dedykowany Zilidyi

betowany przez sandwich :* której bardzo dziękuję :*

IV
Pożerać

To, czego Severus nie powinien był robić, nie zamykało się tylko w zakazanych pragnieniach. To nie była tylko jego wyobraźnia, rozpędzona niczym Hogwart Express. Bez maszynisty nadzorującego sytuację, lecz także bez hamulców. Kompletny brak kontroli przerażał go, ale jednocześnie podniecał, gdy schodzili do lochów. On oczywiście prowadził, po uprzednim skonfiskowaniu peleryny niewidki. Nie kłopotał się światłem. Skoro Potter do tej pory radził sobie bez tego, nie zamierzał alarmować wszystkich obrazów w zamku o niecodziennym spacerze. Plotki to była ostatnia z rzeczy, które chciałby wywołać.

To, co robił, nie było moralne, bezpieczne, właściwe. Ale ponieważ kpił już od dawna z każdej z tych trzech wartości, to i teraz pozwalał sobie na leniwy uśmiech samozadowolenia, który przykrywała ciemność. Duszne pragnienia, jakimi upijał się każdego dnia, nie pozwalały mu na zaczerpnięcie tchu. Więc nie oddychał od bardzo dawna. Wegetował w beztlenowym, bezpotterowym środowisku. Odcięty od jedynego źródła życia, którym był młody Gryfon, ze swoim zbyt głośny śmiechem, zbyt żywiołowym temperamentem i gniewem zmuszającym do odpowiedzi. Prowokującym.

Jakże więc dziwnym było patrzeć teraz na niego w nikłym świetle świec. Sala Eliksirów wydawała się taka pusta bez reszty uczniów, a jednak obaj nie potrafili znaleźć sobie miejsca. Potter w końcu westchnął i podszedł do jednej z pierwszych ławek. Bez słowa sięgnął po kociołek i spojrzał na tablicę, na której Severus wyczarował przepis. Nie zamierzał mu niczego ułatwiać. Jeśli Gryfon chciał ten eliksir… mógł go sam uwarzyć pod jego czujnym, prawie opiekuńczym okiem. Może i chłopak podobał się Severusowi, może i czuł do niego bezapelacyjny pociąg, lecz nie byłby sobą, gdyby ugiął się pod proszącym spojrzeniem.

Zielone tęczówki oczarowywały, przywoływały, ale też przypominały. Patrzył na Pottera, a Chłopiec Dumbledore'a powinien być nietykalny. Nieosiągalny. Jednak cichy głosik w głowie Severusa sugerował, że jeszcze może wszystko zmienić. On może być jego. Przecież oczarowanie Gryfona nie mogło być trudne. Poplamione eliksirami dłonie potrafiły dać przyjemność w ten sam prosty sposób co ból. Doskonale mieszały też oba doznania, które ogłupiały mózg. Sprzeczne sygnały drażniły nerwy, powodowały, że były niezwykle podatne na każdą nową zmianę, a Severus potrafił wygrywać wiele nut na tak dostrojonym instrumencie. Usłyszałby wtedy pojedyncze jęki zmieniające się w symfonię krzyków i błagań. Próśb o więcej. Więcej dotyku, kontaktu, Severusa.
Jak brzmiałoby w ustach Pottera jego imię? Czy byłoby równie nieznośne co w każdych innych? Czy wręcz przeciwnie — pokochałby jego brzmienie?

Powietrze wokół Pottera było aż gorące. Zauważył to od razu. Poruszało się, mieszając ze sobą kolejne aromaty z kociołka i sprawiało, że Gryfon miał zaczerwienione policzki. Dokładnie tak samo jak kilka minut temu na korytarzu. Severus nie wiedział czy ze zdenerwowania, czy z braku umiejętności, Złoty Chłopiec, Który Miał Wielkie Szanse Stać Się Pieprzonym popełniał trzeci już błąd i patrzył na niego wyzywająco. Tylko przez chwilę zastanawiał się, co Gryfon próbował tym uzyskać, ale nie pozwolił się sprowokować. Rozsiadł się wygodniej w swoim fotelu i zaczął poprawiać eseje, udając, że wcale się nie gapi.

Dochodziła czwarta nad ranem, a rzucony na stałe Tempus obwieszczał, że za dwie godziny będzie musiał wstać. Tymczasem Potter nie zdradzał najmniejszego zainteresowania kociołkiem. Kręcił się niespokojnie, od czasu do czasu rzucając w stronę Severusa spojrzenia nieodgadnionej treści.

I wtedy doszło do niego, że Potter jest zdecydowanie zbyt nadpobudliwy jak na tę porę. Wiercił się i kręcił, i ruszał, jakby nie wiedział, w jaki sposób zwrócić na siebie jego uwagę. Blada twarz z legendarną blizną była mieszanką tak sprzecznych emocji, że Severus zastanowił się przez chwilę, jak mogą się nie pogryźć. Pewna doza podniecenia, która czerwieniła policzki Złotego Chłopca, konkurowała na równych zasadach z buntem i nieśmiałością. I, o ile się nie pomylił, dostrzegł też, że Gryfon niejednokrotnie poprawiał szatę w dość strategicznym miejscu, będącym bezpośrednim źródłem jego wcześniejszego zainteresowania. Ta mieszanka emocji i ruchów sugerowała to, czego Severus nie chciał przyjąć do wiadomości. Jednakże zachowanie Pottera pozostało jednoznaczne. Wpatrzone w niego zielone tęczówki mrużyły się zalotnie i tak młodzieńczo nieporadnie, że przez chwilę chłopak znów przypominał to jedenastoletnie dziecko, które zawitało do Hogwartu. Lecz moment później ściśnięte, pogryzione usta przywiodły mu na myśl ostre namiętne pocałunki, do jakich był niemal stworzony.

Czy tak wiele sprzeczności może się mieścić w tak niewielkim ciele?

Oczami wyobraźni widział już, jak Potter podnosi się z miejsca za spuszczoną głową i podchodzi bliżej. Może bardziej skrada, gdyż zawsze czujny i sprężysty krok młodego gracza quidditcha przywodził mu na myśl kota na polowaniu. Ukryta siła, pełne skupienie i wdzięk. Ciągła obserwacja wszystkiego, co dzieje się dookoła. To uratowało mu życie wiele razy i Severus nie mógł odmówić mu instynktu.

Co zatem podpowiedziałby mu pierwotny twór w jego głowie?

Czy nakazałby delikatny pocałunek? Severus był przekonany, że Potter wczepiłby się w niego rękami i ustami, nie dając możliwości wyboru. Wycofania się. Chłopak był jak huragan, który porywał wszystko, co znalazł na swojej drodze i pozostawiał w najmniej oczekiwanych miejscach. Zaatakowałby wiec jego usta, kąsając do krwi. Nie bawiłby się w muskanie bladych warg Severusa i liczyłby dokładnie na to samo. Na pasję. Na agresję. Na odpowiedź godną jego ataku. Przecież właśnie tak wszystko się pomiędzy nimi odbywało. Przy dźwięku gromów i wojennych bębnów nadającym rytm każdemu spotkaniu. Ostatnie lata były jak niekończąca się gra wstępna. Błyskawica odpowiadała błyskawicy, a kolejne wyładowania pociągały za sobą nowe pokłady elektryczności, od której uzależnili się już przy pierwszym razie.
Potter pozwolił mu wtedy, aby mrok pochłonął życie i tak zostało. Severus wygrywał każdą bitwę, zaplanowaną z góry batalię. Nie ponosząc strat i nie widząc, że przegrywa wojnę.

Dlatego, gdy Potter nagle wstał, Severus omal nie podskoczył. Tymczasem Gryfon spojrzał na niego przelotnie i udał się do półki ze składnikami. Wyprostował się i wyciągnął do góry dłoń, chcąc sięgnąć po najwyżej stojącą buteleczkę. Oczywiście był za niski, więc Mistrz Eliksirów zaklął pod nosem i stanął tuż za nim, nie mogąc podarować sobie okazji uwięzienia tego ciała pomiędzy sobą a drewnianym regałem. Poczuł zdenerwowanie chłopaka, które niczym dreszcz rozniosło się po jego skórze. A potem usłyszał odgłos wciąganego powietrza. Jakby teraz Potter chciał zapamiętać jego zapach. Ciężki, ostry, zmieszany z wieloma ziołami, jakich używał przez cały dzień.
Czasami Severus wyobrażał sobie, że pachnie jak krew swoich ofiar, ale okazywało się to nieprawdą. Posoka nie ma zapachu, a on używał przeważnie bezkrwawych zaklęć, które uśmiercały, nie niosąc cierpienia.

Co czuł Potter?

Nie wiedział i nie obchodziło go to, bo chłopak odwrócił się do niego twarzą, przesuwając biodrem po wypukłości w jego spodniach. Wciągnął głębiej powietrze, gdy Severus przysunął się jeszcze bliżej, symulując, że sam nie dosięga słoiczka. Ale to było kłamstwo. Wiedział to on i wiedział to Potter. Zobaczył to w jego oczach, które zaczęły migotać i nie były już zielone. Odbijała się w nich czerń, doskonale oddająca mrok w Severusie. Tylko chwilę zajęło mu domyślenie się, że to jego własna ciemność. Jego oczy odbite w Potterze jak w zwierciadle. Ponownie wchłaniające Gryfona.

Lecz nie to było najważniejsze. Nie usta lekko rozchylone. Nie przyspieszone oddechy, które mieszały się jeden z drugim. Nie świeżo skoszona trawa w grudniu i nie rozbiegany wzrok za wszelką cenę starający się skupić na nim i tylko na nim.
Najważniejsze było to, że Potter nie tylko nie odskoczył, ale wręcz odbił się od drewnianego regału i otarł lekko własną budzącą się erekcją o jego nogę. Był zbyt niski, by się do siebie dopasowali. A może właśnie idealny, bo znalazł doskonałe miejsce pomiędzy jego udami, samemu napierając brzuchem na penisa Severusa. Wcześniej musiał stać na palcach. Właściwie to było logiczne. Przecież udawał, że sięga po słoiczek i Severus podjął tę grę.

Jedna myśl niemal od razu przyszła mu do głowy.

— Mogłeś użyć różdżki — powiedział na głos, zaskoczony, że dopiero teraz o tym pomyślał.

— Pan też mógł — wychrypiał Gryfon.

Tak, zdecydowanie podniecony — podsumował.

Potter nawet nie drgnął. Stali tak blisko siebie, że trudno było ukryć przed chłopakiem gęsią skórkę, która wystąpiła mu na karku, podnosząc włoski. Elektryczność była nie do zniesienia. Ponownie czuł te same wyładowania. Coraz częstsze, coraz silniejsze. Przyciąganie mocniejsze od grawitacji. Dużo bardziej wyczuwalne niż magia i zdecydowanie podniecające.

W końcu poczuł pierwsze ugryzienie i wiedział, że ten sam ogień, który trawi jego — pożera również Pottera.