Tytułu nie należy brać dosłownie; Camlann to miejsce, gdzie rzekomo miała mieć miejsce ostatnia bitwa króla Artura, w której albo zginął, albo został śmiertelnie ranny. Walczył albo przeciw, albo u boku Mordreda, który również zginął w tej bitwie.
Rozdział czwarty: Wybieranie swoich Camlannów
– Wszystko w porządku, Harry?
Harry kiwnął nerwowo głową, kiedy wchodzili na stację King's Cross. Connor uśmiechnął się do niego, po czym odwrócił w stronę Lily, kiedy ta zaczęła mu udzielać instrukcji. Stojący u jego boku James rozejrzał się, wyglądając przez chwilę na zagubionego, ale po chwili rozluźnił się, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że Connor pewnie sam siebie pocieszył. Ostatecznie, jak poprzedniego dnia powiedział Connorowi, przecież jedzie na swój trzeci rok kompletnie sam. To nic dziwnego, że jest trochę nerwowy. Syriusz też będzie w pociągu, ale w wagonie dla nauczycieli, zajęty porządkowaniem grafiku z kapitanami quidditcha.
Harry zamknął oczy i powiedział sobie stanowczo, że nie ma prawa się czuć przez to źle. Przecież to jego zaklęcie sprawiło, że James o nim zapomniał.
– Harry?
Harry zerknął z ukosa na Syriusza, który uśmiechnął się do niego, starając się nie wyglądać nerwowo. Nie udało mu się. Harry jeszcze nigdy nie widział Syriusza tak spiętym, jakim był od czasu wizyty Petera, nawet przed wygłupami na wielką skalę.
– Tak? – zapytał, kiedy zorientował się, że inaczej Syriusz nie przestanie się na niego gapić.
Syriusz odkaszlnął.
– Ja… porozmawiamy o tym, czemu twoi rodzice cię ignorują jak już będziemy w szkole, dobra? – Przyśpieszył kroku i szybko wyprzedził pozostałych. Mijając Connora, poczochrał mu włosy. Connor jęknął z protestem, a ich rodzice się zaczęli śmiać.
Harry zamknął oczy. Oddychał głęboko, przypominając sobie w kółko, Sam to wybrałeś. Wiesz dobrze, że tak było najlepiej. Gdyby nie to, to byś ich pozabijał. Nic innego nie podziałało by w takiej sytuacji.
Sieć pociągnęła jego umysł ze zniecierpliwieniem, tak jak robiła to odkąd wyszli z domu. Z jakiegoś powodu nie chciała mu pozwolić oddalić się zanadto od Connora na otwartej przestrzeni, mimo, że na ulicy Pokątnej czy nawet w domu potrafił się od niego znajdować na większe odległości. Westchnął i przyśpieszył, żeby dogonić pozostałych.
– Harry.
Zaskoczony, Harry obrócił się i zobaczył Petera, ukrytego za jednym z filarów. Miał na sobie mugolskie ubrania i nie wyróżniał się jakoś specjalnie z tłumu, przynajmniej tak długo, jak nikomu nie patrzył w oczy. Te wciąż były przeszywające i przyszpiliły Harry'ego tam, gdzie stał. Dopiero po dłuższej chwili zdołał się zmusić do sięgnięcia po różdżkę, a minęło jeszcze więcej czasu nim zdołał coś powiedzieć.
– Nie zbliżaj się do mnie, zdrajco – warknął, statecznie celując w niego różdżką.
– Nie podejdę ani kroku bliżej – powiedział Peter spokojnie. – Ale pomyślałem, że zasługujesz, żeby wiedzieć więcej, Harry, nawet jeśli nie jestem w stanie powiedzieć ci za dużo bez aktywowania sieci. Czy słyszałeś kiedyś o Regulusie Blacku?
– Być może – powiedział niepewnie Harry. Syriusz faktycznie wspomniał raz to imię, w zeszłym roku, jak przepraszał Harry'ego za bycie okropnym ojcem chrzestnym. I jeśli tak o tym pomyśleć, to w sumie nawet podczas tych przeprosin zachowywał się cokolwiek dziwnie. Harry odsunął od siebie te myśli i skupił się na Peterze. To Glizdogon. Chce cię tylko oszołomić. Pewnie współpracuje z Fenrirem Greybackiem i stara się przywrócić Mrocznego Pana do życia. – Nie wiem, kto to jest.
– To brat Syriusza – powiedział Peter. – Jego młodszy brat. Jego ukochany młodszy brat, nawet po tym jak się stał śmierciożercą. – Zamilkł na moment. – Widzisz tu pewne punkty odniesienia, Harry?
– To niedorzeczne – powiedział Harry. Był na siebie naprawdę wściekły, że jego głos jest tak słaby, że prawie nie liczy się nawet jako szept. – Ktoś by mi powiedział o tym, że Syriusz miał młodszego brata. Zawsze mówili mi, że był jedynakiem. I czemu by mieli to ukrywać? Mama mogła użyć tej historii, żeby wzmocnić mój trening i pokazać mi, co może spotkać Connora, jeśli nie będę się nim opiekował.
Peter zamknął oczy. Harry nie był pewien, co myśleć o jego wyrazie twarzy. Była to pewna mikstura furii i obrzydzenia, ale co on takiego znowu powiedział, żeby wzbudzić w nim takie uczucia?
– Czyli to prawda – powiedział Peter. – Nie byłem pewien, jak wiele z tego, co słyszałem, okaże się prawdą. Czyli jesteś opiekunem Connora? Naprawdę poświęcili cię w jego imieniu, nie wychowali cię po prostu w ten sposób?
– Oczywiście – powiedział Harry. Sieć była cicho, prawdopodobnie dlatego, że robił to, czego chciała. Być może uda mu się przekonać Petera jak niedorzecznym pomysłem jest próba odciągnięcia go od jego własnej rodziny. Może wtedy Peter ucieknie i zacznie sprawiać problemy komuś innemu. – Wiem, czym jestem i jestem z tego dumny. Czemu miałbym nie być?
– Harry – szepnął Peter, a w jego głosie pojawiła się tęsknota. – Nikt nie powinien być wychowany na pionka, na narzędzie, dla dobra kogoś innego. To nie jest właściwe, to nie jest dobre, takie ukrywanie własnych zdolności i siły, pozostawanie w czyimś cieniu.
Harry poczuł pierwsze ukłucie bólu głowy, ale zwalczył w sobie pragnienie wycofania się z rozmowy.
– Kiedy mi się to podoba. Nic innego mnie nie obchodzi. – Jego furia się poruszyła, przyłączając się do sieci, ale to też zignorował. – Wiem, że ostatnio przytrafiły mi się pewne rzeczy, które sprawiły, że przez jakiś czas zignorowałem swoje obowiązki, ale muszę do nich wrócić. Inaczej kto się tym zajmie?
– Twoi rodzice – powiedział Peter. – Connor. Sam Dumbledore. Byle nie ty.
– Niby czemu?
– Ponieważ – powiedział Peter – podjęli te decyzje za ciebie, a ty byłeś za młody, żeby…
Harry jęknął, kiedy uderzył go ból, jakby tłuczek przywalił by w skroń. Zdołał usiąść, zanim się przewrócił, ale niewiele brakowało. Przycisnął dłonie do czoła i wyszeptał słowa, które pamiętał, że jego matka mówiła mu za każdym razem, żeby ukoić ból.
– Zostałem poświęcony dla Connora. Zrobiłem to z własnej woli.
Po chwili ból minął. Harry spojrzał w górę i zobaczył, że Peter wyszedł zza filara, sięgając w jego stronę. Cofnął rękę jak tylko zobaczył minę Harry'ego.
– Tego właśnie się bałem – powiedział trzeźwo. – Moja sieć się roztrzaskała i zniknęła od razu cała. Twoja jest tylko osłabiona i próbuje się zregenerować. Chcę ci pomóc ją zniszczyć, Harry…
Przerwał i tym razem nie zrobił tego przez wzgląd na ból Harry'ego. Harry zobaczył jak Peter blednie i zaczyna drżeć. Padł na niego cień i Peter wycofał się niezgrabnie, kuląc się niczym zagoniony w kąt szczur, za którego Harry zawsze go miał.
Harry spojrzał w górę.
Przed nim unosiła się czarna postać w poszarpanych, zwiewnych szatach, a jej owalna głowa była lekko przechylona na bok. Dłoń z palcami wyglądającymi jak gałązki sięgnęła w jego stronę, a Harry poczuł jak jego umysł dygocze, a jego myśli tańczą w kółko, wirując i pojawiając się tu i ówdzie.
Znowu był w Komnacie. Było lodowato zimno, a on klęczał przed czystą, mroźną emanacją swojej magii. Pokazywała mu wspomnienia, których nie chciał widzieć, rzeczy, które nie mogły być prawdziwe…
Harry uderzył pięściami w posadzkę przed sobą, starając się użyć bólu wcinającego się w jego kostki do skupienia się. Poczuł, jak jego umysł się chwieje i obraca, a jego nowo znaleziona pewność, że jest opiekunem Connora i że tak po prostu musi być, pękła i rozpadła się na kawałki. Po raz kolejny musiał stawić czoła przerażającej niepewności, wspieranej przez furię na swoich rodziców i Dumbledore'a.
Ktoś wszedł między nich i stworzenie, które Harry podejrzewał o bycie dementorem, na chwilę przestało poświęcać mu aż tyle uwagi. Harry zamrugał i sapnął i spojrzał w górę, gdzie zobaczył Petera, z twarzą białą jak prześcieradło, kiedy ten przyjmował na siebie pełną moc zimnego spojrzenia. Dementor sięgnął w jego kierunku i jego dłoń zawisła ponad ramieniem Petera, który wydał z siebie cichy, zdruzgotany jęk i zachwiał się, jakby miał zaraz zemdleć. Ale i tak nie ruszył się ze swojego miejsca, chroniąc Harry'ego przed dementorem.
Harry zaczął się czołgać przed siebie. Nie był pewien, co się stanie, jak się już tam dostanie, ale na pewno będzie w stanie cokolwiek zrobić.
Wtedy przemówił głos, który przeorał umysł Harry'ego niczym zrobiony z lodu pazur. Odsuń się. Odejdź.
Harry zakwilił, ale jego głos był słaby i nie dość wyraźny, żeby stawić czoła bólowi. Unoszący się przed Peterem dementor załopotał dziwnie, wyglądał jakby jego górna połowa się obróciła w bok, podczas gdy jego dolna pozostała w miejscu. Harry wiedział, że dementor coś odpowiedział, ale w tym momencie słowa były zbyt skomplikowane, by je rozumieć.
Inny głos, inny dementor, który wyglądał bardziej na szarego niż czarnego, wysunął się zza pierwszego i powiedział tylko jedno słowo, za co Harry był wdzięczny, ponieważ to słowo sprawiło, że jego umysł zadrżał i zamarł.
Vates.
Dementor trzymający Petera odwrócił się i momentalnie podleciał do szarego, chowając się za nim. Szary patrzył tylko na Harry'ego, więc ten podniósł wzrok i odwzajemnił spojrzenie, choć musiał do tego zebrać w sobie ogromną siłę woli.
Szary dementor sięgnął przed siebie i wykonał kilka ruchów ręką przed sobą, aż w końcu jego palce poruszyły się w przyzywającym geście. Harry poczuł, jak jego furia wzbiera na sile. Następnie jego wzrok przesłoniła złota mgła, która zdawała się mieć źródło w jego twarzy. Kiedy znowu mógł widzieć, kawałki złotej sieci znikały w palcach dementora. Harry zadrżał. Czemu mnie uwalnia? Co z tego ma? Czy ja na pewno chcę być tym, kim się stanę, kiedy ta sieć zniknie?
Ból zapłonął w jego umyśle. Harry domyślił się, że to resztki sieci walczyły o życie w tej samej chwili, w której ktoś za nim ryknął:
– EXPECTO PATRONUM!
Srebrny wilk natarł na dwóch dementorów, co sprawiło, że czarny wydał z siebie przeraźliwie wysoki skrzek i uciekł. Szary jednak został jeszcze na chwilę i Harry wiedział, że patrzy wprost na niego. Zakwilił, kiedy po raz kolejny usłyszał jego głos, wbijający się w jedno ucho i wylatujący z tą samą siłą drugim.
Jeszcze się zobaczymy. Vates.
Wreszcie i on się odwrócił i odleciał, akurat wtedy, kiedy srebrny wilk zawrócił, żeby po raz kolejny ich zaatakować. Wilk zwolnił, kiedy zobaczył, że nie ma już więcej przeciwników, zamerdał ogonem i mrugnął do Harry'ego. Następnie rozproszył się i jako mgła wrócił do Syriusza, który podbiegł do Harry'ego i przytulił go.
– Harry – szepnął. – Nic ci nie jest? Tak strasznie cię przepraszam. Dementorzy tu krążą, polują na Petera i nie wiedziałem… nie spodziewałem się, że…
Harry obrócił głowę na bok. Peter zniknął. Harry'ego wcale to nie zdziwiło. Nic go tutaj nie trzymało, zwłaszcza kiedy po dworcu krążyli strażnicy Azkabanu, a obok Harry'ego klęczał Syriusz.
– Wszystko w porządku, Harry? – zapytał Syriusz, odsuwając się od niego, żeby spojrzeć mu w oczy.
Harry odwrócił wzrok i skupił się na głębokim oddechu. Część jego kontroli ponownie przepadła, kontroli, nad którą długo i ciężko pracował tego lata. Dopiero teraz zaczęło do niego docierać, że opierał ją na kalekiej, ale stopniowo rosnącej w siłę sieci. Dementor to zniszczył. Harry nie był pewien, czy powinien być za to wdzięczny, czy po prostu wrzeszczeć.
No, w tej chwili miał ochotę tylko wrzeszczeć. Obejmujące go ramiona Syriusza, kołysanie i jego kojący głos tylko przypominały Harry'emu czas z zeszłego roku, tak długi czas kiedy jego ojciec chrzestny go unikał, aż nie było za późno. Harry próbował odsunąć to od siebie, starał się myśleć o tym, że w święta Syriusz zabrał go motorem na przejażdżkę i dał mu prezent, który mu potem prawdopodobnie uratował życie w komnacie, ale jego myśli były splątane, obijały się jedna o drugą, a jego magia rosła szybko wokół nich.
– Chodź, musimy przejść przez barierę – powiedział Syriusz, ciągnąc go za sobą. – Mugole jak nic widziały tego patronusa. Zaraz to miejsce zaroi się od obliviatorów.
Harry zamknął oczy. Musiał coś zrobić ze swoją magią. Nie wiedział, co, ale musiała się czymś zająć.
Co mogę zrobić?
Jego magia miała kilka propozycji, ale wszystkie dotyczyły rozszarpywania jego rodziców i Syriusza na kilka tysięcy kawałeczków. Harry pokręcił głową. Mimo wszystko naprawdę nie powinien ich zabijać. Nie chciał ich zabić. Może co najwyżej skrzywdzić.
Jego magię to zainteresowało i Harry poczuł jak jego usta otwierają się do rzucenia zaklęcia, które otworzyłoby głębokie, cięte rany na ciałach jego rodziców, zaklęcia, które kiedyś znalazł w książce, ale nigdy nie zdobył się nawet na to, żeby je trenować, a co dopiero poważnie rozważyć rzucenie go na kogoś. Z wysiłkiem zamknął usta i walczył z własnym temperamentem. Ale powietrze wokół niego robiło się coraz chłodniejsze i Syriusz zadrżał, kiedy przechodzili przez barierę na peron 9¾.
Harry usilnie się starał walczyć ze swoją magią, ale nic nie był w stanie zrobić. Leciała kanałami, które utworzył w swoim ciele w czasie swojego pobytu w rezydencji Malfoyów i żądała rzeczy, które mogłaby spalić, roztrzaskać i zgnieść. Harry słyszał w głowie wycie swojej furii i czuł, jak przewraca mu się od niej w żołądku. Zadrżał. Wiedział, że lada chwila coś w nim pęknie i zacznie krzyczeć.
– Harry?
A Syriusz tylko wszystko pogarszał, niech go szlag, dotykając i dotykając i dopytując. Harry nie otwierał oczu, nie mógł teraz znieść jego widoku. Był pewien, że jeśli zobaczy swoich rodziców, to nie wytrzyma. Jego ściany już słabły, jego magia obijała się o nie jak wściekły tygrys, który wiedział, że jeśli będzie uparty jeszcze tylko chwilę dłużej, to ucieknie.
Jedyną osobą, którą Harry przekląłby w tej chwili bez chwili wahania, byłby Dumbledore, ale ten był w Hogwarcie…
Hogwart.
Harry z radością poddał ten pomysł swojej magii, nakłaniając ją do skupienia się na tym jednym celu. Magia nie miała żadnych oporów i przelała się przez niego. Harry poczuł gęsty opór rzeczywistości, próbującej się mu oprzeć, ale to tylko sprawiło, że naparł jeszcze mocniej, bo to dawało mu coś, na czym mógł się skupić, nikogo przypadkiem nie zabijając.
Wreszcie zniknął, spędził krótką chwilę w lodowato zimnej przestrzeni i pojawił się w Hogsmeade z głośnym trzaskiem po wykonanej z powodzeniem aportacji.
Harry opadł na kolano i odetchnął głęboko, po czym zakaszlał. Kawałki lodu posypały mu się z ust. Zadrżał. To tylko świadczyło o tym, jak bliski był użycia na kimś magii. Potarł swoje ramiona, zauważając lekką pajęczynę szronu na rękawach i zaczerwienione z odmrożeń końce palców. Szybko się ogrzewał w porannym słońcu, ale było naprawdę, naprawdę blisko.
No dobrze, skoro już tu jest, to co powinien zrobić?
Harry podniósł głowę i spojrzał na drogę, prowadzącą z Hogsmeade do zamku. Uśmiechnął się. Podejrzewał, że był to wyjątkowo ponury uśmiech, ale naprawdę go w tej chwili to nie obchodziło. Tak daleka aportacja użyła sporo jego magii, dzięki czemu ta się uspokoiła, ale to w żaden sposób nie ukoiło jego furii.
Zrobię dokładnie to, po co tu przyszedłem.
– Można wiedzieć, co pan tu robi, panie Potter?
Zaledwie w zeszłym roku, Harry spiąłby się cały na dźwięk tego głosu. Teraz jednak uśmiechnął się i odwrócił w jego stronę, pewien, że jego właściciel jest rad, że go widzi, bez względu na swój ton.
– Profesorze Snape. Witam.
Snape podszedł do niego, mrużąc oczy i zadzierając nos, jakby chciał nim wskazać drogę. Furia Harry'ego uspokoiła się na jego widok. Oparł się o ścianę przy wejściu i czekał, aż Snape zatrzyma się przed nim i przyjrzy mu podejrzliwie jednym, pełnym pogardy spojrzeniem.
– Wygląda na to, że zgubił pan po drodze rodziców – powiedział Snape, pociągając nosem. – I brata. I pewnego czarnego kundla.
– Och, prędzej czy później do nas dołączą. – Harry poczuł, że jego uśmiech rośnie. Merlinie, czy to naprawdę możliwe, żeby aż tak stęsknić się za Snape'em? – Chciałem się tu po prostu pojawić przed nimi. Odetchnąć świeżym powietrzem, wie pan. Zobaczyć, jak ten zamek wygląda, zanim – tu zrobił imitację tonu Snape'a – zaleją go ci wszyscy mali idioci. – Zawahał się na moment, po czym kontynuował, jakby nie miał absolutnie żadnych wątpliwości co do lojalności Snape'a. – Porozmawiać z pewnym dyrektorem – dodał – o pewnych decyzjach, które podjął co do mojej osoby.
Snape jeszcze bardziej przymrużył oczy. Harry wstrzymał oddech. Być może Snape jednak zmienił zdanie w czasie wakacji. Po ich rozmowie w sercu burzy, Harry był przekonany, że coś takiego nie ma szans nastąpić, ale z drugiej strony sam niemal się przekonał do powrotu do roli bezmyślnego pionka swojego brata.
Furia zapłonęła. Harry kazał jej się uspokoić. Zaraz dostaniesz swoją szansę. A Connor jest niewinny. Niewinny.
– Dobrze.
Harry zamrugał, wyrwany nagle z przemyśleń, kiedy Snape kiwnął głową i skinął nią w stronę gabinetu dyrektora.
– Hasło do gabinetu to "Kociołkowe pieguski". Nie pójdę tam z panem – dodał. – Mam nadzieję, że zdoła pan pozostawić szkołę w nienaruszonym stanie?
Harry uśmiechnął się tylko, słysząc obłudę w jego głosie.
– Jestem tego niemal pewien, proszę pana – powiedział poważnym tonem.
– W takim razie niech pan idzie – powiedział Snape i odwrócił się, po czym odszedł w przeciwnym kierunku, jego szaty powiewały za nim. Harry miał wrażenie, że zatrzymał się w pewnym momencie, chyba u szczycie prowadzących do lochów schodów, żeby z kimś porozmawiać. Czyżby ktoś jeszcze ze Slytherinu przyjechał wcześniej?
Muszę pamiętać, żeby porozmawiać potem ze Snape'em w sprawie warzenia wywaru tojadowego dla pani Parkinson, pomyślał Harry, wchodząc na schody, które miały go zabrać do gabinetu dyrektora. Marnie mu się odpłacę za całą jego dobroć, jeśli po prostu ukradnę mu składniki.
– Kociołkowe pieguski – powiedział Harry i gargulec odskoczył w bok. Wszedł na schody, które miały go zabrać do gabinetu i stanął w zrelaksowanej postawie, mimo kotłującej się w jego umyśle burzy.
Zastanawiał się, o co powinien zapytać najpierw. Czemu to zrobiłeś? Ale miał wrażenie, że odpowiedź na to jest dość oczywista: Dumbledore potrzebował bezmyślnie posłusznego pionka, który wykonałby swoją rolę w przepowiedni. Czemu zostawiłeś w mojej głowie sieć? Ale odpowiedź na to pytanie brzmiała tak samo. Czy wydawało ci się, że nigdy się o tym nie dowiem? Cóż, Dumbledore ewidentnie myślał, że nie.
Dojechał do celu zanim podjął decyzję Wzruszył ramionami i otworzył drzwi od gabinetu. Wejdzie i zobaczy, co mu pierwsze przyjdzie do głowy.
Dumbledore'a nie było za jego biurkiem. Harry zatrzymał się i rozejrzał z zaciekawieniem. Miał wrażenie, że Snape by go poinformował, gdyby dyrektor był poza swoim gabinetem. Być może za którymś z regałów znajdowało się tajne przejście? Harry ruszył w ich stronę, żeby się im przyjrzeć.
Przeszedł zaledwie kilka kroków, nim powitał go głośny trel. Harry spojrzał w górę i uśmiechnął się, kiedy Fawkes podskoczył na żerdzi, po czym podleciał do niego. Feniks usiadł mu na ramieniu, cięższy niż na to wyglądał, po czym pochylił łeb, żeby potrzeć karkiem o włosy Harry'ego. Harry podniósł rękę i pogłaskał go po szyi. Fawkes wydał z siebie zadowolony pomruk i zamknął oczy. Harry przez chwilę żałował, że nie ma tu Zgredka, który mógłby posłużyć za tłumacza.
– Harry.
Harry szybko obrócił się z powrotem w stronę biurka. Dumbledore tam na niego czekał z ponurą miną, patrząc to na swojego feniksa, to na dłoń Harry'ego. Harry zastanawiał się, czy dyrektor był bardziej zaskoczony ciepłym powitaniem Fawkesa, czy też tym, że Harry po prostu stoi i głaszcze feniksa, zamiast siać zamęt w gabinecie.
Fawkes wydał z siebie głośny dźwięk, pełen niezadowolenia, po czym przycisnął się bliżej do Harry'ego. Na Dumbledore'a nawet nie spojrzał.
– Już całe lato taki jest – powiedział Dumbledore beztrosko, najwyraźniej próbując najpierw roli dobrodusznego dyrektora. Podszedł do swojego biurka i usiadł za nim. – Masz ochotę na cukierka, Harry?
Harry pokręcił głową. Poczuł jak furia nagle odbiera mu dech. Zdjął rękę z feniksa i Fawkes wrócił na swoją żerdź. Harry był za to wdzięczny. Bał się, że jego zimna złość może zaszkodzić stworzeniu ognia.
– Chcę się dowiedzieć, czemu zostawiłeś mi tę sieć w mojej głowie – powiedział, kiedy wreszcie udało mu się wydusić z siebie coś, co nie byłoby zwykłym, bezmyślnym wrzaskiem. – Chcę się dowiedzieć, coś ty sobie, kurwa myślał i jakim prawem mi zrobiłeś coś takiego.
Dumbledore kiwnął tylko głową, jakby się spodziewał tego pytania, po czym się pochylił. Harry się spiął, ale dyrektor tylko podniósł z podłogi myślodsiewnię i położył ją na biurku. Kiwnął w jej kierunku.
– Ta myślodsiewnia, Harry – wymamrotał – zawiera w sobie wspomnienia z dnia, w którym rzuciłem ci tę sieć na twój umysł. Zapraszam cię, żebyś sam to zobaczył. Nie wiem, czy wiesz, ale ta sieć jest w stanie zagnieździć się tylko w kimś, kto wyraził na to zgodę. Naprawdę sam wybrałeś sobie ten los, chociaż rozumiem, że teraz ciężko ci w to uwierzyć. – Zdołał wyglądać surowo i wybaczająco jednocześnie.
Harry warknął i jeden ze srebrnych instrumentów na półce za Dumbledore'em się roztrzaskał. Dyrektor nawet nie drgnął, tylko kiwnął ponownie w stronę myślodsiewni.
Harry podszedł i zanurzył głowę w srebrnej cieczy.
Znalazł się na trawniku przed domem w Dolinie Godryka, w letni dzień tak jasny, że zdawało się, że wokół nie ma cieni. Jego młodsza wersja leżała na plecach na trawie, czytając książkę. Harry zamrugał. Nie przypominał sobie, żeby ta książka była tak ciężka, że jego ramiona drżały, próbując ją utrzymać w górze, ale najwyraźniej tak było.
Dumbledore i Lily rozmawiali niedaleko, ale choć mały Harry mógł ich słyszeć, to ich nie słuchał. Uczył się, by chronić swojego młodszego brata i tylko to było w tym momencie dla niego istotne. Harry podszedł bliżej do dorosłych, oglądając się od czasu do czasu. Ciężko mu było uwierzyć, że kiedykolwiek był aż taki mały, albo że jego zielone oczy były aż takie poważne. Harry odnosił wrażenie, że jako dziecko często się śmiał.
– Myślę, że już czas – powiedziała Lily. Zawahała się, ale parła do przodu. – Ja… no, obserwowałam go, tak jak prosiłeś. Jest psychicznie dojrzały grubo ponad swój wiek. To oszałamiające. Wie, że zły czarodziej chce przyjść i zabrać Connora, oraz że chcę, żeby miał swój udział w obronie jego młodszego brata.
Dumbledore kiwnął głową.
– A jego magia?
Lily wzdrygnęła się i odwróciła od niego wzrok. Zdawała się przerzucać wzrok między trawą a swoim synem. Harry zacisnął pięści i czekał.
– Jest przerażająca – przyznała wreszcie ich matka, ledwie poruszając ustami. – Jeszcze nigdy nie czułam czegoś takiego. Przez większość czasu pozostaje uśpiona i póki co nikogo nie skrzywdziła, ale myślę, że to głównie przez jego trening. Przyzywa do siebie zabawki kiedy tylko chce i nigdy nie wydaje mu się dziwne, że nie musi do tego używać rąk. Kilka dni temu zalał sobie owsiankę mlekiem, idealnie, po czym zaniósł ją ze sobą do stołu nie wylewając ani kropli… oraz nie odkładając nawet na chwilę swojej książki, ani nie odrywając od niej wzroku. Zniknął cały kurz z ich sypialni, kiedy Connor zaczął przez niego kichać. Używa magii tak naturalnie, że obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, to nie będzie w stanie przestać. – Zadrżała. – Do tego, dyrektorze, jest… po prostu ciężko mieszkać z takim dzieckiem pod jednym dachem, nawet jak jego magia śpi. To jak słuchanie mruczenia tygrysa. Może w tej chwili nic jej nie przeszkadza, ale wiesz, że w każdej chwili może cię zaatakować, nawet jeśli nigdy tego nie robi.
Dumbledore kiwnął głową.
– Rozumiem, Lily. Myślę, że jesteś bardzo dzielna, że udało ci się znieść to już tak długo. Prawdziwa z ciebie Gryfonka. – Lily podniosła głowę. – A co z pozostałymi? Myślisz, że coś podejrzewają?
Lily uśmiechnęła się smutno.
– James przeoczyłby stado galopujących akromantuli, jeśli to by oznaczało, że nie musi zauważać, że jeden z jego synów jest mroczny. – Harry poczuł rosnącą w gardle gulę. – A Syriusz i Remus nie odwiedzają nas tak często. Są zadowoleni i dumni z "przypadkowej magii Harry'ego", jak to nazywają. Nie mają pojęcia, jakie to uczucie tak mieszkać z nią dzień w dzień. – Zadrżała.
Dumbledore poklepał ją po ramieniu.
– Już w porządku, moja droga – powiedział. – Oboje dobrze wiemy, że w jego magii nie ma niczego przypadkowego, oraz że taka ilość magii w tak małym dziecku jest nienaturalna. Będzie szczęśliwszy bez niej, jak będzie taki jak inne dzieci. – Odwrócił się w stronę małego Harry'ego i wyciągnął różdżkę. – No dobrze więc, czas zrobić to, co należy.
Harry walczył z pokusą wzięcia młodszego siebie na ręce i zabrania go stąd. Wiedział, że to tylko wspomnienie i obserwuje tylko coś, co już się stało. Stał więc tylko, czując jak jego nogi stają się ze zgrozy ciężkie jak ołów, podczas gdy Dumbledore podszedł do malucha.
– Co tam czytasz, mój drogi chłopcze? – zapytał głosem zdecydowanie zbyt normalnym i pogodnym jak na gust Harry'ego.
Młodszy Harry wyjrzał zza brzegu książki.
– Zaklęcia obronne – powiedział, jakby nie rozumiał, czemu to nie jest oczywiste. Harry rozumiał to uczucie, w końcu tytuł książki brzmiał "Praktyczny Przewodnik po Magii Obronnej".
Dumbledore kiwnął głową.
– Chcesz chronić swojego brata, prawda, Harry? To dlatego się uczysz o zaklęciach obronnych i pozbyłeś się całego kurzu w waszym pokoju, kiedy Connor zaczął od niego kichać?
Młodszy Harry zerknął najpierw na swoją matkę. Lily kiwnęła głową. Uspokojony, że to jest człowiek, z którym można spokojnie rozmawiać o ochronie jego brata, Harry spojrzał znowu na Dumbledore'a.
– Tak, chcę – powiedział. – Nie chcę, żeby zły czarodziej przyszedł i go zabił.
I wciąż tego nie chcę, pomyślał Harry, czując jak robi mu się niedobrze na widok miny jego młodszej wersji. Właśnie w tym rzecz. Wciąż chcę, żeby Connor żył. Wciąż go kocham. Czemu nie mogłaś po prostu nauczyć mnie go kochać, mamo? Czemu musiałaś się upewnić, że będę go kochał? Czemu musiałaś spętać moją magię?
O ile tylko dlatego sieć feniksa została rzucona. Harry podejrzewał, że zaraz się dowie.
Dumbledore kiwnął głową.
– A gdybym mógł ci coś dać, co sprawi, że przez cały czas będziesz skupiony tylko na ochronie twojego brata, przyjąłbyś taki dar? – zapytał. – Powstrzyma cię to przed rozpraszaniem się i zbaczaniem z drogi.
Harry rozpoznał te słowa, Lily go od małego uczyła, że to złe rzeczy. Mały Harry widocznie też je skojarzył, bo jego twarz pokraśniała i kiwnął głową.
– Nie chcę się rozpraszać i zbaczać z drogi!
– I wybierasz to z własnej woli? – Dumbledore trzymał teraz różdżkę luźno w palcach, wzdłuż niej zaczynały latać złote iskry. Harry zdusił w sobie warknięcie, kiedy je rozpoznał. Były dokładnie tego samego koloru co sieć feniksa, kiedy robił coś, co jej się nie spodobało.
– Tak! – krzyknął mały Harry, upuszczając książkę w podnieceniu. Jego oczy lśniły zza okularów. – Chcę chronić mojego brata!
Dumbledore kiwnął głową i uniósł różdżkę.
– Expleo penuriam cum textura! – powiedział stanowczo, a złote iskry zaczęły dziki taniec, skupiając się wokół głowy małego Harry'ego. – Phoenix texturae!
Złoto przyjęło wzór, który Harry rozpoznał z mgnienia, jakie pamiętał z chwili, kiedy w sercu burzy starał się poskładać swój umysł z powrotem. Usłyszał jak Lily wciąga powietrze, podczas gdy mały Harry przyglądał się sieci z fascynacją. Przez krótką chwilę Harry widział jak sieć przenika jego własną głowę, jakby jego własna czaszka była tylko cieniem, albo jakby głowa małego Harry'ego i sieć zajmowały jednocześnie tę samą przestrzeń w tym samym czasie.
Potem widok zniknął, a chłopiec westchnął tylko cichutko i głowa mu opadła do przodu. Dumbledore kiwnął głową, wstał, po czym ostrożnie odsunął się od niego. Harry czuł, jak mu serce wali, jakby ktoś je ściskał w swojej pięści, słyszał jego tętnienie w uszach.
– Utrzyma – powiedział Dumbledore do Lily. – Zagnieżdżona w tak młodym wieku zrobi więcej niż tylko się utrzyma. Przekształci jego umysł, by dopasować go do roli. – Ponownie kiwnął głową. – Już nigdy więcej nie będziesz musiała się martwić, że jego magia wyrwie się spod kontroli.
Lily pochyliła głowę z ulgą i Harry miał wrażenie, że zobaczył na jej policzkach łzy.
Zobaczył dość. Wyciągnął głowę z myślodsiewni i ledwie zdążył się zorientować, że ma przed oczami wycelowaną w siebie różdżkę Dumbledore'a, ten zaczął intonować:
– Expleo penuriam…
Harry odskoczył, zły jak jeszcze nigdy. Nie wiedział, co to oznacza, ani co się teraz stanie. Wiedział tylko, że chciał coś zniszczyć, kogoś skrzywdzić i jeśli trafi akurat na dyrektora i jego gabinet, to niech i tak będzie.
Ledwie odzyskałem swoją wolność i to tylko dlatego, że moja locusta zginęła i dementor mi pomógł, a teraz miałbym wracać z powrotem na smycz? Nie!
Ostatnie słowo wydarło się z jego gardła pod postacią wycia i sama siła jego magii wyszarpnęła różdżkę z dłoni Dumbledore'a i przycisnęła go do półek. Harry utrzymywał stały nacisk, nawet kiedy poczuł jak bezróżdżkowa magia dyrektora wznosi się, żeby mu się postawić. Uśmiechnął się, zaskakująco łatwo było zdusić tę magię, po prostu nie pozwolić jej się unieść ponad skórę Dumbledore'a. Harry wiedział, że nie miałby szans, gdyby ta magia wydostała się poza ciało dyrektora, ale póki co mógł ją utrzymywać za osłonami.
– Ostatecznie – szepnął. – Nauczyliście mnie ile tylko mogliście o magii obronnej.
Dumbledore patrzył na niego z mieszaniną żalu i potępienia.
– Znasz powody – powiedział. – Wiesz, czemu to było niezbędne. Co, gdybyś skrzywdził swojego brata w napadzie dziecięcej złości, Harry? Co, gdybyś skrzywdził swoich rodziców, albo swojego ojca chrzestnego, czy Remusa?
Harry potrząsnął głową.
– To czemu moi rodzice nie nauczyli mnie lepszej kontroli nad moją mocą, zamiast się jej bać i zamykać ją pod siecią? Wtedy na pewno nie rzucałbym panem tak po prostu po gabinecie. Miałbym znacznie lepszą kontrolę. – Oddychał płytko i szybko. Jego moc wychodziła z bezdennej studni w jego rdzeniu i pragnęła zrobić coś więcej niż tylko trzymać dyrektora przyciśniętego do regału.
– Nie było innego sposobu kontrolowania twojej mocy poza spętaniem jej – powiedział Dumbledore. – Nie mogliśmy po prostu zaufać czterolatkowi, że zrozumie tego istotę, a sieć feniksa to jedyny rodzaj spętania, który mógł nakłonić twoją wolę do chronienia Connora przy jednoczesnym dostępie do twojej mocy na tyle, na ile ci to było w danej chwili potrzebne.
– W takim razie niech mnie pan uwolni od jej resztek – powiedział Harry. – Teraz już jestem świadomy. Rozumiem, jak ważna jest kontrola.
– Wciąż jesteś za młody. – Wzrokiem Dumbledore'a można by ciąć diamenty.
Harry kiwnął głową.
– Tak myślałem, że pan to powie – powiedział, po czym się skupił. Jego magia odskoczyła nagle od Dumbledore'a. Kiedy dyrektor opadał na podłogę, Harry oplótł swoją magię wokół siebie.
Osłony wskoczyły na miejsce, głębokie i silne, ponieważ kierowała nimi wola Harry'ego. Znacznie chętniej chciał zrobić coś takiego, niż coś zniszczyć, dlatego osłony zyskały potęgę, do której chęć jego magii by zabijać i niszczyć nie miała dostępu. Zmieszane z tym było również całe jego doświadczenie w magii obronnej, tego rodzaju, które sprawiało, że Protego było dla niego zaklęciem niemal instynktownym. Zaciśnięcie tych osłon wokół siebie nie sprawiło mu żadnego kłopotu.
Wszystko to trwało zaledwie sekundę, tak samo jak dyrektorowi wzięcie się w garść i przywołanie swojej różdżki.
– Expleo penuriam cum textura – powiedział tak szybko, że Harry wbrew sobie poczuł swego rodzaju podziw. – Phoenix texturae!
Zaklęcie pomknęło w stronę Harry'ego…
I odbiło się. Dumbledore musiał zrobić unik, zaklęcie go minęło, po czym rozbiło się o ścianę w feerii iskier. Gapił się przez dłuższą chwilę, po czym powoli przerzucił wzrok na Harry'ego.
Harry spojrzał mu w oczy bez strachu. Jego osłony były również owinięte wokół jego umysłu, inaczej to wszystko nie miałoby sensu. Dumbledore nie mógł użyć na nim legilimencji, o ile sam Harry nie udzieli mu na to zgody.
– Jestem odporny na pańską magię – zauważył.
Dumbledore nic nie mówił przez dłuższą chwilę, tylko starał się zapanować nad oddechem, nie spuszczając go nawet na chwilę z oczu. Harry również nie odwrócił wzroku. Czuł się… inaczej. Nie wiedział jeszcze, jakie będą wszystkie konsekwencje tej zmiany. Ale to była tylko jedna z wielu rzeczy, których nie wiedział – przykładowo, wciąż nie miał pojęcia, jak się pozbyć resztek sieci feniksa ze swojego umysłu, nie wiedział też dokładnie, do czego służyła. Ale miał wrażenie, że to był dobry początek.
– Jakie są twoje plany? – zapytał dyrektor neutralnym tonem. Harry podejrzewał, że tego tonu używał do rozmów z równymi sobie, albo z profesorami, co by tłumaczyło, czemu go nigdy wcześniej nie usłyszał.
– W tej chwili nic – odparł Harry. – Nie chcę z panem walczyć, dyrektorze, naprawdę. – I to była prawda. Harry'emu wciąż robiło się niedobrze na myśl o kontrolowaniu ludzi, czy przymuszaniu ich do czegokolwiek, wciąż wolał magię defensywną od ofensywnej. – Wciąż jesteśmy po tej samej stronie. Po prostu chcę, żeby przestał pan prób kontrolowania mnie. Nie mogę zaufać, że pan się do tego dostosuje, więc póki co moje osłony pozostaną.
– A względem twojego brata? – głos Dumbledore'a był o ton chłodniejszy.
Harry wzruszył ramionami.
– Kocham go. Dopilnowaliście tego. – Przełknął swoją gorycz. Niektórych rzeczy nie chciał zmienić, innych po prostu nie mógł. – Będę go dalej chronić, ale już nie tak ślepo, czy niewolniczo jak kiedyś.
– A wasi rodzice?
Harry pokręcił głową.
– W tej chwili nie mogę się z nimi zobaczyć. Nie wiem, co mógłbym im zrobić. – To było takie odświeżające, ta szczerość. Czuł dreszcze na karku, jego serce biło jak dzwon, a sam Harry podejrzewał, że jest w szoku. No nic, zaraz mu przejdzie. Miał przed sobą kompletnie nową drogę do przejścia i nie miał żadnych wątpliwości, że będzie ona niesłychanie ciężka. Ale przynajmniej teraz będzie nią szedł z własnej woli.
Przemknęło mu przez głowę, czy nie zapytać Dumbledore'a o Petera, ale uznał, że to nie ma sensu. Jeśli Peter się znowu pokaże, to się z nim znowu spotka i wtedy zobaczy, co będzie w stanie zrobić.
Dumbledore pochylił głowę.
– Nie tak to sobie wyobrażałem, mój chłopcze – wymamrotał.
– Ale tak się stało – powiedział Harry, po czym odwrócił się i ruszył do drzwi.
Domyślał się, że musi mieć dziwną minę. Czuł się dziwnie. Pod szokiem kryła się nie złość, strach czy oszołomienie, których się spodziewał, a rosnące uniesienie.
Jestem o krok bliżej do wolności. Nigdy się nie spodziewałem, że to będzie takie wspaniałe uczucie.
Kiedy ponownie mijał gargulca, zatrzymał się. Przed nim stały dwie osoby i tylko jednej z nich się tutaj spodziewał. Obok Snape'a stała profesor McGonagall, patrząca na Harry'ego bystro, choć z przestrachem.
– Harry – powiedział Snape, głosem przepełnionym tryumfem i kpiną. – Wierzę, że Minerwa chce ci coś powiedzieć.
