Danny nie pożegnał córki na lotnisku, uznając, że bezpieczniej dla nich, jeśli nie ruszy się z siedziby Five Oh. Grace brzmiała nawet na szczęśliwą, że odwiedzi babcię i pewnie Rachel musiała ją okłamać. Nie był pewien ile powiedział Stanowi, ale Kono miała wszystko pod kontrolą, więc Edwards musiał wiedzieć, że kroiło się coś grubszego.

Jeśli miał pretensję o wymuszony wyjazd, nie powiedział ani słowa.

Danny zamknął się w swoim biurze, ale w zasadzie nikt tym razem nie zaprotestował. Steve żałował nawet, że odesłał Kono. Ona najlepiej z ich całej drużyny wiedziałaby jak rozmawiać z Dannym. Jednak ktoś musiał mieć oko na Grace, a Chin był konieczny na miejscu. W ich biurze panowała nienaturalna cisza, a paczka, która pojawiła się u Kono nadal leżała zapomniana na podłodze. Do końca nie wiedział, czy chciał ją otwierać.

Chin spoglądał na niego, czekając na kolejne rozporządzenia. Przez ostatnie dwie godziny wydzwaniał do Newark i nawet rozmawiał z tamtejszym kapitanem, który na dźwięk nazwiska Balamonte spiął się. Musieli wiedzieć, co stało się z Dannym i może dlatego jego partner przeniósł się na inny wydział. Już podczas pracy przy sprawie Haesse'a widać było jak wiele wie na temat przestępczości zorganizowanej i może to powinno podpowiedzieć co nieco Steve'owi, ale wtedy jego oczy przesłonięte były chęcią zemsty.

Może gdyby Danny nie stopował go wtedy, wszystko skończyłoby się inaczej.

- Podeślą akta? – spytał krótko, ponieważ pojęcia nie miał co wynikło z rozmów.

- Tylko to co mają. Stare niezdigitalizowane kopie niektórych raportów. FBI i Biuro Prokuratora Generalnego zebrało wszystko. Zanim dogadamy się z nimi minął tygodnie – odparł Chin. – Podeślą mi listę skazanych w tej sprawie. Poszperam w międzyczasie, ale do włamanie potrzebujemy kogoś lepszego – dodał wymownie.

- Zadzwonię do Cath jeszcze dzisiaj –odparł, łapiąc w lot o co chodzi.

Zerknął niepewnie na Williamsa, który próbował wrócić do monotonnego wypełniania raportów, ale ewidentnie mu to nie szło. Widział jak spięte są ramiona mężczyzny i jak starał się na nich nie zerkać. Zawsze trudno było czytać w jego myślach, ale Steve stawał się coraz lepszym obserwatorem. Zaczynał też dzielić ludzi na tych, którzy wiedzieli oraz nie.

Zastanawiał się czy Danny widział płytę. Czy odtworzono za zamkniętymi drzwiami nagranie po to, aby usmażyć obu braci Brasich. Prokuratura uwielbiała takie dowody. Ławy przysięgłych wtedy nie miewały wątpliwości. Procesy co prawda ciągnęły się czasami całymi miesiącami, ale jedno nagranie potrafiło zmienić bieg historii. Dlatego zlecono Danny'emu podłożenie kamery. Prokuratura liczyła na jakieś morderstwo. Może niewygodnego świadka wcześniejszych przestępstw. Zapewne przez myśl im nie przeszło, że ich tajniacy zostaną odkryci.

Danny nigdy nie powiedział wprost, że Stevenson popełniła błąd, ale miał wrażenie, że kobieta posunęła się za daleko, a potem wydawała go, gdy wystraszyła się śmierci. To nie byłoby nic dziwnego. Brasi chcieli ich martwych.

- Zabiorę go do domu. Musimy wziąć jego rzeczy – rzucił do China, który zaczął ponownie pracować przy komputerze, starając się skupić na pracy.

- Jasne. Daj znać, gdyby coś się działo – odparł Chin, spoglądając na niego wymownie.

Steve wziął głęboki wdech i zapukał do drzwi gabinetu Danny'ego.

- Musimy się rozłożyć u mnie – poinformował mężczyznę, który nawet już nie udawał, że pracuje.

Danny potrzebował prysznica i snu. Nawet niekoniecznie w tej kolejności.

Williams skinął głową tylko, nie wdając się w głębsze dyskusje, chyba równie wyczerpany co oni. Zerknął tylko w stronę gabinetu Kono, jakby wiedział, że faktycznie nikt nie ruszył paczki.

- Musimy zdjąć odciski – powiedział w końcu Danny.

- Dotykało jej pewnie z dziesięć osób, ale Chin zawiadomi techników – odparł Steve.

- Druga paczka jest w moim biurku – przyznał Danny i wyciągnął kluczyk z kieszeni spodni, a potem położył go po prostu na wąskim parapecie okna swojego biura, gdzie Chin z łatwością by go znalazł. – Muszę zabrać rzeczy.

Steve skinął głową, czekając aż Danny znowu zbierze się w sobie. Williams ku jego zaskoczeniu odwrócił się w stronę China i pomachał mu na do widzenia. To nie było wiele, ale to zawsze był początek.

ooo

Danny milczał przez całą drogę w samochodzie, wgapiając się w pustą przestrzeń przed sobą. Steve nie widział go jeszcze nigdy, gryzącego wierzch dłoni i to było nowe – obserwować jego tiki nerwowe. Każdy posiadał szereg zachowań, które uaktywniały się w stresujących sytuacjach, ale Danny nigdy nie zdradzał zdenerwowania. Nie był oazą spokoju. Steve po prostu założył, że cała ta gestykulacja oznaczała u Williamsa nerwowość i przyjął to do wiadomości.

Tymczasem zdenerwowany Danny przygryzał skórę na swoich kłykciach i wgapiał się w przestrzeń, milcząc. Nie było to coś, czego się spodziewał. I nie bardzo wiedział jak poradzić sobie z ciszą, która pojawiła się, gdy nawijanie Danny'ego nie rozbijało napięcia, które między nimi panowało.

- Zajmiesz sypialnię u góry – poinformował go Steve, nie wiedząc co powinien powiedzieć.

- Och, musi być źle, jeśli oddajesz mi swój pokój. Ostatnio spałem na kanapie – przypomniał mu Danny i gdzieś tam tkwiła dobrze znana mu zrzędliwość.

- Jesteś kimś kogo ochraniam. Ja śpię bliżej drzwi, żeby musieli przejść po mnie, żeby dotrzeć do ciebie. Prosta zasada – odparł, nie ukrywając nawet, że ma czyste intencje.

- Wiesz, że też jestem policjantem – warknął Danny. – Potrafię się bronić – dodał, a potem spojrzał zirytowany na Steve'a. – W zasadzie nie też. Jestem tutaj jedynym policjantem – przypomniał mu z naciskiem.

- Wcześniej kłóciłeś się, że nie chcesz spać na tej cholernej kanapie, a teraz nagle chcesz na niej spać? – spytał Steve z niedowierzaniem. – Zdecyduj się – mruknął pod nosem, czując tylko odrobinę satysfakcji, gdy piłka nagle wróciła do gry.

- Nie chodzi o pieprzoną kanapę – jęknął Danny. – Chcę, żeby było… - zaczął i urwał.

Odwrócił się nawet twarzą w stronę szyby, żeby Steve nie mógł na niego patrzeć. I to było cholernie nie fair. Danny zawsze mówił to co miał do powiedzenia. Nie urywał niczego, ponieważ byli trochę dupkami i radzili sobie z wzajemną zgryźliwością.

- Chcesz, żeby było jak dawniej – dokończył za niego Steve. – Ale się nie da, Danny. Będzie inaczej. I będziemy musieli się do tego przyzwyczaić. I nie możesz zakładać, że za każdym razem, gdy robię coś odchodzącego od schematu, robię to bo mi ciebie żal. Widziałeś, żebym był kiedykolwiek dla ciebie miły? Nie przeprosiłem nawet kiedy cię postrzelono, a wiem, że to było z mojej winy – przypomniał mu.

Danny spojrzał na niego naprawdę zaskoczony.

- Zajęło ci dwa lata, żeby to przyznać – stwierdził Williams.

- Nie zmieniaj tematu – odparł pospiesznie. – To standardowa procedura. Śpisz jak najdalej od wejść. A ja śpię przy wejściu – powtórzył uparcie, ponieważ niezależnie od tego czy ktoś polowałby na China, Kono czy kogokolwiek innego, zasady pozostawały te same.

I Danny musiał to wiedzieć, ponieważ on też ochraniał ludzi podczas swojej pracy. Pewnie prowadził nadzór z ulicy, ale jednak mimo wszystko to oznaczało to samo – pierwszą linię frontu w razie pojawienia się niebezpieczeństwa.

Danny skinął głową, jakby zgadzał się na te warunki. Nie o to jednak chodziło Steve'owi i miał nadzieję, że Danny będzie pamiętał również o drugiej części jego wypowiedzi. Nie chciał się powtarzać. Nie widział w tym powodu.

Zaparkował przed wejściem i zgasił silnik. Nie wysiadł jeszcze i Danny niepewnie spojrzał na niego, jakby wiedział, że to nie wszystko. Jakby przygotowywał się do tego, co miało nadejść. A Steve miał mu cholernie wiele do powiedzenia, ale nic, co teraz zabrzmiałoby dobrze.

- Wiem, że normalnie panuje zasada, że prysznic trwa trzy minuty… - zaczął, a Danny prychnął, dając mu do zrozumienia, co o tym myśli. – Postój ile chcesz, ale wiem kiedy woda jest zimna i wyciągnę cię stamtąd siłą, jeśli spędzisz w łazience za długo – ostrzegł go lojalnie, ponieważ czasami sam tracił poczucie czasu.

I znał doskonale cały schemat zachowań, który występował przy PTSD. Widział jak wyczerpany był Danny po flashbacku i nawet nie chciał wiedzieć, co Williams miał przed oczami. Podejrzewał, że po rozmowie z nimi Danny czuł się brudny. Wyszedł do łazienki, żeby wymyć ręce, ale to było za mało. Steve przyłapywał go na pocieraniu ramion, jakby chciał coś z siebie zdrapać. I nawet godzina pod prysznicem to byłoby za mało. Tutaj nie chodziło o to jak Danny mocno wyszoruje skórę i może miał już ten etap za sobą, bo spojrzał na Steve'a z lekkim przestrachem człowieka, który nie chce, aby inni wiedzieli co myśli.

Musiał jednak wiedzieć, że nie siedzi w tym sam. Byli ohaną i trzymali się razem, choćby nie wiedział co.

- U góry jest laptop, jeśli dalej śpiąc potrzebujesz czegoś, żeby zagłuszyć fale – dodał jeszcze, opuszczając w końcu samochód.

Danny bez słowa podążył za nim.

ooo

Nie czuwał tej nocy. Obaj musieli się sypać, ale wiedział, że Danny padł na łóżko wyczerpany, a potem długo przewracał się z boku na bok. Jednym z powodów, dla których chciał Williamsa w swojej sypialni, był fakt, że dokładnie znał odgłosy, które się wydobywały z każdej deski. Wiedział, kiedy Danny wyszedł z łazienki, a potem wsunął się pod przykrycia.

I obudził go kilka godzin później kolejny głośniejszy skrzyp, gdy Williams wstał z łóżka i podszedł do drzwi, tylko po to, aby zawrócić i wejść z powrotem pod prześcieradło. Może chciał zejść po szklankę wody, chociaż Steve mocno w to wątpił. Przetarł więc twarz i wziął butelkę soku, a potem wkradł się na piętro, zastanawiając się co będzie najlepszym rozwiązaniem.

Mógł zapukać i nie udawać, że nie wie iż Danny nie spał. Mógł też otworzyć drzwi i być mocno zaskoczonym. Nie wiedział co jest lepszą opcją, ale Williams po prostu wydał z siebie tak głośne westchnienie, że słyszał je aż na korytarzu.

- Długo będziesz tam stał? – spytał Danny lekko zirytowany.

Steve wszedł więc do środka i zmrużył oczy, gdy Williams zaświecił światło. Była trzecia, ale jeszcze nie zaczynało nawet szarzeć na zewnątrz. Włosy Danny'ego odstawały na wszystkie strony, a laptop leżał włączony na szafce przy łóżku. Williams siedział na łóżku w jakieś starej koszulce ze swojej akademii policyjnej i pocierał szczękę, na której pojawiały się już igiełki zarostu. Danny był cholernie przystojny, gdy się ogolił na gładko, ale Steve lubił go w lekko nieporządnym wydaniu. Pierwszy raz widział go jednak w swoim łóżku i chociaż zmienili razem pościel – ten widok był czymś więcej.

Był już wcześniej świadom swojego pociągu do Danny'ego, ale te myśli w tej sytuacji wydawały mu się tak złe, że miał ochotę walnąć sam siebie.

- Nie śpisz – stwierdził McGarrett.

- A ty co? Zygmunt Freud? – prychnął Danny i ta defensywa zawsze pojawiała się, gdy Williams się zaczynał denerwować.

- Nie, ale wiem co nieco na temat niesypiania – przyznał, zamiast dodać, że Freud zajmował się bardziej seksualnymi fantazjami.

Ostatnim czego chciał to poruszać ten temat z Dannym. Williams zresztą spoglądał na niego dość podejrzliwie. A może sok w jego dłoni, jako doskonała wymówka po prostu stał się śmiesznym gadżetem. Danny potrafił go przejrzeć jak nikt inny i może dlatego tylko przy nim nie potrafił być subtelnym.

- Jestem SEAL. Trzy czwarte mojej jednostki miało PTSD – przyznał bez żenady.

- Ale nie ty – odparł Danny, ponieważ obaj wiedzieli, że Williams zauważyłby to bez najmniejszego problemu.

Danny był po prostu o wiele zbyt spostrzegawczy.

- I nie z takiego powodu – dodał już ciszej mężczyzna.

Steve wypuścił powietrze z płuc. Czasami słyszał strzał, który Hesse oddał w skroń jego ojca, ale to raczej się nie liczyło. Nie budził się zlany potem. Minęło nadal zbyt mało czasu, aby stwierdził PTSD. No i nigdy takie wspomnienie nie pojawiło się za dnia.

- Ja nie, ale znałem ludzi, którzy przeszli coś podobnego – przyznał, nie wiedząc czy to dobry pomysł mówić o tym teraz.

Danny wydawał się naprawdę zaskoczony.

- Znaczy nigdy nie wiesz. Nie powiedzieli ani słowa. Zostali schwytani podczas misji, a kiedy chcą dostać od ciebie informacje, robią różne rzeczy – ciągnął dalej i oczy Danny'ego zrobiły się większe. – Nigdy mnie, ale widziałem dostatecznie wiele, żeby wiedzieć, że to nie wszystko. Czasami udawało nam się odbić chłopaków po miesiącach nawet. Nadal żyli, ale… - urwał. – Uczą cię zabijać w każdych warunkach. Przeżyć o pudełku zapałek i nożu, który strugasz o kamień nad jakimś potokiem – podjął. – Myślę, że nie radzili sobie ze świadomością tego co się działo, gdy ktoś miał nad nimi przewagę. Nie uczą nas zakładać, że ktoś jest od nas silniejszy – przyznał i nie dodał, że ci SEAL już nie żyli.

Danny i tak wiedział po samym tonie jego głosu.

- A mnie niby policja nauczyła tego, że jestem bezbronny – prychnął Williams nagle. – Chciałeś mi powiedzieć, że mam szczęście, że nie jestem jakimś niezniszczalnym SEAL?

- Nie, chciałem ci powiedzieć, że jesteś twardszy od SEAL, bo ty przeżyłeś – odparł i w sypialni zapadło nieprzyjemne milczenie.

Klatka piersiowa Danny'ego unosiła się miarowo w górę i w dół. Nie wydawało się, aby mężczyzna miał zaraz dostać ataku paniki, ale może jego największym strachem było to, że się dowiedzą i będą o nim myśleć inaczej. Może bał się, że Grace się dowie i nie będzie myśleć o nim jako o niezniszczalnym ojcu. Steve nie był do końca pewien co działo się w głowie ludzi, którzy przechodzili coś podobnego.

- Wszystko co przeżyliśmy zmienia nas – podjął. – Tak twierdził psycholog, którego przydzielono nam kiedyś. I może to było najlepsze, co powiedział w życiu. Twierdził, że to co się działo w przeszłości tak naprawdę nas zbudowało. Nie byłbyś tym kim jesteś teraz, gdyby nie to co się działo wtedy – dodał trochę ostrożniej, bo Danny patrzył na niego z niedowierzaniem.

- Mam być zadowolony z tego, że jestem rozwodnikiem, a moja córka musiała uciekać za ocean, żeby byś bezpieczną? – spytał Williams.

- Nie, powinieneś być cholernie dumny z tego, że Rodzina Balamonte nie istnieje, ponieważ uratowałeś setki żyć. Powinieneś być cholernie dumny z tego, że twoja córka jest pieprzonym aniołkiem, a ty jesteś najlepszym ojcem jakiego znam. I dodam tylko, że Rachel w czasie, gdy cię nie znosiła, nigdy nie powiedziała ani słowa na temat tego jak wychowujesz Grace. To nie jest tylko moja opinia, bo może mój ojciec nie był przykładny, ale dopiero teraz zdaję sobie sprawę, co mogłem mieć – przyznał.

Danny zmarszczył brwi, jakby nie wiedział co powiedzieć. Przez chwilę potrząsał głową, jakby chciał się wyzbyć nieprzyjemnych myśli i Steve chciał wyjść. Danny jednak musiał zauważyć ruch, bo spojrzał na niego lekko błyszczącymi oczami.

- Ja jestem zadowolony z tego jaki teraz jesteś. Nie znałem cię wcześniej – przypomniał mu Steve.

Danny wyprostował się lekko, opierając się ramę jego łóżka i wyciągnął przed siebie nogi. Jego dłoń leżała bezwładnie na pościeli, ale cały czas na niego patrzył. Steve więc oparł się wygodniej o framugę drzwi, nadal niezdecydowany czy powinien wejść czy wyjść. To nie było jednak złe miejsce, żeby po prostu patrzeć na Danny'ego. Nie musieli rozmawiać, w końcu był środek nocy.

- Kiedy Rachel spytała dlaczego jestem w szpitalu – zaczął Danny, kompletnie go zaskakując. – Najpierw nie chciałem jej powiedzieć. Nie spotykaliśmy się długo. Rzadko się widywaliśmy, nie wiedziała nawet, że jestem pod przykrywką. Ona była bankowcem, który robił ogromną karierę w bogatszej części miasta i nie było szans, że się na siebie natkniemy. Poza tym wytłumaczenie jej kim była Stevenson… - urwał i potrząsnął głową. – A potem zdałem sobie sprawę, że ona się dowie. Jeśli nie z gazet to będzie wiedziała, bo będę zeznawał. Musiałem zmienić wydział, awansowałem tak wysoko, że to było podejrzane dla policjanta w niecałe dwa lata po ukończeniu akademii. Wiedziałem, że spyta dlaczego chodzę w każdy wtorek do psychologa i dlaczego… - urwał. – Dotykanie ludzi jest ciężkie – przyznał, nie dodając, że pewnie kwestia intymna też stanowiła pewien problem. – Wiem wpadłem na ten fantastyczny pomysł, że to się nie uda, gdy ona się dowie. A że się dowie wiedziałem. Mogłem jej czasami nie cierpieć, ale to inteligentna kobieta – westchnął. – Więc kiedy po raz setny spytała, po prostu jej wywrzeszczałem to w twarz, uznając, że jeśli się wystraszy i odejdzie, przynajmniej ją będę miał z głowy. Wiesz co zrobiła? – spytał i prychnął śmiechem, starając się połknąć łzy. – Zaczęła płakać. Zaczęła płakać tak głośno, że pielęgniarka weszła sprawdzić czy jestem martwy. I zaczęła mnie przytulać i nie chciała mnie puścić. I ile razy bym jej nie odepchnął, wracała – przyznał naprawdę zaskoczony. – Wrzeszczałem na nią, mówiłem, że to koniec, ale to Rachel – dodał i wzruszył ramionami.

Steve nie mógł się nie uśmiechnąć.

- Na mnie wrzeszczysz od dobrych trzech lat. Raczej nie sądzę, że szybko się mnie pozbędziesz – odparł i to wcale nie miało zabrzmieć jak obietnica, ale Danny chyba potraktował to w ten sposób, bo uśmiechnął się do niego lekko i szczerze, czego nie widział od dobrego tygodnia.