki, ale tylko na jeden dzień. Nie chcieliśmy stracić pracy więc musieliśmy podjąć odpowiednie kroki, żeby jeszcze bardziej nie zdenerwować Imayoshiego. Na szczęście szybko się okazało, że możemy je zostawiać same w domu. Co prawda Kise robił raban, wkurzał się i prawie mnie pogryzł za pierwszym razem, ale później przestało być to dla niego problemem. Udawało mu się jakoś radzić z samotnością, kiedy odkrył magiczne właściwości telewizora i laptopa. Dzięki tym małym udogodnieniom technicznym czekał na mój powrót, oglądając jakieś dramy, teleturnieje czy też inne bzdety. Niezbyt mnie to interesowało dopóki był grzeczny i nie rozwalał mieszkania. I to był mój błąd.

Wyobraźcie sobie, że raz wróciłem bardzo późno do domu. Byłem cholernie wyczerpany, bo pracowaliśmy nad pierwszą, od kilku miesięcy, poważną sprawą okolicznego gangu, który ostatnio bardzo zalazł społeczeństwu za skórę. Niby składali się z samych gówniarzy, ale dowodził nimi ktoś o wiele starszy z całkiem niezłym doświadczeniem. To właśnie przez to szło nam tak mozolnie i wszyscy byliśmy delikatnie mówiąc podenerwowani.

Nic więc dziwnego, że jak tylko przyszedłem, to od razu wlazłem do wanny pełnej gorącej wody. Miałem ochotę się wygrzać i zapomnieć o wszystkich problemach. Lis nie był przyzwyczajony, że go olewam na rzecz kąpieli, wiec zafutrzył się na śmierć i zaszył w sypialni. Przynajmniej mogłem bez pospiechu się umyć i trochę poleżeć, co doskonale odprężyło moje napięte mięśnie.

W całkiem dobrym humorze, poszedłem do swojego pokoju i wskoczyłem do łóżka, układając się obok sierściucha, który leżał odwrócony do mnie plecami. Najwyraźniej nadal mu nie przeszło, ale nie zaprzątałem sobie tym zbytnio głowy. Miałem ważniejsze rzeczy do przemyślenia od jego fochów.

Kiedy byłem już na pograniczu jawy i snu, poczułem jak coś gładzi mi udo. Od razu się rozbudziłem, zapalając stojącą na stoliku lampkę nocną. Prawie dostałem zawału, kiedy zobaczyłem jak Kise, z zaciętym wyrazem twarzy, nachyla się nade mną i najzwyczajniej w świecie maca i to prawie po jajach.

- Co ty odstawiasz? – wychrypiałem, zszokowany jego postępowaniem.

- Dzisiaj obejrzałem jeden z tych filmów co je chowasz za książkami w salonie.

Momentalnie mnie zmroziło.

- Te takie z czerwonym napisem plus osiemnaście na okładce? – spytałem nerwowo.

Ku mojej rozpaczy pokiwał twierdząco głową.

- Uhm. Zawsze je włączałeś, jak byłeś zestresowany i dzięki nim poprawiał ci się od razu humor, więc postawiłem zachowywać się jak tamte panie – wzruszył ramionami – Może zadziała.

Zaschło mi w gardle, kiedy dotknął przez kołdrę mojego penisa. Cholera, wiedziałem że powinienem głębiej schować te wszystkie pornosy, bo mogą z tego wyniknąć same kłopoty. Żesz kurwa, do czego to doszło, żeby jakiś zmutowany facet próbował mi zwalić na polepszenie nastroju?

Szybko złapałem go za nadgarstek i odciągnąłem od swoich dolnych partii ciała. Zamrugał kilka razy kompletnie zdezorientowany, po czym spytał :

- Zrobiłem coś nie tak?

- Bardzo ci dziękuję, że tak się starasz, ale nie możesz tego robić w ten sposób – uśmiechnąłem się do niego lekko – Wiem, że nie chciałeś zrobić niczego złego, ale to jest po prostu niedopuszczalne. Tak mogą robić mi tylko inne panie. Zapamiętaj to, dobrze?

Po moich słowach wydął usta w podkówkę i położył pod siebie uszy. Zakląłem w myślach, widząc że zaczynają szklić mu się oczy, a ramiona nieopanowanie dygotać. Zanim zdążyłem zareagować, cicho wyskamlał :

- No to co mam zrobić, żebyś się na mnie nie gniewał? Nie znam innego sposobu!

Coś ukłuło mnie mocno w sercu, a sam wypuściłem głośno powietrze z płuc. Rany, a więc on uważa, że się na niego obraziłem? Cholera, rzeczywiście dzisiaj potraktowałem go wyjątkowo chłodno, ale to tylko przez zmęczenie i ogrom intensywnej pracy. Wychodzi na to, że znów wszystko się stało przeze mnie. Rany, rany, czemu to zawsze ja jestem tym chujowym i niedobrym? To się już staje powoli nudne.

- Przecież nie jestem na ciebie zły – pogłaskałem go pieszczotliwie po skołtunionych włosach.

Podniósł niepewnie łeb do góry i pociągnął nosem.

- Jak to nie? Przecież krzyczałeś!

- Nie krzyczałem.

- Krzyczałeś! A nawet kazałeś mi sobie iść i zostawić cię w świętym spokoju – zagryzł dolną wargę aż do krwi – Strasznie mi się zrobiło przykro! Nie lubię, kiedy jesteś wobec mnie taki zimny i oschły, bo wtedy nie wiem co robić!

- Przepraszam, po prostu w pracy mnie dość mocno wymęczyli i przez to nie mam głowy do niczego. Obiecuję, że jak tylko uda nam się skończyć tą sprawę to jakoś ci to wynagrodzę – uśmiechnąłem się lekko, widząc jego rozradowany pyszczek – Dobra, a teraz koniec tych pogaduszek. To najwyższy czas walnąć w kimę, bo inaczej jutro nie wstanę i mnie wyleją.

Zgasiłem światło i nawet pozwoliłem, żeby sierściuch przykleił się do moich pleców i objął w pasie. To nawet przyjemne czuć ciepło drugiego ciała obok. Wtedy jakoś tak szybciej człowiek odpływa i nie męczą go koszmary. Kiedy ponownie zacząłem przysypiać, usłyszałem cichutki szept :

- Kocham cię, Dai – chan.

... kurwa mać. I jak ja mam teraz niby zasnąć, kiedy niemal natychmiastowo przyspieszył mi puls? Wolną ręką potarłem zmęczone oczy, starając się głęboko oddychać, żeby uspokoić bicie rozszalałego serca. On mnie kiedyś doprowadzi do zawału.


Po tej małej wpadce wszystko wróciło do normalności. Futrzak już nigdy więcej nie tknął płyt z czerwonym napisem plus osiemnaście na okładce i grzecznie oglądał tylko głupawe programy w telewizji. Mi natomiast udało się w końcu rozwiązać sprawę, przez co nie tylko dostałem więcej czasu dla siebie, ale również pokaźną premię. Imayoshi miał gest i zajebisty humor. Chyba Sakurai dzień wcześniej sam do niego przyszedł i kazał przerżnąć. No nic, nieważne. Wgłębianie się w życie erotyczne własnego szefa nie jest mi do szczęścia potrzebne.

Tak jak obiecałem, spędziłem ten wolny czas głównie z Kise. Była to nawet przyjemna odmiana, gdy uczyłem go nawet najprostszych czynności, ganiałem czy grałem w różne gry. Znów poczułem się jak beztroski smarkacz. Wspomnienia odżyły, a dawna radość czerpana z najprostszych rzeczy wróciła. Niesamowite, jak człowiek z biegiem czasu się zmienia i zapomina co kiedyś było dla niego ważne. Dzięki tym zabawom znów stałem się dzieckiem i chociaż nie trwało to zbyt długo, to dało nadspodziewane rezultaty. Dosłownie jakbym odmłodniał w kilka godzin – od razu się chce człowiekowi żyć.

Niestety, po tym wesołym okresie w naszym życiu musiało się stać coś niespodziewanego. Mianowicie sierściuch mi zachorował. Z dnia na dzień czuł się coraz gorzej, tracił całą energię, aż w końcu dostał tak wysokiej gorączki, że siłą wpakowałem go do łóżka. Nie był tym zbyt zadowolony, ale koniec końców się poddał. Chyba fakt, że nie mógł wstać o własnych siłach przemówił mu do zdrowego rozsądku, o ile taki w ogóle pod tą blond strzecha posiadał.

Nie pomyślałbym, że może się to przydarzyć takim mutantom jak on, wiec nic dziwnego, że na początku wpadłem w lekką panikę. Na pierwszy dzień zostawiłem go z Satsuki, bo musiałem wybłagać u Schoichiego urlop. I tu znów mi się poszczęściło, bo miał wyśmienity humor. Zrobił tak zwany dzień dobroci dla zwierząt, a w tym wypadku, zjebanych pracowników i dał mi aż dwa tygodnie wolnego. Normalnie pieprzony cud. Chyba mu kupie jakiś dobry lubrykant w ramach dodatkowego podziękowania. No i zrobię dobry uczynek dla biednej dupy Ryou.

Drugiego dnia było gorzej. Kise zaczął wymiotować i odmawiał przyjęcia posiłku pod jakąkolwiek postacią. Zmartwiło mnie to, bo cholera, bez odpowiedniej dawki kalorii to on mi się szybciej wykończy. Jakoś udało mi się wmusić w niego kleik ryżowy, ale nie obyło się bez kłótni, fuczenia, kilku śladów zębów na ramieniu i złamanego pazura.

Do końca tygodnia utrzymał mu się taki stan, pomimo faszerowania go lekami, ziołowymi herbatkami czy też rozgrzewającymi kąpielami. Miałem związane ręce. Wszystko co tylko przychodziło mi do głowy okazywało się niezbyt pomocne. Jak działało to tylko przez kilka godzin. Futrzak cierpiał i widziałem to gołym okiem, ale najgorsze było to, że nie mogłem mu w żaden sposób pomóc.

Do lekarza go nie zabrałem, bo pewnie i tak gówno by zrobił, a jeszcze by go zatrzymał na dodatkowych obserwacjach. Bo przecież to mieszanka człowieka i zwierzęcia jest - na pewno byłby wniebowzięty mogąc na nim poeksperymentować. Momentalnie się skrzywiłem z niesmakiem na samą myśl o tym. Dlatego właśnie odwiedzenie najbliższej przychodni czy szpitala nie wchodziło w grę.

Z głośnym westchnieniem, zaparzyłem kolejną melisę i zaniosłem ją do sypialni chorego. Kise bladł mi w oczach. Uszy miał oklapnięte, włosy przetłuszczone, a oczy straciły blask i energię. Był cieniem dawnego siebie i to chyba przerażało mnie w tym wszystkim najbardziej.

Pomimo późnej pory leżał i patrzył się nieruchomym wzrokiem w brzoskwiniowy sufit. Od kilku prawie się nie ruszał - ewentualnych odwiedzał łazienkę w celach defekacyjnych. Smutne, lecz prawdziwe.

- Nadal nie śpisz? – spytałem, stawiając szklankę na stoliku i siadając obok niego na materacu.

- Nie mogę – mruknął.

- Wiem, że jest ci ciężko, ale chociaż spróbuj. Potrzebujesz dużo wypoczynku.

Wytłumaczyłem mu to niczym jakaś nachalna, pieprzona matka, która martwi się o swoje jedyne dziecko. Cholera, przecież ja się kompletnie do tego nie nadaję! Nie wiem czemu los – doskonale wiedząc o tym fakcie – wystawił mnie na tak ogromną i ciężką próbę, ale powoli miałem dość. W ciągu tych trzech miesięcy, czyli od kiedy dostałem tą tajemniczą paczkę, straciłem więcej nerwów niż w całym swoich dotychczasowym życiu. Jak tak dalej pójdzie do przedwcześnie osiwieję.

- Spróbuję – odparł ugodowo i przeniósł zmęczone spojrzenie na mnie – Dai – chan, mogę mieć egoistyczną prośbę?

Zamrugałem kilka razy lekko zbity z tropu i odpowiedziałem :

- Pewnie.

- Potrzymasz mnie za rękę? Będę się czuć bezpieczniej.

Machinalnie się uśmiechnąłem i czule podrapałem go za uchem. Mruknął coś pod nosem i splótł palce z moimi, od razu zamykając powieki. Nie wiem ile tak przy nim siedziałem, ale w końcu jego oddech się uspokoił i stał miarowy. Zapadł w głęboki sen, chyba pierwszy raz od początku choroby. Po raz ostatni go pogłaskałem i ostrożnie wysupłałem ze słabego uścisku mniejszej dłoni. Najciszej jak umiałem, wyszedłem z pokoju, zamykając za sobą drzwi, przy okazji zerkając na jego wygładzoną twarz. Ponownie coś ukłuło mnie w sercu, więc szybko skierowałem myśli na inny tor.

Jednak musiałem się w końcu z tym pogodzić. To naprawdę nieprawdopodobne i po części straszne, ale nie wyobrażałem już sobie teraz życia bez niego.


Drugi tydzień mijał, a sierściuchowi w ogóle się nie poprawiło. Nic nie potrafiło mu pomóc, a moja własna bezsilność tylko potęgowała lekkie uczucie strachu, że może to jakaś nieuleczalna przypadłość, na którą cierpią tylko mutanty. Straciłem już praktycznie nadzieję, kiedy niespodzianie w sobotę, poszedłem do apteki po następny zapas leków, a po powrocie czekała na mnie zadziwiająca niespodzianka.

Mianowicie, gdy tylko otworzyłem drzwi od mieszkania coś małego i puszystego z rykiem rzuciło mi się w ramiona. Zszokowany zobaczyłem jak mały, zmutowany lis becząc w najlepsze, wtula się w moją klatkę piersiową. Chyba właśnie przestałem ogarniać. Czyży Kise mimo wszystko był kobietą i zaszedł jakimś cudem w ciążę i urodził mi kolejnego mutanta? Cholera, w sumie z nim to wszystko jest prawdopodobne.

Potrzasnąłem głową i z płaczącym gówniarzem na rękach, poszedłem do sypialni, która okazała się być pusta. Oprócz rozkopanej kołdry i pustej szklanki po melisie nic nie wskazywało na to, żeby ktokolwiek tu wcześniej leżał.

- O kurwa – mruknąłem i spojrzałem na zasmarkanego bachora – To znaczy, że się ponownie zmniejszyłeś? Oi, Kise, to ty?

Futrzak podniósł łepek i wlepił we mnie zbolały wzrok.

- Kiii! – potwierdził, pociągając noskiem.

Momentalnie zrobiło mi się lżej na sercu, ale trwało to tylko chwilę. Mój mózg zaczął szybko przetwarzać najnowsze rewelacje, po czym efektownie się zawiesił odmawiając dalszej współpracy. A tak przy okazji to... zaraz, zaraz, jakie kiii, kurwa!?

- Ki? – mruknąłem, marszcząc brwi – A może coś tak po ludzku?

- Kyuu! Ki, ki, se, kyuu! – zawył i ponownie się we mnie wczepił, chowając policzek w zagłębieniu szyi.

Stanąłem jak wryty, machinalnie głaszcząc go po drgających plecach. Czy to oznacza, że jeszcze raz będę musiał przejść przez piekło nauczenia go wszystkiego od początku? Od mycia się po posługiwanie ludzką mową? Chyba właśnie mojego życie zostało po raz kolejny wywrócone do góry nogami, a ja za cholerę nie mogę z tym nic zrobić. Boże, kurwa, za co?

KONIEC C: