5.
Uśmiechnięta gromadka skierowała się w stronę domu pod ciekawskim wzrokiem sąsiadek patrzących przez okna oraz w otoczeniu powoli ścielącego pomarańczem zachodu słońca.
Jordan, przechodząc przez próg wciągnął głośno wciągnął nosem zapach domu i odetchnął. Sama słodycz. Do poczucia się w pełni w domu brakowało tylko jednego.
- Mały bohater śpi? – zapytał matkę, kiedy skierowali się do kuchni. To pytanie przykuło uwagę Evy.
- Tak, - padła odpowiedź w akompaniamencie brzęku szklanek. Susan, mimo słabego wzroku, doskonale radziła sobie w kuchennych obrządkach. – wybawił się u sąsiadów, to padł.
Olivka nalała wody do dzbanka i postawiła go na grzałce. Wcześniej przyniesioną walizkę brata zostawiła w korytarzu przed wejściem do kuchni. (Nie miała przydzielonego, przez swoje auto-nadane zabieganie, czasu by zrobić z tym coś ambitniejszego. Chciała spowrotem znaleźć się w towarzystwie braciszka!) Jordan wybierał z gablotek składniki do kaw, których skład sam wymyślał, jednocześnie zabrał mamie blaszkę z ciastem, przykazując, aby usiadła. Kobieta uśmiechnęła się, z wdzięcznością ścisnęła jego ramię i przemanewrowała między nim i Olivką i usiadła przy stole. Członkowie rodziny przewijali się po pomieszczeniu całkowicie zsynchronizowani. Rytm rodzinny, możnaby rzec.
Eva z Donem weszli powoli, rozglądając się, jak to bywa, kiedy ktoś znajdzie się w całkiem nowym miejscu. Don skierował się od razu, gdzie przebywali gospodarze. Jego córka była zafascynowana nowym miejscem. Nigdy wcześniej nie znajdowała się w obcym domu. Nie odwiedzała koleżanek, czy kolegów, gdyż takowych nie miała. W każdym bądź razie nie miała tak bliskich. Bliskich. Czy już Jordana zaliczam do swoich bliskich? Zastanowiła się, wiodąc wzrokiem po boazerii na ścianach. Odpowiedziała sobie niemal natychmiast: „A czemu nie?" Lecz zaraz skupiła swoją uwagę na wnętrzu ę dziewczyny przykuła czystość i dbałość o każdy szczegół. Klucze przy drzwiach frontowych na miejscu, szafeczka ze świeżymi kwiatami, zapewne zerwanymi gdzieś przy łące bądź zaraz przy bezdrożu; drzwi do kolejnych pomieszczeń były na wpół otwarte, ale nie z niedbałości, a w każdym bądź razie odczuwało się takie wrażenie. Na ścianach wisiało kilka obrazów. Na ścianie przyległej do schodów widniały ramki. Z cichym piskiem podeszła szybko do nich i z zadowoleniem stwierdziła, że są to zdjęcia. Nie mogła oprzeć się pokusie zobaczenia swojego partnera w młodszych latach. Uśmiechając się, przyjrzała się grupowemu zdjęciu czterech osób. Susan, wyraźnie młodsza, siedziała na krześle trzymając dziewczynkę, zapewne Olivię. Stojący obok mężczyzna w wojskowym mundurze był znacznie starszy i wyglądał niemal jak Jordan, gdyby nie zacny wąsik. Ojciec? Wyglądał na nieco zbyt dojrzałego jak dla Susan na zdjęciu. Wzruszyła na to ramionami. Różne rzeczy się zdarzają. Zwróciła potem uwagę na ostatnią osobę na zdjęciu i nie mogła powstrzymać się od chichotu. Kilkuletni chłopak w czarnej czuprynie, dużych piwnych oczach i piegach na opalonej buzi. Szeroki, szczerzący uśmiech zdradzał wszystko – Jordan w stu procentach. Mężczyzna trzymał dłoń na jego ramieniu, a mały partner Evy ściskał w ręku kulkowy łańcuszek z nieśmiertelnikiem. Uroczy widok.
Na innych zdjęciach było coraz mniej osób i głównie dzieci. Mały Jordan z Olivką tu i ówdzie. Sam Jordanek albo sama Olivka. I potem tylko zdjęcie siedzącej Susan z zawiniątkiem, kryjącym twarz małego chłopczyka, a obok stojący Jordan z Oli. Kobietki ukazywały słabe uśmiechy, a chłopak wydawał się zbyt poważny jak na swój wiek. Czegoś brakowało. Nie było nikogo innego. Zanim dziewczyna zdążyła zadumać nad tym problemem, usłyszała zbliżający się głos.
- … bo znając ją, gdzieś już pewnie… O, Molly, tu jesteś! – był to Jordan; zaskoczył się lekko jej widokiem. Uśmiechnęła się do niego, odsuwając ukradkiem od ramek, jakby zrobiła coś nieodpowiedniego. Chłopak odwzajemnił uśmiech i podszedł do schodów. Z nadmiaru zakłopotania już wolał zignorować fakt, że patrzyła na jego rodzinne zdjęcia. – Zapraszam na kawę do kuchni. – wskazał otwarte drzwi, a sam wszedł dwa stopnie po schodach – Idź lepiej pomóż Donowi, bo Olivka zasypuje go dziwnymi pytaniami. – zachichotał. – Ja zaraz wracam. – pomachał walizką, bezgłośnie się tłumacząc, po czym dosłownie w kilku skokach zniknął na górze. Eva skierowała kroki do pomieszczenia spowitego światłem trzylampowego żyrandola.
W kuchni oprócz szafek i blatów stał również stół na sześć osób, ale od strony ściany ustawiona została niewielka sofa, zapewne dla gości, albo dla wygody. Tu też wisiały dwa obrazy. Na stole czekał talerz z ciastem i kilkoma ciastkami, a wokół postawiono pięć spodeczków oraz pięć jasnych, gustownych filiżanek, z których unosił się przyciągający aromat mieszanek kaw a'la Jordan Wilde.
Susan siedziała u szczytu stołu, na tak zwanym 'wylocie'. Don zasiadał na sofie, a przeprowadzająca niemal wywiad Olivka, naprzeciwko. Na Evę czekała filiżanka obok taty. Siadając na wyznaczonym dla niej miejscu, wychwyciła na powierzchni jej kawy, utworzone ze spienionego mleka, równiutkie serduszko. Uśmiech wszedł na jej twarz niemal automatycznie. Bestialsko zanurzyła w kształcie palec i oblizała słodką piankę. Zaraz potem chwyciła małe uszko i pociągnęła równie mały łyczek.
Tak. Kawą od Jordana grzechem byłoby gardzić.
6.
Jak dobrze znaleźć się ponownie w swoich czterech kątach. Nie wiedzieć czemu, Jordan wszedł do swojego dawnego pokoju, zapierając dech. Był to prosty, czysty pokój, którego jedna ściana była nachylona z racji umiejscowienia pod dachem. W końcu znajdowały się drzwi na balkonik. Jordan nie przebywał tu często, ale to był jego własny kącik, którego ubóstwiał. Biurko, szafa, komódka, dwie wiszące półki i oczywiście – łóżko. Z zapałem małego dziecka, chłopak położył szybko walizkę i rzucił się na posłanie, wiercąc się z radości. Spod koca, którym zasłane było łóżko, wydobył małą ale miękką, choć trochę wymemłaną poduszkę. Przekręcając się na brzuch, ścisnął ją w dużych rękach. Odetchnął i znieruchomiał na chwilę.
- Nigdzie się nie ruszam… - wymamrotał z błogą radością. Z piętra niżej dochodziły go stłumione rozmowy. Westchnął. Jego mama powiedziała, że może zaistnieć więcej okazji, aby zaprosić Molly do ich domu, jednak Jordan miał wewnętrzne, ciche wrażenie, że szybko do tego nie dojdzie. Powinien korzystać z tego, co mu los daje. Chce tam iść. Ale też chciałby już zasnąć. Tu i teraz. Tyle się wydarzyło, zwłaszcza w ostatnich dniach Wyścigu. To aż niemal nierealne, że to już koniec i po tylu tęsknych momentach w końcu znalazł się w upragnionym domu. Ciągłe napięcie, stres, wysiłek fizyczny, psychiczny i emocjonalny oraz niedospane noce dały mu ostro w kość.
Ale mama, Olivka no i Molly… W sumie Don też. W roli trochę zagubionego ojca, a nie surowego menadżera, nie wydawał się już taki straszny. Tam byli ci, z którymi chciałby teraz posiedzieć i podzielić się dobrym słowem. Poza tym… nigdy wcześniej, odkąd zaakceptował Molly jako swoją pilotkę, nie czuł, że jest tak blisko niej. Niemal może ją sięgnąć. Miał również wrażenie, że odkąd jej myśli nie są przesłonięte ciągłym rozpamiętywaniem przeszłości, zawziętością w pokazaniu ich szefowi, że jest świetnym pilotem czy też determinacją, z którą chciała zdobyć Najwyższą Nagrodę –Molly powoli odczytuje jego zamiary, że może odczuwa, jakie uczucia do niej kieruje. Jordan jest u siebie – w końcu, na Ziemi. Być może mu się uda w ucywilizowany sposób wygrać jej serce.
Uśmiechnął się do siebie na myśl o Molly razem z nim. Ale zaraz zdołał się otrząsnąć. Jeszcze nie teraz.
Teraz jest dobry moment, aby się przebrać i zejść na dół oraz by być najlepszym przyjacielem Evy Wei. Nie może zapomnieć o rodzinie. Dzielić serce na cztery wcale łatwe nie będzie.
Z ociąganiem wygramolił się z miękkości i wyciągnął kości, aż łokcie i barki zatrzeszczały. Wstał i zajrzał do komody. Trochę jego domowych ubrań tam było. Chociaż nie tak dużo, jak mu się zdawało, że zostawiał. Zaraz przypomniał sobie. Jedna mała recydywistka, złodziejka często 'pożyczała' ubrania od brata. Wstrętna, kochana istota. Podpasowało jej nosić za duże ubrania. Mimo wszystko jednak Jordan czasem wyrastał z niektórych rzeczy, a młodsza chętnie albo 'coś z nimi robiła' albo nosiła tak o. A niech sobie nosi. Znając życie on będzie gdzieś znowu wysłany na misję albo manewry, także co mu po tylu frakach…
Chłopak pokręcił głową i z westchnięciem zaczął zdejmować uniform Drużyny Ziemi.
Zapeszyłam, wiem. Ale musiałam! W sumie gdzież ten członek rodziny, hm? Where's wally?
Dla znalazcy będzie ciasteczko.
