Rozdział 4. Inauguracja

Szeroka, leśna droga wiodła ku bramie, nad którą wznosiły się kamienne rzeźby uskrzydlonych dzików. Zapadła już noc – tutaj, pod gałęziami prastarych drzew, jeszcze ciemniejsza, niż na otwartym błoniu. Najlżejszy wiatr nie poruszał gałęzi. Panowała cisza przerywana jedynie pohukiwaniem sów. Trzask, jaki się w niej rozległ, nie był głośniejszy niż dźwięk przełamania cienkiej gałązki, w tej ciszy zabrzmiał jednak jak strzał z bicza.

Na drodze pojawiła się ciemna, wysoka sylwetka – czerń na czerni. Przybysz rozejrzał się nieznacznie wokół, po czym podążył ku bramie. Nie uszedł nawet kilku kroków, gdy ciszę przerwała cała seria trzasków, huków i szelestów. Przed bramą Hogwartu aportowali się czarodzieje przybyli na uroczyste otwarcie roku szkolnego w Szkole Magii i Czarodziejstwa.

Trzeba tu powiedzieć, że zapraszanie na inaugurację kogokolwiek spoza szkoły nie było w Hogwarcie coroczną praktyką. Przeciwnie! Zazwyczaj nauczyciele i uczniowie witali rok szkolny jedynie we własnym gronie. Ostatni raz zaszczycono zaproszeniem kogokolwiek z zewnątrz ponad pół wieku temu, gdy posadę dyrektorską obejmował słynny Albus Dumbledore, jeden z najwybitniejszych nauczycieli w całej historii szkoły. Dwoje kolejnych dyrektorów: Severus Snape i Minerwa McGonagall obejmowało to stanowisko w czasach, w których myślano o rzeczach zupełnie innych, niż podniosłe inauguracje. Teraz postanowiono wskrzesić dawny zwyczaj i na uroczyste rozpoczęcie roku połączone z Ceremonią Przydziału mieli się stawić w komplecie członkowie Rady Nadzorczej Hogwartu, minister magii, a także kilku zagranicznych przedstawicieli wydziałów międzynarodowej współpracy czarodziejów.

Idąc pośród grupy ludzi – częściowo znanych mu osobiście, częściowo jedynie z widzenia – Harry Potter poczuł się nieco dziwnie, gdy przekraczał otwartą na oścież kutą bramę. Oto było miejsce tak mocno związane z jego młodością! Miejsce, do którego przez ponad dwadzieścia lat pragnął powrócić, choćby na chwilę. Zaglądał tu, owszem, w miarę regularnie – nawiedzając grób Dumbledore'a, czy składając wizyty swemu przyjacielowi Rubeusowi Hagridowi w jego chatce. Nigdy jednak nie wszedł do zamku. Jako kandydat na aurora, a potem auror, nie miał ku temu powodów. Nie został formalnie zaproszony, a wejście z własnej inicjatywy uważał za wysoce niewłaściwe, niemal za profanację. Teraz miał być ten pierwszy, od tak dawna, raz. I – co Harry uświadomił sobie z ogromną radością – prawdopodobnie wcale nie był to raz ostatni! Wszak zwyczajowo minister magii i dyrektor Hogwartu wizytowali się wzajemnie przynajmniej dwukrotnie w ciągu roku.

Na kamiennych schodach zamku już czekał – dzierżąc długą, rozkostrzewioną miotłę, jakby to była halabarda – Linceusz Cave-Canem, żwawy czarnowłosy młodzieniec. Od kilku lat sprawował on funkcję Młodszego Woźnego Hogwartu (tytuł Starszego Woźnego pozostał przy emerytowanym Argusie Filchu). Na widok nadchodzących postaci skłonił się energicznie.

- Dobry wieczór szanownym paniom, dobry wieczór szanownym panom – wydeklamował. – Mam zaszczyt i przyjemność zaprosić państwa do Wielkiej Sali! – Koniec swojej kwestii zaakcentował uderzeniem styliska miotły w granitowy stopień.

Prawe skrzydło zamkowych wrót otwarło się z cichym skrzypieniem. Harry wraz z pozostałymi gośćmi wszedł do sali wejściowej. Odruchowo rzucił okiem na umieszczone na ścianie cztery wielkie klepsydry, pokazujące stan punktacji w rywalizacji domów. Oczywiście wszystkie kolorowe kamienie tkwiły jeszcze w górnych zbiornikach. Gdy tylko rozpocznie się rok szkolny, zaczną swój taniec na dół i do góry – dokumentując tym samym osiągnięcia i porażki uczniów. Nad klepsydrą Ravenclawu, na wyrastającej z muru kamiennej półce spoczywał złocisty Puchar Domów co oznaczało, że w ubiegłorocznej rywalizacji zwyciężyli Krukoni.

Gdy Harry wszedł do Wielkiej Sali Hogwartu, od razu zauważył sporą zmianę. Wzdłuż lewej ściany, w pobliżu stołu nauczycielskiego, biegła wąska drewniana galeria, na której ustawiono w szeregu dwadzieścia wysokich krzeseł, przypominających wysmukłe trony. U stóp prowadzących na galerię schodków unosiła się czwórka duchów – Prawie Bezgłowy Nick, Szara Dama, Gruby Mnich i Krwawy Baron.

- Prosimy, prosimy – uśmiechnął się szeroko Mnich wskazując gestem przygotowane miejsca.

- Tak, tak – zabrzmiał drwiący głos z góry, zza czarnożółtego proporca z herbem Huflepuffu. – Prosiemy wasze nadętości...

- Iryt! – warknął Krwawy Baron.

- No, cio, no, cio, juź mię nie ma – zawołał Irytek Poltergeist wylatując zza tkaniny. Wywinął fikołka w powietrzu, po czym odleciał rechocąc dziko.

Harry zajął miejsce pomiędzy przewodniczącą Rady Nadzorczej, dystyngowaną staruszką, Augustą Longbottom, a Tupakiem Qeqertasqaqiem – przybyłym z Chile miedzianoskórym czarodziejem o nosie niczym lemiesz.

Od strony sali wejściowej podniósł się gwar. Zaczęli napływać uczniowie. Grupkami podchodzili do długich stołów swoich domów i zajmowali miejsca. Przez boczne drzwi w pobliżu szczytu komnaty poczęli też wchodzić nauczyciele. Sala wypełniała się stopniowo. Harry zwrócił oczy ku stołowi Gryffindoru, przy którym sam niegdyś siadywał, a gdzie teraz zajmowali miejsca dwaj jego synowie. Starszy, James, był już piątoklasistą. Kontynuował rodzinną tradycję: na jego szacie widniała naszywka kapitana drużyny quidditcha. Nie został prefektem, podobnie jak jego dziadek i ojciec; za bardzo lgnął ku przygodom, nie zawsze zgodnym ze szkolnym regulaminem (zazwyczaj zresztą z nim sprzecznym). Jego brat, Albus, rozpoczynał właśnie klasę czwartą. Towarzystwo skupione wokół niego wydawało się znacznie spokojniejsze, niż to otaczające Jamesa. Ich siostra Lily siedziała przy innym stole – wśród Krukonów. Choć od jej przydziału minął już rok, Harry nie mógł otrząsnąć się ze zdziwienia. Usilnie wmawiał sobie, że Tiara Przydziału na pewno dokonała słusznego wyboru, że w gruncie rzeczy nie ma to dla niego wielkiego znaczenia... Jednak – miało.

Wzrok ministra prześlizgnął się ku stołowi Slytherinu. Ogarnęło go uczucie lekkiego deja vu, gdy na miejscu zajmowanym niegdyś przez Dracona Malfoya dostrzegł młodego Scorpiusa.

Do Wielkiej Sali wszedł Hagrid. Czarne niegdyś włosy i broda dobrotliwego półolbrzyma były już niemal całkiem siwe. Stały się też jeszcze bardziej zmierzwione i splątane. Pojawienie się Strażnika Kluczy wskazywało na to, że pierwszoroczni dotarli już do zamku. Harry spojrzał ku stołowi nauczycielskiemu. Wolne było miejsce dyrektora... i jeszcze jedno. Niedługo trwało, zanim Harry zorientował się, kogo brakuje.

- Pani Longboottom – szepnął do siedzącej po jego lewej ręce czarownicy – gdzie jest Neville?

- We Florencji, mój drogi, na kongresie zielarzy. Wróci dwudziestego.

W sali rozległo się pojedyncze uderzenie niewidzialnego gongu. Rozmowy umilkły. Od stołu nauczycielskiego podniósł się profesor Filius Flitwick. Drobnym kroczkiem potruchtał ku przejściu miedzy stołami domów. Naprzeciw, w wejściu, ukazała się profesor Vector, ubrana w długą, lśniącą szatę. Prowadziła za sobą rząd podnieconych, a jednocześnie lekko wystraszonych pierwszoroczniaków.

- Panie i panowie – zawołał Flitwick piskliwym głosem. – Drodzy goście, uczniowie Hogwartu, szanowni nauczyciele, dostojne duchy! Powitajmy dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, profesor Ludolfinę Septymę Vector!

Wszyscy wstali z miejsc, rozległa się burza braw. Profesor Flitwick podbiegł i ucałował dłoń profesor Vector (musiał przy tym stanąć na palcach). Następnie stanął na czele grupy najmłodszych uczniów, podczas gdy nowa dyrektor zajęła swoje miejsce za stołem.

- Profesorze – zwróciła się do Flitwicka, gdy brawa ucichły – zechciej, proszę, przeprowadzić tych młodych ludzi przez Ceremonię Przydziału.

W drzwiach pojawił się Cave-Canem niosąc prosty drewniany taboret i starą tiarę należącą niegdyś do Godryka Gryffindora, jednego z założycieli Hogwartu. Oczy Harry'ego spoczęły na pierwszorocznych. Jego uwagę zwróciły od razu dwie jasnowłose dziewczynki stojące z tyłu grupy. Było w nich coś znajomego, choć Harry miał kłopot ze stwierdzeniem, kogo mu one przypominają. Jedna była wysoka i pulchna, a na jej buzi, okrągłej niczym księżyc w pełni, gościł wyraz przestrachu. Druga była szczupła, o ostrej, pociągłej twarzy. Uspokajająco gładziła dygocące ramię koleżanki.

Woźny postawił stołek przed stołem nauczycielskim, położył na nim tiarę i odsunął się pod ścianę. Przez chwilę panowała cisza, aż nagle kapelusz na stołku podskoczył, rozdarcie przy rondzie otwarło się jak usta – i tiara zaczęła śpiewać:

Czymże są magia i czarnoksięstwo,
Gdy cnót nie poprze ich koalicja?
Jeśli nie wesprą ich praca, męstwo,
Bystrość, ambicja?

Kiedy u naszej szkoły zarania
Czworo ją magów na błoniu stawia,
Każde ku innej cnocie się skłania,
Inną wysławia.

Śliczna Hufflepuff wytrwałość chwali
I pracę ciężką szanuje wielce;
Dzielny Gryffindor – nerwy ze stali
I mężne serce;

Zmyślna Ravenclaw sławi intelekt,
Umysł otwarty, w zagadkach biegłość;
Chytry Slytherin ceni fortele,
Spryt i przebiegłość.

Jeśli spytacie, kto, moi mili,
Miał rację z czworga założycieli,
To ja odpowiedź dam wam w tej chwili,
Że wszyscy mieli.

Więc nim do domów wnet was przydzielę,
Które mi wskażą wasze zdolności,
Tę wam wskazówkę dać się ośmielę:
Siła w jedności!

A gdy nadejdzie godzina próby,
Niech każdy wspomni na Hogwart luby
Wiedząc, że swary wiodą do zguby,
Jedność do chluby!

Rozległy się oklaski, tiara ukłoniła się sześć razy (nauczycielom, gościom i każdemu z domów), po czym znieruchomiała.

- Uczeń, którego nazwisko wyczytam, siada na stołku, zakłada tiarę na głowę, a po otrzymaniu przydziału udaje się do stołu swojego domu! – Fliwick wygłosił otwierającą formułę, po czym przystąpił do wywoływania pierwszorocznych: – Asp, Christopher!

Krótko ostrzyżony chłopiec o skandynawskiej urodzie wymaszerował naprzód. Delikatnie podniósł tiarę ze stołka, usiadł, zacisnął wargi i nałożył magiczny kapelusz. Po chwili...

- GRYFFINDOR! – oznajmiła donośnie Tiara.

Od stołu Gryfonów rozległy się brawa. Harry zawiesił na chwilę wzrok na swoich dwóch synach wiwatujących wraz z kolegami na cześć Christophera. Nagle zapragnął odmłodnieć. Stać się swoim własnym dzieckiem, usiąść przy długim stole Gryffindoru z przyjaciółmi... i rodzeństwem. Rodzeństwem, którego został pozbawiony. Znów rozpalił się w nim niewygasły gniew na Voldemorta. To przez niego. To jego wina. Ale czy można winić kogoś już nie tylko za to, że zabił człowieka, ale i za to, że nie dał mu możliwości się urodzić? A gdyby jemu, Harry'emu, pisane było pozostać jedynakiem, choćby nawet jego rodzice przeżyli?

Z tych rozmyślań wyrwał go nagle, jak ze snu, głos Flitwicka:

- Dursley, Britney!

Że jak? Oczy Harry'ego urosły jak spodki, gdy zobaczył, jak korpulentna blondynka, na którą już wcześniej zwrócił uwagę, nakłada Tiarę Przydziału. „Wielki De, ty wielorybie syrobrzycki!..."

- HUFFLEPUFF! – zawołała Tiara po krótkim wahaniu.

Ceremonia trwała dalej. Harry skupił swoją uwagę na drugiej dziewczynce. Już wiedział, do kogo jest podobna. Nie zaskoczyło go wcale, gdy Flitwick ją wywołał:

- Malfoy, Hekate!

Hekate z zaciętą miną podeszła do stołka. Usiadła i nasunęła Tiarę na głowę prawie po ramiona. Zapadła pełna oczekiwania cisza. Tiara poruszyła się lekko – nie wiadomo, czy z własnej inicjatywy, czy też to dziewczynka pokręciła głową. Jeszcze kilka chwil oczekiwania dłużących się niczym godziny, aż w końcu:

- HUFFLEPUFF!

„Wyobraź sobie, że trafiasz do Hufflepuffu – drwiąco zabrzmiało Harry'emu w głowie – Ja to bym od razu nawiał ze szkoły!"

Jakie to dziwne. Minęło dwadzieścia dziewięć lat. Zmieniło się pokolenie. Praktycznie wszystko się zmieniło. Czy od czterdziestki już zaczyna się starość? Nie! Przecież on wciąż jest młody! Tyle, że oni tam... oni są jeszcze młodsi.

Minister zmusił się do powrotu do rzeczywistości w chwili, gdy „Zamora, Franceska" otrzymała przydział do Slytherinu. Ceremonia była zakończona; Flitwick oddał tiarę i stołek Cave-Canemowi, który wyniósł je z sali.

Ze swojego miejsca podniosła się dyrektor:

- Tak i pora w całym Hogwarcie na wielką ucztę już nadeszła! – oznajmiła.

- Od razu poznać numerologa, prawda? – szepnęła z uznaniem Augusta Longbottom.

Harry przytaknął, choć nie wiedział, co babcia Neville'a miała na myśli. Wolał jednak nie pytać. Najwyżej później gdzieś sprawdzi. Albo zapyta Hermionę.

Przy stole nauczycielskim pojawił się drugi rząd dębowych krzeseł – odwróconych tyłem do sali. Goście zeszli rzędem z galerii i zasiedli do uczty. Harry nie był zbyt szczęśliwy, gdy zobaczył, naprzeciw kogo wypadło mu usiąść. Ledwo zajął miejsce, a już spłynęła na niego rzęsista kaskada słów:

- Cześć, Harry, jak miło znowu cię widzieć, stary przyjacielu! Kopę lat i w ogóle! A, wiem, wiem, zostałeś ministrem, no ale powiedz sam, kto by miał nim być, jak nie ty! Moje gratulacje, naprawdę. A i mnie nieźle się powodziło, nie powiem. Jeździłem, studiowałem, niedawno wróciłem, złożyłem podanie o stanowisko nauczyciela w Hogwarcie i nie zgadniesz, Harry, co się stało! Przyjęli mnie! Naprawdę! Wyobrażasz to sobie? No powiedz, Harry, czy to nie super? – Dennis Creevey, kędzierzawy blondyn, niższy nawet od Harry'ego, aż podskakiwał z wrażenia na swoim krześle. Jego twarz promieniała młodzieńczą radością. Harry nie mógł się nie uśmiechnąć.

- No pewnie, Dennis – odparł. – Bomba sprawa.

Pojawiły się potrawy. To nieco powstrzymało potok wymowy Dennisa, choć młody nauczyciel starał się opowiedzieć Harry'emu tak wiele między jednym kęsem a drugim, że ten ledwo miał możliwość usłyszenia własnych myśli. Od czasu do czasu odpowiadał półgębkiem „Tak", „Aaa", „To ciekawe" czy „No, proszę". Mimo tego, że od Creeveya dzieliły go tylko cztery lata różnicy, czuł, jakby to było - minimum - lat dwadzieścia.

Wreszcie uczta dobiegła końca. Uczniowie wyszli z wielkiej sali, gwar ucichł. Nauczyciele żegnali się z gośćmi.

- Ach, Harry – powiedział Dennis konspiracyjnym szeptem ściskając jego dłoń już chyba po raz piąty. – Syszałem, oczywiście, o tym zdarzeniu w ministerstwie przedwczoraj. Paskudna sprawa, no nie? Wiesz już, kto to mógł być? Nie? Nieważne, i tak na pewno go niedługo złapiesz, nie takim dawałeś już radę, co? Ale, jakbym mógł ci być w czymkolwiek pomocny, to wiesz, gdzie mnie szukać. Dawny gabinet McGonagall, kapujesz?

- Jasne Dennis. Do zobaczenia.

- Trzymaj się, Harry!

Minister wyszedł z zamku. Lekko kręciło mu się w głowie. Co by nie mówić, Dennis Creevey wyleczył go w pewnym stopniu z tęsknoty za szkołą. Są tacy, którzy nigdy się nie zmieniają. Dennis chyba do takich należał. Są też tacy, których powołaniem jest uczyć innych. Tacy wracają do szkoły widząc ją już w innym świetle. Jednak dla większości ludzi nie ma powrotu. Teraźniejszość zawsze zaprzeczy ich wspomnieniom.

Harry minął bramę i już miał się deportować, gdy ktoś zawołał:

- Panie ministrze!

Odwrócił się powoli. Nie musiał spoglądać na mówiącego, by go poznać. Ten głos był nie do pomylenia z żadnym innym.

- Czy musimy być tak oficjalni? – zapytał.

- Tak chyba wygodniej. Ale skoro nie chcesz... Potter, musimy porozmawiać. To cholernie ważne. Myślałem już, że ten durny Creevey nigdy cię nie wypuści.

- Czego chcesz, Malfoy? – Znowu było po staremu. Choć nie do końca.

- Muszę cię ostrzec. Słyszałeś, co śpiewała Tiara Przydziału? Doradzała trzymanie się razem, wspominała „godzinę próby". Nie robiła tego odkąd... no, od ostatniej wojny. Teraz grozi nam kolejna. Powstaje nowe zło, nowi przeciwnicy. Ludzie dostają listy. Odbywają się tajne spotkania.

- Skąd to wiesz?

- Uczestniczyłem w jednym z takich spotkań. Była nas czwórka plus któryś z przywódców tego ruchu.

- Poznałeś kogoś?

- Nie, wszyscy zamaskowani. Ten, który nas zebrał, nazwał się sam „Jednym-z-dwu". Mówi ci to coś?... Mnie też nie. W każdym razie to on nas zaprosił, gdzieś do jakiejś rudery. Palnął nam mowę o, powiedzmy, dobru i złu. Na koniec dał nam zwój ze streszczeniem swoich zamiarów. Patrz!

Harry poświecił sobie różdżką i poparzył bacznie na zwój. Tytuł głosił: „Opisanie magicznych zabytków Londynu i okolic". Harry rzucił kilka zaklęć rozpoznających. Nic się nie stało. Papirus był zupełnie pozbawiony magicznych własności. No, nie do końca, kiedyś był świstoklikiem...

- Kpiny sobie robisz, Malfoy?

- Chciałbyś. Jest tu inny tekst. Tekst, który tylko ja mogę zobaczyć. Nikt poza mną, sprawdzałem. Nie mogę odczytać go na głos. Nie mogę go streścić. Nie mogę nawet w przybliżeniu opisać, o co tam chodzi. To działa jak Fidelius. Ale uwierz mi, Potter: wolałbym tego nigdy nie przeczytać. Jeśli ten Jeden-z-dwu i jego pomagierzy dopną swego, ludzie z nostalgią będą wspominali czasy Czarnego Pana!

- Przesadziłeś – Harry uśmiechnął się półgębkiem – trudno sobie wyobrazić kogoś gorszego od Voldemorta.

Twarz Dracona Malfoya zalśniła w świetle różdżki niemal trupią bladością, gdy przysunął się bliżej.

- Tak sądzisz? – syknął – A więc weź Bellę Lestrange, odejmij jej szaleństwo, za to dołóż małostkowość Dolores Umbridge i poddaj to wszystko zimnej, niepowstrzymanej woli, której mógłby pozazdrościć sam stary Snape. Nie, Potter, ja nie przesadzam. Jedyna nadzieja w tym, że oni dopiero zaczynają. Te spotkania, to wszystko, to nie trwa dłużej niż od dwóch miesięcy. Oni jeszcze nie są gotowi.

- Ty się boisz, Draco...

- Cieszy cię to, tak? No więc dobrze, boję się. A wiesz, czego? Kiedyś bałem się śmierci z rąk Czarnego Pana. Teraz boję się życia! – Chwycił Harry'ego za przód szaty i przyłożył mu zwój do piersi niczym sztylet – Boję się, że dożyję tego, co tu opisano.