4. Wojownicy Światła
Cztery sylwetki młodych ludzi zniknąwszy sprzed oczu księżniczki Sary, pojawiły się na kamiennym podeście.
- G-dzie my jesteśmy? - zdezorientowany Ingus rozglądał się dookoła.
- Wiecie co? Poznaję to miejsce - Luneth zmarszczył brwi. - To tu niedawno wleciałem. To jaskinia z Kryształem. Arc, pamiętasz, opowiadałem ci - szepnął mu do ucha.
Wszyscy zadarli głowy do góry. Nad nimi unosił się w powietrzu ogromny, błękitny kryształ.
- Zostaliście tu wezwani przeze mnie - odezwał się dudniący, potężny głos. Luneth rozpoznał go od razu, ale Refia, Ingus i Arc wzdrygnęli się, zaskoczeni. - Wasza czwórka została wybrana. Zostaliście Wojownikami Światła, wskrzesicielami nadziei. Musicie wziąć ze sobą moje ostatnie światło... i ostatnią nadzieję. Inaczej ciemność zawładnie światem, a równowaga zginie na zawsze.
Refia, Ingus, Arc i Luneth stali zasłuchani, nie do końca pojmując, jak poważnym zadaniem zostali obarczeni.
- ...gdy przyjmiecie światło, będziecie zdolni pobierać moc z innych Kryształów.
Głos nagle ucichł, a świeżo upieczeni wybrańcy zostali niemalże utopieni w błękitno-złotym blasku, który oblał ich od stóp do głów, obdarzając mocą.
- A teraz idźcie! Świetlisty krąg wyprowadzi was na powierzchnię. Zmierzcie się ze swoim przeznaczeniem, Wojownicy Światła! - powiedziawszy to, głos zamilkł na dobre i nie odezwał się więcej.
Wszyscy stali jak wmurowani. Gdy jednak nic więcej się nie wydarzyło, ocknęli się z odrętwienia. Oszołomiony Luneth minął Kryształ, mechanicznie przeszedł po pomoście i udał się do wyjścia. Na kamiennych płytach jarzyły się osobliwe symbole, układające się w fioletowy okrąg. Reszta ekipy pospieszyła za Lunethem. Wszyscy stanęli na wskazanym polu i zniknęli w błękitnym strumieniu światła.
- I co wy na to? - zagadnął Luneth, gdy już wylądowali na powierzchni, u stóp góry, która znajdowała się na północ od Ur.
Niestety, statek został z drugiej strony górskiego grzbietu. "I znowu spacerek. Dużo to se nie polatałem", pomyślał z rezygnacją Luneth. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jest dokładnie tak, jak zapowiadał Kryształ, gdy zobaczył go po raz pierwszy. Miał odnaleźć trzech pozostałych wybrańców, i oto właśnie, trochę nieświadomie to uczynił.
- Cóż to miało być? W życiu czegoś takiego nie widziałam - zdumiała się Refia. - Mieliśmy pomóc ze zdjęciem Dżinnowej klątwy, a z tego, co usłyszałam, mamy jeszcze coś zrobić? Nie bardzo rozumiem to o ciemności...
"Nie tylko ty", pomyślał cierpko Luneth.
- A ty spotkałeś się z tym już wcześniej? - zapytał Ingus, widząc, że Luneth wydaje się być mniej zaskoczony całym incydentem niż oni.
- Taa, byłem tam raz. Szłem se połazić po lesie, i jak żem zarył w jakąś dziurę! Zleciałem do tego miejsca, z któregośmy się właśnie wykaraskali. Tam się nasłuchałem tego samego, co wy dzisiaj. Kryształ mi powiedział, że mam znaleźć pozostałych wybrańców, znaczy się was. To znaczy, wtenczas nie wiedziałem, że chodzi o was. W sumie to taki trochę fuks - zachichotał.
Ingus nie był tym ubawiony. Zwłaszcza tym, że musiał mieć do czynienia z jakimś niekompetentnym, zaściankowym osłem. Zresztą pozostała dwójka też nie prezentowała się o wiele bardziej obiecująco.
- I tego, no... podobnież coś się pokićkało z równowagą świata, i mamy coś z tym zrobić. Zresztą co wam będę gadał, pewno słyszeliście te wszystkie opowiadania o Wojownikach Światła. To wiecie z grubsza.
- Owszem, ale trudno mi uwierzyć, że... - urwał Ingus. - Dlaczego MY?
Luneth wzruszył ramionami.
- Skąd mam to wiedzieć? Nie znam się na takich rzeczach.
- W to akurat wierzę - burknął rycerz.
Arc nie odważył się wyjaśnić, czemu Luneth został wybrany. To, co dla niego było oczywiste, dla Refii i Ingusa niekoniecznie takim było. Poza tym nie rozumiał, czemu on sam trafił do tego grona. Musiał to przemyśleć, więc milczał.
- Rany - mruknęła Refia. - Niezła historia...
- Posłuchajcie tylko: jesteśmy Wojownikami Światła - powiedział uroczyście Luneth, delektując się brzmieniem tych słów. - Kozacko brzmi, co nie?
- Porozmawiacie sobie po drodze - uciął zniecierpliwiony Ingus. - Teraz musimy wrócić do zamku, sprawdzić, czy-
- ...księżniczka Sara jest bezpieczna - podpowiedzieli chórkiem Refia i Luneth, a Arc uśmiechnął się pod nosem.
- Tak, właśnie - sapnął rycerz i morderczym wzrokiem spiorunował rechoczących towarzyszy. - Co w tym śmiesznego?!
- N-nic - wykrztusiła rozbawiona Refia, zerkając na zaczerwienionego Ingusa.
- Powinieneś się cieszyć, żeśmy ci pannę odnaleźli - chichotał Luneth.
- Mówiłem już, że Jej Wysokość nie jest moją "panną" - zgrzytnął zębami coraz bardziej czerwony i wściekły blondyn. - Nie będę więcej dyskutował na ten temat. Idziemy!
Luneth był w tak wyśmienitym nastroju, że nie zaprotestował i tym razem to on ruszył za Ingusem, zamiast maszerować na czele. Chciał po drodze wpaść do Ur - Nina i Topapa prawdopodobnie nie wiedzieli, gdzie podział się Arc. Czuł się winny z tego powodu. Nie pomyślał wcześniej... co prawda nie bardzo miał kiedy o tym myśleć. Tyle się działo. Ale Ingus nawet nie chciał słyszeć o zboczeniu z trasy i parł naprzód, ignorując namowy i protesty. W końcu Luneth dał za wygraną i pocieszył Arca, że jak tylko dotrą do Kazus, będzie mógł wysłać list do opiekunów i wszystko im wyjaśnić.
Przy bramie zamku oczekiwała ich znajoma postać, na widok której surowy Ingus rozchmurzył się w mgnieniu oka. Luneth nie skomentował tej zmiany nastroju, uśmiechnął się tylko ironicznie.
- Ingus! I wy wszyscy! Nic wam nie jest! - wykrzyknęła uszczęśliwiona księżniczka, zapominając o królewskim majestacie. - Strasznie się cieszę, że jesteście cali i zdrowi. Ja też dopiero przed chwilą wróciłam. Przez całą drogę powrotną martwiłam się o was i nie wiedziałam, co się stało. Opowiecie mi, co się wam przytrafiło, ale najpierw chodźmy zdjąć klątwę.
Udali się za rozemocjonowaną Sarą do podziemi zamku, gdzie znajdowało się źródło z błogosławioną wodą. Luneth i Refia spodziewali się efektownego spektaklu towarzyszącego usuwaniu klątwy. Po wrzuceniu mithrilowego pierścienia do wody nie wydarzyło się jednak nic poza zwykłym pluskiem. Rozczarowany Luneth pociągnął nosem z dezaprobatą.
- Udało się, wszyscy są wolni - oznajmiła Sara. - Powinniście teraz iść porozmawiać z moim ojcem - poradziła im, uśmiechając się na odchodnym do Ingusa.
Rycerz odwzajemnił uśmiech, i nie mogąc oderwać od niej spojrzenia, o mało nie potknął się na progu. Lunetha omal nie zemdliło.
- Słodki gołąbeczek, kurde - mruknął do siebie.
Przed drzwiami sali tronowej "słodki gołąbeczek" okazał się być tym samym zasadniczym i oschłym knechtem, co zwykle.
- Idziemy na spotkanie z Jego Wysokością. Nie do knajpy ani nie na pogaduszki z kolegami - zaczął pouczać towarzyszy, wyraźnie kierując swoją przemowę do Lunetha. - Więc bądźcie uprzejmi zachowywać się stosownie do sytuacji. A ty - zwrócił się już bez ogródek do przywódcy - udawaj, że jesteś normalny.
Luneth aż się zapowietrzył z oburzenia i chciał przyłożyć nadętemu koledze. Na szczęście Refia złapała go za ramię i powstrzymała w ostatniej chwili.
- Co za bufon - warknął, wkraczając za rycerzem na salę i wwiercając mu się w plecy wściekłym spojrzeniem. - W końcu nie wytrzymam i mu przywalę.
Monarcha powitał ich z radością. Klątwa została zdjęta i był bardzo wdzięczny młodym wybawicielom. Luneth, usłyszawszy tyle pochwał i podziękowań, prędko się rozchmurzył. Starając się nie palnąć niczego niestosownego, poinformował króla, iż zostali wybrani na Wojowników Światła i muszą ruszać dalej, żeby wypełnić zadanie.
- Wojowników Światła? - powtórzył w zamyśleniu król. - A więc to prawda, nadeszły niepewne czasy, o których wspomina legenda. Czy ty też nas opuszczasz, Ingus?
Młody wojownik spuścił smutno głowę i odpowiedział cicho:
- Tak, panie...
- Rozumiem - westchnął z żalem monarcha. - Wiem, że nie mam prawa cię zatrzymywać, ale będzie nam bardzo brakowało twej obecności. A więc cóż... życzę wam powodzenia. Wierzymy w was, młodzi wojownicy. Oby wam się powiodło!
- Dziękujemy, panie!
Ingus jeszcze nigdy nie odczuwał tylu sprzecznych emocji naraz. Z jednej strony był rad, że Sarze nic już nie groziło i była bezpieczna w murach zamku. Z drugiej - misja, którą go obarczono, spadła niczym grom z jasnego nieba. Ledwo zdołał przywitać się z dziewczyną, a teraz musiał opuścić Sasune i udać się nie wiadomo gdzie, nie wiadomo na jak długo, na dodatek w towarzystwie trójki prowincjuszy bez żadnej ogłady. Duma z faktu, iż powierzono mu tak ważną misję, mieszała się ze smutkiem, ale i ciekawością co do dalszych wydarzeń. Jak zawsze, był jednak gotów zrobić wszystko, czego się od niego oczekuje. Nie zatrzymają go żadne przeszkody - ani własna niepewność, ani amatorszczyzna towarzyszy, ani tęsknota...
- To co, chyba musimy się zbierać? - zasugerował Luneth, gdy wyszli z królewskiej audiencji. - Trza by nam do Kazus wdepnąć, no i po statek. A ty, Refia, idziesz z nami czy wracasz do domu? Jak zostajesz, to odprowadzimy cię do Kazus i-
- Jasne, że idę z wami! - przerwała mu energicznie. - Myślałeś, że wymiękam?
- Nie, tylko... no wiesz - wykręcił się. - Dobra, to w drogę!
Ingus zabrał jeszcze tylko kilka rzeczy ze swojego pokoju i wrócił do kompanów. W milczeniu ruszyli do bramy wyjściowej. Nikt nie miał chęci na rozmowę, każdy był pogrążony w myślach.
- Panie, księżniczka jest u siebie i nikomu nie otwiera. Wróciła cała zapłakana - po drodze Ingusa zaczepiła ciemnowłosa kobieta, zwykle usługująca Sarze. - Ale tobie, panie, na pewno otworzy. Nie zechciałbyś sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku? Bardzo się martwimy.
- Dobrze - rycerz skinął głową, po czym rzucił krótko do towarzyszy: - Poczekajcie chwilę na mnie.
Nieobecność Ingusa nie trwała długo. Po powrocie rycerz nie odezwał się nawet słowem i ruszył ku bramie. Luneth kiwnął dłonią na Refię i Arca i podniósł się z ławki.
- Nie martw się, panie - strażnik przy bramie zasalutował gorliwie Ingusowi. - Będziemy chronić księżniczkę do twojego powrotu!
- Ingus, dobra robota! Dzięki za uwolnienie od klątwy. Słyszałem o twojej misji. Nie daj się zabić i wracaj do nas szybko - pożegnał go jeden z kolegów ze straży.
- Bywaj, Reiner - Ingus uścisnął mu dłoń.
- Nie łam się, kolego - pełen dobrej woli Luneth próbował pocieszyć Ingusa, który wlókł się za nowymi kompanami. Ciągle oglądał się na zamek i Sarę, stojącą na murach i wytrwale machającą do nich na pożegnanie. - Jak kocha, to poczeka.
- Zamilcz, plebejuszu! - wybuchnął rozdrażniony Ingus, wyładowując na nim frustrację i smutek. - Nie potrzebuję twojej litości ani nie zamierzam wysłuchiwać żałosnych pseudomądrości.
- Skoro tak, to nie wlecz się z tyłu, jaśniepanie - prychnął obrażony chłopak. - Naganiaj szybciej z płetwy, bo musimy jeszcze wrócić po statek i potem do Kazus. Ty swoje odpracowałeś, teraz my mamy sprawę do załatwienia!
Ingus wnikliwie obserwował współtowarzyszy, zwłaszcza podczas walk z potworami. Nie był zbyt zbudowany ich umiejętnościami. Refia miała dużo dobrych chęci, za to marną technikę. Aż cud, że nie odniosła jak dotąd żadnych poważnych obrażeń. Arc nie palił się zbytnio do walki, ale gdy była nieunikniona, bardzo dobrze radził sobie z lodowymi zaklęciami. Za to był bezużyteczny, gdy przychodziło do broni. Luneth z kolei chęci do walki miał aż w nadmiarze. W potyczki z potworami pakował się bez wahania, taktyki czy choćby chwili refleksji. Co najmniej połowy owych potyczek można by łatwo uniknąć. Ale takie ostrożne zachowanie to nie w przypadku Lunetha, o nie! Na widok koniuszka ucha goblina, skrzydła gryfa czy pazura trolla srebrnowłosego chłopaka opanowywała gorączka łowcy. Musiał, po prostu musiał zaczepić każdego demona czy bestię. Wiecznie chodził poobijany, posiniaczony i podrapany.
"Po prostu cudowna kompania", pomyślał z irytacją Ingus.
- Jeśli mamy dalej razem podróżować, muszę wiedzieć, na co was stać - oznajmił, gdy zatrzymali się na krótki postój nad rzeką. - Czeka nas sporo hipotetycznie groźnych sytuacji. Chcę wiedzieć, czy można na was polegać. W Jaskini nie pokazaliście niczego godnego uwagi.
- Jaki ważniak! Wsadź se swoje hipoteczne sytuacje tam, gdzie słońce nie dociera! - obruszył się Luneth. - A skąd my mamy wiedzieć, że nie jesteś dworskim cieniasem, który zwieje przy pierwszej okazji?
- Jestem rycerzem Jego Wysokości króla Sasune - oznajmił Ingus i uniósł dumnie głowę. - Mniemam tedy, iż moje kwalifikacje w tym względzie nie wymagają dalszych referencji.
Luneth zamrugał niepewnie, zrozumiawszy może połowę tej przemowy.
- Refe... co? Arc, o czym on gada? - szepnął. - Łapiesz jego nawijkę?
- Zadziera nosa - odszepnął mu Arc.
- Ha, tak myślałem... Przydałoby się w końcu spuścić baty temu bucowi.
- Czyżbyś poczuł bojaźń? - zadrwił blondyn.
Uśmiechnął się zarozumiale i wyciągnął miecz z pochwy. Luneth może nie znał na pamięć całego słownika, ale to pytanie zrozumiał doskonale.
- Zdaje mi się, że bardzo chcesz oberwać. Nic mnie tak nie ucieszy, jak skopanie ci tyłka, panie rycerzu z kijem w dupie!
- Tylko go nie uszkodź, Lun. Byłoby głupio, gdybyś to ty wyeliminował jednego z Wojowników Światła - zachichotał nerwowo Arc.
- Spoko. Trochę mu przetrzepię skórę, nic więcej - obiecał butnie Luneth. - Trzymaj za mnie kciuki!
Dzierżąc w dłoniach oba swoje miecze, stanął naprzeciwko Ingusa, zamierzając zetrzeć mu ten wielkopański uśmieszek z twarzy.
- Nie boisz się o swojego kumpla? - Refia wskazała podbródkiem przygotowujących się do walki chłopaków. - Ten cały Ingus wygląda dość groźnie, jest wyższy i silniejszy. I jest zawodowym rycerzem.
- Och, Luneth go pokona - Arc oświadczył z absolutną pewnością. - On zawsze wygrywa.
Refia zerknęła na niego i o mało nie parsknęła śmiechem. Drobny szatyn wpatrywał się w przyjaciela z taką adoracją, że gdyby jej siła mogła służyć za tarczę, Luneth nie musiałby się obawiać żadnych ciosów.
Luneth obserwował uważnie przeciwnika, który dworskim zwyczajem zasalutował mu mieczem. Nawet nie pofatygował się, by odwzajemnić to szermiercze pozdrowienie, które zdecydowanie nie było w jego guście. Zanim skrzyżowali miecze, zdążył poczynić kilka interesujących obserwacji. A po wymianie pierwszych ciosów poczynił kolejne. Był z siebie dumny, że tak szybko rozszyfrował rywala. Sparował silne, ale niezbyt wymyślne uderzenia Ingusa. Udał jednak, że ma z nimi ogromny kłopot, odbijając je w wyjątkowo nieporadny sposób. Kilka razy uderzył bezradnie w tarczę rycerza. Dał się zepchnąć o parę kroków w tył. Gdy więc zobaczył w oczach rycerza błysk lekceważenia i politowanie, wiedział, że osiągnął zaplanowany cel. Ingus przestał traktować go poważnie i sądził, że zwycięstwo ma w kieszeni. Wyczekał na odpowiedni moment i gdy blondyn wykonał piękny, klasyczny wypad - zaiste godny uwiecznienia na spiżowym pomniku - zręcznie zszedł z linii ataku i znalazłszy się za plecami rycerza, bezceremonialnie wymierzył mu kopniaka. Ingus zachwiał się i nie mogąc utrzymać równowagi, runął na ziemię.
- Do trzech zwycięstw? - rzucił niedbale Luneth, podnosząc kciuk i spoglądając w kierunku Arca. - To jeden do zera dla mnie.
- Miałeś szczęście, dyletancie - warknął wściekły Ingus, otrzepując się z pyłu i podnosząc miecz.
- Szczęście to miałeś ty, koleś. Że nie wbiłem ci miecza w zadek, jak leciałeś na pysk w piach.
Kolejna runda zaczęła się pod znakiem większej ostrożności ze strony Ingusa. Chłopak opanował emocje i obserwował uważnie przebiegłego rywala. Nie miał zamiaru dać mu się ponownie podejść. Obaj przeciwnicy okrążali się przez chwilę, wreszcie Ingus zaatakował pierwszy. Prostymi kombinacjami, za to dających sporą pewność, że przeciwnik nie zdoła się przez nie przebić. Luneth na próżno usiłował uciec spod istnej nawały ciosów. Tym razem Ingus pilnował się dobrze, przewaga Lunetha wynikająca z zaskoczenia już nie istniała. Wiedział, że długo tak nie pociągnie. Ingus zamęczyłby go i pokonał samą wytrzymałością. Zapewne mógłby tak zasuwać całymi godzinami, jak maszyna.
Najgorsze, co mógł zrobić w tej sytuacji, to dać sobie narzucić styl rywala, w którym porażkę miał gwarantowaną. Na szczęście wpadł mu do głowy sposób, jak wykaraskać się z tej sytuacji. Wycofał się nieznacznie w kierunku uschniętego drzewa, rosnącego na obrzeżach polany, na której walczyli. Rycerz podążył za nim, nie zwróciwszy uwagi na te manewry i skupiając się na nieprzerwanym ataku. Wpatrywał się w rywala nieustępliwie, być może mając nadzieję, że twardym spojrzeniem wskóra co najmniej tyle samo, co mieczem. Kolejny cios napotkał nagle przeszkodę w postaci pnia drzewa. Ogłupiały Ingus spoglądał na ostrze, które utkwiło w zeschniętym drewnie. Jak to się stało? Ten diabelny Luneth miał jakieś nadprzyrodzone właściwości czy co? Nie można tak szybko zrobić uniku. No i skąd wzięło się to drzewo?!
- Dwa zero, jaśniepanie! - zaśmiał się srebrnowłosy nastolatek.
Od niechcenia pomachał mu przed nosem końcem swojego miecza i patrzył z rozbawieniem, jak wściekły Ingus usiłuje wyszarpnąć broń z potrzasku.
- Tym razem zgniotę cię jak szczura!
- Nie mogę się doczekać.
Niestety, ostatnia runda poszła całkiem nie po myśli Ingusa. Teraz to Luneth zaatakował, kompletnie go tym zaskakując. Rzucił się na niego zajadle, jakby jego życie zależało od wygranej. Rycerz bronił się jak mógł przed nietypowymi zagrywkami rywala. "Co to za ciosy? Kto tak dziwacznie trzyma miecz?! Wygląda, jakby miał mu za chwilę wylecieć z dłoni!" Luneth dopiero teraz pokazywał, na co go stać. Zamiast ograniczać się do obrony i szukania okazji do kontry, sam przejął inicjatywę. Był bardzo mobilny, okrążał Ingusa raz z lewej, raz z prawej, za chwilę był z boku, to znów z tyłu. Atakował z każdej możliwej pozycji. I z każdej niemożliwej. Ingus w swojej ciężkiej zbroi z trudem nadążał za łasiczo zwinnym przeciwnikiem. Za którymś razem nie nadążył. Potknął się o podstawioną nogę, oberwał w kark płazem miecza i runął na ziemię niczym wór kartofli.
- To było nie fair - zaprotestował gniewnie. - W czasie pojedynku nie wolno podstawiać nóg i-
- Srutu tutu - przerwał mu bezceremonialnie Luneth. - Gościu, walczysz tak sztywniacko, aż żal dupę ściska. Trolle i mumie nie będą się oglądały na twoje rycerskie reguły z turnieju. Dobiorą ci się do tyłka, zanim zdążysz do nich wylecieć z pretensjami, że to wbrew zasadom. Napuściłem cię na drzewo, a ty nic nie zauważyłeś. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, jeśli nie chcesz, żeby coś ci ją odgryzło. Dużo potworów zakosiłeś swoim ślicznym sposobikiem? Byłeś w armii królewskiej, więc chyba walczyłeś z jakimiś?
- Uczestniczyłem w patrolach - odparł wymijająco Ingus.
- Patrolach? Znaczy, jechaliście całym oddziałem i jak pojawił się potwór, rzucaliście się na niego całą kupą? - szydził Luneth. - Dwudziestu chłopa na jednego śmiercionośnego goblina, co? A chodziłeś sam po lesie? Zabiłeś jakieś bestie?
- Nie będę dalej prowadził tej bezcelowej konwersacji - oświadczył zimno blondyn.
- Nie, to nie - roześmiał się Luneth. - Masz chęć stestować resztę drużyny? Czy jest ciebie godna, wielki wojowniku?
Ingus puścił drwiny mimo uszu i odparł spokojnie:
- To nie będzie konieczne.
- Wygrałem z blondziem trzy do zera - rozbawiony zwycięzca podszedł do kumpla. - Dobrze mi kibicowałeś, Arkie. Jaki wynik obstawiałeś?
- Właśnie taki - szatyn spojrzał na niego z podziwem.
- Dobry jesteś - wtrąciła się z niechętnym uznaniem Refia. Chyba nie doceniła go wówczas, na królewskim zamku. - Sam się tego nauczyłeś?
- No. Głównie na goblinach i innych pechowych workach treningowych. Może nie wygląda to ładnie, ale jest skuteczne.
- Trudno nie zauważyć. A skoro już robimy sparingi, to może spróbujesz się zmierzyć ze mną?
- Yyy, nie obraź się, ale nie walczę z dziewczynami - wykręcił się Luneth.
- Jestem takim samym Wojownikiem Światła, jak ty! - rozeźliła się Refia.
- Nie mówię, że nie - tłumaczył się niezręcznie. - Ale dziwnie bym się czuł, gdybym miał cię znokautować...
- Ja ci zaraz znokautuję! - wkurzyła się jeszcze bardziej.
Nie namyślając się wiele, walnęła go trzymaną w ręku torbą i poprawiła, gdy zgięty wpół próbował się wyprostować. Zrobiła to tak szybko, że stojący obok Arc nie zdążył nawet mrugnąć. Dokonawszy zemsty, odwróciła się demonstracyjnie i odeszła. Arc klęknął obok zmiętoszonego przyjaciela i zapytał z troską:
- Nic ci nie jest, Lun?
- Nic - powiedział ponuro, wstając z trawy.
Zacisnął zęby z irytacji na widok ironicznego uśmieszku Ingusa.
- Oczy dookoła głowy! - zacytował szyderczo rycerz.
- Ta cała Refia to kawał podstępnej hetery. Wykorzystała to, że nie chciałem z nią walczyć. Wiesz o tym, co nie, Arkie?
- Jasne - zapewnił go oddany przyjaciel. - Nie przejmuj się. Przecież wiem, że wygrałbyś z każdym, gdybyś chciał.
Luneth rozpogodził się. Irytacja przeszła, jak ręką odjął. Niezachwiana wiara Arca w jego możliwości przetrwałaby nawet koniec świata. Stanowiła też balsam na nadwerężoną dumę własną Lunetha.
Droga powrotna do wejścia Jaskini, gdzie zostawili statek trwała oczywiście dłużej. Piesza wędrówka była nieporównanie bardziej męcząca i czasochłonna niż wygodny przelot. Wybrawszy odpowiednie miejsce na obozowisko, świeżo upieczeni Wojownicy Światła zajęli się rozlokowywaniem. Luneth rozniecał ognisko, Refia poszła po zapas drewna, Ingus rozpakowywał plecak, a Arc zajął się przygotowywaniem posłania.
- Arc, potrzebujesz aż tyle miejsca do snu? - Ingus spojrzał ze zdziwieniem na legowisko, zbyt duże jak na potrzeby drobnego chłopaka.
- Nie, to jest dla nas dwóch - wyjaśnił Arc, wygładzając koc. - Dla mnie i Lunetha.
- Zamierzacie spać razem?
- Tak - odparł z prostotą szatyn. - Często razem sypiamy.
- Doprawdy?
Dziwny ton głosu Ingusa sprawił, że Arc przerwał przygotowania i spojrzał na niego niepewnie. Rycerz patrzył na niego z surowo zmarszczonymi brwiami.
- To b-bardzo praktyczne – dopowiedział Arc, nerwowo miętosząc w dłoni rąbek koca.
- Praktyczne? A to wysoce ciekawe określenie - skomentował zjadliwie Ingus.
Arc milczał, zbity z tropu. Na szczęście poratował go niezawodny przyjaciel, który tymczasem zdążył rozpalić ognisko i zauważyć, że Arc jest czymś spłoszony.
- Co się dzieje? - Luneth odruchowo stanął u jego boku i spojrzał na blondyna spode łba.
- Nic. Podobno zamierzacie razem spać.
- I co z tego? Nie twój interes!
Ingus zmierzył go niechętnym spojrzeniem, ale nic nie powiedział.
- No co? Czego się tak gapisz? Coś ci się nie podoba?
- Owszem. Nie powinniście tego robić publicznie. Nie wypada.
- A daj mi spokój! Świętoszek zakichany - rozzłościł się Luneth. - Nie jesteśmy na zamku, więc wsadź se gdzieś swoje wymuskane zwyczaje! - chwycił Arca za rękaw i odwróciwszy się demonstracyjnie tyłem do Ingusa, odszedł, ciągnąc zdziwionego przyjaciela za sobą.
- Luneth, o co właściwie chodziło? - szepnął Arc, układając się obok niego na spoczynek. - Powiedziałem Ingusowi, że często razem śpimy, i chyba mu się to nie spodobało. To coś złego? Przecież tak jest wygodniej, bo cieplej, nie trzeba dźwigać dwóch okryć i w ogóle...
- Nie przejmuj się nim. Jak byliśmy na zamku, to zajrzałem do jego kwatery. Gościu ma trzy pokoje tylko dla siebie! Wyobrażasz to sobie? U nas w Ur to sam wiesz, że niektórzy mają tylko jedno wyro na spółę. Nic niezwykłego. Ale jaśniepan nie ma o tym pojęcia. W jego bajce wszyscy mają tak dobrze jak on, nadziany snob. Pewnie uważa, że jesteśmy parą.
- ...p-parą?
- Myśli, że się całujemy – uświadomił go Luneth. - Obmacywanki pod kocem i inne takie. Publicznie. I to go boli.
- A-aha... - wykrztusił zmieszany chłopiec.
Luneth zerknął na niego. Policzki Arca mogły rywalizować kolorem z makami w pełni sezonu kwitnienia.
- Zrozumiem, jeśli będziesz wolał spać sam - uspokoił go.
Położył się i nakrył kocem. Nastąpiła chwila milczenia, ale Arc prędko podjął decyzję.
- Niech Ingus sobie myśli, co chce - wymamrotał, wsuwając się nieśmiało pod okrycie koło przyjaciela.
Luneth uśmiechnął się, objął go ramieniem i obaj zasnęli niemal równocześnie.
Ingus zatrzymał się i osłaniając dłonią oczy rozejrzał się po okolicy. Droga, którą szli, rozwidlała się. Prawa odnoga wiodła w głąb puszczy, lewa prowadziła dookoła niej, skrajem bagnistego obniżenia.
- Na co czekasz? Ruszajmy, las już blisko - ponaglił go Luneth.
- Nie pójdziemy przez las. Obejdziemy go, będzie szybciej.
- Ej, chyba zapomniałeś, kto jest dowódcą!
Refia i Arc przysłuchiwali się kłótni kolegów. Nie pierwszej i na pewno nie ostatniej.
- Ja lepiej bym się do tego nadawał - rycerz wzruszył obojętnie ramionami.
- I co jeszcze! - rozzłościł się Luneth. - Nie mam zamiaru iść tam, gdzie tobie się zachce, jaśniepanie!
- Dobrze więc - wycedził Ingus. - Skoro tak stawiasz sprawę, zróbmy głosowanie. Kto jest za tym, by iść lasem, a kto woli iść dookoła? Ja głosuję za obejściem.
- Ja też - przyłączyła się Refia, niechętnie myśląc o przedzieraniu się przez krzaki i kolczaste zarośla.
- A my wolimy iść lasem - Luneth skrzyżował ramiona i spojrzał wyzywająco na blondyna.
- "My"? Od kiedy to jesteście jedną osobą? - zapytał ironicznie Ingus.
- O co ci chodzi?
- Jakoś nie słyszałem, żebyś zapytał Arca o zdanie.
Zaskoczony Luneth zerknął na przyjaciela.
- Nie musiałem go pytać.
- A co, czytasz mu w myślach? - szydził Ingus.
- Nie, ale... No dobra! Proszę bardzo. Arc, wolisz iść z Ingusem przez bagna czy ze mną przez las?
Spojrzał na kumpla, czekając na oczywistą odpowiedź.
- Ja... eee, przez las. W-wolałbym iść z tobą, znaczy przez las...
- Widzisz? Mówiłem! - zakomunikował z satysfakcją Luneth.
- Jakoś nie jestem zaskoczony tą odpowiedzią.
- Czego się tak przyczepiłeś?!
Ingus patrzył na niego z niedowierzaniem, zastanawiając się, jak to możliwe, żeby być aż tak ślepym. Nie był przekonany, czy w ogóle powinien poruszać ten temat, ale zdecydowawszy się, odciągnął Lunetha kawałek dalej, żeby rozmowa była dyskretniejsza.
- Nie mówiłbym ci tego, ale uważam, że twoje zachowanie może przeszkodzić w naszej misji. Jak ty traktujesz Arca? - powiedział półgłosem.
- Jak to jak? - osłupiał Luneth. - Normalnie...
Ingus stracił cierpliwość.
- Jesteś bardziej tępy niż myślałem! Uważasz go za swoją własność!
- Co za durne pierdoły! Nie zamierzam tego słuchać! A w ogóle to nie twoja sprawa!
- Nie moja. Ale mamy przed sobą cel i powinniśmy we czwórkę decydować o niektórych rzeczach. Tymczasem ciebie w ogóle nie interesuje, co Arc miałby do powiedzenia.
- Bo się dobrze znamy! Nie muszę go ciągle pytać o coś, co i tak wiem.
- Ty ośle! - zdenerwował się nie na żarty Ingus i chwycił go za poły bluzy. - Nic nie rozumiesz! On cię podziwia, idioto! Widziałeś, jak na ciebie patrzy? Jak na bohatera z jakichś książek! Oczywiście, że ci się nie sprzeciwi, ale to nie znaczy, że masz go lekceważyć!
- N-nie lekceważę go - wydukał skonsternowany Luneth.
- Powiedziałem, co miałem do powiedzenia. Co z tym zrobisz, to już twoja sprawa - zakończył Ingus.
Luneth odburknął coś nieuprzejmie i odepchnął go ze złością.
"Rozmowy" Lunetha i Ingusa były zwykle bardzo dobrze słyszalne. I tym razem nie było inaczej, więc uwadze stojącej dalej Refii i zawstydzonego Arca nie umknęło ani jedno słowo.
- Znowu się kłócą - skomentowała ze znużeniem dziewczyna. - Ci dwaj są jak ogień i woda. Ale tym razem kłócą się o ciebie, Arc. Co ty na to?
- N-niepotrzebnie się spierają, ja przecież n-nie mam żadnych pretensji d-do nikogo...
- Czasem powinieneś mieć.
Arc wiercił się niespokojnie. Bardzo nie lubił kłótni kolegów, a myśl, że on jest jej powodem, była nie do zniesienia. Przecież zawsze starał się schodzić innym z drogi i nie powodować konfliktów.
Nadąsany Luneth wrócił do Refii i Arca, podniósł z ziemi swój plecak i miecz i rzucił krótko:
- Idziemy przez bagna.
Dziewczyna uniosła z rozbawieniem brew. Ingus z Lunethem nadal nie potrafili dojść do porozumienia, spierając się w większości spraw, nawet w wyborze drogi. Widać tym razem zwyciężyła wersja jasnowłosego rycerza. Refia rzuciła domyślne spojrzenie na przyjaciół, po czym zostawiła ich samych.
- Pewnie słyszałeś wszystko, o czym rozmawialiśmy - powiedział markotny Luneth.
Szatyn skinął głową w milczeniu.
- Arc, czy ja naprawdę jestem takim palantem? - jęknął zgnębiony Luneth. - Naprawdę nie myślałem, że tak to wygląda.
- Nie jesteś palantem. No coś ty!
- Dzięki, jesteś naprawdę świetnym kumplem. Wydaje mi się jednak, że tym razem pan przemądrzalec miał rację.
- Niech sobie mówi, co chce. Nic o nas nie wie.
Luneth zamilkł, rozważając nieprzyjemne słowa, jakie usłyszał od Ingusa. Czy naprawdę był taki tępy? Ile razy pytał przyjaciela o zdanie? Uważał za oczywiste, że Arc się z nim zgodzi. Że zrobi to samo co on, że go posłucha bez protestów. Nie przyszło mu do głowy, że kumpel wolałby nie wlec się przez ponurą puszczę, że wysłuchiwanie Lunethowych przechwałek nie było ważniejsze od wszystkiego innego. Nigdy nawet nie zadał sobie trudu, by wysłuchać z uwagą tego, co Arc mu opowiadał - o roślinach czy innych rzeczach. A mimo to Arc podążał za nim przez las, choć pewnie za tym nie przepadał. Przysłuchiwał się cierpliwie jego gadaninie, mając na ustach swój łagodny uśmiech. Nigdy się nie skarżył i nie miał o nic żalu. Lunetha ogarnął wstyd. Arc był naprawdę wiernym przyjacielem, a on jak mu się za to odwdzięczał?
- Słuchaj, przepraszam cię... Naprawdę mi przykro.
- Luneth, chyba żartujesz. Przepraszasz mnie? Za co?!
- Za wszystko. Za to, że byłem durnym palantem, i że w ogóle cię nie pytałem o zdanie, że nie słuchałem zbyt uważnie, jak mi opowiadałeś te wszystkie rzeczy z książek...
- Daj spokój. Przecież ci mówiłem, że nie mam o nic pretensji.
- Wiem. Jesteś taki dobry...
- Jaki tam dobry. A ile razy mnie broniłeś przed chłopakami z miasteczka? Zawsze mi pomagałeś. Zawsze byłeś przy mnie. To się nie liczy?
- A tam. To nic wielkiego.
- Dla mnie tak - zaoponował gorąco Arc. - Bez ciebie bym sobie nie poradził.
- To normalne, że się broni przyjaciela. Skopać tyłek jakiemuś gnojowi, który ci dokucza - tylko do tego się nadaję. Poczekaj, muszę ci coś powiedzieć - powstrzymał gestem Arca, który chciał zaprotestować. - Wiem, że nigdy ci tego nie mówiłem, ale... no, kurde, jesteś taki mądry, że zawsze jak zaczynałeś mi coś opowiadać, to w ogóle nic nie kapowałem. No wiesz, czułem się przy tobie jak totalny idiota. W każdym razie to nie tak, że mam cię gdzieś. Tylko że bardzo trudno jest przyznać się do bycia głupkiem, wiesz? Szczególnie trudno, gdy jesteś takim bystrzakiem.
- O rany, Luneth - Arc zaczerwienił się, usłyszawszy te wyrazy uznania. - Dzięki... Ale nie jesteś głupkiem, co to w ogóle za pomysł.
Zapadło niezręczne milczenie, ale po chwili szatyn odezwał się cicho:
- Zawsze chciałem być taki jak ty.
- Ale ja wcale nie chcę, żebyś był taki jak ja! Jesteś fajny taki, jaki jesteś. A ja postaram się być mniej palantowaty. Jakbym znowu zaczął się za bardzo rządzić, to walnij mnie w łeb najcięższą książką, jaką masz.
- Przecież wiesz, że tego nie zrobię.
- Wiem. Jesteś najlepszym gościem pod słońcem.
- Nie opowiadaj głupot. Bo zmienię zdanie co do tego walnięcia.
- Dobra, to już nic nie gadam. Tak naprawdę to nie chciałbym oberwać jedną z twoich morderczych cegłówek... Ej, widzisz tam? To chyba trzy gobliny?
- Rzeczywiście!
- Dajmy im popalić! Pociacham je na plasterki, a ty stój z tyłu i w razie czego rzucaj Blizzardami. To znaczy, jeśli nie masz nic przeciwko - zreflektował się Luneth. - Przepraszam, znowu się zapomniałem.
- Nie szkodzi - roześmiał się Arc. - Zrobię, co każesz. Poza tym jesteś dowódcą, masz prawo rozkazywać.
- Hmm... wytłumacz to jaśniepanowi - zapalczywy kapitan wyciągnął miecz i ruszył na potwora. - Nażryj się mithrilu, gadzie! Haaa! I od prawej! No, ładnie się spisaliśmy, kumplu. Tego twojego zamrożonego zostawimy, niech sobie odmarza. Idziemy dalej. Gotowy?
- Tak jest!
