Młody, nieprzyjemny ork dołącza się do kompanii, aby pomóc zmasakrować szkarłatnych rycerzy – wszyscy to uwielbiamy ! Relacja Koltiy i Bellan się pogarsza (naprawdę?).

Białowłosa draeneï otworzyła cicho drzwi i weszła do niewielkiej sypialni. Dwie pochodnie oświetlały komnatę słabą, błękitną smugą. Na ścianach były rozwieszone anatomiczne ryciny, a na stole leżały rόżnej wielkości noże i skalpele, flakony i flakoniki, gazy i bandaże aptekaża. Na łόżku, pod miękką kołdrą z norek, leżała nieprzytomna biała elfka, jej miedziane loki marnie opadały na poduszkę. Irdii usiadła na łόżku.

-Jesteś oficjalnie bohaterką Hebanowej ostoji, okrzykniętą cię nowym championem. –powiedziała cicho. –Poza tym nic ciekawego się nie stało. Mamy nowe zadanie do wypełnienia, ja, Mov'Jin i Nùmiel. Potrzebujemy czwartego rycerza aby nam pomόc, więc musisz się szybko obudzić. -Draeneï westchnęła, wiedziała, że nikt nie odpowie. –Musisz się obudzić bo... –urwała i pokręciła głową. Po chwili wstała i wyszła.

-No i? –spytał elf o czarnych włosach, opierając się o ścianę.

-Nic. Jak wczoraj. Wątpię, że aptekarz robi wszyskto co w jego mocy... Znaleźliście kogoś, kto mógłby nam pomóc?

Trol pokiwał głową i machnął reką aby za nim poszli. Na następnym poziomie ćwiczył młody ork.

-Witaj.–powiedział troll. –Mamy zadanie do wypełnienia, idziesz z nami?

-Spierdalajcie. –rzucił, nie przestając ciąć manekina.

Irdii spojrzała po swoich kompanach, podnosząc brew.

-Słuchaj. Ty nam pomożesz, a w dodatku pokażesz szefom, że się na coś przydajesz. Wszyscy na tym wygrywają. –powiedziała draeneï.

-Niczego nie muszę pokazywać. -ork schował miecz do pochwy i załorzył ręce na piersi.- Co ja na tym zyskam? –spytał drapiąc się po krótkiej brodzie.

- I co z tego będę miał? –zapytał.

-Ćwierć nagrody. –powiedział elf.

Ork chwilę przyglądał się trόjce, wreszcie, na jego twarzy pojawił się drwiący uśmiech.

-Nie było z wami elfki? Nie ta tutaj, inna...-powiedział spoglądając na Nùmiela –Co ją okrzykneli... chempionem...

-Narazie nie jest w stanie nam pomόc. –powiedział trol.

-Nie jest w stanie , co? -ork się roześmiał pokazując idealnie białe zęby.- Wrόciła do gniazda tylko po to, żeby tu umrzeć. Nie miejcie nadzieji.

Zapadła cisza. Irdii opadły ręce.

Irdii odwiedzała ją regularnie, ale czas płynął i Bellan nie budziła się. Lubiła ją, była wytrwała i odważna. Lubiła walczyć przy jej boku. Ale, Bellan miała wybór. Nikt jej nie zmusił. Wiedziała jak się to może skończyć. Może powinna była iść za nią, uratować mistrza Deathweavera. Nie powinna była jej zostawić samej.

-Niech wam będzie.-odezwał się wresz cie ork, widząc, że nie odchodzą.–Zwę się Dsh. Co to za zadnie ma być?

-Mamy wspiąć się na wόz w kopalni i dostać się na statek szkarłatnych krzyżowcόw. –powiedziała Irdii.

-Nie brzmi trudno.

-Na statku będą armaty, ktόrymi mamy zabić stu krzyżowcόw.

Zabili ostatniego strażnika kopalni i schowali trupy za krzakami. Kopalnia, prawdę mόwiąc, nie była dobrze strzeżona. Wszystkie siły były przegrupowywane na plaży, czekając na dalsze rozkazy, ostatnie ładunki zostały wysyłane na statki. Schowali się po dwoje, w dwόch wagonach i czekali niecierpliwie, aż przyjdą gόrnicy, aby je zabrać. Tak jak mόwił dowódca Thalanor, nikt nie sprawdzał zawartości wagonόw. Słyszeli śmiechy zapitych rycerzy i krzyki kapitana. Wreszcie, wagoniki się zatrzymały. Poczekali, aż kroki ucichną i pierwsza wynurzyła się Irdii, wyskakując na pokład.

-Jesteśmy na miejscu. –powiedziała, omiatając wzrokiem statek. Na jego pokładzie były trzy, wielkie na 13 stόp, potężne armaty. Taka broń mogła siać zniszczenie na kilka mil, może nawet kilkanaście.

-No to do roboty. –powiedział Dsh, siadając przy pierwszej armacie.

-Ja będę pilnować wiejścia na statek. –rzekł Mov'Jin, wszyscy zajeli pozycje, strzelili.

Na plaży, wszyscy spanikowali, nikt nie zauważył wrogów na statku, zbroje, włosy i tabardy zajęły się ogniem, wrzaski bόlu doszły do uszu rycerzy śmierci, pierwsze trupy padły na ziemię. Pociski armatnie dosięgnęły brzegu, wiatr przywiał do nich zapach pieczonego ludzkiego mięsa. Podzielili się wybrzezem, Dsh zajmował się tymi śmiałkami, ktόrym udało się choć zbliżyć do statku. W kilka minut, tylko jednemu udało się dostać na pokład, lecz szybko z niego spadł, z rozpłatanym czołem.

-Na brzeg ! –krzyknął Nùmiel.-Trzeba rozwalić katapultę!

Na brzegu, szkarłatni rycerze ładowali katapultę. Było za pόźno, strzała uderzyła w pokład. Irdii wyskoczyła zza armaty zanim wybuchła. Problemem katapulty była jej siła rażenia. Po wystrzeleniu, broń przesuwała się i traciła cel, ktόry trzeba było na nowo ustawiać. Zanim znόw mogła uderzyć, Dsh wystrzelił i zmiόtł ją z powierzchni ziemi.

Lecz to nie był koniec. Z krzykiem, rycerze biegli w kierunku statku aby odebrać go z rąk nieprzyjaciela. Irdii zajęła miejce przy Mov'Jinie. Pierwsi śmiałkowie wspinali się już po statku, niebyli to jedak zwykli rycerze, lecz paladyni. Łączyli niezwykłe zdolności w walce wręcz, lecz także zdolności lecznicze. Nie byli prostymi przeciwnikami. Walka wrzała na pokładzie. Uderzenia mieczami i tarczami nie były wysarczająco silne aby pokonać draeneï i trola. Białowłosa dorόwnywała siłą swoim męskim pobratymcom, niestety było ich tylko dwoje, a paladynόw przybywało z każdą chwilą. Elf doskoczył, aby im pomόc. Irdii uderzyła kopytem jednego z przeciwnikόw i mocnym cięciem rozpłatała jego hełm, musiała dostać się do armat. Nùmiel rzucił jej pytające spojrzenie, lecz już wiedział o co jej chodziło. Ludzi było oraz więcej, draeneï chwilę dłubała przy armacie.

-Teraz ! –krzyknęła Irdii i wyskoczyła za burtę, trzej rycerze śmierci za nią.

Uciecha szkarłatnych paladynόw była krόtka, ułamek sekundy pόźniej statek eksplodował. Czwόrka rycerzy była już w wodzie, lecz ciężka zbroja ciągnęła ich pod wodę. Dsh i Mov'Jinowi udało się wypłynąć na plażę, ork usiadł oddychając ciężko, nie widać było jednak Irdii ani Nùriona.

-Musimy im pomόc. –powiedział troll zciągając zbroję.

-Tego nie było w kontrakcie.

Troll rozprostował się na całą swoją wysokość, lecz nie miał czasu wykłόcać się z orkiem. Dsh wywrócił oczami, zdenerwowany, ale wstał zbliżając się do wody. Wpadł na elfa, który, z trudnością, próbował wyjść z morza na czworaka, plując wodą. Ork chwycił go za kołnierz i wyciągnął na plażę. Troll zanurkował. Draeneï nie były stworzeniami urodzonymi do pływania. Były wysokie, o rozbudowanej muskulaturze, wraz z kopytami pełnej zbroi... Białowłosa była już głęboko. Mov'Jin zaurkował w jej stronę i chwycił ją. Wreszcie wyciągnął ją na plażę, wycieńczony. Chwilę nie ruszała się, wreszcie odkaszlnęła i ztoczyła się na bok.

Bellan powoli otworzyła oczy. Obruciła głowę na bok, za oknem ukazywały się jej oczom gόry, w całym ich majestacie. Powoli sprόbowała wstać, lecz opadła na poduszkę krzywiąc się, rana goiła się wolno. Nie wiedziała ile dni spała, ile czasu minęło i co się stało od kiedy wrόciła.

-Nie ruszaj się.

Znała ten głos. Zimny baryton. Obróciła się i zobaczyła tą smukłą twarz, wygojoną. Koltira siedział na krześle, ręce splecione na piersi.

-To jedna z rzadkich wad. Rany nigdy nie goją się do końca. –Koltira zbliżył się do łóżka.

Jego oczy były chłodne, ale inne, niż zazwyczaj. Usiadł na łóżku i wziął jej dłoń w swoją, zciągając bandaż. Miejscami dalej brakowało skóry. Musnął ranę palcem, zadrżała pod jego dotykiem. Bellan czuła się niezręcznie, gdy egzaminował jej ramię, pokryte siniakami, które sam zrobił. Wysunęła rękę. Zamias poinformować ją, o tym jaki był dzieć, jakie były ostatnie rozkazy króla, siedział przy niej, spoglądając na nią arogancko i ozięble, wręcz zadowolony z jej ran. Nie potrafiła tego zrozumieć.

-Dlaczego przyszedłeś, panie?

-Aby sprawdzić, czy już umarłaś, czy jeszcze nie. –powiedział sucho, czekając na jej reakcję.

Jej żołądek podskoczył jej do gardła, nasilając ból, już trudny do wytrzymania. Miała wrażenie, że była dla niego zwerzątkiem, zabawką. Mimo wolnie, łza popłynęła po jej policzku, nie wiedziała, czy było to z powodu bólu fizycznego, czy psychicznego... albo obu.

-Odejdź. –rozkazała Bellan, równie zimnym głosem.

Zbliżył swoją twarz, wytarł łzę opuszką. Nienawidziła go, nienawidziła. Jej wrogość do niego wzrastała, gdy głaskał jej policzek i szyję. Lecz najbardziej nienawidziła siebie samej, za to, że drżała pod jego dotykiem i pragnęła aby kontynuował. Na jego twarzy pojawił się słaby uśmiech. Wstał.

-Tak właściwie...-powiedział, kładąc rękę na klamce do drzwi.- Dziękuję, za uratowanie mi życia.