Long live J.K! All hail Rowling!
Część I
The Scent
Rozdział 4.
Good Afternoon
Patrząc, jak auror lewituje ciało Harry'ego przez drzwi i składa je na stole w kuchni, Hermiona zrozumiała, jakie uczucia towarzyszyły Ginny w Dniu Ugryzienia. Miała ochotę krzyczeć na widok bladej twarzy. Coś się w niej skręcało na widok świeżych, otwartych ran, pokrywających każdy kawałek odsłoniętej skóry, prześwitujących przez poszarpane i przypalone ubrania. Oblepiony krwią i ropą wyciekającymi przez pociętą skórę, Harry oddychał bardzo płytko, tak że w pierwszej chwili tego nie zauważyła. Korzystając z chwilowej ulgi, Hermiona zebrała myśli i zapytała:
- Co się stało, panie Moody? Mieliście tylko porozmawiać z Dumbledorem.
- Plan się sypnął. - odburknął, rozrywając do końca koszulę Harry'ego i zdejmując ją razem z kurtką, żeby przyjrzeć się obrażeniom.
- Ktoś was zaatakował? Chyba nie Dumbledore?- spytała, gapiąc się na poranioną, zakrwawioną pierś przyjaciela.
Zanim auror odpowiedział, do pomieszczenia wparował Lupin, ciężko dysząc. - Odebrałem twój sygnał, Alastorze. - podał mężczyźnie srebrzystą piersiówkę. - Nie wiem, po co ci ten eliksir. - dopiero w tym momencie zdawał się dostrzec Harry'ego. - O Merlinie, co się stało? Musimy go zabrać do św. Munga!
- Nie możemy. - Szalonooki otworzył flaszkę i wmusił zawartość w przełyk chłopaka. - Nigdy by go nie wypuścili.
Hermiona chciała zaprotestować, ale auror jej nie pozwolił.
- Twój chłoptaś jest niebezpieczną, mroczną bestią, panienko. - Moody rozchylił powieki Harry'ego i obserwował, jak źrenice wracają do normy. Potem zabrał się za oczyszczanie i zasklepianie ran, do czego zażądał pomocy reszty obecnych.
Krążąc po kuchni i przynosząc rozmaite potrzebne materiały, Hermiona starała się poukładać w głowie zebrane informacje. Używali zwykłych metod opatrywania ran, a nie magicznych. Ktoś strasznie poharatał Harry'ego. Moody nazwał go mroczną bestią i powiedział, że u św. Munga by go zamknęli i nie wypuścili. I to niemożliwe, żeby Dumbledore go tak załatwił, a przecież to do niego poszli...
Nagle elementy układanki zaczęły wskakiwać na miejsce w głowie najbystrzejszej czarownicy swoich czasów. Odpowiedź mogła być tylko jedna: Harry przemienił się poza pełnią! To musiało być to, czego tak bardzo się obawiał w kontaktach z nią. Powód, dla którego zamknął się w pokoju Rona. Ale jak to możliwe? To musiało mieć coś wspólnego z okolicznościami zarażenia; z tym, że Greyback ugryzł go w ludzkiej postaci, poza pełnią. Zdrowy rozsądek podpowiadał, że ugryzienie poza pełnią powinno mieć słabsze efekty, ale najwyraźniej oznaczało, że klątwa odzywała się przez cały miesiąc, nie tylko jednej nocy.
Pierwszą rzeczą, jaką Harry zobaczył po otwarciu oczu, był czubek różdżki celowanej w jego twarz. Następnie dotarło do niego nieprzyjemne uczucie skrępowania przez oplatające go liny. Jak przez mgłę pamiętał, że ktoś rzucił na niego zaklęcie Incarcerous. Chociaż... czy na niego? To coś nie było nim - a przynajmniej bardzo chciał tak myśleć. Potem w kolejności poczuł ból dochodzący z różnych części ciała oraz dotyk pokrywających go bandaży. Dopiero wtedy skupił wzrok dostatecznie, żeby rozpoznać człowieka, który w niego mierzy.
- Jak masz na imię, chłopcze? - zażądał Alastor Moody.
- James. - odparł bezmyślnie. - Harry James. - poprawił się. - Potter. - dotarło do niego, że nie myśli zbyt przytomnie.
- Ostatnia rzecz, jaką pamiętasz? - naciskał auror.
Harry zamrugał. Co pamiętał? Aportowali się do Hogwartu. Rozmawiał z Dumbledorem. Upuścił jakąś fiolkę. Coś ważnego. A potem...
- Oż, kurwa.
- Harry, nie przeklinaj! - zganił go znajomy głos. Hermiona?
Znowu zaklął. Uderzyłby się w swój głupi łeb, ale trzymały go więzy. Na szczęście. Jak mógł stracić panowanie przy Dumbledorze? Wziął głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze. I tak jeszcze kilka razy, aż się uspokoił.
- Chłopcze, odpowiedz na pytanie.
- Pamiętam wszystko. - wyszeptał. Szczegóły spotkania do niego wracały, zalewały go falą wspomnień, wrażeń, odczuć. Zapach krwi, gniew, żądza mordu. Dumbledore... - Dumbledore... Czy on...?
- Ma się dobrze, chłopcze, choć nie dzięki tobie.
W tym momencie wtrącił się Remus. - Chyba można go już uwolnić. Widać, że znowu jest sobą.
- Jeszcze nie. - warknął Moody. - Słuchaj, Potter. Stary dureń nie zgodził się podpisać formularza. Stwierdził, że nikt poza nim nie zdoła nad tobą zapanować. Co więcej, powiedział, że musisz wrócić do Hogwartu we wrześniu, a w międzyczasie masz mieszkać u wujostwa.
Harry na początku uznał to za oczywiste, że Dumbledore się nie zgodził. Dopuszczając do przemiany, przegrał negocjacje. Ale żeby ściągać go do Hogwartu? Jak dyrektor mógł to robić, wiedząc, że chłopak jest niebezpieczny,? Czy on kompletnie skretyniał, czy zupełnie przestał dbać o swoich uczniów? I wysyła go do Dursleyów?! "Chyba w snach! Nigdzie się nie wybieram."
Czując, jak wzbiera w nim gniew, przestraszył się, że znowu to coś nim zawładnie. Nie mógł do tego dopuścić. Nie w jednym pokoju z Hermioną. Pamiętając, jaką siłą dysponowała drzemiąca w nim bestia, nie liczył wcale na to, że zwykły Incarcerous go zatrzyma.
- Na dodatek powiedział, że nie wolno ci używać różdżki, dopóki nie wrócisz do szkoły. - ciągnął auror. - I zablokował ci dostęp do twojej własnej krypty u Gringotta. I odebrał ci spadek po Blacku. Ten dom nie jest już twój. - Szalonooki przekazywał mu coraz to nowe, coraz to gorsze wiadomości, wywołując w nim gwałtownie wzrastającą furię. Ten Dumbledore! Za kogo on się uważa? - I nalegał, żebyś zerwał kontakty ze swoimi przyjaciółmi. I przeniósł cię do Hufflepuffu.
Umysł Harry'ego zatrzymał się na tym ostatnim zdaniu. Wydawało mu się całkowicie absurdalne. Czemu dyrektor miałby zmieniać jego Dom? Czy w ogóle mógł to zrobić? Cofnął się myślami do poprzednich wiadomości. Sporo rzeczy się nie zgadzało, jak o tym pomyślał. Gdyby wrócił do Dursleyów, zabiłby ich w przeciągu dwóch dni. I to optymistyczna wersja. Dyrektor na pewno to rozumiał - przecież sam ledwo się wybronił. Zginąłby, gdyby nie Moody.
- Chwila. - przerwał monolog aurora. - Czemu mnie pan próbuje sprowokować?
Szalonooki skupił na nim oboje oczu, przy czym to magiczne zdawało się patrzeć nie na niego, tylko poprzez. Mężczyzna uśmiechnął się szpetnie (z taką ilością blizn ciężko inaczej). - Sprytna z ciebie bestia, Potter. I jak, ciężko ci się teraz kontrolować? Masz ochotę odgryźć mi twarz?
- Fuj. Kto by tknął tak wstrętny posiłek? - Harry zaśmiał się sucho. Teraz, gdy ktoś mu o tym przypomniał, uderzyło go to, jak małego wysiłku wymagało opanowanie gniewu. Co więcej, wcale nie czuł tej dzikości, która towarzyszyła mu od ponad dwóch tygodni. - Co pan zrobił? Gdzie się podziało to? W ogóle tego nie czuję!
- Nie ciesz się tak, chłopaczku. - odparł Moody, widząc radość w oczach Harry'ego. - Eliksir tojadowy. Działa, ale szybko zbankrutujesz, jeśli będziesz musiał brać go codziennie. - To rzeczywiście był problem, ale nie przeszkodził rosnącemu entuzjazmowi chłopaka.
- Czy teraz możecie go wypuścić? - spytała Hermiona, która obserwowała całą scenę, coraz bardziej się niecierpliwiąc. Gdy auror odwołał swoje zaklęcie i pozwolił Harry'emu usiąść, chłopak znalazł się oko w oko ze zmartwioną przyjaciółką. Co, o dziwo, przerażało go o wiele bardziej niż konfrontacja z najpotężniejszym czarownikiem świata. Odwrócił wzrok, nie mogąc znieść jej spojrzenia. Marzył o tym, żeby znaleźć się gdzieś indziej. Gdziekolwiek, byleby nie musieć z nią teraz rozmawiać.
Widząc dyskomfort swojego podopiecznego, Remus wymówił się słowami, że musi coś załatwić, i znacząco machnął głową w bok, wskazując Moody'emu drzwi. Harry obserwował to z irytacją nad ramieniem Hermiony (na którą przecież nie patrzył). Obaj mężczyźni zostawili go na pastwę dziewczyny, przy czym Szalonooki uśmiechał się złośliwie, a Lupin pokazał mu kciuki w górę. Dwie wredoty. Wiedział, że w końcu będzie musiał sobie poradzić z Hermioną, ale czemu akurat teraz. Nie był gotowy.
Nadal siedział na stole i patrzył gdzieś ponad jej ramieniem. Hermiona podejrzewała, że powinna się już przyzwyczaić, że unikał jej wzroku za każdym razem, gdy coś było nie tak. W końcu robił tak od samego początku pierwszego roku. Jednak mierził ją fakt, że w ostatnim czasie oznaczało to ciągle. Od momentu, gdy stracił Syriusza, Harry ciągle się zachowywał, jakby coś było nie tak. Może wcześniej też tak miał, tylko lepiej to ukrywał. Może powinna się cieszyć, że przynajmniej po nim to widać. Ale...
- Harry... - nie odpowiedział, ani nie zareagował w żaden sposób, dopóki nie podniosła ręki do jego pokrytej opatrunkami twarzy. Drgnął, gdy położyła mu dłoń na policzku, żeby obrócić jego głowę do niej. Wiedziała, że pod bandażami i plastrami miał co najmniej tuzin szram na twarzy, jednak nie była pewna, czy właśnie dlatego odruchowo odsunął się od jej ręki. Sama możliwość tego innego powodu bolała, ale Hermiona nie miała zamiaru pozwolić mu wejść jej w drogę. - Harry Jamesie Potterze, spójrz na mnie.
Słysząc żądanie w jej głosie zmusił się do spojrzenia jej w twarz. Widziała, że wymagało to od niego sporo wysiłku. Jego usta się uśmiechnęły lekko, co w połączeniu ze smutkiem w oczach tworzyło zbolały wyraz. - Mówiłem, że powinnaś się mnie bać.
- Och, Harry... - chciała mu się rzucić na szyję, ale w tym stanie raczej by tego nie docenił. - A ja ci mówiłam, że nie jesteś potworem.
Spuścił wzrok i pokręcił głową, zrezygnowany. - Jesteś niemożliwa. Czy ty nie rozumiesz, że jestem niebezpieczny, czy po prostu nie dopuszczasz do siebie tej myśli?
Otworzyła usta, ale nie dopuścił jej do głosu.
- Gdyby nie Moody, Dumbledore już by nie żył! I to przeze mnie. - dodał, ściszając głos.
Harry Potter potrafił być uparty - Hermiona to wiedziała i wykazywała się wobec niego cierpliwością. Jednak w tym przypadku tak dramatyzował, że rozmowa z nim robiła się frustrująca.
- Czy naprawdę tak bardzo nienawidzisz Dumbledore'a, że chciałbyś go zabić? - spytała retorycznie. Spojrzał na nią tak, jakby wyrósł jej drugi nos na twarzy.
- Nie, ale...
- Czy szykując się na spotkanie z nim, planowałeś go zamordować? - nie pozwoliła mu się kłócić.
- No nie, ale...
- Czy specjalnie wywołałeś u siebie przemianę, żeby zwiększyć swoje szanse w walce z nim? - znowu nie dała mu czasu, żeby zaprotestować.
- Nie! Ja...
- Ach, więc może spodziewałeś się stracić kontrolę i poszedłeś tam sam, chcąc wyładować się na dyrektorze? - nadal nie dopuszczała go do głosu.
- Przecież... - znowu mu przerwała. Wiedziała doskonale, że wziął ze sobą najbardziej doświadczonego z aurorów i ostrzegł go, czego może się spodziewać.
- Więc w jaki sposób to niby twoja wina, że zraniłeś Dumbledore'a? - nikt nie powiedział wprost, że do tego doszło, ale Harry z Moodym dali jej dostatecznie wiele podpowiedzi swoim zachowaniem, żeby się domyśliła.
- Bo nie potrafiłem powstrzymać przemiany! - wybuchł. - Nie wiesz, jakie to uczucie, gdy nie możesz panować nad własnym ciałem, kiedy coś innego kontroluje twoje ruchy i wykorzystuje cię dla własnych celów!
Hermiona musiała powstrzymać odruch, żeby się nie odsunąć, gdy zaczął krzyczeć. Wzdrygnęła się, ale miała nadzieję, że tego nie zauważył. Musiała mu udowodnić, że wcale się go nie boi. "Przynajmniej się otworzył" pomyślała.
- Wiesz, że żaden wilkołak nie potrafi powstrzymać przemiany. - przypomniała mu.
- Ja potrafię, kiedy nie ma pełni. A przynajmniej tak mi się zdawało. - dodał przygnębionym tonem.
- Ach... - Hermiona stęknęła z irytacji, przykuwając jego uwagę. - Czasem naprawdę zachowujesz się jak kretyn. - widząc zdziwienie na jego twarzy, wyjaśniła: - Przecież w ostatecznym rozrachunku nic się nie stało. Dumbledore ma się dobrze. Moody cię powstrzymał, a przecież sam go po to zabrałeś. Upewniłeś się, że w razie potrzeby ktoś będzie wiedział, co robić. A ten letarg, w który cię wprowadził? Wywar Żywej Śmierci, prawda? Genialne!
Harry zdawał się nie podzielać jej entuzjazmu. - Nie mój pomysł. Śmierć w nazwie nie zachęca.
- Och, daj spokój, to tylko eliksir nasenny. Snape nam o tym mówił na pierwszej lekcji, powinieneś pamiętać. - pouczyła go odruchowo.
- No tak, jak mógłbym zapomnieć ten pierwszy raz, gdy nauczyciel bez powodu zmieszał mnie z błotem, upokarzając na oczach nowej klasy. 'Co otrzymam, gdy dodam korzeń Asfodelusa do nalewki z piołunu?' - naśladował głos Snape'a. - Jedyna rzecz, jakiej nauczył mnie ten życiowy nieudacznik. Wywar Żywej Śmierci.
- To znaczy, że pamiętasz też różnicę między mordownikiem a tojadem żółtym? - spytała z nadzieją Hermiona.
- Nie. - odpowiedział zirytowany. - I nie, nie wiem, gdzie mogę znaleźć bezoar, ani nawet czym jest. Wiem tylko, że Snape jest tłustowłosym fiutem, który się na mnie wyżywa.
- Harry, nie wyrażaj się. - zganiła go. Wiedział, że nie znosi wulgaryzmów; reprezentowały całkowite przeciwieństwo tego, co kochała w książkach. - Rozumiem, że Ron nie umie się powstrzymać od rzucania mięsem, ale ty mógłbyś nad sobą panować.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem. - Przecież właśnie na tym polega problem, że nie mogę nad sobą panować, nie?
- O nie, nie będziesz używał swojej choroby jako wymówki. Jesteś pod wpływem eliksiru tojadowego - tak, zrobionego z tego tojadu, który cię tak mało interesuje - i nie przemawia przez ciebie wilkołak tylko twoje własne uparte ego.
Harry musiał przyznać jej rację. Nie miał najmniejszych problemów z panowaniem nad sobą, nie czuł nawet najlżejszego mrowienia, nie wspominając o drgawkach powodowanych przez ten dziki, obcy gniew, który targał nim przez ostanie dni. Nie chciał się jednak oszukiwać - wiedział, że prędzej czy później to coś wróci, a on znowu stanie się niebezpieczny dla otoczenia. Dlatego usiłował przekonać Hermionę (i każdego, kogo mógł), żeby nie narażała się, stanowiąc część owego otoczenia.
Wiedział, że przegrał tę dyskusję. Musiał tylko znaleźć jakiś sposób, żeby się z niej wycofać i wrócić później, gdy znajdzie odpowiednio przekonujące argumenty. Część jego podświadomości obawiała się, że żadne argumenty nie okażą się wystarczające, ale nie przyznawał się do tej części. Jeśli nie mógł ochronić Hermiony przed swoją klątwą, to musiał przynajmniej ocalić ją przed jej własną głupotą. "Nie wierzę, że użyłem względem niej tego określenia. Nawet w myślach."
Jednak na głos wypowiedział zupełnie inne myśli. - No dobra, nie będę się z tobą kłócił. - po chwili wahania dorzucił: - Może pójdziemy na miasto coś zjeść? Umieram z głodu, a nie ma szans, żeby Stworek nam coś ugotował.
Odpowiedziała mu uniesieniem brwi.
- No chyba, że nie chcesz ze mną iść. - dodał pospiesznie.
- Chętnie z tobą pójdę. - zapewniła go. - Nie wiem, skąd ci przyszło do głowy, że mogłabym nie chcieć. Po prostu zaskoczyło mnie, że cy chcesz. Myślałam, że będziesz się upierać, że twoje towarzystwo oznacza stałe zagrożenie.
"To by było na tyle, jeśli chodzi o ukrywanie przed nią swoich myśli." musiał się powstrzymać przed przewróceniem oczami. "Swoją drogą, czy magia pozwala na czytanie w myślach? Jeśli tak, to Hermiona na pewno to potrafi."
- Może i bym tak robił, ale jak sama powiedziałaś, jestem pod wpływem eliksiru tojadowego. Chcę wykorzystać tę chwilę ulgi i zobaczyć kawałek miasta.
- Nie sądziłam, że interesuje cię świat zwykłych, szarych ludzi.
- Ta, świat czarodziejów jest o wiele ciekawszy. Ale miałem już dość wrażeń w te wakacje. - zeskoczył ze stołu i nagle znalazł się o wiele bliżej Hermiony. Bliżej, niż czuł się z tym komfortowo. To nie tak, że miał coś przeciwko bliskości przyjaciółki - przeciwnie, pewna część Harry'ego bardzo się z niej cieszyła. Jednak jego instynkt przetrwania nalegał na zachowywanie bezpiecznej odległości od ludzi. Efekt wychowania przez najwspanialszych z jego żyjących krewnych. Nigdy nikomu o tym nie mówił, ale Hermiona najwyraźniej się czegoś domyślała, bo zrobiła pół kroku w tył. Albo sama poczuła się nieswojo. Nie wiedział, jaką odległość normalni ludzie uznawali za właściwą.
Podszedł do krzesła, na którym widział wcześniej kurtkę, swoją ulubioną kurtkę, i wziąwszy ją do rąk, odkrył, że jest cała w strzępach. Zmarszczył brwi i przypomniał sobie, że zniszczył ubrania podczas przemiany. Następnie spojrzał w dół, na siebie, i podniósł głowę zmieszany.
- Hermiono... - zaczął niepewnie. - kto mnie przebrał?
Wyszedłszy na korytarz, wpadli na Remusa, rozmawiającego przyciszonym głosem z Moodym. Gdy tylko ich zauważyli, mężczyźni momentalnie zamilkli. Szalonooki uśmiechnął się szeroko na ich widok. Harry nigdy nie był pewien, czy ten wyraz miał oznaczać wesołość, czy zwiastować rychłą śmierć.
- Co, pogadały sobie gołąbeczki? - zarechotał stary auror.
- Co? My nie...
- Nie próbuj mi tu mydlić oczu, Potter. - przerwał mu i wskazał palcem na swoje sztuczne oko, które patrzyło w bok, na Hermionę. - Mam nadzieję, że dostałeś ochrzan od swojej dziewczyny, bo wpakowałeś się w niezłe bagno.
Jakkolwiek chłopak się zgadzał, wiedział też, jak potoczyła się ta rozmowa. Z trudem powstrzymał się od parsknięcia śmiechem. Przez chwilę się zastanawiał, czy zdoła wykorzystać opinię Szalonookiego w następnej dyskusji. Prawdopodobnie nie.
- Ale wszystko skończyło się dobrze. - zaprotestowała dziewczyna.
- Nie dzięki niemu. - warknął Moody. - Gdyby mnie tam nie było, zabiłby Albusa pieprzonego Dumbledore'a. Albo sam by zginął. A gdybym nie dał mu eliksiru uspokajającego, przemieniłby się o wiele wcześniej. - łypnął oboma oczami na Hermionę. - Przed chwilą połataliśmy mu rany na całym ciele, a ty mówisz, że wszystko dobrze się skończyło? Nie! To była kompletna porażka! - zwrócił się znowu do Harry'ego. - Musisz być zawsze gotowy na najgorsze. A biorąc pod uwagę to, że spodziewałeś się przemienić poza pełnią i nie sprawdziłeś wcześniej, czy działa na ciebie eliksir tojadowy, możnaby pomyśleć, że chciałeś pozabijać wszystkich wokół. - ponownie spojrzał na Hermionę, tym razem trochę łagodniej (chociaż w jego przypadku to nadal agresywnie). - Wybacz, panienko, ale ktoś musiał mu to rzucić w twarz. Nie można wiecznie liczyć na innych, zwłaszcza będąc tym, na którego liczą inny. Chłopcem-Który-Przeżył. - niemal wypluł te słowa. - Czas dorosnąć i stać się Mężczyzną-Który-Przeżyje-Wszystko. - z tymi słowy obrócił się na pięcie (tej, która mu jeszcze została) i ruszył w stronę drzwi. Otworzywszy je, zatrzymał się na chwilę. - Lupin, daj znać, jak chłopak przestanie być żałosny. - rzucił przez ramię i przekroczył próg. Deportował się chwilę później.
Remus westchnął ciężko i zwrócił się do nich. - Musicie mu wybaczyć, blizny z czasów wojny znowu go dziś rozbolały i zrobił się drażliwy.
- Każdy by się zrobił drażliwy, gdyby wilkołak próbował odgryźć mu twarz. - mruknął Harry. - Ale nie ma czego wybaczać. Właściwie to się z nim zgadzam. - dodał głośniej.
- Czyżby? - mężczyzna obdarzył go uniesioną brwią. - To co powiesz na to, żebym dał ci teraz pierwszą lekcję?
- Nasza pierwsza lekcja odbyła się prawie rok temu. - przypomniał z lekkim uśmiechem.
- Właściwie, to właśnie szliśmy coś zjeść. - wtrąciła dziewczyna. Harry obrócił się, żeby spojrzeć na nią ze zdziwieniem (bo kto to słyszał, żeby Hermiona Granger odmówiła nauki?), ale w tym czasie zdążyła dodać: - Więc może jakieś zaklęcie kamuflujące? Harry wygląda prawie jak mumia. Spodziewam się, że będzie zwracał na siebie uwagę.
Lupin zastanawiał się przez chwilę. - Najprościej by było użyć Praestigio Caecis, ale wtedy nikt w ogóle nie mógłby was zobaczyć, a nie o to wam chodzi. To zaklęcie ukrywa człowieka, nadając mu wygląd tego, co znajduje się za nim.
- Jak kameleon? - spytał Harry. - Czyli nie jest się naprawdę niewidzialnym?
- Nie, na pewno nie w taki sposób, jak pod twoją peleryną. Gdybyś chciał osiągnąć taki efekt, musiałbyś użyć zaklęcia Indespectius, ale nawet mi nigdy nie udało się go poprawnie rzucić.
- Gdybyśmy chcieli osiągnąć taki efekt, użylibyśmy tej peleryny. - wtrąciła Hermiona. - Chodziło mi raczej o coś, co ukryłoby te wszystkie bandaże. Najlepiej razem z blizną Harry'ego.
Remus zmierzył chłopaka wzrokiem. - Można by to zrobić za pomocą Dissimulio, ale wątpię, żeby którekolwiek z was nauczyło się go na takim poziomie w najbliższym czasie. Już łatwiej by było rzucić Praestigiusa na same bandaże, co też nie jest łatwe. Ale ja mogę to zrobić. - i tak uczynił, nadając opatrunkom wygląd skóry pod nimi. Co oznaczało, że na czole Harry'ego widniała charakterystyczna, rzucająca się w oczy blizna. - No cóż, na to niewiele mogę poradzić. Chyba że... - wyjął z kieszeni chusteczkę do nosa i transmutował ją w czapkę.
- Chyba sobie żartujesz. - powiedział Harry. - Jest środek lata; nie będę chodził w czapce. - nawet nie skomentował tego, z czego powstała owa czapka. Wolał o tym nie myśleć.
Pół godziny później para nastolatków szła przez miasto, szukając jakiej dobrej knajpy, żeby zjeść późny lunch (albo wczesny obiad). Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie uczyli się wymowy zaklęcia kamuflującego.
- Praestigio Caecis. - powtarzała Hermiona. - Pamiętaj, żeby położyć akcent na każde 'i'.
Harry znowu wypowiedział formułę.
- Nie Caesis, tylko Caecis. - poprawiła go po raz kolejny.
Spróbował jeszcze raz.
- Dobrze, tylko wydłuż przerwę między słowami. Jeszcze trochę i całkiem ją pominiesz. - zganiła go.
Westchnął ciężko. Też miała ochotę to zrobić, widząc jego brak zapału. Jeszcze na drugim roku się dziwiła, jak można mieć takie problemy z nauką. Teraz już wiedziała lepiej - Harry po prostu się nie starał. Nie brakowało mu talentu, jedynie motywacji. Chociaż podejrzewała, że za jego niechęcią stało coś więcej. Może chęć dopasowania się do Rona, może coś jeszcze innego. Nie chciała pytać. Może kiedyś to zrobi, ale na razie obawiała się poruszyć jakiś drażliwy temat.
Szli dalej w milczeniu. Nie w ciszy, bo na ruchliwej ulicy o nią ciężko. Żadne z nich tak naprawdę nie wiedziało, dokąd się kierować. Za bardzo się tym nie przejmowali. Co jakiś czas się rozglądali za jakimś szyldem lub drogowskazem, który by im pomógł. A na ogół podziwiali okolicę i szukali czegoś ciekawego - innymi słowy, zwiedzali miasto. Hermiona była wcześniej kilka razy w Londynie, głównie zwiedzając muzea z rodzicami. Oczywiście, znała też dworzec King's Cross i ulicę Pokątną.
Obserwując Harry'ego kątem oka, odnosiła wrażenie, że chłopak odkrywa nie tyle Londyn jako taki, ale jako przykład miasta. Gdyby miała zgadywać, powiedziałaby, że rodzina nigdy go nigdzie nie zabierała i przez całe swoje życie nie widział świata poza Privet Drive, drogą do szkoły i podróżą z Surrey do Londynu i spowrotem. To by oznaczało, że o świecie mugoli wiedział równie mało co o świecie czarodziejów.
Nigdy nie mówił o swoim życiu przed Hogwartem ani o Dursleyach, oprócz tego jednego razu w tym roku, kiedy przyznał im się do swojego wychowania. Do komórki pod schodami. Do dwóch pokoi Dudleya. Do wypadku z wężem i tygodniowej głodówki. Do tego, że wuj wolał przeprowadzić się na kamienistą wyspę na środku morza niż pozwolić mu wyjechać do szkoły magii. Po wysłuchaniu go, Hermiona poczuła głęboką odrazę do tych ludzi. Jak można tak traktować dziecko, zwłaszcza krewnego? Nie ważne, jak wiele stało między nimi a rodzicami Harry'ego. Nie mieli prawa robić z niego niewolnika. Nawet skrzaty domowe spotykały się z lepszym traktowaniem.
Co pewien czas spoglądała na przyjaciela i nie mogła się powstrzymać przed rozważaniem, jak wielkie szkody wyrządzili mu ci ludzie. Gdyby się dowiedział, że w ogóle o tym myśli, prawdopodobnie by się obraził, więc zachowywała to dla siebie. Przypomniała sobie sytuację sprzed niecałej godziny i zadawała sobie pytanie, jak wąska była jego strefa komfortu. Gdzie leżą granice?
Przeszło jej przez myśl, żeby to sprawdzić. Ciężko było o lepsze źródło odpowiedzi, a zżerała ją ciekawość. Wzięłaby głęboki oddech, ale wolała, żeby to wyglądało naturalnie, a nie na wymuszone. Powoli, z każdym kolejnym, starannie wymierzonym krokiem, przesuwała się w jego stronę, tak że szli coraz bliżej siebie. Gdy już odpowiednio zmniejszyła odległość, czego zdawał się nie zauważyć, poruszyła ostrożnie ręką i chwyciła go za dłoń.
Nie skomentował tego, choć usłyszała, że na moment przyspieszył mu oddech. Zwrócił ku niej głowę i spojrzał pytająco.
- To tylko… - wcześniej wymyśliła ze trzydzieści wymówek, teraz musiała wybrać najbardziej wiarygodną. - ...żeby wtopić się w tłum. Para idąca za rękę na spacer zwraca mniejszą uwagę niż dwójka nastolatków, rozglądających się jak turyści.
Nie odpowiedział, tylko skinął i odwrócił głowę, żeby dalej oglądać okolicę. Hermiona, nadal zaskoczona tym drobnym sukcesem, zrobiła następny krok i splotła ich palce, na co Harry nie tylko pozwolił, ale wręcz w tym uczestniczył.
Zanim zdążyła wymyślić, co dalej, skręcił w lewo i pociągnął ją przez pasy na druga stronę ulicy.
- Znalazłem. - wskazał bar dokładnie przed nimi. Podłużny, okrągły szyld głosił wielkimi, białymi literami, napisanymi delikatną kursywą na ciemnoniebieskim tle, że ta jadłodajnia należy do Betty. Hermiona podziwiała staranną kaligrafię znaku, to eleganckie, wydłużone 's' podkreślające cały napis, podczas gdy Harry patrzył na coś zupełnie innego.
- Jesteś naprawdę niemożliwy. - powiedziała po raz trzeci w ciągu ostatnich pięciu minut. - Mogłeś zamówić cokolwiek, w którymkolwiek z lokali, a wybrałeś hot-dogi z budki pod tą knajpą.
Siedzieli pod drzewami rzut beretem od baru "Betty's", jedząc i obserwując przejeżdżające samochody. Jej gra w szukanie granic nadal trwała: znalazła dwa drzewa stojące na tyle blisko siebie, że siedząc między nimi, prawie się dotykali ugiętymi kolanami. Między ich nogami leżała torba gorących hot-dogów. Zaproponowała to miejsce, wykazując, że w ten sposób są praktycznie osłonięci z dwóch stron - wystarczy obserwować boki, żeby zauważyć potencjalnie nadciągające niebezpieczeństwo.
- Mówiłem ci: posiłki "jak w domu" możemy mieć codziennie, wystarczy wyskoczyć do Nory. - powiedział między kęsami. - A jak pojedziesz do Hogwartu, to jeszcze zatęsknisz za smakiem syntetycznej parówki w chemicznej bułce.
Hermiona przechyliła głowę i przyglądała mu się z zaciekawieniem, zupełnie ignorując wszelkie 'potencjalne zagrożenia', nadciągające z boków. Zastanawiała się, czy może zrobić następny krok i przetestować granice informacyjne (ale tylko przez chwilę, bo nie przegapiłaby takiej okazji - jej pytanie idealnie pasowało do sytuacji).
- Może bym przyjęła to wyjaśnienie za pierwszym razem, gdybyś nie wydawał się tak zachwycony tymi hot-dogami. - uśmiechnęła się odrobinę złośliwie. - Przyznaj się, to twoja ulubiona budka z jedzeniem w Londynie, czy po raz pierwszy spróbowałeś dziś hot-dogów? - Harry spojrzał się na nią dziwnie. Wyglądał trochę jakby usiłował wyglądać na oburzonego i szczęśliwego jednocześnie, ale nie miała pewności. Mogła to określić tylko jako 'dziwnie'.
- Tak. - odpowiedział po chwili.
- To ma być odpowiedź? - droczyła się.
Przełknął większy kawałek bułki, kończąc w ten sposób kolejną porcję, i wytarł ręce o spodnie. - Myślałem, że to oczywiste. - odparł rzeczowym tonem.
- Może jest, a może nie. A może chciałam to usłyszeć bezpośrednio od ciebie?
Zrobił zbolałą minę.
- Wiesz, że nie lubię o tym mówić.
- To jest oczywiste, biorąc pod uwagę, że wspomniałeś o tym dopiero po trzech latach. - wyrzuciła mu.
Przewrócił oczami, westchnął i spojrzał w bok. Oczywiście, wypatrując potencjalnych niebezpieczeństw. W ogóle nie unikał jej wzroku.
- To może zamiast tego chcesz pogadać o tym, dlaczego nie patrzysz mi w oczy? - spytała.
- Patrzę. - powiedział w tym samym momencie, w którym się do niej obrócił.
- Wiesz, o czym mówię.
- Wiem. A czy ty wiesz? - zapytał z nutą irytacji.
- Jeśli nie wiem, to tylko dlatego, że nie chcesz mi powiedzieć.
- Racja. - przyznał. - Chociaż sama widziałaś, jak Snape odbierał mi punkty za samo patrzenie na niego w 'niewłaściwy sposób'.
Hermiona stęknęła z frustracji.
- Miałam nadzieję, że porozmawiasz ze mną o swojej rodzinie.
- Mojej rodzinie? - zdziwił się. - Przecież wiesz wszystko. Mój tata był wschodzącą gwiazdą Quidditcha, a mama najlepszą uczennicą w szkole i najpiękniejszą kobietą na Ziemi. Oboje zginęli w Halloween 81. roku.
- Tak, wiem, Harry. Mówiłam o twoich krewnych. Dursleyach.
- Tak? Ach, to przepraszam, nie zrozumiałem. - odparł sarkastycznie. - Następnym razem nazywaj ich po imieniu: świnia, koń i wieloryb. - mimo woli Hermiona parsknęła śmiechem, słysząc te przezwiska.
- Przepraszam, nie powinnam się śmiać. - przyznała szczerze. - Jeśli nie chcesz o nich rozmawiać, to nie będę więcej naciskać.
Więc nie rozmawiali. Siedzieli w milczeniu, wsłuchując się w warkot samochodów, szum wiatru, trajkotanie jakichś dwóch kobiet, stojących przed Betty's, i szczekanie psa.
Hermiona straciła apetyt. Przyglądała się biernie, jak Harry podgryza ostatniego hot-doga.
Podniósł bułkę do ust, żeby wziąć kolejnego kęsa, ale zatrzymał rękę w połowie drogi. Nie miał już do tego serca. To nawet nie tak, że nie był głodny - mógł zjeść jeszcze co najmniej dwa razy tyle. Jednak coś go męczyło, ciążyło z tyłu głowy i nie dawało spokoju.
Przeniósł wzrok na czarnego psa, błąkającego po parku i obwąchującego drzewa. Coś się w nim skręcało na wspomnienie Syriusza w jego psiej formie. Tego wielkiego, czarnego psa, który wystraszył go jeszcze na Privet Drive. To było w poprzednie wakacje, dokładnie rok wcześniej. Miał wtedy pierwszą szansę na zapoznanie się z ojcem chrzestnym. Pierwszą, jaką zmarnował.
Zagwizdał na psa i pomachał mu jedzeniem, żeby przykuć jego uwagę. Przybłęda posłusznie przydreptał, więc Harry podał mu jedzenie pod pysk. Zwierzak położył się obok, opierając się o to samo drzewo, co chłopak. Harry zaczął go głaskać od niechcenia. Myślami był gdzie indziej. W miejscu, z którego wolał się wydostać.
- Gdzie jest Ron? - zapytał w końcu, znalazłszy temat, na którym mógł zakotwiczyć myśli.
- W domu? - zdziwiła się Hermiona. - Pewnie nadal naprawia wywołane przeze mnie szkody.
- Masz na myśli wywołane przeze mnie szkody?
- Och, daj spokój, Harry. To było bardzo miłe, że kazałeś Ronowi i bliźniakom zostawić mnie w spokoju, ale oboje dobrze wiemy, jak było.
- Nie, ty nie wiesz. - uśmiechnął się lekko, tajemniczo. - I wolałbym, żeby Weasleyowie też się nie dowiedzieli.
Dziewczyna obdarzyła go spojrzeniem pełnym niezrozumienia.
- Powiesz mi, o co chodzi, czy dalej będziesz robił tę tajemniczą minę? - spytała.
- Ale nikomu nie powiesz? - upewnił się. - To dość głupia sprawa.
- Nie, nikomu nie powiem. Będę się z ciebie śmiała w tajemnicy.
- Dobrze. - nie ważne, że żartowała. Powiedziała, że dochowa tajemnicy, więc mógł na to liczyć. Hermiona Granger traktowała swoje słowo poważnie. - No bo… - zaczął. - zupełnie nie spałem tamtej nocy. I byłem kompletnie nieprzytomny. Więc jak chciałem rzucić zaklęcie Colloportus na te drzwi, to coś pomieszałem i potem już nie mogłem ich otworzyć.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem. - Za-zatrzasnąłeś się? - wykrztusiła.
Odwrócił wzrok z zakłopotaniem. Popatrzył na psa, którego drapał za uchem. Zwierzak wyciągnął do niego nos i przekręcił się na grzbiet, odsłaniając brzuch. Chłopak skupił się na głaskaniu przybłędy, szykując się na pytanie, które bez wątpienia chciała zadać Hermiona.
- Jak to zrobiłeś?
- Normalnie. - wymamrotał. - Coś wybełkotałem.
- Co dokładnie powiedziałeś? - naciskała.
Jego wspomnienia były dość mgliste, ale wciąż pamiętał to uczucie, jakby miał zasupłany język i nie mógł mówić poprawnie. Wolał się nie przyznawać, ale sam poruszył ten temat.
- Blylygotus. - wybąkał. Usłyszał dziwny dźwięk, jakby dziewczyna dostała czkawki. Przeniósł na nią wzrok i zobaczył, że poczerwieniała, próbując powstrzymać śmiech. Wystarczyło, że spytał - Hermiono? - i wybuchła.
- Hahahahaha! - chwyciła się za brzuch. - Blylygotus! - śmiejąc się, przewróciła się na bok i przeturlała po trawniku.
- Cieszę się, że zapewniam ci rozrywkę. - mruknął Harry, obserwując, jak przyjaciółka zwija się i płacze ze śmiechu. Zastanawiał się, co w nią wstąpiło. Czy jego głupota naprawdę była aż tak zabawna? Co ważniejsze, co się stało z niezwracaniem na siebie uwagi? Hermiona zdawała się zupełnie nie przejmować tym, że przechodnie się zatrzymywali i gapili na nią, jakby wyrosła jej druga głowa. Chłopak podniósł się z ziemi. - Widzę, że dobrze się bawisz, ale czas się zbierać.
Ale dziewczyna nadal nie mogła się opanować. Tarzała się w trawie i śmiała z jego wpadki.
- Auć! - uderzyła głową w drzewo. To ją na chwilę uciszyło, ale zaraz potem przydreptał do niej pies i zaczął ją lizać po twarzy, przez co zasłoniła się rękami i zaczęła krzyczeć. Widząc, że to zwraca na nich jeszcze większą uwagę, Harry odgonił zwierzaka od przyjaciółki i pomógł jej wstać.
Wspierając się na nim, Hermiona opanowała resztki wesołości. - Blylygotus. - zachichotała. Przewrócił oczami.
- Pamiętaj, żeby nikomu nie mówić. Zwłaszcza Ronowi.
- A ty nikomu nie mów, że wylizał mnie jakiś zawszony kundel. - po chwili dodała. - Zwłaszcza Ronowi. Nigdy nie pozwoliłby nam o tym zapomnieć.
- Nigdy. - zgodził się.
Nieszczęsny pies najwyraźniej polubił Hermionę, bo krążył wokół niej, machając ogonem i próbował ją obwąchiwać. - Mam nadzieję, że nie zamierzasz brać go do domu. - odtrąciła zwierzaka nogą.
- Czemu nie? - droczył się Harry. - Widać, że cię lubi.
W tym momencie kundel skoczył na dziewczynę, wytrącając ją z równowagi, tak że upadła na chłopaka, który złapał ją w ostatniej chwili.
- Ale ja go nie lubię. - odparła Hermiona, stając ponownie na własnych nogach.
Gdy już pozbyli się przybłędy, skierowali się spowrotem na Grimmauld Place. Stwierdzili zgodnie, że następnym razem skoczą do Nory - wypadało odwiedzić Rona i pomóc choć trochę w naprawach. Po drodze Hermiona znowu złapała Harry'ego za rękę. Zastanawiał się, czemu tak naprawdę to zrobiła. Sytuacja w parku wskazywała, że chęć uniknięcia zwracania na siebie uwagi nie była jej pierwszym priorytetem, więc może kryły się za tym jakieś inne powody? Gdyby miał zgadywać, powiedziałby, że obawiała się go zgubić, bo jeszcze mógłby jej uciec. Prawda, myślał o tym, bo przecież jego towarzystwo stanowiło stałe zagrożenie. Ale co by w ten sposób zyskał, skoro Hermiona wiedziała, gdzie on mieszka?
Remus siedział po uszy w papierach. Dzięki Szalonookiemu, który podsunął obezwładnionemu Dumbledore'owi formularz adopcyjny. Dokument może i nie był w najlepszym stanie po całej tej zawierusze w gabinecie, ale trzymał się dostatecznie dobrze, żeby podpis Albusa wprowadził w życie kontrakt przekazania opieki. Oczywiście akty sporządzane przez Ministerstwo wiązały nie tylko na mocy prawa, ale również poprzez magię. Co oznaczało, że na wszystkich oficjalnych dokumentach, gdzie Albus Dumbledore widniał jako opiekun Harry'ego, jego nazwisko zostało zastąpione przez to należące do Remusa Lupina. Dzięki temu wilkołak mógł uzyskać wszelkie informacje dotyczące swojego podopiecznego i jego majątku. Cała ta dokumentacja leżała w tej chwili na wyblakłym, czarnym biurku w gabinecie w rezydencji Blacków.
Niewiele pomieszczeń w tym domu uniknęło kolonizacji przez rozmaite magiczne i niemagiczne szkodniki. Gabinet do nich nie należał, jednak wraz z Moodym zidentyfikowali wszelkie zagrożenia i uwięzili je tymczasowo za magicznymi barierami. Jako były profesor Obrony w Hogwarcie przyzwyczaił się do pracy w pomieszczeniu pełnym niebezpiecznych istot. Nie przejmował się boginem zamkniętym w jednej z szuflad biurka, na którym pracował. Miał ważniejsze problemy na głowie.
Na szczęście Dumbledore zadbał o dziedzictwo Harry'ego. Krypta Potterów nie ponosiła strat, a wręcz rejestrowała regularne wpływy przez ostatnie dziesięć lat. Niestety, tego samego nie można było powiedzieć o majątku po Blackach. Gdy Syriusz trafił do Azkabanu, nikt się nie zainteresował jego złotem ani posiadłościami, poza wierzycielami i współwłaścicielami różnych inwestycji, którzy chcieli pozbyć się jego wpływu ze swoich interesów. Wywołało to kompletny chaos w jego finansach. Remus chwytał się za głowę, gubiąc się w kolumnach liczb. Sfrustrowany, odrzucił kolejny raport na stertę papierów. Nie chciał się tym zajmować. Może zatrudni jakiegoś goblina, żeby doprowadził to do porządku? To chyba najprostsze wyjście, chociaż taki pracownik pewnie działałby na korzyść swojej rasy. Z drugiej strony, czy go obchodzi, kto zyska na tym bałaganie? I tak nie wiedział, co się dzieje z pieniędzmi Blacków.
W tak krótkim czasie ściągnął na siebie tak wiele problemów. Musiał znaleźć instruktorów dla Harry'ego. Sam nie był w stanie nauczyć go wszystkiego. Znał się na magicznych stworzeniach oraz trochę na walce i na zaklęciach. Jeśli miał się przygotować na kolejne spotkanie z Voldemortem, chłopak potrzebował specjalistów w każdej dziedzinie magii. Nie rozmawiali o takiej ewentualności, ale mężczyzna był przekonany, że w końcu do tego dojdzie. Dlatego skontaktował się z Alastorem i namówił go, żeby wrócił z emerytury.
Bardziej, niż cały ten chaos, martwiła go jedna rzecz. Nadal nie wyprawił pogrzebu Syriuszowi. Przedstawiciele Ministerstwa zapewniali go, że wydadzą mu ciało przyjaciela, gdy 'ustaną czynności życiowe'. Wiadomo, że człowiek nie umiera od razu po wyssaniu duszy przez dementorów, ale kto to słyszał, żeby pusta skorupa żyła ponad miesiąc? Podejrzewał, że ciało zaniesiono do Departamentu Tajemnic i oddano Niewymownym, żeby prowadzili na nim jakieś niewyobrażalne eksperymenty. Miał nadzieję, wręcz modlił się, żeby się okazało, że po prostu zgubili szczątki jego przyjaciela. Ostatnia rzecz, jakiej chciał doświadczyć, to spotkanie jakiegoś wynaturzenia noszącego twarz Syriusza.
Podskoczył na dźwięk dzwonka. Zerwał się z krzesła i pobiegł do drzwi. Nie spodziewał się żadnych gości, a Harry nie potrzebował kluczy, żeby wejść, a to oznacza, że coś musiało się stać, że chłopak stracił przytomność albo coś gorszego i Hermiona sobie z nim nie poradziła i potrzebowała pomocy.
Pokonał odległość do drzwi wejściowych w niecałe pięć sekund. Tylko po to, żeby zobaczyć przechodzących przez nie nastolatków - całych i zdrowych. Więc co znaczył ten dzwonek? Odpowiedź dotarła do niego wraz z widokiem Artura Weasleya, wchodzącego tuż za chłopakiem. Remus odetchnął z ulgą. Był przewrażliwiony. To wcale nie z powodu Harry'ego, ani trochę.
- Och, Remus. - przywitała go Hermiona. - Już wpuściliśmy pana Weasleya.
- Widzę. - mruknął.
- Ej, jeśli on jest Remusem, to ja chcę być Arturem. - odezwał się wspomniany mężczyzna.
- Skoro tak to przedstawiasz, to nie widzę problemu, Arturze. - wtrącił się Harry, zanim dziewczyna zdążyła odpowiedzieć. Wymienił z nią porozumiewawcze spojrzenia.
- Czemu zawdzięczamy tę wizytę, Arturze? - zainteresował się Lupin.
- Och, mam nadzieję, że nie przeszkadzam. Molly mnie przysłała, żebym zaprosił was na obiad.
- W sensie sprawdził, czy jeszcze żyjemy? - spytał Harry pół żartem. A przynajmniej pan Weasley uznał to za żart, bo zaśmiał się krótko.
- Tak, to pasuje do mojej jakże opiekuńczej żony. Uważa, że mężczyźni sami nie potrafią sobie poradzić.
Jako że mieli jeszcze sporo czasu przed posiłkiem, skorzystali z okazji i pokazali Arturowi wnętrze domu. Mimo lat zaniedbywania dom wciąż robił wrażenie na ubogim czarodzieju, choć prawdopodobnie mieścił za mało mugolskich artefaktów jak na jego gust.
Później zebrali się znowu przy wejściu i deportowali się z Grimmauld Place.
Bardzo wiele można by powiedzieć o Molly Weasley, lecz nikt nie mógł jej zarzucić braku rozsądku. Urodziła i wychowała siódemkę dzieci, tak że wiedziała, czego powinna się spodziewać po młodzieży. Sianie chaosu i zniszczenia było jedną z tych rzeczy. Dlatego jej gniew szybko stopniał i wróciła do swojego stanu podstawowego: dbania o wszystkich, których mogła dosięgnąć.
Dom został naprawiony w przeciągu trzech dni (bo magia robi swoje), chłopcy wrócili do swoich pokoi i wtedy kobieta zorientowała się, że jej goście zniknęli. To zrozumiałe, że zajęli się sobą, bo przecież by ich nie zagoniła do prac remontowych, ale gdzie ich wcięło na ostatnie dwa dni? Najmłodszy syn jej powiedział, że poszli coś załatwić z dyrektorem ich szkoły. To jednak nie tłumaczyło, dlaczego mały Harry spakował wszystkie swoje rzeczy i zabrał je ze sobą.
- Arturze, - zagadnęła męża przy śniadaniu. - wiesz może, co porabiają nasi chłopcy, Remus i Harry?
- Z tego, co słyszałem, poszli obejrzeć dom, do którego Harry chce się wprowadzić. - odparł, nie odrywając wzroku od gazety. - No wiesz, ten odziedziczony po Blacku?
- Harry będzie mieszkał sam?! - zbulwersowała się. Kto to słyszał, żeby dziecko w jego wieku miało żyć bez rodziców! Oczywiście pamiętała, że Lily i James Potterowie zginęli tej tragicznej nocy trzynaście lat temu (niech im ziemia lekką będzie), ale sama już uważała się za przybraną matkę chłopca.
- Och nie, oczywiście, że nie. - zapewnił ją mąż, mieszając herbatę i zupełnie nie uważając na to, co robi, przez co oblał jej świeży, jeszcze przed chwilą czysty, obrus. - Remus się nim zajmie. - Remus? To niby miało sens, jako że był bliskim przyjacielem Potterów. Ale jakie miał kwalifikacje do ojcostwa? I czy dwa wilkołaki samych pod jednym dachem sobie poradzi?
- To może wpadnij do nich po drodze z pracy i zaproś na obiad? - już ona sobie z nimi pogada. Jeszcze sobie przemyślą swoją decyzję.
- Oczywiście, kochanie. - odparł posłusznie Artur, po czym znowu zniknął w prasie.
Obmyślając różne wersje nadchodzącej rozmowy, przypomniała sobie, że przecież Harry miał urodziny ostatniego dnia lipca. A był już drugi sierpnia! Przez ten cały chaos zupełnie wypadło jej to z głowy.
- Artur. Artur!
- Hmmmm?
- Chłopak miał ostatnio urodziny, a nie zrobiliśmy przyjęcia!
- No to dziś zrobimy. - odparł spokojnie mężczyzna, składając gazetę i dopijając herbatę.
- Ale... nie mamy prezentu!
- Nie martw się skarbie, coś wymyślę. - cmoknął ją na pożegnanie i wyruszył do pracy.
Przyjęcie było całkiem udane, jak na imprezę zorganizowaną na ostatnią chwilę. Harry wydawał się naprawdę zaskoczony i zapewniał, że to dla niego wiele znaczy oraz że spóźnienie wcale mu nie przeszkadza, bo sam też zapomniał o własnych urodzinach. Po posiłku wniesiono tort i zaśpiewali mu 'Sto lat'. Wszystko układało się dobrze do momentu, w którym zaczęło się wznoszenie toastów.
- Za Harry'ego! - zawołał Artur. - Chłopca, który przeżył z nami kolejny rok!
- Za Harry'ego! - odpowiedziała reszta.
Wszyscy po kolei zaczęli wznosić własne toasty, wołając w różnych słowach, że Harry jest świetny, wspaniały, że go kochają… On sam strasznie głupio się czuł, pijąc za siebie samego i tylko raz zawołał 'Za mnie!', a przez resztę czasu tylko siedział dość zakłopotany. Gdy Ron wygłosił swoją kwestię i usiadł z powrotem obok niego, chłopak wstał i uniósł własną szklankę.
- Za Remusa! - chciał wreszcie odwrócić od siebie uwagę. - Który nie tylko był wiernym przyjacielem mojej rodziny przez wiele lat, ale dziś stał się jej częścią! - po czym wychylił swój napój, ignorując zdumione spojrzenia reszty obecnych.
- Czy ja o czymś nie wiem? - ciszę przerwał George.
- Czyli wam się udało! - odezwał Ron. Wszyscy zwrócili się w jego stronę.
- Co się udało? - zapytała pani Weasley niebezpiecznym tonem. Syn skulił się pod jej spojrzeniem, więc przeniosła wzrok na Lupina.
- To nie jest żadna tajemnica, chociaż myślałem, że Harry wybierze inny moment na ogłoszenie tego. - zerknął na chłopaka i mruknął: - Albo chociaż to ze mną ustali.
- Co nie jest tajemnicą? - domagała się kobieta.
Mężczyzna powstał, ogarnął wzrokiem zebranych i powiedział: - Chciałbym was wszystkich poinformować, że od dzisiejszego ranka Harry jest moim przybranym synem. - Ginny się zakrztusiła. Bliźniacy zaczęli klaskać.
- Słucham?! - zawołała Molly, podrywając się z krzesła. Spiorunowała męża wzrokiem. - Mówiłeś, że poszli rozmawiać z Dumbledorem.
- Tak mi powiedzieli. - bronił się Artur.
- Bo to prawda. - wtrącił Harry. Molly go zignorowała, nie chcąc wyładowywać na nim swojego wzburzenia.
- Niby co ma wspólnego Dumbledore z adopcją?!
- Albus był prawnym opiekunem Harry'ego przez ostatnie trzynaście lat. - odparł spokojnie Remus.
- I co, teraz tak po prostu przekazał ci nad nim opiekę? - niedowierzała.
- Nie. - Harry'emu się nie podobało, że rozmawia się o nim, przy nim, ale bez niego. - Dumbledore nie chciał tego zrobić, dopóki się nie przekonał, że sam nie da sobie ze mną rady.
- Albus Dumbledore miałby nie dać rady się tobą zaopiekować? - kobieta w końcu się do niego zwróciła. - On zarządza szkołą pełną dzieci, z czego połowa to trudne przypadki! - wskazała tu na bliźniaków.
- Ej! - oburzyli się.
Harry już otwierał usta, ale poczuł czyjąś rękę na ramieniu i usłyszał szept Remusa. - Trzeba im to przekazać delikatnie. - skinął głową. Zastanawiał się, jak to ubrać w słowa, podczas gdy pani Weasley dalej wykłócała się z Lupinem.
- Że niby będziecie mieszkać we dwóch w tym okropnym domu, pełnym czarnej magii?! Nie ma mowy!
- Tak się składa, że sam Alastor Moody pomaga mi pozbyć się tego zagrożenia.
- Szalonooki? Ostatnio, jak go widziałam, oskarżał o czarnoksięstwo nawet własny cień! Nie bez powodu odesłali go na emeryturę!
- Zapewniam cię, że Alastor ma się dobrze i jest bardzo pomocny.
Harry miał przez nich spore problemy ze skupieniem. Jak można myśleć w takich warunkach?
- Nie! - krzyczała dalej kobieta. - Nie zabierzesz go! Chłopak zostanie tutaj, w rodzinie!
- Nie jest twoim synem.
- Twoim też nie! Ja przynajmniej wiem, jak się obchodzić z dziećmi!
- CZY MOŻECIE SIĘ WRESZCIE ZAMKNĄĆ?! - wrzasnął Harry. Miał zdecydowanie dość ludzi próbujących decydować o jego życiu. Jeśli w tym przypadku była to mama Rona, tym gorzej dla niej.
Wszyscy na niego patrzyli, osłupieni jego wybuchem. Dał sobie czas, żeby ochłonąć. Kiedy się odezwał, brzmiał już zupełnie inaczej. O wiele spokojniej, nawet trochę niepewnie.
- Słuchajcie, muszę wam powiedzieć coś jeszcze. - nadal nie wiedział, jak to ująć. - To bardzo ważne, żebyście zrozumieli. - postanowił zacząć od początku. - Wiecie, że jestem wilkołakiem. Potwierdzili to u św. Munga. Widzieliście, że nie odebrałem tego zbyt dobrze. - bliźniacy zachichotali na to niedopowiedzenie, ale nie przerywali mu. - Chcę wam powiedzieć, że jest gorzej, niż myślicie. - Jak miał to przekazać? Już się przekonał, że 'jestem potworem, macie mnie unikać' nie osiąga zamierzonego skutku. Hermiona o to zadbała. - Pamiętacie, że Greyback był na tyle szalony, że gryzł ludzi nawet poza pełnią, a nie tylko w czasie przemiany? Najwyraźniej mam to po nim. - odczekał, aż informacja się wchłonie. Otrzymał bardzo różne reakcje, od oszołomienia, przez niedowierzanie, aż po czujność - pan Weasley wyciągnął różdżkę, choć jeszcze w niego nie celował.
- Ugryzłeś już kogoś? - zapytał nerwowo. "Jeden rozsądny człowiek" pomyślał Harry. Rodziny trzeba bronić, nawet przed przyjaciółmi.
- Jeszcze nie. Nikogo nie zaraziłem. - "Chociaż to tylko kwestia czasu." - Ale dostałem szału przy Dumbledorze i się na niego rzuciłem. Gdyby nie Moody, pewnie bym go zabił.
- Ale teraz jest w porządku. - dodała szybko Hermiona. - Harry wypił eliksir tojadowy, który na niego działa. A Dumbledore ma się dobrze.
"Nie dzięki mnie" przypomniał sobie te słowa. Powstrzymał się przed wypowiedzeniem ich, zobaczywszy, że Artur się uspokoił.
- Po-pokonałeś Albusa Dumbledore'a? - wydukał Ron. - Zajebiście!
- Młody człowieku! Co to za słownictwo?!
- Nie Harry, tylko to coś, co nad nim zapanowało. - poprawiła Hermiona.
- Wilk. - odezwał się Remus. - Nazywajmy rzeczy po imieniu.
- No dobra, wilk. Chodzi mi o to, że to nie Harry.
- Nawet gdybym to był ja, to marne zwycięstwo. Złamałem mu rękę i wytrąciłem różdżkę, ale to tylko ze względu na element zaskoczenia.
- Złamałeś rękę Dumbledore'owi?! Super!
- Ron, przestań się cieszyć jak głupi.
- Ginny, słownictwo!
Powstał kompletny chaos, który przyprawiał Harry'ego o ból głowy. Strasznie go to denerwowało, ale z drugiej strony cieszył się, że wywar z tojadu rzeczywiście powstrzymywał jego wewnętrznego wilka - inaczej musiałby się bardzo wysilać, żeby nie pozabijać tych wszystkich ludzi.
- Spokój! - zarządził w końcu Artur. Wszyscy nagle zamilkli i spojrzeli na niego w zdumieniu. Jeśli najspokojniejszy z Weasleyów podnosi głos, to znaczy, że coś się dzieje. - Dziękuję, że nas ostrzegłeś. - zwrócił się do Harry'ego. - Nie zmienia to jednak naszego podejścia do ciebie. Molly ma rację, jesteś dla nas jak członek rodziny. Chociaż oczywiście nie będziemy cię tu zatrzymywać. - tutaj spojrzał na swoją żonę. - Prawda?
Pani Weasley była oszołomiona. Przez te wszystkie lata mąż ani razu nie podniósł na nią głosu, nigdy się nie zdenerwował, rzadko kiedy zgłaszał jakikolwiek sprzeciw. Jedyne, na co mogła się zdobyć w tej chwili, to kiwnięcie głową.
- Wspaniale. - mężczyzna klasnął w dłonie. - W takim razie możemy już zostawić ten temat i wrócić do świętowania. Przecież to szczęśliwy dzień dla Harry'ego! To co, czas na prezenty?
Przypis:
Hej!
Z każdym kolejnym rozdziałem coraz bardziej się cieszę, że piszę tę historię (mam nadzieję, żę Wy też!)
To jak dotąd najdłuższy rozdział i jednocześnie najprzyjemnieszy w pisaniu (przypadek? Nie sądzę). Chociaż nie każdemu przypadnie do gustu motyw pt. "Harry i Hermiona idą na hot-dogi i zachowują się dziwnie", chciałem na chwilę odejść od bardziej poważnych spraw. W końcu im też się należy chwila wytchnienia, nie?
Z tego miejsca dziękuję Merill9804 i Green Broccoli za konstruktywne uwagi odnośnie tekstu (przydały się już w tym rozdziale).
Następny rozdział będzie trudny do napisania, ale mam nadzieję, że się uda do końca przyszłego tygodnia.
Mam nadzieję, że ten rozdział tłumaczy równie dużo, co miesza.
To tyle.
Do następnego razu,
BerserkLittleCook
