Siedzimy na zapleczu w biurze Plummeya, które zarazem służy za pokój socjalny i garderobę specyficznych kostiumów oraz akcesoriów. Dominuje czarna skóra, paski i srebrne sprzączki. Przestałem już krwawić, nie mam złamanego nosa – zdołałem się częściowo uchylić przed ciosem i przestępca zaledwie mnie trącił. Straty własne to jedynie okulary, które roztrzaskały się w kawałki i zaplamiona koszula, choć tę da się oczyścić, jeśli użyję nadtlenku wodoru. Albo pani Hudson.

Zaintrygowani właściciele „Red Valentine" słuchają wyjaśnień, jakie to duchy zalęgły im się w lokalu.

- Zagranie z odłączeniem prądu było tak prymitywne, że na logikę nie mogła to być akcja żadnej szajki, tylko działanie pojedynczej osoby, i to bardzo głupiej. Kogoś, kto miał osobiste porachunki z którymś z panów. Niezadowolony pracownik, porzucony kochanek...

- Jedno i drugie – mówi Plummey, krzywiąc się z irytacją. – A właściwie nie tyle kochanek, co facet, z którym raz jeden uprawiałem seks. Potem miał nadzieję na ciąg dalszy, kleił się trochę, ale wyraźnie mu dałem do zrozumienia, że nie jestem zainteresowany i się odczepił. Byliśmy z Michaelem w normalnych, poprawnych stosunkach. Nie sądziłem, że ma jakiś żal.

- Mówiłem ci, że nie rżnie się pracowników! – syczy wspólnik Plummeya. – To wbrew zasadom i wbrew zdrowemu rozsądkowi! Nie powinno się łączyć życia prywatnego z zawodowym!

Hmm... W sumie ja właśnie to robię z Johnem. Choć nie doszło do żadnego rżnięcia. I być może nigdy nie dojdzie, niestety.

- Prawdopodobnie z zemsty robił jakieś drobne świństwa – kontynuuję – ale nawet tego nie zauważaliście, albo uznawaliście za zwykłe przypadki. To go musiało bardzo frustrować.

- A kiedy wykorzystali panowie jego małą zemstę dla własnej korzyści, musiał być wściekły – dorzuca John.

- Ale potem jakoś ten sabotażysta podejrzanie zmądrzał, i do tego zrobił się wredny. Podsuwanie prochów małoletnim to już grubsza sprawa. Jak go przyciśnie policja, pewnie przyzna się do rozprowadzania twardych narkotyków i wskaże po kolei swoich dostawców. No i jest jeszcze to. – Podrzucam na dłoni mały tekturowy cylinderek.

- To świeca dymna – mówi Plummey. – Zwykle na sali używamy wytwornicy dymu, ale podczas występów robi się też kolor, właśnie tym. Nie są toksyczne... Czy są? – kończy niepewnie.

- Ta była otwierana i nieudolnie zalepiana z powrotem. Podobnie jak kilka innych. Przekażcie je policji, pewnie ich technicy znajdą wewnątrz porcje cracku. Michael był zazdrosny, niewątpliwie skarżył się komuś, jak go tu puszczono kantem, te żale doszły do uszu konkurencji i tamci uznali, że to doskonała okazja do wykoszenia „Red Valentine" z rynku. Cudzymi rękami. Trywialne i bardzo wygodne.

- Powiedziałeś wcześniej, że w czasie zaciemnienia działał generator infradźwięków. Jak się tego domyśliłeś? – odzywa się John.

- A co innego to mogło być? Trzęsienie ziemi? Tupot oszalałych piesków preriowych? Lądowanie niewidzialnego UFO?

- Sherlock, nie musisz być sarkastyczny.

- Muszę. Lenistwo umysłowe społeczeństwa doprowadza mnie do choroby nerwowej.

John marszczy brwi i potrząsa lekko głową, co oznacza, że przeholowałem, albo jestem na granicy przeholowania. Okej...

- Objawy były wręcz oczywiste, typowe dla infradźwięków o bardzo niskiej częstotliwości. Silny niepokój, uczucie dyskomfortu, ucisk w uszach, mdłości u osobników szczególnie wrażliwych. W połączeniu z silnym podnieceniem, wdychanymi nieświadomie małymi dozami narkotyku i alkoholem był to idealny straszak na gości.

- Ale dlaczego nikt nie zauważył tego... tej maszyny do straszenia?

- Dlatego, że przeciętna umysłowość natychmiast szuka czegoś gabarytów szafy, najeżonego czerwonymi światełkami i wydającego złowieszcze dźwięki. Typowy błąd dyletanta. Tymczasem jest to mała walizeczka, która stoi u was między sprzętem grającym, udając zasilacz.

W sumie świetny pomysł z tym straszakiem, sprawdzę czy takie pudełko można kupić na ebayu.

- A... zimne chuchanie i lizanie? – pyta zmieszany wspólnik Plummeya. – Wiele osób się na to skarżyło. To też te infradźwięki?

Nie wytrzymam z tym idiotą. Nawet nie próbuje użyć mózgu, czy wszystko muszę mu podawać na tacy?

- Obejrzyj architekturę tego szacownego gejowskiego przybytku i wyciągnij wnioski – mówię z pogardą. – John, odbierz od panów czek. I poproszę te obiecane karty. Wracajmy do domu, muszę się przebrać. I chcę herbaty.

Plummey z miną psa pacniętego gazetą wręcza mi dwa plastikowe prostokąciki ze złotym logo i paskiem magnetycznym.

John rzuca mi spojrzenie afgańskiego assasina, a potem włącza swój watsonowy urok na pełny regulator, chcąc zatrzeć złe wrażenie. No i dobrze, niech zapracuje na swoją część wypłaty. Chyba nie wszystko muszę robić sam?

Wracamy do domu taksówką, choć z Soho na Baker Street nie jest daleko. John oczywiście wybrałby metro, żeby zaoszczędzić, lecz robię demonstracyjnie zbolałą minę, ukradkiem dotykając nosa – nie na tyle jednak dyskretnie, by umknęło to doktorowi i jego przysiędze Hipokratesa. Zadziałało. Nienawidzę metra. Zawsze jest w nim za dużo ludzi, zawsze ktoś się o mnie ociera, zawsze na mnie oddycha albo obmacuje wzrokiem. Nie do zniesienia! Jeden jedyny przypadek kiedy zdołałem zachować nienaruszoną przestrzeń osobistą nastąpił wówczas, gdy wracałem z rzeźni po eksperymencie i miałem ze sobą harpun. Niestety, ciągłe podróżowanie z harpunem (albo, powiedzmy, z maczetą) byłoby zbyt niewygodne, pozostają więc taksówki.

W samochodzie podaję Johnowi jedną ze złotych kart „Red Valentine".

- Po co mi to? – obrusza się.

- Myślę, że się przyda. Klub ci się spodobał, wyraźnie dobrze się bawiłeś. Poznałeś kogoś... Carter, tak?

Nawet w półmroku widać, jak John zalewa się głębokim rumieńcem.

- Po prostu dobrze mi się z nim rozmawiało. Jesteśmy z jednej branży. Chirurg szczękowy.

- Ach, w takim razie jego uwagi odnośnie mojej szczęki nabierają głębszego sensu.

- Tak zwana skaza zawodowa. Poza tym był bardzo sympatyczny.

- Więc tym bardziej będziesz chciał wrócić w gościnne progi „Red Valentine", skoro masz ochotę podtrzymywać tak... bliską znajomość.

- Cokolwiek sugerujesz, nic nie zaszło!

Naturalnie, nic. Poza tym, że kiedy zrobiło się jasno, miałeś wypieki i T-shirt wywleczony ze spodni, a pan chirurg oblepiał cię jak ośmiornica.

- A w ogóle to nie muszę ci się z niczego tłumaczyć! Mam prawo do życia osobistego! I z Carterem będę się widywał, jeśli będę chciał! Albo nie, jeśli nie będę miał na to ochoty!

John wyrywa mi kartę z palców i chowa do wewnętrznej kieszeni kurtki.

- Gdybyś miał własne życie erotyczne, może byś przestał się wtrącać do mojego! – warczy.

- Jak sobie życzysz, John – mówię obojętnym tonem, jednocześnie czując skurcz w brzuchu. Odwracam twarz do okna, udając, że interesuje mnie nocny Londyn.

- Przepraszam – słyszę po chwili. – To było nietaktowne z mojej strony.

Na szczęście taksówka zatrzymuje się, mogę zająć się rytualną czynnością płacenia za kurs i nie muszę odpowiadać.

John nadal ma humory. Nie wchodzi do salonu, tylko kieruje się prosto do swojej sypialni, przesadnie głośno tupiąc po schodach. Aha, czyli herbatę mam sobie zrobić sam.

- Ciuchy ci oddam, jak wypiorę! – rzuca przez ramię.

- Możesz je zatrzymać – mówię, ale odpowiada mi tylko trzaśnięcie drzwiami.

Dlaczego normale są tacy skomplikowani? W tym wypadku „norma" oznacza coś, czego nie jestem w stanie ogarnąć. Johnowi nadzwyczajnie się podobało w Jabłuszku, co widziałem na własne oczy, a jednak to wyjście uważa za nieudane, ma pretensje i wszedł w fazę zaprzeczeń. Zarazem ani słowa na odwieczny temat „nie jestem gejem". Może gdyby John był nienormalny, tak jak ja, byłoby mi łatwiej zrozumieć jego motywy?

Jest środek nocy, ale w ogóle nie jestem senny. Zasiadam w fotelu ze skrzypcami. W muzyce wszystko jest proste i klarowne: każdej nucie odpowiada określony dźwięk, melodia jest uporządkowanym szeregiem dźwięków. Podobnie w matematyce: „1 + 1 + 1 = 3". Za to w życiu oznacza to albo zgodne małżeństwo z jednym dzieckiem, ewentualnie trzech kumpli w pubie, niezgodne małżeństwo i kochankę na boku (wielkie socjalne trzęsienie ziemi), a nawet panią Hudson, mnie i Johna – na trzech kondygnacjach budynku. Co najmniej kilkadziesiąt możliwych interpretacji prostego dodawania, a cóż dopiero się dzieje, kiedy w grę wchodzą większe „ludzkie" liczby i masa nielogicznych, zagmatwanych zależności między nimi? Gdybym był mniej inteligentny, nigdy bym sobie z tym nie poradził, w żaden sposób. A normale, proszę bardzo, żyją w tym fermencie na co dzień i uważają go za coś całkowicie naturalnego. Chwilami odnoszę wrażenie, jakbym był ostatnim trzeźwo myślącym człowiekiem, stąpającym nogami po ziemi, zaś cała reszta chodziła na rękach i twierdziła, że to ja jestem dziwny.

Jednego wieczoru John mówi mi, że jestem bardzo przystojny, a drugiego klei się do jakiegoś pakera, choć analiza zbiorów na Watsonowym dysku pozwala na wnioski, że tacy nie są w jego typie. Gdzie tu logika? Układ nagle zaczął wyglądać następująco: 2+1-1, przy czym za znakiem odejmowania stoję ja, a wynik równa się przygnębienie i ból żołądka.

Dopiero o świcie łapię godzinę snu na kanapie. Umysł musiał jednak pracować również w czasie hibernacji transportu, gdyż budzę się z jedną czystą, klarowną myślą, choć nie ma ona nic wspólnego z żadną logiką. Nie chcę, żeby John spotykał się z chirurgiem szczękowym. Ani z nikim innym. Chcę, żeby wybrał mnie.

Poza tym jednym wnioskiem mam czaszkę wypchaną mokrymi wiórami. Emocje zdecydowanie są szkodliwe. Czuję się dziwnie, okropnie, prawie tak, jakbym znów miał dżumę żołądkową. Muszę zasięgnąć porady u specjalisty. Biorę prysznic, ubieram się i schodzę na dół do pani Hudson.

Dla normali szósta to godzina rozpaczliwie wczesna, ale pani Hudson jest już na nogach.

- Dzień dobry, Sherlock, co się stało?

- Nic. Co miałoby się stać? Cisza i spokój. – Siadam przy stole kuchennym, na którym piętrzy się stosik zielonych jabłek. Pani Hudson będzie dziś piekła szarlotkę. „Sherlotkę", jak ją nazywa, gdyż jest to jedyne ciasto, jakie jadam.

- Cisza i spokój oraz skrzypce o czwartej nad ranem! – Obrywam po głowie ręcznikiem do naczyń, oczywiście lekko. – No już, synku, spowiadaj się.

- Ależ, z czego pani wnosi...?

Pani Hudson splata ramiona na chudej wdowiej piersi i patrzy na mnie z ubolewaniem.

- Sherlock, znam cię od dziecka. Ile to już lat? Osiem?

- Siedem i w przybliżeniu sześć miesięcy. Miałem dwadzieścia cztery lata, kiedy się spotkaliśmy, pani Hudson, byłem dorosłym mężczyzną.

- Jestem w takim wieku, gdzie wszyscy poniżej pięćdziesiątki przestają być potencjalnymi amantami, a zaczynają być dziećmi. Masz grubo poniżej pięćdziesiątki, skarbie. Nieprzespaną noc za sobą, podkowy pod oczami i nos na kwintę. Mój zmysł dedukcji podpowiada mi, że pokłóciłeś się z Johnem.

Wzruszam ramionami. Pani Hudson w tych sprawach jest naprawdę bezkonkurencyjna. Powinna pracować w Yardzie, natychmiast by im wzrosła wykrywalność zbrodni popełnianych w afekcie.

- Tu masz deseczkę, tu nóż. – Moja nie-gosposia wręcza mi narzędzia kuchenne i podsuwa miskę, w której leżą obrane owoce. - Nie patrz tak na mnie. Człowiek, który umie pokroić żabę, da sobie radę również z jabłkami. W kosteczkę.

Wzdycham i biorę nóż.

- Jakie wymiary kosteczek?

- Pięć na pięć na pięć milimetrów. Te z brzegu mogą mieć kształt nieregularny. Nie zachlap koszuli sokiem, trudno się spiera.

- Tak jest, ma'am.

Pani Hudson jest mądrą kobietą. Naturalnie, mądrą w ten ograniczony, normalowy sposób, niemniej jest inteligentna intuicyjnie, tak samo jak John. Krojenie jabłek jest czynnością uspokajającą, o wiele bardziej niż na przykład preparowanie nerwów.

- No więc, co się dzieje? – zagaja pani Hudson przy czwartym jabłku.

- Jest pani kobietą z racji wieku doświadczoną. Również w sprawach... pociągu fizycznego?

- Sherlock, zlituj się... Do tego są różne poradniki!

- Do tego nie ma poradnika.

- Do „tego"? A czym jest „to", o którym mówimy?

A żebym ja wiedział...

- Chyba była pani zakochana, raz czy drugi?

Pani Hudson mówi „ach" i patrzy na mnie z miną trudną do zinterpretowania. Zdenerwowałem się, sherlotkowe kostki wyszły czteromilimetrowe – może nie zauważy?

- Byłam, naturalnie, że byłam. Gdybym nie była ślepo zakochana, nie wyszłabym za Ronalda, niech mu ziemia Florydy lekką będzie.

- A więc jakie są symptomy zakochania? Poza tak oczywistymi, jak wysokie tętno, zwiększony napływ krwi do tkanek i rozszerzenie źrenic?

- Symptomy? Sherlock, skarbie, zakochanie nie jest chorobą. Objawy, hm... Chyba przede wszystkim motyle w brzuchu!

Podjadam kosteczkę, która i tak wyszła krzywa, korzystając z nieuwagi pani Hudson, odmierzającej składniki na ciasto.

- Motyle w brzuchu brzmią jak choroba pasożytnicza – mruczę i znów obrywam ścierką.

- No dobrze, a jakie ty masz objawy?

- Niejasne. Byliśmy z Johnem u klienta, w nocnym klubie. John poznał tam kogoś.

- John wiele razy umawiał się z kobietami. Nie miałeś z tym większych problemów.

Kostki już zupełnie straciły wszelką geometrię.

– To był mężczyzna. Obaj byli... zainteresowani sobą. Ja nie czułem się z tym dobrze.

- Brak motyli?

- Brak motyli. Coś mnie ściskało w środku. Bolał mnie żołądek. Nadal źle się z tym czuję.

- Jak już jesteśmy przy metaforach chorobowych, to diagnozuję zazdrość.

- Fatalnie. Zazdrość jest najczęstszym motywem zbrodni. Ludzie zabijają z powodu zazdrości. Te wszystkie niewierne żony, zdradzający mężowie, zaborcze kochanki... Nawet ta ostatnia sprawa w klubie miała u podstaw zazdrość.

- Sherlock, skarbie, zabijanie z zazdrości nie jest na szczęście obowiązkowe. No i to, co czujesz wobec Johna, to przecież nie tylko zazdrość. Wspominałeś coś o pociągu fizycznym?

- Jest to prawdopodobne. Gdyby John wszedł ze mną w interakcję na poziomie bardziej osobistym, nie wywołałoby to u mnie negatywnych symptomów psychicznych ani somatycznych.

- Sherlock, proszę cię, mów po angielsku.

- Tak, chciałbym się przespać z Johnem Watsonem! – Czy ja to powiedziałem? Głośno?

- Chwała Panu na wysokościach! A co on na to?

- Nie wiem.

- To go zapytaj.

- Wiem, co odpowie. Wyraził to już dość przejrzyście. Cytuję: „Nie chcę, żebyś mnie trzymał za rękę w miejscu publicznym, to krępujące. Łapanie za tyłek wykluczone. Mogę zareagować odruchowo i na przykład lunąć cię w pysk". On mnie nie chce. W tym problem. Bo swoją orientację seksualną już przepracował. Po prostu tym drugim nie mam być ja.

Tym razem pani Hudson milczy dość długo, wykonując tajemnicze procedury z udziałem mąki, masła i żółtek. W końcu kula ciasta zostaje umieszczona w lodówce, a moja nie-gosposia siada naprzeciwko. Minę ma bardzo poważną.

- Posłuchaj. To nie tak. Znam ciebie, znam Johna, widzę co się dzieje między wami. Widziałam, jak John cierpiał, kiedy ciebie nie było. Mówi się, że kiedy przychodzi miłość, to odchodzi przyjaźń. A kiedy miłość odejdzie, to nie zostaje nic. Myślę, że John się tego boi. Dlatego nie chce się angażować w związek akurat z tobą. Bo że nie jesteś w jego guście, to nie uwierzę nigdy w życiu, ty bezczelny przystojniaczku. – Pani Hudson grozi mi palcem, a ja się mimowolnie uśmiecham. – John bardzo sobie ceni waszą przyjaźń. Kiedy się pokłócą przyjaciele, zwykle jakoś dochodzą ze sobą do ładu. Ile razy się kłóciliście, a potem godziliście? Setki, prawda? Ale kłótnia kochanków to już istny pożar lasu i John o tym doskonale wie.

- Czyli jeśli wejdziemy na wyższy poziom, to zniszczenia mogą być nieodwracalne?

- Dokładnie tak. Musiałbyś się o wiele bardziej pilnować i dbać o jego uczucia, bo zraniony John tym razem się nie pozbiera. Ale chyba mógłbyś zaryzykować?

- Jak?

- Na przykład po prostu go pocałuj. – Pani Hudson uśmiecha się psotnie.

- Da mi w zęby.

- A bo to pierwszy raz? Powinieneś już się przyzwyczaić.

- Przyłoży mi, a potem zacznie się pakować.

- Nie zacznie. Skoro wybaczył ci sfingowane samobójstwo i się nie wyprowadził – nawiasem mówiąc, skoro ja ci wybaczyłam i cię nie obdarłam ze skóry, łotrzyku - to masz u niego naprawdę duży kredyt. Spróbuj z nim wejść w te swoje „interakcje". Tylko ostrożnie.

- Ostrożnie?

- Nie rzucaj się na niego jak szalony, bo się zdenerwuje i rzeczywiście może zareagować jakoś... nerwowo. Bądź delikatny, umiesz chyba? Małe kroki, obserwuj jak się zachowuje, jeśli uznasz, że wszystko w porządku, robisz następny krok.

- A od czego zacząć?

Pani Hudson przyciska skronie palcami i oddycha głęboko.

- Ja w to nie wierzę... Daję instrukcje uwodzenia trzydziestolatkowi.

- Mogę się zrewanżować instrukcją mumifikacji za pomocą kąpieli solankowych i dehydracji.

- Sherlock!

- To może jednak pozostańmy przy uwodzeniu. Od czego zacząć?

- Od dotyku. Weź go za rękę, pogłaszcz, jeśli nie cofnie, albo odwzajemni dotyk...

- Robię kolejny krok. Rozumiem.

- Ramiona, kark... – Pani Hudson rumieni się. – Mój Boże, to jednak okropnie krępujące. Zacieśniasz kontakt, zbliżasz twarz do jego twarzy...

- Jeśli się nie odwróci, to jest okej, rozumiem. Widziałem ten etap na kilku filmach. A potem?

- A potem niech Bóg ma was w swojej opiece.

- Jestem ateistą, pani Hudson.

I na tym stanęło – że mam spróbować, a hipotetyczna istota wyższa będzie mnie obserwować z aprobatą. Lub bez niej.

Ale nie spróbowałem, bo cholerny stomatolog z „Red Valentine" nie daje za wygraną i odzywa się na blogu Johna z bezczelną propozycją wspólnego wyskoczenia gdzieś do pubu. Oczywiście jestem pewien, że nie skończyłoby się na pubie, tylko znajomość byłaby kontynuowana w jakiejś dentystycznej jaskini rozpusty, wśród odlewów szczęk dolnych i górnych, a potem skończyłoby się to wyuzdanym seksem na fotelu stomatologicznym.

Nie mogę jeść. John się wścieka, że nie jem. Ja się wściekam, bo przecież nie mogę jeść przez tego całego Cartera, a John robi sceny, że ja robię sceny. Pani Hudson ze swoją „sherlotką" wchodzi do nas jak na pole bitwy pod Verdun, zostawia prowiant, a następnie rozsądnie wycofuje się do swojego okopu na parterze, na odchodnym rzucając mi żałosne spojrzenie. Ale co ja mogę na to wszystko poradzić?

Dzwonię do „Red Valentine" i opisuję Cartera, łącznie z jego zębatym tatuażem. Owszem, stały bywalec, ze srebrną kartą. Podają mi nazwisko, a resztę robi Internet. Carter Moore. Prywatny gabinet w dobrym punkcie, dyżury w klinice... Ujawniony gej, kawaler, żadnych skandali. Nawet niezapłaconych mandatów za złe parkowanie nie ma, sukinsyn.

Mam ochotę zadzwonić do typa i zagrozić, że przerobię jego flaki na sznurówki, jeśli nie zostawi w spokoju mojego doktora. Albo ukraść telefon Johna i napisać w jego imieniu esemesa, bardzo stanowczo odmownego i na przykład wyrażającego się niepochlebnie o dolnych wymiarach pana chirurga szczękowego. Albo... Parę „albo" jeszcze by się znalazło. Starczy umiejętnie puszczona w eter plotka, a Carter Moore po paru tygodniach musiałby emigrować do Ameryki. Byłoby to jednak za bardzo w stylu Jima M. Nieświętej pamięci.

888

Po południu Sherlock wydaje się mieć odrobinę lepszy humor, więc ryzykuję nawiązanie rozmowy o ostatniej sprawie.

- Zastanawia mnie to, czego kazałeś się Plummeyowi domyślić samodzielnie – to o zimnym dotyku. Wspomniałeś coś o architekturze. Przeciągi?

Holmes wzrusza ramionami, na moment przerywając torturowanie skrzypiec. Nie wiem, co gra, ale kojarzy mi się to z soundtrackiem do filmów grozy. W dodatku klasy C, paskudne.

- Starczy podstawowa wiedza z zakresu fizyki, oczy i umiejętność używania więcej niż trzech komórek mózgowych.

Och, to znaczy, że powinienem wysilić swoją czwartą komórkę? Co za męka...

- Fizyka i architektura... – zastanawiam się głośno, przypominając sobie wnętrze „Red Valentine". – Dwie kondygnacje, ale jakieś osobliwe. Wszystko tam grawitowało w dół. Studnia... Galeria, dość futurystycznie, dużo metalu. Na górze... – Bezwiednie unoszę wzrok ku sufitowi. – Tam było dość wysoko, jakby wywalili strop i zrobili wysoką halę przez jeszcze jedno piętro!

- Dobrze – mówi Sherlock. – Co dalej?

- Było ciemnawo, ale na górze chyba widziałem jakieś wsporniki, czy coś w tym stylu. Szyny? Trochę jak w małej hali fabrycznej? Tyle architektury. A fizyka? Zaraz, chwila, byłem tam, przetrzęsło mnie, miałem nawet atak traumy wojennej, ale nic mnie nie lizało!

No, niezupełnie, lecz to było ewidentnie ciepłe i ludzkie lizanie, a nie spirytystyczne.

- Określ warunki środowiska.

- Zamknięte pomieszczenie typu studnia, dużo ludzi...

- Dużo? – rzuca Sherlock, unosząc jedną brew i robiąc „plink" na strunie.

Doznaję niewielkiego olśnienia. Pewnie mi się włączyła ta czwarta komórka w mózgu.

- Nie. Nie dużo. Mniej niż zwykle! O tym właśnie mówił Plummey. Tracił klientów. Normalnie pewnie byłyby zajęte oba piętra. Full narodu. Dużo ludzi stłoczonych na małej powierzchni. Piją, tańczą, wydzielają ciepło, oddychają! A ciepło idzie do góry... Dlatego tam jest tak wysoko, żeby się goście nie dusili. Wytwornica dymu, gorąco, wilgoć się osadzała na metalu u góry, a potem pewnie zaczynało kapać! Oczywiście te krople wody musiały się wydawać lodowate, kiedy trafiały komuś na rozgrzaną skórę. A resztę załatwiła sugestia.

Holmes odkłada skrzypce i powolutku bije brawo. Kiedy tak flegmatycznie klepie dłonią w dłoń, w pewnym stopniu przypomina Mycrofta. Mam ochotę mu to powiedzieć, ale znów by strzelił focha.

- Wnioski prawidłowe, drogi Watsonie.

Focha jednak nie daje się uniknąć, gdyż dzwoni Carter. Umawiamy się na ósmą w pubie „Dog In The Fog". Sobotni wieczór, więc będzie tłoczno, głośno i wesoło, mecz na ekranie nad barem, piwo na pinty, rzutki i opowiadanie pieprznych dowcipów. To naprawdę ogromna ulga od czasu do czasu poprzestawać z ludźmi, którzy gadają po prostu o dupie Maryni, a nie o rozkładzie zwłok, dokładnie czterystu dwudziestu trzech rodzajach popiołu tytoniowego lub sposobach zabicia człowieka za pomocą spinacza biurowego.

- Nie zapomnij wziąć prezerwatyw – odzywa się Sherlock, stukając wściekle w klawiaturę swojego Maca. – HIV nadal szaleje.

- Wychodzę z Carterem.

- No właśnie – cedzi Sherlock, nie podnosząc głowy znad laptopa. Jego głos brzmi tak, jakby z wielkim wysiłkiem powstrzymywał się przed zaciskaniem zębów. Gdybym miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, teraz by się ostatecznie rozwiały. Pan detektyw-konsultant jest zazdrosny. Tak samo jak był zazdrosny o Sarah i inne moje sympatie, tylko teraz bardziej. Wcześniej chodziło jedynie o kobiety – istoty traktowane przez Holmesa w najlepszym wypadku obojętnie, w gorszym z pogardą, jako byty niższe, ograniczone intelektualnie i zwyczajnie nudne. A tutaj, fiu-fiu, nadciągnęła męska konkurencja i Holmes dostaje kota, choć bardzo się próbuje z tym kryć. To jest po prostu niewiarygodne – tyle czasu posuchy, a tu raptem zaczyna o mnie rywalizować aż dwóch facetów. I to nie jakichś wybrakówek, tylko naprawdę świetnych, atrakcyjnych gości z górnej półki. Moja próżność została mile połechtana.

Uśmiecham się ukradkiem, ale potem moje spojrzenie pada na komórkę, którą wciąż jeszcze trzymam w ręku, i mina mi rzednie. Nokia 900, Sherlock podarował mi ją zaledwie przedwczoraj. Zdenerwowany, wzruszająco nieporadny i niepozbierany we własnych uczuciach. W porównaniu z zuchwałym, elokwentnym i doskonale wiedzącym czego chce stomatologiem, mój detektyw w dziedzinie randkowania wypada raczej mizernie. Biedak...

Jednak nie jest to dostateczny powód by zrezygnować z sobotniego wyjścia do pubu w miłym towarzystwie.

W „Dog In The Fog" jest dokładnie tak, jak przewidywał mój scenariusz. Głośno, hucznie i gorąco. Nie miałem zamiaru ponownie torturować się wąskimi dżinsami, ale za to zamiast zwykłej koszuli włożyłem T-shirt. Carterowi się to wyraźnie podoba. Piwo leje się strumieniami, bo oczywiście należy oblać każdą udaną akcję „naszych", ale Serbowie też całkiem dobrze sobie radzą, więc pokazujemy, że Anglicy nie są nacjonalistami i pijemy również za Serbów, żeby było sprawiedliwie. Nie działam już pod przykrywką, mogę więc rozmawiać z Carterem i o Afganistanie, i o niektórych dochodzeniach, w których pomagałem Sherlockowi. Jak się okazuje, Carter przeczytał cały mój blog, jak to mówią „od deski do deski", jednak wiadomo, że nie pisałem tam o wszystkim, a o pewnych rzeczach jedynie mgliście wspominałem. Zwłaszcza o tych najbardziej pokręconych.

- Świecący królik, dasz wiarę? „Proszę, proszę, panie Holmes, niech pan znajdzie Dzwoneczka. To królik, który w ciemnościach świeci jak wróżka".

- Chciałbym zobaczyć minę Sherlocka Holmesa, kiedy przeczytał tego maila.

- Powinieneś zobaczyć moją minę, kiedy się okazało, że ten cholerny królik rzeczywiście istniał i naprawdę świecił – śmieję się. – Jakaś krzyżówka z ośmiornicą, czy z meduzą, diabli wiedzą. Matka dziecku dała w prezencie trefnego królika z tajnego laboratorium. Biedny królik, biedna Kirsty... Nawiasem, dzieci w dzisiejszych czasach są niesamowite. Przyszłoby ci w wieku ośmiu lat do głowy, żeby najsławniejszemu detektywowi w Anglii zlecić przez Internet poszukiwanie zaginionego królika?

- Kiedy miałem osiem lat, Internet dopiero startował, a na komputer tatusia mogłem sobie popatrzeć. Z daleka i z szacunkiem.

Kiwam głową z udawanym smutkiem.

- Jesteśmy dinozaurami, doktorze.

- No to za dinozaury, doktorze! – Carter wznosi swój kufel.

I pijemy za dinozaury, siłą skojarzenia za królową, potem za komandosów, potem za marynarzy floty wojennej... Potem alfabetycznie za swoich ulubionych muzyków (za George'a Michaela, Eltona Johna i Freddiego Mercury'ego podwójnie), a następnie za sam alfabet, bo nie powinien być pokrzywdzony. Wygrywam z Carterem w rzutki, choć mam chyba więcej w czubie niż on. W końcu barman wybija gongiem ostatnią kolejkę przed zamknięciem „Doga", a o północy wygania maruderów.

- Rany... Ostatni raz się tak dobrze bawiłem... – Stoję na chodniku, wdychając pełną piersią rześkie nocne powietrze. – Wczoraj!

Carter parska śmiechem i obejmuje mnie ramieniem. Jego nos znajduje się gdzieś w okolicach mego ucha.

- Kolędujemy dalej, czy może... Chciałbyś iść do mnie?

Jestem zdecydowanie podchmielony. Obaj jesteśmy.

- Czyżbyś miał jakąś niezwykłą, wartą obejrzenia kolekcję znaczków? – żartuję.

- Raczej kolekcję gumek. W różnych kolorach i o różnych smakach.

Całujemy się bezwstydnie pod tym pubem, jakiś zapóźniony przechodzień syczy na nas, a kolorowa grupka dziewczyn chichocze i rzuca kilka słów dopingu. Carter napiera na mnie biodrami, jakiś kanciasty przedmiot w kieszeni boleśnie wpija mi się w miednicę. Nokia od Sherlocka, niech to szlag... Zdaję sobie sprawę, że jestem o wiele bardziej nietrzeźwy, niż mi się przedtem wydawało.

- Nie. Poczekaj... – Uwalniam się z objęć Cartera. Niedaleko w ścianę domu wmurowana jest uliczna fontanna. Przemywam twarz zimną wodą, wypijam kilka łyków.

- Co dalej? – pyta Carter, stając koło mnie.

- Ja... Nie jestem na to gotowy. Powinienem... Powinienem wracać do domu. – Brzmi to beznadziejnie żałośnie.

- Nie jesteś gotowy na co?

Odwracam się twarzą do pana stomatologa. Muszę temu stawić czoła. Tak postępują prawdziwi mężczyźni, a nie jakieś mięczaki. Facet jest naprawdę świetny, mądry, dowcipny i seksowny, ale...

- Carter, proszę cię, nie śmiej się ze mnie i postaraj się nie dać mi w pysk. Jesteś pierwszym facetem, z którym się całowałem. Pierwszym, który mnie dotykał... w taki sposób. To było dobre, to było naprawdę dobre! – mówię coraz szybciej. – Ale zrozum, ja nie jestem gotowy. Jeszcze nie.

Carter milczy, biorę naprawdę głęboki oddech.

- W innych okolicznościach... – Przecieram twarz i szyję mokrymi dłońmi, czując, że stopniowo trzeźwieję. – Byłbym szczęśliwy, gdybyś to właśnie ty mnie rozdziewiczył. Ale tak naprawdę chciałbym, żeby ten pierwszy raz był z kimś innym. Przepraszam, że zmarnowałeś na mnie tyle czasu.

Carter wzdycha i śmieje się cicho.

- Biedny pan kapitan... Ty i Holmes – nigdy?

- Nigdy, choć oczywiście w gazetach znajdziesz mnóstwo teorii, że jest inaczej. To trudny układ.

- Holmes jest idiotą.

- Nie jest.

- Jest – upiera się Carter. - Wiesz co pomyślałem, kiedy zobaczyłem was razem? Że między wami iskrzy cholerne pole elektryczne. Byłem pewien, że bzykacie się jak dzikie króliki. Z czystej przekory chciałem sprawdzić, czy mi się uda cię ustrzelić Holmesowi, bo to byłby naprawdę duży karb na kolbie.

Gorzknieje mi w ustach.

- Więc chodziło o zdobycz, czy może o zakład z kumplami?

- Nie! Nie, przepraszam! John, zapomnij, ja bredzę. Jako zdobycz byłbyś naprawdę czymś potężnym, jak lew albo tygrys. Serio. Staje mi na samą myśl, że moglibyśmy się pieprzyć. A Holmes ma cię w domu i zero czegokolwiek. Debil albo impotent!

- A może po prostu hetero? – warczę.

- Nie – sprzeciwia się Carter stanowczo. – Nie hetero. Jak on jest hetero, to ja jestem Lady Gaga.

- To trudny układ, Carter – powtarzam. – Do niedawna sam się upierałem, że wolę panienki. Mój biseksualizm jest bardzo świeży. A Sherlock nie jest z tych, co lezą z łapami na chama.

- Taniec pand.

- Co?

- „Taniec pand", tak to nazywamy. Pandy rozmnażają się strasznie trudno, powoli, z komplikacjami i zanim w końcu do czegoś dojdzie, to można zasnąć i osiwieć.

- Tak, wiem, to bardzo zabawne: dziewica w moim wieku.

Carter podchodzi, obejmuje moją twarz dłońmi i całuje w usta. To tylko muśnięcie wargami.

- Nie denerwuj się, Johnny. Wieczór był naprawdę fajny, choć nie skończy się seksem. Kiedyś bym się wkurzył, ale koło trzydziestki patrzę z innej perspektywy. Jestem pierwszym facetem, który całował Johna Watsona, to też niezły karb. Noc młoda, w Jabłku będzie dziś pełno chętnego towaru, a ty wracaj do tego swojego Tyłozgryzu.

- Dzięki, Carter. Doceniam to.

- A gdyby Holmes za długo udawał pandę, zadzwoń. Nic na chama, zachowam się na poziomie. Obiecuję.

Drugi pocałunek jest już dłuższy, głębszy, Carter delikatnie muska językiem moją górną wargę, zamykam oczy, otwieram usta... Delikatnie, powoli... To dziwne, że nie ja jestem tą stroną aktywną, jak w identycznej sytuacji z kobietą. To ja jestem tym pożądanym, dopieszczanym, Carter mi coś daje, ja biorę... Tak wygląda nasze pożegnanie. W końcu Carter wykonuje ostatni, mistrzowski manewr francuskiego pocałunku i cofa lekko głowę.

- Dobranoc, kapitanie.

- Dobranoc, panie doktorze.

I rozchodzimy się. Ja do swojej „pandy", a on na podbój nocnego Londynu. Pewnie już się nie zobaczymy. Chociaż, kto wie...?

c.d.n.