Kawałek globu dalej miłość przy współudziale apatii zbierała wcale ładne żniwo w postaci worków pod oczami oraz długich, pełnych nostalgii westchnień.
Yuuri - ten sam Yuuri, który z pobudkami miał więcej niż problem, nie, one były jego piętą Achillesową, jego ostatecznym bossem, osobistą apokalipsą - o godzinie 5:40 już nie spał. Nie była to jednak ani zasługa Mistrzostw Japonii, bo te odbywały się dopiero za trzy dni, ani też żadnego skutecznego budzika. Yuuri nie mógł już spać, ponieważ wiedział, że nadchodziła rzadka okazja do porozmawiania z Viktorem.
Po wyjeździe ukochanego do Petersburga zegar biologiczny Katsukiego dość nagle i boleśnie zaczął odczuwać rozłąkę, serwując mu na dzień dobry problemy ze snem, zespół niespokojnych nóg, syndrom suchych oczu... A nawet lekkie omamy, szczególnie gdy wpadający na jakiś pomysł Japończyk robił dwa kroki w stronę sąsiedniego pokoju i już-już otwierał usta, żeby zawołać "Viktor!", kiedy uświadamiał sobie, że jego tutaj nie było. Wtedy Yuuri zatrzymywał się w rozkroku i stał tak, rozczarowany, zagubiony w sypialni cztery na trzy metry, dopóki nie odnajdywał go Makkachin i wilgotnym nosem nie smyrał po dłoni, sprowadzając człowieka z powrotem na ziemię. Nie pierwszy raz łyżwiarz odczuwał dysonans ze światem, ale po raz pierwszy umiał go nazwać po imieniu. Tęsknił. Jak cholera. Jak jasna, bolesna cholera.
Właśnie dlatego Yuuri, chociaż miał święte prawo odpoczywać przed intensywnym dniem wypełnionym ćwiczeniami z Nishigorim, o absurdalnej godzinie 5:42 nie mógł zmrużyć oka. Przewracał się z boku na bok, nie wiedząc czy to już dobra pora żeby założyć okulary, czy jeszcze zdrzemnąć się choć na chwilkę. Nie chciał wyglądać przed Viktorem-trenerem jak pierwszorzędnie naćpany zawodnik. A Viktorowi-narzeczonemu nie chciał pokazać, jak niesamowicie było mu smutno.
I jak bardzo pożerał go lęk.
To, że denerwował się przed zawodami, nie stanowiło w sumie żadnej nowości. W końcu ten przykry stan towarzyszył mu właściwie przez większość życia, tak jak istniało brzydkie znamię lub krzywo wrastający paznokieć. Ale ostatnio strach wydawał się inny, jakby... bardziej dojmujący. Zabierał wszystkie siły i oplatał go od wewnątrz, poczynając od kruchego, szklanego serca. Powód mógł być tylko jeden - tak bolała samotność i to tylko tego rodzaju, jaką człowiek odkrywał dopiero po tym, gdy raz zasmakował bliskości. Od kiedy nie miał przy sobie ukochanego, Yuuriemu nagle zaczęło się zdawać się, że ostatni rok był tylko pięknym, bezsensownym snem. Im bardziej kochał Viktora, tym bardziej bał się go stracić. Pustka pozostawiona przez tak wielkie uczucie wydawała się niewyobrażalna już od samego myślenia, a co dopiero poradzenia sobie z nią.
Po wykonaniu na materacu chyba piętnastego z kolei piruetu Yuuri stwierdził, że żadnych punktów za te ewolucje raczej nie dostanie, a gdyby jakimś cudem miał zasnąć podczas równie intensywnego wiercenia się, to musiałby chyba cierpieć na ciężką odmianę narkolepsji. Po kolejnej minucie bezsensownego szamotania się w wygniecionej pościeli wreszcie odrzucił kołdrę z nóg. Katsuki wstał, złapał nieodłączną na czas separacji komórkę, po czym podreptał w jedyne miejsce, gdzie odnajdywał choć namiastkę spokoju. Do pokoju Viktora.
Wyszedł na korytarz, zrobił cztery solidne, zdecydowane kroki, po czym złapał za ramę i rozsunął tradycyjne japońskie drzwi na oścież. Dziwił się, że Viktor nigdy się na to nie skarżył - w końcu nie miał przez to absolutnie żadnej prywatności. Ale pewnie nigdy nie chciał mieć. Viktor cały czas w duchu liczył, że spragniony ciepła Yuuri kiedyś niepostrzeżenie wśliźnie się do sypialni, położy się obok niego i wtuli w chętną, wiecznie nagą i gotową na pieszczoty pierś. Przeliczył się. Och, jak bardzo się przeliczył... Po dziewięciomiesięcznej bitwie na przetrzymanie to Nikiforov na dwie noce skończył w łóżku Katsukiego, a szerokie rosyjskie łoże ostatecznie nigdy nie doczekało się dwójki ludzkich lokatorów.
A teraz Viktor nawet nie wiedział, że kiedy on ciężko ćwiczył w Petersburgu, koza wreszcie przyszła do woza. Do wielkiego, pustego woza. Yuuri zlustrował wzrokiem na wpół wyczyszczone pomieszczenie, z którego zostały wyniesione niemal wszystkie drobne graty świadczące o niedawnym pobycie trenera. Pnącza strachu oplatające wnętrzności Yuuriego zacisnęły się mocniej na ten widok. No właśnie. Nie było tu już ani książek, ani lamp, o które Viktor z takim zacięciem kiedyś się upraszał, ani pamiętnego marmurowego popiersia nieznanego autorstwa ni pochodzenia, ani matrioszek, w których Katsuki-niepoprawny-fan rozpoznał prezent z pewnych mistrzostw Europy. Wszelkie ślady bytności Viktora Nikiforova zostały niemal całkowicie zatarte na osobiste życzenie samego zainteresowanego. Swoją decyzję uzasadnił stwierdzeniem, że lepiej wysłać bibeloty teraz, bo po narodowych wpadnie już tylko po to, aby złapać w ramiona ukochanego i unieść go wprost do Petersburga. A do tego musiał mieć absolutnie wolne miejsce na rękach. Yuuri uśmiechnął się słabo, jakby trochę z musu. Nie wiedział, czy tej wypowiedzi też sobie nie wymyślił, a konieczność wcześniejszego nadania rzeczy do Rosji nie była tak naprawdę sennym majakiem, jaki stworzyła zepsuta wyobraźnia.
Katsuki przeszedł przez bankietowy pokój i wsunął się pod cienkie beżowe prześcieradło, przyciskając głowę do wciąż pachnącej Viktorem poduszki. Przymknął oczy, gdy skołatane samotnością serce uspokoiło się nieco i wyczerpany zapadł w coś na kształt snu na jawie. Odległy, nieco wywietrzały aromat znajomego szamponu do włosów mile połechtał łyżwiarza w nos. Przynajmniej tyle jeszcze utwierdzało go w przekonaniu, że ukochany idol naprawdę tu był, mieszkał, spał, jadł, trenował i kochał...
...znaczy - kąpał.
Miał na myśli "kąpał".
Tak, kąpał się.
Yuuri westchnął, przekręcając głowę w taki sposób, że schował twarz w wygniecioną od regularnego przytulania poduszkę. Kogo chciał oszukać. Na pewno tylko on kochał w ten szaleńczy, pozbawiony granic sposób, który wywoływał wizje minionych chwil i dopisywał do nich ciąg dalszy znacznie wykraczający poza zdrowy rozsądek. Tylko on chciał powtórzyć wyjście na festiwal, ale tym razem poprawnie, w yukatach, by móc całą noc obserwować ten uroczy, przypominający serce uśmiech na twarzy towarzysza. Tylko on wciąż liczył na ponowny spacer na podobieństwo tego w Barcelonie, gdzieś, gdziekolwiek, byle obok, byle razem. I tylko on pragnął wciąż ćwiczyć wspólny występ do gali, usprawiedliwiając przed samym sobą, że chodziło wyłącznie o technikę, a nie o godziny wypełnione śmiechem i nieudanymi próbami. Że te upadki, podczas których lądowali na sobie nawzajem, chroniąc głowy i przepraszając pocałunkami, tak naprawdę nic nie znaczyły.
Brzęczenie komórki wyrwało na wpół śpiącego mężczyznę z dalszych przyprawionych melancholią myśli. Pospiesznie chwycił komórkę i zerknął na wyświetlaną fotografię, aby upewnić się co do prawdziwości połączenia. Był tam - oświetlany przez poranne słońce, łagodnie uśmiechający się Viktor. Miał lekko pytające spojrzenie, bo w tamtym momencie zupełnie nie rozumiał, czemu Japończyk wyglądał na tak szczęśliwego, robiąc mu zwykłe zdjęcie. Nie wiedział, że to wcale nie było "zwykłe zdjęcie", ale pamiątka, która należała tylko i wyłącznie do Yuuriego. Fotografia przypominała mu o ukochanym, kiedy ten mógł wesprzeć Katsukiego jedynie głosem. Widok jedyny w swoim rodzaju. Zupełnie nieznana normalnym ludziom prywatna strona utytułowanego idola. Skradziony na własność moment niczym zamknięta w szklanej kuli, obsypana śniegiem chatka.
Jego Viktor.
Zapatrzył się w te znajome sześć liter, wiszące między przyciskami odbierania a zdjęciem osoby dzwoniącej. A jednak istniało coś poza jego głową, coś namacalnego, czekającego na niego, być może nawet tęskniącego tak bardzo jak on.
Po kilku chwilach połączenie zniknęło wraz z gasnącym ekranem, a Yuuri drgnął, uświadamiając sobie, że najmilsze dopiero na niego czekało. Wyskoczył z wygrzanego łóżka i pobiegł z powrotem do swojego pokoju, by po kilkunastu trwających wieczność sekundach uruchomić Skype'a. Wybrał z krótkiej listy odpowiednie imię i kliknięciem rozpoczął połączenie wideo. Sięgnął po leżące na biurku okulary, po czym skupił wzrok na ekranie, czując narastającą radość. Nareszcie.
Szara grzywka zafalowała radośnie, kiedy jej właściciel uzyskał obraz i zobaczył na swoim laptopie pochylającego się w stronę kamerki mężczyznę.
- Yuuri! - dobyło się z głośników, na co po japońskiej stronie globu Katsukiemu od razu ubyło pięć kilo zmartwień. W zamian uzyskał jedno, ale za to jakże cenne wspomnienie do kolekcji.
- Viktor. - Nie mógł powstrzymać uśmiechu, gdy spostrzegł, że pierwsze co zrobili w ramach powitania to zawołali się nawzajem. W końcu tego brakowało im najbardziej: dźwięku swojego imienia w ustach ukochanego.
Przygnębienie jakby gdzieś uleciało, a ciężar uciskający serce znacznie zelżał, kiedy Yuuri widział przed sobą znajome błękitne oczy, delikatnie zaczerwieniony nos, cienkie brwi, wygięte w przyjazny łuk wargi... Przynajmniej na ten krótki moment znów było po staremu. Czy, będąc zupełnie szczerym, na pół godziny, jak ustalili w przypływie opamiętania, gdy pierwszego dnia rozłąki Mari z pomocą niezastąpionej ścierki wygoniła Yuuriego na trening, a Viktor okupił prawie trzygodzinne pochylanie się nad laptopem zesztywniałym karkiem. W sprzyjających warunkach potrafili gawędzić o wiele, wiele dłużej, nie mówiąc już o stanie tak awaryjnym jak półtoratygodniowa rozłąka. A po prostu gapić się na siebie mogli dosłownie całe dnie.
Ale rozkazy z góry były rozkazami z góry i nie dało się z nimi dyskutować. Po wymownych spojrzeniach Nishigoriego, łypiącego złym okiem na Yuuriego po czterech z rzędu zawalonych salchowach oraz krzykach Yakova, gdy Viktor robił tak krzywe piruety "jakby mu się mózg przebiegunowywał", przystali na pakt o nieprzesiadywaniu na Skypie dłużej niż trzydzieści minut. Problem stanowiły również różnice w strefach czasowych oraz fakt, że ich grafiki były obecnie tak mocno napięte, że nawet kiedy jeden miał przerwę na obiad i mógłby spokojnie zadzwonić, drugi w tym samym czasie najprawdopodobniej spał albo trenował. Stwierdzili, że najbardziej stabilnym punktem w ciągu doby był moment, gdy u jednego panowała północ, a u drugiego wstawał blady świt, więc cierpliwie czekali z limitem pogaduch na tę właśnie chwilę. W duchu uważali jednak taki stan rzeczy za straszliwą niesprawiedliwość, co Mari ostatecznie skwitowała stwierdzeniem, że przecież co ich nie zabije, to wzmocni.
A jak kocha, to poczeka.
- Nie chciałbym niszczyć nastroju, ale wyglądasz okropnie - zauważył Viktor, kiedy wreszcie zdecydował się przerwać romantyczną ciszę trwającą dobre pół minuty, po czym mrugnął. - Jakby jakiś niedźwiedź złapał cię za nogę i siłą wywlekł z łóżka.
- Hahaha. Po ataku niedźwiedzia, szczególnie takiego z Hokkaido, prędzej pożegnałbym się z nogą niż z urodą. A przy okazji z karierą łyżwiarską - odparł Yuuri, próbując wygładzić rozczochraną grzywę. - Myślałem, że przyjmujesz interesantów bez ubrania się na galowo? - zripostował, zerkając wymownie na zieloną yukatę.
- Zdecydowanie bardziej wolę cię w takim stanie. Zresztą, gdybyś założył ten błękitny wybryk natury, to żaden garnitur od Louisa Vitton by już nie pomógł... - zaśmiał się Viktor. - Normalnie ostatni krzyk mody. I pierwszy rozpaczy.
- Ej, to mój najlepszy krawat! - zauważył z przekąsem Katsuki. Rosjanin westchnął ciężko, jakby przytłoczyła go powaga informacji, co ukochany uważał za "najlepsze". Aż bał się wypytywać o te "najgorsze". - Zupełnie nie rozumiem, o co ci z nim chodzi.
- Traumatyczne wspomnienia - rzucił w iście telegraficznym skrócie, a potem przybliżył w stronę kamery niczym gliniarz na przesłuchaniu. - A teraz przyznaj się... Gdzie go schowałeś?
Yuuri uśmiechnął się przebiegle. Tym jednym razem odległość miała swoje plusy.
- Grasz złego czy dobrego policjanta? - zapytał, kładąc głowę na opartej o blat biurka ręce.
- A jakiego wolisz?
- Viktor, nie odpowiadaj pytaniem na pytanie. - Yuuri przez chwilę stukał palcem wskazującym w policzek, zastanawiając się teatralnie. - W sumie może być zły. Nigdy cię takiego nie widziałem. Nie licząc... no.
- Proszę bardzo - Viktor odkaszlnął, a potem uniósł dłoń ułożoną w prowizoryczny pistolet i zmodulowanym do dolnych rejestrów głosem wychrypiał: - Mów, gdzie krawat.
Yuuri zaczął się śmiać. I to jak cudownie głośno się śmiał! Gdyby nie to, że szybko przypomniał sobie o pozostałych domownikach i czym prędzej zasłonił sobie usta, jego głos mógłby wprawić w drżenie całe biurko. Co chwila zerkał w ekran laptopa, wprost na zachowującego powagę Viktora, to znów wybuchał nowym paroksyzmem chichotu, aż zaczęły go boleć mięśnie między żebrami, a Makkachin przyszedł skontrolować, co dolega jego drugiemu pańciowi. Yuuriemu wydawało się, że minęły całe wieki, od kiedy ostatnim razem tak się cieszył, ale nawet nie podejrzewał, że prawda była zdecydowanie mniej okazała i bardziej trywialna. Bo tak naprawdę... upłynęły zaledwie cztery dni.
Gdy wreszcie głupawka minęła, Yuuri rozłożył ręce na boki, trochę jakby w geście poddania się, a trochę wzruszenia ramionami na tę parodię filmów gangsterskich.
- Jest w dolnej szufladzie komody... - wydusił z siebie.
- Spasiba - oznajmił Viktor swoim normalnym, radosnym głosem. - Jak tylko wrócę z narodowych, to wezmę podpałkę do grilla i komisyjnie spalę twój krawat na oczach wszystkich w Yu-
- ...ale jutro już nie będzie - dokończył Katsuki z niewinnym uśmiechem, układając głowę na splecionych dłoniach.
- Yuuuri! - jęknął przeciągle, na co Japończyk parsknął raz jeszcze.
- Tak szybko go nie dorwie... - Yuuri machnął uspokajająco ręką, ale szybko przerwał, bo zasłonił usta dłonią i ziewnął tak potężnie, że aż łzy stanęły mu w oczach. Potem odetchnął głębiej i sięgnął palcem pod okulary, aby otrzeć wilgotne rzęsy. - Och, przepraszam.
Mina wyraźnie zrzedła Viktorowi, a w zamian na jego twarzy pojawił się grymas zatroskanego trenera.
- No tak, obudziłem cię... - zauważył, ale Yuuri natychmiast potrząsnął głową.
- Nie obudziłeś - zaprzeczył i po chwili wahania wreszcie zdradził: - Czekałem. Codziennie czekam.
"Uhm" mruknął Viktor, próbując powstrzymać delikatny, nieco niepewny uśmiech roztkliwienia. Wymowne milczenie przeciągało się, a beztroski nastrój powoli wygasał wraz z bezlitośnie mijającym czasem.
Wszystkie dzielące ich kilometry niewzruszenie trwały na swym posterunku rzeczywistości. Nie trzeba było zamykać kochających się łyżwiarzy w więziennych celach ani nawet wysyłać na drugi kraniec świata, żeby odczuli ból prawie tak dotkliwy jak fizyczna kara. A może nawet gorszy, bo rany z czasem się goiły, podczas gdy każda sekunda wydawała się dla duszy wiecznością. Brak możliwości dotknięcia siebie nawzajem była najgorszą rzeczą, jaka mogła się przytrafić ludziom, którzy zaczęli traktować siebie nawzajem jako niezbędny element życia. Muśnięcie dłoni zamiast powitania, pocałunek w policzek jak poranna kawa, objęcie ramionami w nagrodę za udany skok, trącenie nosem jako upomnienie, broda oparta na ramieniu podczas oglądania telewizji, ręce zaplecione w pasie przy marudzeniu... Każda czynność miała swój wypracowany w ciągu ostatnich miesięcy ceremoniał, którego z zaangażowaniem przestrzegali, a nawet rozwijali, dodając do długiej listy kolejne punkty, dla których mogli się dotknąć lub sekundę dłużej zastygnąć w objęciach. A teraz ktoś im to wszystko odebrał, nakazując żyć, nie, dawać z siebie wszystko. I dawali - na dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Sto mogli wyłącznie razem.
- Jutro... Znaczy, dziś wyjeżdżamy do Jekaterynburga - oznajmił w końcu Viktor, znów przybierając ten swój spokojny, profesjonalny wyraz twarzy zaprawionego w kontaktach z mediami idola. Ale na Yuurim nie robiło to już żadnego wrażenia. Zamiast grzecznie przytaknąć, Japończyk nagle zmarszczył brwi i spojrzał na partnera z wyraźnym wyrzutem.
- Viktor! Jeszcze przed chwilą zamartwiałeś się o moją pobudkę, a to ty musisz odpocząć! - Katsuki zrobił tak gwałtowny ruch ręką jakby chciał się rozłączyć, ale Rosjanin niemal natychmiast go powstrzymał.
- Nie, nie, spokojnie! - Wyciągnął dłoń, jakby próbował chwycić Yuuriego za nadgarstek, ale cztery centymetry przed ekranem spostrzegł, że od ukochanego nie dzieliła go plastikowa płytka, ale cała szerokość Azji. - Dziś mieliśmy dłuższy trening, dlatego jutro wstaję później. Zresztą, to tylko trochę ponad dwie godzinki lotu. Żaden problem - wyjaśnił.
Yuuri nie wydawał się uspokojony tym zapewnieniem.
- Dużo ostatnio latałeś - przypomniał, wycofując rękę, by wraz z drugą spleść ją na wysokości brzucha.
- Ale ja się wysypiam. W porównaniu do niektórych. No wiesz. Cup of China. Przed dowolnymi. - Viktor mrugnął wymownie, na co Japończyk westchnął z wyraźnym ubolewaniem.
- Jeśli tylko nie leżałbyś na mnie plackiem, to może dałbym radę... - mruknął, chyba bardziej do siebie niż do rozmówcy, a potem przechylił głowę w bok. - Dobra, remis. Zostawmy już to nieszczęsne spanie. Dobrze się odżywiasz?
- Oczywiście - odparł radośnie Viktor, ale zbyt szybka odpowiedź i tak zwróciła uwagę Yuuriego.
- No to co jadłeś na kolację? - padło pytanie.
- Krewetki... - zaczął Viktor i nagle zawiesił głos. Yuuri zwęszył podstęp. Przecież to nie brzmiało jak nazwa pożywnego dania.
- Same? - dociekał, błyskając okularami, kiedy pochylił się nieco w stronę laptopa.
- Ej. Myślałem, że to ja tu gram złego policjanta! - zażartował Viktor, jakby chciał dać sobie kilka sekund dodatkowych do namysłu. - Nie, nie same. Z warzywami. Tak sobie pytasz czy chcesz wydusić ze mnie przepis?
- Nie... Tak tylko - ustąpił wreszcie Yuuri, uciekając wzrokiem w stronę kaktusa, który dzielnie żył mimo regularnego zapominania o nim. - Po prostu pomyślałem, że pewnie tęsknisz za... za katsudonami.
Viktor zaśmiał się cicho, a Yuuri tylko westchnął, pojmując, że przegrał ten pojedynek na spytki. Pauza w zdaniu była zdecydowanie zbyt długa i wymowna, żeby obaj jej nie dostrzegli. Faktycznie, to nie o to słowo zaczynające się na "katsu" chciał zapytać. Tak naprawdę pragnął wiedzieć, czy mężczyzna też czuł się źle bez niego, czy również tracił apetyt, czy z trudem zasypiał, czy miewał niepokojące myśli, czy wydawało mu się że to wszystko jest bez se-
- Owszem, tęsknię - przyznał wreszcie Viktor, patrząc ciepło na Yuuriego. - Szczególnie za takim jednym konkretnym, najseksowniejszym katsudonem na caaałym świecie.
Nie podziałało. Japończyk, zamiast odeprzeć żarcik jakimś głośnym "no wiesz?" albo "bardzo śmieszne", jedynie skinął głową na znak zrozumienia czy raczej... obojętności.
- Yuuri? - Viktor zmrużył oczy, próbując dostrzec coś więcej w nieco rozpikselowanym obrazie komunikatora. - Coś nie tak?
Jednak Yuuri wciąż milczał jak zaklęty, walcząc z samym sobą. Ukradkiem spoglądał na narzeczonego, na jego błyszczące, błękitne oczy, rześki uśmiech, wilgotne, jasnoszare włosy. Jednocześnie czuł, że był poddawany równie bacznej obserwacji, kiedy Rosjanin wpatrywał się w niego, w jego rozczochrane włosy, nieco spadające z pochylonej głowy okulary, lekko podkrążone oczy, zgarbioną sylwetkę. Tak, różnica była kolosalna. I to też przerażało Yuuriego.
Nie mógł powiedzieć, co go trapiło, a na pewno nic, co utrudniałoby sprawy jeszcze bardziej. Przecież wiedzieli. Rozumieli, że dla każdego z nich ostatnie dni nie były przyjemnym spacerkiem, tylko czasem wytężonej pracy i mentalnego skupienia na najwyższym poziomie. Nie trzeba było jeszcze strzępić języka na jakieś niepotrzebne wyznania.
Nie trzeba było. Naprawdę. Nie trzeba.
- ...wszystko - wyrwało się Yuuriemu, kiedy wbijał wzrok w poznaczone przez rysik ołówka biurko. Mężczyzna zacisnął usta, jakby jeszcze przez chwilę siłą próbował powstrzymać cisnące się na język słowa, ale fizyczne bariery nic nie znaczyły wobec potoku emocji. - Wszystko jest nie tak od kiedy ciebie tu nie ma. Viktor, to boli.
Ukryte pod blatem dłonie zacisnął w pięści. Nie zamierzał płakać. Chciał sprostać oczekiwaniom Viktora, być silny nie tylko tam w środku, ale i na zewnątrz.
- Pewnie ciebie to tak nie rusza... Pewnie wcale nie rusza, bo masz się czym zająć... W końcu Mistrzostwa Rosji to nie przelewki, Yurio jest świetny, Georgi też na pewno nie odpuszcza... - starał się sformułować myśli, ale wciąż nie przychodziło mu to łatwo. Jeden fałszywy ruch i czekała ich powtórka z Barcelony.
Yuuri wziął głębszy oddech i spojrzał znów w stronę ekranu. Podbródek drgnął mu wyraźnie, kiedy zobaczył patrzącego na niego partnera, który nic nie mówił, tylko czekał, marszcząc brwi w wyrazie niemego niezrozumienia, trwogi, chęci przytulenia, ubolewania i miliona innych uczuć. W tym momencie hamulce Katsukiego puściły.
- Viktor, ja tu głupieję - wyrzucił z siebie. - Przez cały czas mam wrażenie, że coś mi się uroiło, że nigdy tu nie przyjechałeś, a ja staram się dla nikogo. Jestem jednym kłębkiem paranoi. Tylko teraz to już nie chodzi tylko o łyżwiarstwo, ale o ciebie. Cokolwiek robię, zastanawiam się, co byś powiedział albo jak byś mi doradził. A kiedy nie umiem sobie wyobrazić, wpadam w panikę. Nie wiem już, czy chcę to wszystko posłać do diabła i lecieć do Rosji, czy dać z siebie wszystko, żebyś był dumny... Nie, ja chcę, żebyś był dumny! Nie zniosę kolejnej porażki! Nie...!
Zdusił w sobie jedynie chęć dokończenia zdania, wykrzykując w myślach "Nie chcę przegrać, bo w końcu kiedyś stracisz cierpliwość i mnie zostawisz!". Oddychał ciężko, prawie astmatycznie. Czuł zarazem ulgę spowodowaną podzieleniem się obawami, jak i strach, że wszystko zniszczył swoją niedojrzałością oraz bezsensownym wywlekaniem lęków. To nie tak miało wyglądać. Mieli cieszyć się tym porankiem, mieli naładować akumulatory na cały dzień, mieli...
- Yuuri. - Viktor cichym, ale zdecydowanym tonem zwrócił się do ukochanego. - Nosisz obrączkę, prawda?
Katsuki spojrzał z zaskoczeniem na Viktora i natychmiast wyciągnął do kamery prawą rękę, aby pokazać błyskającą na niej ozdobę.
- Dlaczego miałbym tego nie robić? - zapytał Yuuri, ale Rosjanin to zignorował.
- Dobrze - przytaknął jedynie. - Więc zróbmy w ten sposób: za każdym razem kiedy poczujesz się nieswojo, spójrz na obrączkę. Upewnij się, że wciąż tam jest. Pocałuj ją.
Yuuri drgnął, niepewny jaki był cel tego nietypowego polecenia. Znaczy, bo to nie tak, że miałoby mu to sprawić jakąś przykrość... Wręcz przeciwnie - obrączka stanowiła jego najcenniejszy skarb, ba, gapił się w nią tak często, że od jej głupiego błyszczenia się powinien już do reszty oślepnąć. Ale jakkolwiek piękna nie była, wciąż nie mogła mu zastąpić prawdziwego Viktora. Mimo to zaintrygowany Yuuri powoli skinął głową, czekając, aż mężczyzna zdradzi coś więcej.
Szara grzywka zafalowała, kiedy zadowolony z efektu Viktor nachylił się nieco bardziej nad komputerem.
- Licz wszystkie te razy. Jeśli chcesz, zapisuj. Ale nie wstydź się i nie oszukuj, bo będę wiedział - poinstruował Rosjanin swoim spokojnym, głębokim głosem. - A kiedy za kilka dni wrócę do do domu i do mojego jedynego w swoim rodzaju mistrza Japonii, powiesz mi, ile razy było ci smutno. Wtedy porwę cię w ramiona i oddam ci każdy pocałunek, jaki złożyłeś na obrączce. Co do jednego, choćby miał być ich tysiąc - wyjaśnił, z uśmiechem obserwując, jak rumieniec speszenia wreszcie pokrywa policzki Yuuriego. - Niby obiecałem całować wyłącznie złoto, ale nie mówiłem, że obrączka jest objęta zakazem. I że muszę to robić bezpośrednio. Więc myślę, że jeśli tylko uznasz to za stosowne, to z chęcią wezmę pod uwagę taki aneks do umowy.
Katsuki naprawdę dzielnie starał się nie spaść z krzesła, ale przychodziło mu to z prawdziwym trudem, bo musiał jednocześnie ukrywać w rękach zaczerwienioną twarz, nie mogąc ani chwycić się za oparcie, ani podeprzeć o biurko.
- Viktor, ty... Ty naprawdę nie umiesz w pocieszanie... - szepnął Yuuri, spoglądając ukradkiem spomiędzy rozsuniętych palców.
- Nie? - zdziwił się rozmówca, unosząc wysoko brwi w najszczerszym zdumieniu . - Myślałem, że całowanie jest dobre na wszystko!
- Nie jest. Znaczy, jest. Ale nie ze wszystkimi - plątał się Yuuri, na co Viktor zamruczał znacząco.
- A ze mną? - zapytał Rosjanin.
- Z tobą... jest - przyznał po dłuższej chwili wahania Katsuki, zerkając jednym okiem zza rozcapierzonej dłoni. - Bardzo jest.
Uśmiech w kształcie serca, który rozbłysł chwilę potem na ekranie wysłużonego japońskiego laptopa, roztopił doszczętnie oplatające serce Yuuriego ciernie wątpliwości i oświetlił wczesny poranek o wiele skuteczniej niż leniwe, grudniowe słońce.
Katsuki nie mógł być pewien, czy wieczorem znów nie dopadnie go kolejny atak rezygnacji, ale teraz wiedział jedno - nie był sam. Nigdy nie był i musiał w to uwierzyć na tak długo, aż znów nie zwątpi. Ale na to miał już sposób w postaci obrączki i obietnicy Viktora, który choć miał niesamowicie słabą głowę do tego typu spraw, to jednocześnie po przypomnieniu nigdy nie łamał raz danego słowa. A tego z pewnością nie będzie chciał złamać.
Po rosyjskiej stronie Internetu rozległo się oddalone brzęczenie, w którym Yuuri rozpoznał alarm kończącego się czasu. Więc jednak.
- Tak bardzo nie w porę - westchnął Viktor, przelotnie zerkając na komórkę, a potem znów zwrócił się w stronę ekranu. - Dobrze, w takim razie... Teraz moja kolej na wielkie wyznania.
Odchrząknął, po czym wyraźnie spoważniał, a usta przybrały postać łagodnie wyginającego się w półuśmiechu łuku. Wyglądał trochę tak jak w czasie tego pamiętnego wieczora w Barcelonie, kiedy pod katedrą półsłówkami oraz wymownymi spojrzeniami zapewnili się o swojej miłości i wsparciu, a obrączkami, podświadomie lub nie, obiecali sobie w odległej przyszłości zrobić coś więcej. Coś znacznie więcej. Coś, czego Yuuri pewnie tak do końca nie dopuszczał do świadomości. Naiwnie tłumaczył samemu sobie, że owszem, pragnął spędzić resztę życia z Viktorem, ale złote krążki to był tylko taki symbol, coś bardziej na przyszłe szczęście, nie teraźniejsze.
Mylił się. Tak bardzo, bardzo się mylił.
- Yuuri. - Viktor zwrócił się do narzeczonego, po czym zawiesił głos aż do momentu, gdy Japończyk wreszcie odsunął dłonie od policzków i spojrzał wprost w ekran. - Nie wiem jakich słów ode mnie oczekujesz. Nie wiem też, dlaczego sądzisz, że mnie to nie rusza. Nie pojmuję, jak mocno wierzysz w moją siłę, ale zupełnie nie masz racji. W każdym punkcie. Jestem tak bardzo niedoskonały, jak tylko można to sobie wyobrazić. Yuuri - powtórzył i wyraźnie zwiesił ramiona, na jedną krótką chwilę ukazując prawdziwego, słabego siebie. - Yuuri... Ja nie mogę bez ciebie żyć.
Dłonie Katsukiego, zamiast do twarzy, powędrowały w kierunku klatki piersiowej, jakby to jego serce pokrył teraz rumieniec zawstydzenia. Nie spodziewał się tego. Absolutnie.
- Viktor, ja też... - zaczął, ale zaraz przerwał, widząc gest narzeczonego.
- Ciii. - Rosjanin przytknął palec wskazujący do ust, na migi nakazując milczenie. Potem wyprostował się i uśmiechnął łagodnie do Yuuriego, zupełnie jak wtedy, gdy usłyszał temat główny Katsukiego na Grand Prix czy spojrzał na podpisaną płytę z utworem do programu dowolnego. Jakby rozumiał. - Przecież wiem. Chyba powiedziałeś już absolutnie wszystko, co tylko się dało, żebym oszalał z miłości do ciebie. Nie zniosę ani jednego słowa więcej.
Gdy w powietrzu zawisło słowo "miłość", Yuuri poczuł niemal w każdym nerwie swojego ciała dziwny niepokój, coś na kształt mrowienia, drżenia, coś rozpierającego go od środka... A kiedy dziwny ni to szloch, ni to śmiech niemal wyrwał mu się z gardła, w końcu zrozumiał. Dopuścił do swojego mózgu to, co pragnął wiedzieć od momentu, kiedy tylko został sam. Co zawsze wiedział, bo kochał tego człowieka z szaleńczą wręcz ufnością. To nie było jednostronne. Nigdy nie było.
- No dobrze, ale dosyć tych czułości. Czas się zbierać - zwrócił uwagę Viktor, unosząc do góry swoją komórkę, by przypomnieć o limicie czasu. Yuuri szybko pokiwał głową, a Rosjanin uśmiechnął się szerzej, widząc żywszą reakcję ukochanego. - Obiecuję, że kiedy tylko dotrę do hotelu i się zakwaterujemy, wyślę ci obszernego mejla ze wszelkimi szczegółami. O tym, jak beznadziejny jest Jekaterynburg w porównaniu do Petersburga, dlaczego Yakov jest bardziej łysy niż zwykle, co zjadł na obiad Yurio i czemu to był barszcz, ile kilogramów cieni do powiek zabrał ze sobą Georgi oraz dlaczego muszę ukrywać się przed Milą w schowku na miotły, żeby zdać tę relację.
Bo bajecznie długiej i dowcipnej liście programowej Yuuri wreszcie się poddał i zaśmiał dźwięcznie na głos, na co Viktor też wyraźnie się rozpogodził.
- No. Teraz jestem pewien, że będę miał piękne sny - stwierdził radośnie Nikiforov, kiedy chichot ucichł, a wzdychający Japończyk zbliżył się do ekranu, aby skorzystać z ostatnich chwil rozmowy i na zapas napatrzeć się na zadowolonego partnera. - W końcu twój uśmiech mógłby obłaskawiać jednorożce!
- Jesteś głupi - stwierdził Katsuki, kręcąc z niedowierzaniem głową. - Ale przyznaję, że twój uśmiech też jest niezgorszy. W kategorii fantastycznych rzeczy... Solidny, uroczy krasnal.
- Yuuri!
- Ale bardzo kochany krasnal - uzupełnił ze śmiechem, ale szybko spoważniał, wzdychając. - I wiesz, Viktor... Przepraszam za wszystko.
- A ty jak zwykle przepraszasz... Może zacznij dziękować, co? Chyba nie jestem tylko od dzielenia się przyjemnościami? - Viktor mrugnął ostatni raz i pomachał ręką. - Nie przejmuj się tym i nie zapomnij do mnie pisać. To do jutra, Yuuri.
- Do jutra, Viktor.
Kiedy się rozłączyli, Yuuri pozwolił sobie jeszcze na pół minuty bezwolnego wpatrywania się w sufit. Echo głosu ukochanego, nawet jeśli trochę zniekształcone przez niedoskonały komputerowy mikrofon, wciąż przyjemnie wibrowało mu w uszach.
Viktor nie mógł bez niego żyć. Naprawdę nie mógł.
Yuuri wreszcie wstał i pospiesznie przebrał się w treningowe ubrania, po czym naciągnął na wierzch ciepłą kurtkę. Wyłączył laptop, dając staruszkowi czas na zasłużony odpoczynek, a potem zarzucił na siebie lekko przetarty, oczekujący przy biurku plecak z łyżwami. Dzięki odbytej rozmowie zdecydowanie raźniejszym krokiem przeszedł przez cały korytarz i zbiegł na dół, podążając ku wyjściu z zajazdu. Dopinając na piersi ostatnie sprzączki, zgarnął z blatu przygotowane przez mamę śniadanie, a potem wsunął stopy w pozostawione przy wyjściu adidasy. Pożegnał się z pracującymi od wczesnych godzin porannych rodzicami i ruszył wraz z czekającym przy kontuarze Makkachinem na poranny bieg aż do Ice Castle.
Biegnący Japończyk spojrzał w granatowe niebo, wciąż ciemne z powodu późno wstającego, grudniowego słońca. Kolejny dzień. Kolejny dzień bez Viktora, który był również dniem, który przybliżał do ponownego spotkania z nim. Tak chciał myśleć.
Ledwie dostrzegalny błysk zwrócił uwagę Yuuriego. Łyżwiarz podniósł prawą rękę, przypatrując się obrączce, a potem zbliżył dłoń do twarzy i na próbę musnął ustami. Myśl, że za kilka dni w miejscu chłodnego metalu pojawi się Viktor, dziwnie zelektryzowała Katsukiego. Sapnął, odrywając wargi od ręki i przyspieszył kroku. Mimo to nie mógł ukryć uśmiechu, który pojawił się na jego twarzy. Szerokiego, pełnego radości uśmiechu, że Viktor już co najmniej jeden raz będzie musiał go pocałować.
Boże, jak on kochał tego wariata!
Dystans: 7338 kilometrów
...7337,9 kilometrów..
Przypisy-chan
Jesteśmy już za połową fika. W sumie szybko leci (choć pewnie chłopaki mają na ten temat zupełnie inne zdanie).
Z tymi krawatami Yuuriego to jest niezła heca. Po poprawkach naniesionych w wersji DVD okazało się, że krawat z bankietu i krawat z wystąpienia przed GP, kiedy Yuuri przedstawia swój motyw główny, to NIE JEST ten sam. A szkoda, bo tyle fajnych teorii się na tym tle rodziło. Pozostańmy więc myślami przy wersji telewizyjnej i uznajmy, że to jednak ten sam pamiętny krawat. No a cała "trauma" Viktora polega nie na tym, że go Yuuri porwał do tańca, ale że po zbałamuceniu o nim zapomniał. XD
Potwierdzam - kiedy w Petersburgu jest północ, w Japonii jest 6:00 rano. Oczywiście żeby było zabawniej, Viktor lubi się kłaść wcześnie, a Yuuri późno się budzi, więc to tym dobitniej pokazuje, na ile za sobą tęsknią, skoro zaburza to ich cykl dobowy.
Właśnie w Jekaterynburgu odbywały się Mistrzostwa Rosji w 2015 roku (a to ten rok przyjęłam za wzór względem odbywania się zawodów, przynajmniej do Sylwestra).
No dobra, liczymy! Skoro cztery dni wcześniej Viktor wyjechał... Ach, wy nie wiecie, że wyruszył 17... Więc ten rozdział dzieje się 21 z rana. Rosyjskie zaczynają się 23, japońskie - 24 grudnia. Ajajaj, carramba.
No i dystans, ten sam co w poprzednim rozdziale, a jednak... troszkę mniejszy. Związane jest to również z ulokowaniem na mapie Yu-topii i Ice Castle - kiedy Yuuri biegnie na trening, robi to mniej więcej w kierunku północno-zachodnim, więc naprawdę zbliża się do Petersburga, nawet jeśli ostatecznie będzie to tylko kilometr albo półtora.
No, to tyle. W takim razie w następnej części widzimy się już... na Mistrzostwach!
