To nie było ich zdjęcie, Feliks był tego pewny, nim jeszcze się przyjrzał. Nie było takiej możliwości; chociaż technika ostatnimi dziesięcioleciami gnała naprzód jak szalona, wtedy nikt nie dałby rady zrobić im zdjęcia z ukrycia. Fotografia, którą mu pokazało, była najzupełniej współczesna, kolorowa i przedstawiała zamkową salę.
Dla postronnych, zapewne większości żołnierzy dookoła, wydawała się niewinna, ale dla Feliksa w odbiciach luster sięgających wysokiego sufitu odbijały się nie rzeźbione krzesła, nie dwie pary dwuskrzydłowych drzwi wymalowanych na biało, nie piękna tapeta i równie wypielęgnowany parkiet, nie pusta przestrzeń, ale tłum i wysoka, smukła postać w mundurze.
Cholerne wspomnienie. Miał ponad tysiąc lat, dawno już przestał liczyć, ale tamten jeden wieczór tkwił w nim jak drzazga, nie pozwalając się zapomnieć. Feliks mógł poszczycić się kolekcją dobrych i mniej dobrych momentów, które nie chciały wyblaknąć w jego pamięci, a to konkretne wspomnienie lśniło blaskiem potężniejszym niż Słońce.
– Sala Luster w zamku w Königsbergu – powiedział lekkim tonem, podnosząc głowę. – Zawsze mi się podobała, wiecie? Uważam, że jest dużo ładniejsza od Sali Tronowej, ten ogromny żyrandol nieco przytłacza... No i nie wiem, kto wybierał tę tapetę, jest paskudna...
Cóż, wiedział, że ta odzywka była dość słaba i nawet nie zdziwił się, gdy jego podszyta fałszem kontemplacja krzyżackiej architektury i wyczucia stylu niezbyt spodobała się przesłuchującym. Dostał w twarz.
Wzruszyłby ramionami, gdyby ostrza bagnetów nadal nie pilnowały każdego jego ruchu. Naprawdę, w biciu nie było żadnej finezji, a obecnie zapowiadało się na powtórkę z pierwszych tygodni w berlińskiej celi. Czuł się naprawdę tym znudzony, więc czepił się jedynej rozrywki, którą miał. Spoglądania z triumfem.
Dopóki milczał i rzucał szydercze spojrzenia ludziom, którzy chcieli od niego informacji, to on wygrywał.
I właściwie, gdy dali sobie spokój na ten dzień, był zaskoczony i rozczarowany. Już? Tutejsi żołnierze chyba nigdy nikogo nie torturowali, a jedynie tortury były metodą, która miała jakieś szanse powodzenia. Kopniaki i uderzenia pięścią? Feliks prawie roześmiał się im w twarz. W porównaniu z fantazją Fischera, ich ciosy były ukąszeniami komara, dokuczliwymi, ale zupełnie niegroźnymi.
Nie licząc ciosu w bok, prosto w gojące się rany, otrzymanego na sam koniec. To było bardzo w stylu Fischera, więc gdy zaczęło robić mu się ciemno przed oczami, Feliks zastanowił się przelotnie, czy aby go tu nie przeniesiono i po prostu go nie rozpoznał w tym małym, spragnionym widowiska tłumiku.
– Kończcie na dzisiaj. Mamy czas, wypapla nam wszystko.
Ktoś wlókł go za ręce, a szorstka, sucha trawa drapała jego nagie plecy i ramiona. Uchylił powieki i wpatrzył się w ciemniejące niebo. Już wieczór? Długo się bawili w tę wojenną grę, której zasady były niezmienne od zarania dziejów. Grę Pytam-Biję, jak nazywał ją Feliks. Wykrzywił się do kroczących obok żołnierzy szyderczym uśmieszkiem; nie przegrał przez dwa miesiące z Fischerem i Radke, nie przegra i teraz z bandą amatorów.
Wrzucono go do kwatery. Feliks posłał jeszcze im nienawistne spojrzenie, nim zamknęli drzwi i zaczęli zasuwać zamki od zewnątrz. Potem podniósł się z ziemi i trzymając za bok – naprawdę, niech gojenie dobiegnie końca, to zbytnio utrudniało życie – podszedł do okna.
Nie wprawiono krat, ale zerkając na dół, Feliks dowiedział się, że podwojono straże. Wycofał się, nie zamierzając pokazywać się żołnierzom. Usiadł na polowym łóżku, błogosławiąc jego pełen sprężyn materac, i skulił się.
Jeśli kolejne dni miały być takie jak ten, nie było źle. Feliks zamierzał czekać, aż dojdzie w pełni do zdrowia, nim zacznie działać. Mógłby spróbować wyskoczyć i wziąć z zaskoczenia czwórkę z karabinami. Miałby szansę wyrwać któremuś broń, nim podziurawią go kule. Ale wizja ucieczki z niezabliźnionymi ranami przez gęsty las, a potem przedzieranie się na południe, do Warszawy, wcale mu się nie uśmiechała.
Czekać i dowiedzieć się, co planował Braun, to w tej chwili był plan Feliksa. Może i przesłuchującym wymknie się coś o Gilbercie, na to również Polska liczył.
Przymknął oczy i planował trochę odpocząć, gdy usłyszał jakiś ruch na korytarzu. Natychmiast się skupił.
– ... Podoficerze?
– Przyniosłem mu jakieś resztki. Jest rozkaz, by go karmić.
– Oni podobno nie muszą jeść...
– Doktor Ebeling twierdzi, że jego stan jest na tyle kiepski, że bez przynajmniej jednego posiłku dziennie nie będzie niedługo zdolny do czegokolwiek, a potrzebujemy od niego informacji, a nie majaków. Nie będę kłócił się ani z wykształconym lekarzem, który działa w zawodzie dłużej, niż żyję, ani z dowództwem. Chyba że weźmiesz odpowiedzialność za nieścisłości w zeznaniach na siebie, to proszę bardzo.
Pewny ton Reinharta Brauna sprawił, że żołnierze sprawujący straż nie mieli już żadnych obiekcji. Szczęknęły zamki.
– Masz rację, podoficerze... – wymamrotał któryś. – Uważaj na siebie. Nie wygląda groźnie, ale podobno ma trochę siły.
– A ja mam ołów – mruknął Reinhart ironicznie. – Twoja troska o moje zdrowie jest wzruszająca, szeregowy. A teraz otwieraj drzwi.
Feliks otworzył oczy i zmierzył wzrokiem Reinharta. Był młodszy, niż wydawało mu się w pierwszej chwili. Wcześniej uznał go za człowieka w średnim wieku, teraz zorientował się, że Reinhart ledwo dobiegał czterdziestki, chociaż siwe pasemka pojawiające się w ciemnoblond włosach mocno go postarzały, podobnie jak zmarszczki na czole. Gdyby nie one, Reinhart byłby przystojnym mężczyzną, o brązowych, głębokich oczach marzyciela, otoczonych długimi rzęsami, których dziewczęta pewnie mu zazdrościły.
Mężczyzna miał przy pasie kaburę z pistoletem, a w rękach pół bochenka chleba i manierkę. Wszedł, nie zamykając drzwi, i rzucił długie spojrzenie Feliksowi, nim położył posiłek na stole. Któryś z żołnierzy zerkał do środka, trzymając karabin w obu dłoniach, ale Feliks nie zamierzał się poruszyć.
Uwaga żołnierzy skupiona była na Polsce, jakby był jakimś dzikim zwierzęciem, gotowym do ataku. Drzwi otwierane do wewnątrz częściowo przysłaniały Brauna, co ten wykorzystał. Podoficer bezgłośnie poruszył ustami.
Orkiestra zagra dwudziestego.
Feliks natychmiast po zrozumieniu informacji odwrócił wzrok od Reinharta. Ten ruszył do drzwi i kazał zamknąć je za sobą na zamek, brzmiąc przy tym na znudzonego i irytowanego faktem, że ma zajmować się więźniem.
Dopiero gdy został sam, Feliks uśmiechnął się szeroko. Czarna Orkiestra znów zamierzała zagrać. Miał nadzieję, że tym razem koncert będzie udany. Przy odrobinie szczęścia będzie oglądał go z pierwszego rzędu, bo właśnie jeden z muzykantów dał mu zaproszenie.
Może jednak poczeka z uciekaniem z Wolfsschanze troszkę dłużej niż planował.
Życie było wojną. Nieustanną wojną, która toczyła się niezależnie od podpisywanych traktatów, statutów, ustaw czy ustnych umów. Trwała od narodzin aż do śmierci, a skoro każdego dnia ktoś rodził się i umierał, od zarania dziejów aż do kresu ich świata, nigdy nie miał nadejść jej koniec. Jego życie też było wojną; nawet jeśli czasem przez dziesięciolecia nie widział ani kropli krwi, Ludwig nigdy nie uważał tego za pokój.
Pokój był sacrum; ulotny, kruchy, możliwy do schwytania jedynie w tych rzadkich chwilach snu, sennych marzeń, rozkosznego, grzesznego zapomnienia, w dziecięcej radości albo duchowych wrażeniach. Był jak piasek, który wymykał się spomiędzy palców, podczas gdy wojna była powietrzem, które wciągał do płuc każdego dnia. Pożywieniem. Napojem. Ubiorem. Wszystkim, co codzienne. Profanum.
A skoro życie było wojną, Ludwig i w nim stosował najróżniejsze taktyki. Była jedna, która w szczególności weszła mu w krew tak, że ledwo już zauważał, że ją stosował.
Nie dostrzegać rzeczy, których nie chciał widzieć. W tej wojnie było to niezwykle przydatne; nie patrzył w ludzkie oczy, by nie odnaleźć tam rozczarowania, nie patrzył na Berlin trawiony pożarami i spowity pyłem ze zniszczonych budynków. Nie kierował wzroku tam, gdzie w niebo wzbijały się słodkawe dymy kominów, ani w dzielnice ogrodzone drutem kolczastym.
Teraz to wszystko obróciło się przeciw niemu, a Ludwig nie potrafił zrozumieć, jak przez tyle lat nie mógł tego zauważyć, skoro miał to tuż przed sobą. Aż tak bardzo wycinał ze swojej wizji wszystko, co do niej nie pasowało, że nie spostrzegł zachowania Gilberta? Własnego brata?
Nie było na tym świecie istoty mu bliższej umysłem i krwią, a on pozostawał ślepy przez tyle lat.
Olśnienie przyszło w tamtej celi, gdy to, co ignorował, w końcu uderzyło go mocniej niż jakakolwiek ludzka broń. Wszystko ułożyło się w całość, łącznie ze starą plotką, którą dawno temu Ludwig wyrzucił z umysłu. Próbował dowiedzieć się, co zaszło w Sali Luster, a co wywołało lawinę plotek, starannie zatuszowanych i wyciszonych jak tylko ujrzały światło dzienne. Nigdy nie zapytał o to brata, uznając za kłamliwe oskarżenia te obrzydliwe insynuacje, że on i...
Westchnął, przymknął na sekundę oczy, nie odrywając rąk od kierownicy. Przeklął w duchu niemiecki rząd i tego, kto zdecydował o przenosinach Łukasiewicza. Ten bandyta był jedyną osobą, która była w stanie powiedzieć, co stało się osiemdziesiąt trzy lata wcześniej.
Zerknął w tył, nie spodziewając się żadnych zmian. Koc, pierś unosząca się w oddechu, rozsypane na siedzeniu włosy, zamknięte oczy... srebrzysty łańcuszek z zawieszką orła wysunął się zza ubrania, zapewne podczas jazdy przez te przeklęte wertepy, i teraz błyskał za każdym razem, gdy światło księżyca przenikało między drzewami posadzonymi wzdłuż polnej drogi.
Ciało Ludwiga nie poruszyło się, nadal pilnując kierownicy, ale umysł rozjaśnił się wspomnieniem.
Wiesz, braciszku, ta panienka odmówiła pójścia ze mną na koronację! Rozumiesz to? Ze mną! Nie ma większego zaszczytu w Europie, a ona odmówiła, tłumacząc się migreną! I to tuż przed balem!
Kiwnął głową, patrząc na wysmukłą postać brata. To było zanim nastąpiło zjednoczenie, kiedy wciąż był młody i słaby. Patrzył z zazdrością, jak Gilbert przygładza galowy mundur i ogląda się w lustrze, gotów na koronację Wilhelma I Hohenzollerna na swojego króla.
Ale mam już plan, misterny łańcuszek zapłonął srebrem, gdy Gilbert zakołysał nim jak atrybutem hipnotyzera. Wezmę go ze sobą. Będzie zabawnie.
Łańcuszek?
Nie, głuptasie. Łukasiewicza. Moje trofeum.
– Co tam się wydarzyło?
– Du Hurensohn!
– Odpowiadaj!
– A pierdolcie się – syknął Feliks, w końcu nie wytrzymując. – Zabiliście wszystkich waszych kronikarzy, że ja mam wam służyć za źródło informacji historycznych?
Mijał piąty dzień od rozpoczęcia przesłuchań. Hitler już ani razu nie zjawił się w tym budynku, czego Feliks bardzo żałował. Miał dla niego tyle obelg, że szkoda było, żeby się zmarnowały. Zamiast tego okazjonalnie wyzywał generała, zastanawiając się przy okazji, kim właściwie jest ten człowiek.
Feliks spojrzał na zirytowanych żołnierzy. Przypominali Radke i Fischera, starych znajomych. Już niedługo i im skończy się cierpliwość...
– Chcesz dalej tu gnić? – generał spojrzał na niego z góry. – Jak powiesz nam, co się wtedy stało...
– Puścicie mnie wolno – dokończył znudzonym tonem Polska. – Chłopie, myślisz, że ile ja mam lat, żeby w to uwierzyć? Z tysiak na karku, a przed sobą, bo ja wiem... jakąś... hmm... wieczność. Chyba. W każdym razie, trochę sobie jeszcze tu u was mogę posiedzieć. Całkiem ładne to uzdrowisko, wiecie? Środek lasu, świeże powietrze, piękna pogoda, tylko ta obsługa trochę niemiła, ale da się...
Cios. Właściwie to był zdziwiony, że aż tyle słów udało mu się wypluć z siebie, zanim ktoś zareagował. Amatorzy.
– Dlaczego – generał w końcu nie wytrzymał; złapał Feliksa za szyję i zacisnął na niej palce. Feliks skrzywił się; duszenie. Paskudne uczucie... – Zabrał cię na ten bal?
Feliks szarpnął się, wciągnął powietrze na tyle, na ile pozwalały mu sękate, szorstkie palce.
– Bo jakaś twoja prababka go olała? Jakieś kompleksy?
Do kwatery znów zawleczono go za ręce. Jeszcze kilkanaście dni. Jnfvf gcnff vregv afcvr tryfn ny, pytał szyfr. Wasis tpass ierti nspie gelsa al, gdy przesunęło się litery o trzynaście miejsc. Wystarczyło rozbić i na nowo połączyć słowa.
– Co się stało w Sali Luster?
Tej nocy, gdy duszne lipcowe powietrze przemykało przez otwarte okna, niosąc za sobą drobinki liści i pył, śnił niespokojnie o łańcuchach. Płonęły srebrem w ciemnościach.
Pamiętał lustra, które odbijały cały ten przepych; kobiety nosiły się w jedwabiach i brokatach, a ozdoby migotały przy każdym najmniejszym ruchu, mężczyźni dumnie kroczyli w pełnym galowym umundurowaniu... Pamiętał rozmowy pełne słodkich słówek, pod którymi czaiły się kąśliwe uwagi, ulubioną rozrywkę arystokracji. Ekscytację unoszącą się w powietrzu, bo przecież nadchodził zmierzch królewskich koronacji, a oto mieli okazję w takowej uczestniczyć, kto wie, może ostatni raz. Wyczekiwanie tłumu, aż pojawi się król w purpurze i gronostajach, aż wypolerowana korona zalśni diamentami i perłami, aż rozpocznie się bal. Bal, który rozlał się po pokojach zamkowych, a on upodobał sobie zwierciadlaną salę.
– ...czyż nie...?
Szkarłatne oczy płonęły dumą i samozadowoleniem. Usta śmiały się z dowcipnej uwagi rzuconej w kierunku małej grupki rozchichotanych dziewcząt, niewinnych, naiwnych młodych arystokratek, chowanych w zaciszach pięknych domów, pomiędzy obitymi jedwabiem sofami, gdzie wstępu nie miały bieda, gorycz i niewola, nienawiść i gniew. Dokładnie to, co odbijało się w zielonych oczach mężczyzny, którego Gilbert Beilschmidt przyprowadził ze sobą jako swoje trofeum.
Srebrny, delikatny naszyjnik, na którym kołysała się misterna ozdóbka z czarnym orłem trzymającym w szponach miecz i berło, ozdabiający szyję Feliksa, wyglądałby faktycznie na zwykłą biżuterię, gdyby nie fakt, że łańcuszek nie kończył się przy zapince. Zamiast tego znikał pod kołnierzem ozdobnego stroju, muskał skórę od obojczyka aż do nadgarstka i wysuwał się z rękawa.
Koniec lśniącej żmijki znajdował się między palcami Gilberta, na pozór trzymany tak lekko, jakby miał zaraz się wyślizgnąć z dłoni, ale spojrzenia rzucane od czasu do czasu na szyję Feliksa jasno dawały do zrozumienia, że mężczyzna doskonale kontroluje sytuację i świetnie się bawi.
Przyprowadzić Polskę na koronację, na, praktycznie rzecz biorąc, smyczy udającej biżuterię i upokarzać go w towarzystwie elity – Prusy zdecydowanie miał fantazję.
– Nienawidzę cię – rzucił cicho Feliks.
Deklaracja nie zrobiła na Gilbercie wrażenia; w końcu słyszał ją mniej więcej co kwadrans.
– Wiem – powiedział z ujmującym uśmiechem, lekko szarpiąc za łańcuszek. – Wina? Nie daj się prosić.
Wianuszek dziewcząt zachichotał, a Feliks z rezygnacją wypuścił powietrze przez zęby.
Kilka godzin później, gdy młodociane damy poszły spać, król odszedł na spoczynek, a bal zaczynał zamieniać się powoli w pijatykę, Prusy był wyraźnie znudzony. Opierał się o ścianę i zmrużonymi oczami śledził poczynania pozostałych w Sali Luster gości, nie znajdując jednak tam rozrywki. Ożywił się na moment, gdy w ich okolicy znalazł się służący, i zgarnął z tacy dwie lampki czerwonego wina.
Feliks spojrzał na oferowany mu alkohol. Od początku balu uparcie nie tknął ani jedzenia, ani picia, żeby nie dawać Gilbertowi satysfakcji, ale w końcu pragnienie zaczęło dokuczać mu na tyle, że zaczął zastanawiać się nad złamaniem tego postanowienia.
Prusy zauważył jego wzrok i wzruszył ramionami.
– Rób co chcesz – powiedział cicho. – Mi się już nie chce w to bawić.
Zabawa. Jakby postawienie go na jednej linii z przedmiotem było zabawą.
Feliks mimo wszystko przyjął kieliszek i wypił łyk. Pyszne francuskie wino. Znad szkła obserwował twarz Gilberta odbijającą się w jednym z luster na ścianie. Prusy wyglądał już na zmęczonego; nie było w tym nic dziwnego. Już dawno minęła północ, Feliks wiedział, że przygotowania do koronacji zaczęły się bardzo wczesnym rankiem, a Gilbert brał w nich czynny udział.
Gilbert zapatrzył się w przestrzeń. Z oczu zniknęła mu buta, zastąpiona zamyśleniem. Popijał wino w milczeniu, a Feliks w pewnym momencie zorientował się, że koniec żmijki swobodnie zwisa mu z rękawa.
Lampka za lampką; noc za oknami była ciągle czarna jak smoła, w sali było coraz ciszej, bo ostatni biesiadujący przy stołach posnęli już, zmorzeni winem i tańcem, służący pozostawali na swoich miejscach, raz za razem donosząc alkoholu, a oni we dwóch stali i pili przy tej lustrzanej ścianie w milczeniu, zupełnie jakby ktoś zaczarował czas.
Feliks nigdy nie potrafił wytłumaczyć sobie, dlaczego. Był pewien, że również Gilbert tego nie wie. Miał jedynie podejrzenie, że jego własny strach, że już niedługo zniknie, umrze w zapomnieniu, udzielił się również Prusom. Od setek lat sąsiadowali, walczyli, rozmawiali, nienawidzili się i obrzucali się wyzwiskami. Czy była bardziej stała rzecz w ich życiach? Ludzie w końcu zawsze bali się utraty rzeczy, do których przywykli, a alkohol często powodował, że robili głupie rzeczy.
Dlatego odwzajemnił smakujące winem pocałunki, nie wiedząc jeszcze, że to wspomnienie prześladować będzie go przez kolejne dziesięciolecia.
Szóste przesłuchanie było inne. Siedział na krześle, związany, i patrzył w brązowe oczy.
– Gadaj! – krzyk.
– Nie wychylaj się – szept.
– Ty bandyto...! – obelga i krzyk.
– Nie mieszaj się w to – ledwo ruszające się usta, ledwo słyszalne słowa. – Będziesz miał okazję. Czekaj.
Feliks uśmiechnął się szeroko i nawet nie obraził się za cios, który otrzymał w żuchwę. Człowiekowi, który właśnie go uderzył, a który pomiędzy szyderstwami obiecał mu oczyszczenie drogi ucieczki, groziło coś o wiele gorszego niż to.
Kimkolwiek był Reinhart Braun, Feliks zaczynał go naprawdę szanować. Lubił odważnych ludzi.
Chata niewiele się zmieniła, odkąd byli tu ostatnim razem. Ludwig nigdy nie lubił gór; jeśli już musiał, zawsze wybierał Alpy, nigdy nie poświęcając temu łańcuchowi górskiemu uwagi. Kogo obchodziła Jura? Gdy któregoś dnia, prawie dekadę temu, Gilbert namówił go na wakacje i pokazał to miejsce – Ludwig uśmiechnął się blado na wspomnienie wysiłków brata – Niemcy uważał pomysł kupna tej chatki pośrodku niczego za oznakę szaleństwa.
Ale chatka należała do Gilberta, albo do Gabriela Paccarda, bo tak wyglądał podpis na akcie własności. Na ile było to widzimisię, kolejny ekscentryczny pomysł, a na ile zaplanowane działanie, Ludwig mógł tylko zgadywać i błogosławić dzień, w którym Gilbert postanowił użyć fałszywej tożsamości.
Le Locle, szwajcarskie miasteczko, leżało kilka kilometrów dalej. Wystarczyło zmienić ubrania, rozproszyć ułożone włosy, przypomnieć sobie francuski i zacząć zachowywać się nieco inaczej – porzucić żołnierski marsz na rzecz swobodnego chodu, przygarbić się, wymyślić nerwowy tik – i już mógł udawać spokojnie Szwajcara z tego samego kantonu.
W Niemczech potrafiliby go rozpoznać wszędzie; w tej mieścinie wtapiał się w tłum, a Szwajcarzy nie zadawali pytań. Nie zamierzał pokazywać się jednak zbyt często, by nie kusić losu. Vash miał zadziwiającą zdolność do wykrywania obcych, a Ludwig nie chciał się z nim konfrontować. Wystarczyło, że kupił zapasy żywności i wrócił do lasu.
Pół dnia zajęło mu doprowadzenie chaty do porządku. Pozamiatał izbę, wypłoszył pająki, pościerał grubą warstwę kurzu i podczas krótkiego deszczu z zadowoleniem odkrył, że dach nie przecieka. Podczas tej fizycznej pracy mógł uspokoić myśli.
Udało się. Jakimś cudem udało mu się przejechać przez całe Niemcy, ominąć Zurych i Berno, i znaleźć się tu, przy granicy z Francją. Ledwo widział już na oczy, bo przez ostatnie dni spał tyle, co nic, ale nie zaprzestawał szorowania podłogi mokrą szmatą, bo dzięki temu mógł się skupić.
Był zdrajcą. Zdradził własny rząd i własne idee i pewna część jego głęboko nim gardziła. Druga część nieśmiało podpowiadała mu, że zrobił słusznie.
Gilbert był bezpieczny i nie było nikogo, kto by ich wyśledził, Ludwig się o to postarał. Opel Olympia tonął w Bielersee, a trop pozostawiony w berlińskim mieszkaniu prowadził do Warszawy. Ciało dzieciaka, który ukradł dla niego auto, obciążył kamieniami i wrzucił do Sprewy. Łukasiewicz... pieprzyć Łukasiewicza. Niech robią z nim, co chcą.
Najważniejsze, że oni dwaj byli bezpieczni.
Właśnie dlatego gdy Ludwig, siedząc przy ścianie na podłodze, skulił się pod wyleniałą derką i zasnął, mężczyzna leżący na drewnianej ławie wolno uchylił powieki.
Jest stałą. Zawsze nią był.
Feliks spojrzał w oczy przesłuchujących i westchnął teatralnie.
– Serio, wy myślicie, że ja i ten karaluch...? No proszę was... Ja wiedziałem, że nieźle was pogrzało od tych gorących, wzniosłych słów tego kurdupla, ale no bez przesady...
Generał wpatrywał się w niego w milczeniu, a z jego twarzy nie dało się nic wyczytać. Korzystając z tego, że mężczyzna chwilowo nic nie mówił, Feliks zaczął zastanawiać się, co w tej chwili porabia młodszy z braci.
– Wiem, że to wasza sprawka – wysyczał nagle mężczyzna. Feliks zamrugał.
– Co takiego? – spytał lekkim tonem, ale naprawdę był zaintrygowany.
– Zniknęli...! – generał chyba w końcu stracił cierpliwość. Jego oczy błysnęły, a policzki poczerwieniały. – Dzisiaj przyszła wiadomość! Zniknęli! – w głosie mężczyzny zabrzmiał czysty strach. Otaczający ich żołnierze spojrzeli na siebie niepewnie, a Feliks nastawił uszu.
Więc nie powinien był tego słyszeć, zrozumiał, zerkając na twarze pozostałych. Po prostu bali się przerwać generałowi...
– I wiesz, co tam znaleźliśmy? – generał nagłym ruchem znów chwycił Feliksa za gardło. Sękate palce ścisnęły mocno jabłko Adama, ale generał nie potrafił powstrzymać ich drżenia. Feliks wyszarpnął się i opadł na ziemię, a generał cofnął się i spojrzał na swoje dłonie. Spurpurowiał, zupełnie jakby zdał sobie sprawę, że stracił nad sobą kontrolę.
– Co? Kolekcję sprośnych zdjęć? – podjudził go Feliks, czując, że jeśli teraz nie wykorzysta tej sytuacji, nic więcej się nie dowie.
– Dokument – wysyczał generał, pochylając się nad nim. – Byliście tak głupi, że wypadł wam z kieszeni dokument... Borkowski – powiedział wolniej, kalecząc wymowę.
Feliks zamarł, wiedząc już, jakie będą następne słowa.
Bracia Borkowscy, Warszawa.
Lampa w berlińskiej celi, podpisana Brabork, przyniesiona przez Ludwiga.
Skurwysyn chciał go wrobić. Ale przynajmniej zabrał gdzieś Prusaka.
– A teraz grzecznie nam powiesz, co zrobiłeś z Gilbertem Belschmidtem. To był plan, prawda? Wykorzystać jego... obrzydliwą słabość... Uwieść... Z kim współpracowałeś? Kim jest Borkowski? Jak się z nim komunikowałeś?
Feliks zamknął oczy i wypuścił powietrze, gorączkowo rozmyślając nad kolejnym ruchem. Nie chciał zrzucić winy na Bogu ducha winnych ludzi, musiał więc jakoś wybrnąć... Musiał coś wymyślić, nim poleje się krew niewinnych.
Przepraszam, moja północy.
– Nie pomyśleliście – wyszeptał i zawiesił głos, by jego słowa przebrzmiały w pomieszczeniu. Uśmiechnął się maniakalnie, a biel zębów kontrastowała ze strużką ciemnej krwi w kąciku ust. – Że wasz symbol... wasz ukochany Ludwig, wzór do naśladowania... zamiast postąpić tak, jak nakazuje mu wasze prawo i wasza moralność... po prostu chciał go przed wami ocalić?
Cisza, która zapadła, była dla Feliksa niczym najpiękniejsza muzyka. Jak zwycięski walc.
– On was zdradził, jeszcze tego nie pojęliście?
Ludwig spał niespokojnie; noc w górach, mimo lipca, była chłodna. Obudził się, uchylił powieki, skrzywił się, sięgnął dłonią do zesztywniałego karku...
– Miałeś koszmary, braciszku?
Tak pytał Prusy, gdy Ludwig czasem przychodził do niego w nocy, ciągnąc za sobą poduszkę i mrugając zawzięcie, by się nie rozpłakać. Starszy brat brał go wówczas na kolana i na swój sposób pocieszał; mimo że nadal w słowach pełno było samouwielbienia, głos stawał się miększy, spokojniejszy, cichszy. Ludwig usypiał, słuchając opowieści o wspaniałych bitwach i emocjonujących potyczkach, by rano znów obudzić się we własnym, dziecięcym łóżku, starannie otulony kołdrą...
Do Ludwiga dopiero po chwili dotarło, że to nie sen. Zerwał się i przypadł do ławy, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi.
– Bruderherz...!
Nadal blady, z niemalże przezroczystą skórą. Wychudły, z nadgarstkami wyglądającymi, jakby mógłby złamać je najlżejszy uścisk. Ale siedział na ławie z podkulonymi nogami. Oczy znów lśniły czerwienią, a dłoń, którą Ludwig złapał w przypływie emocji, była ciepła.
– Co, młody? – Gilbert uśmiechnął się zawadiacko. – Chyba masz mi dużo do powiedzenia... – rozejrzał się po chacie i zmarszczył brwi, a jego uśmiech szybko zgasł. – W szczególności, co robimy w neutralnej Szwajcarii.
Ludwig przymknął oczy. Cofnął dłoń, zawstydzony tym przypływem radości i cicho westchnął, siadając obok na ławie.
– Zdradziłem – szepnął ze zwieszoną głową.
Gilbert chwilę na niego patrzył; Ludwig czuł jego wzrok na swojej twarzy. W końcu wziął się w garść i uniósł głowę, by napotkać spojrzenie szkarłatnych oczu. Gilbert patrzył na niego zaintrygowany, a gdzieś w kąciku jego ust czaił się uśmieszek. Coś jakby... duma?
– Zdecydowanie masz mi dużo do powiedzenia.
Każdemu więc z imperiów bezsprzecznie zasłużeni
My – ludzie pióra, miecza lub zajęczego lęku
Jesteśmy grabarzami swych własnych dzieł stworzenia,
Zajęczym lękiem niszcząc je, mieczem lub piosenką.
Samotnie wędrujemy po dawnych bitew szlakach,
Którymi dzisiaj rządzi chwast, kamień lub jaszczurka.
(…)
Jesteśmy jak zwierzęta – z rytmami śmierci zżyte,
Choć człowiek w nas – do Nowej wciąż prze Jerozolimy;
Więc nastawiamy ucha na echa nowych bitew,
Bo wiemy, że na pewno je w końcu usłyszymy…
(J. Kaczmarski – Siedem grzechów głównych)
