Rozdział 4

Miarowy stukot obcasów roznosił się po pustych korytarzach Słodkiego Amorisa. O tej porze było jeszcze pusto, więc nie musiałam mizdrzyć się do mojego „chłopaka". Biedny Nataniel i tak był wystarczająco zdenerwowany. Z resztą, moim marzeniem także nie było klejenie się do niego – chociaż, muszę to przyznać, nie byłoby to złym doświadczeniem. O tak, blondynowi zdecydowanie niczego w tej kwestii nie brakowało.

Stanęliśmy przed pokojem gospodarzy. Nate wyciągnął z kieszeni spodni klucze i trzęsącymi rękami próbował wcelować do zamka.

- Daj. – Przejęłam klucze i jednym zgrabnym ruchem otworzyłam drzwi. Mnie, w przeciwieństwie do blondyna, nie zżerały nerwy.

Podrzuciłam metalowy breloczek (taki z niebieskim kotkiem w srebrne kropki, po prostu przeuroczy) i podeszłam do czajnika na szafce. Wstawiłam wodę.

- Chcesz kawy? - Cisza. - Halo, kocie?

- A, tak. - Jego policzki delikatnie się zaróżowiły. - Bez...

- Wiem, bez cukru ani mleka.

Przygotowałam dwa kubki. Obróciłam się, założyłam ręce i wpatrywałam się w Nata.

Gołym okiem było widać, że jest mu okropnie niezręcznie. Usiadł za biurkiem i teraz miętolił skrawek koszuli, nie wiedząc co zrobić z dłońmi. Oczy skierowane były na ścianę, na miejsce pomiędzy drzwiami a włącznikiem światła. Byle tylko nie na mnie.

- Coś mi się wydaje, że mamy ciężką atmosferę. - Westchnęłam. - Dobra, Nate? Możesz na mnie patrzeć? Nie porzucaj mnie dla ściany. Wiem, że to dla ciebie trudne. Ale wyluzuj się, bo inaczej nikt nie uwierzy w tą szatanielską intrygę.

Z czajnika zaczęła buchać para. Wsypałam sobie półtorej łyżeczki, a Panu Spiętemu dwie.

- Wiem. I tak mam wrażenie, że nikt w to nie uwierzy... Znaczy, czemu nagle mielibyśmy być razem?

Parsknęłam śmiechem. Dolałam sobie mleka, wzięłam oba kubki i postawiłam na biurku.

- Przecież wiesz, że nie takie rzeczy się w szkole działały. Poza tym, kogo może interesować nasz związek?

- No pomyślmy, Lily - powiedział sarkastycznie Nataniel. - Twojego brata, koleżanki, Kastiela, bo się z nim, nie wiem czemu, przyjaźnisz, Amber... Zwłaszcza Amber.

- No dobra. - Wstałam i podeszłam do niego, tak jak zawsze stając za plecami. - Ale wiesz przecież, że potrafię być... Bardzo... Przekonująca... - szeptałam mu do ucha. Dłonią gładziłam go po ramieniu. Aż go dreszcze przeszły.

Gwałtownie wstał, a krzesło prawie że na mnie poleciało.

- Tak. To właśnie jeden z tych problemów.

Dobra. Teraz zaczynał mnie już wkurzać.

- A więc czego ode mnie oczekujesz, co, Panie Nieśmiały?

- No nie wiem! Nigdy nie... - Nagle przerwał.

Drzwi się otworzyły. Znaczy, ktoś je otworzył. Ściślej rzecz ujmując, Sucrette.

Jeszcze tylko tej tutaj brakowało.

- Uhm, Nata...

- Co?! - warknął mocno zirytowany blondyn, nawet nie dając jej dokończyć. Ja za to spojrzałam się na nią spojrzeniem jasno mówiącym: "Idź stąd!". Dziewczyna lekko się spłoszyła, ale w tamtej chwili oboje mieliśmy ją w głębokim poważaniu.

- No bo... - Język jej się plątał. Wiedziałam, że Nate ma teraz ogromną ochotę zrobić facepalm. Dzielnie się powstrzymał i tylko zgrzytał zębami. - Dyrektorka... A na korytarzu...

Dobra. W tamtej chwili miałam do wyboru: albo się z nią użerać, albo spławić. Z przyjemnością wybrałam drugą opcję. Pomyślałam, że mogę od razu wcielić nasz plan w życie.

- Su, mogłabyś przyjść do Nata później? - Podeszłam do chłopaka i znowu położyłam mu rękę na ramieniu, w tym samym miejscu, co wcześniej. Blondyn lekko się wzdrygnął, pewnie z zaskoczenia. - Właśnie... Omawiamy pewną bardzo ważną sprawę, jeśli wiesz co mam na myśli...

Moja ręką zjeżdżała coraz niżej, aż zatrzymała się na jego biodrze. Przysunęłam się tak blisko, żeby moje ramiona stykały się z jego ciałem. Do jego ramion bym nie dosięgnęła.

Mission complete.

Sucrette zaniemówiła, jej wielkie, sarnie oczy przypominały teraz dwa spodki. Wydukała jeszcze, że nie przeszkadza i przyjdzie kiedy indziej, i zostaliśmy sami.

Ja i mój chłopak.


Dzięki, chociaż może przez Sucrette o moim związku z głównym gospodarzem cała szkoła dowiedziała się jeszcze przed lekcjami. Nie sądziłam, że się domyśli, a tu taka niespodzianka.

Teraz Nataniel nie mógł się już wycofać, bez znaczenia jak bardzo by tego chciał.

- Lily Rose Duncan! - słyszałam co chwila na korytarzu. Tym razem była to Kim. Mogłam się spodziewać, że prędzej czy później mnie dopadnie.

Najbardziej obawiałam się Amber. Nawet się lubiłyśmy, ale nie wiedziałam, jak zareaguje na tą sytuację. Tym bardziej, że nawet nie przypuszczała, że to ja mogłam być dziewczyną Nataniela.

- Ja tu jestem w toalecie i wykonuję znane wszystkim czynności, kiedy nagle słyszę płacz jakiejś małolaty – mówiła wzburzona Kim. – Wychodzę z kabiny, pytam, co się stało. I dowiaduję się, że szanowny pan gospodarz wreszcie znalazł sobie laskę! Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby potem nie okazało się, że jest to panna Duncan! Rozumiesz?! Myślałam, że…

- No wiem – przerwałam jej. Dokładnie wiedziałam, co chce powiedzieć. Za dobrze się znałyśmy. – Nikt się tego nie spodziewał, a zwłaszcza ja.

- To czemu… Czekaj, to znaczy, że ty go w ten sposób lubisz?

Zawahałam się. Każdemu innemu wcisnęłabym kit, nawet nie kiwając palcem. Ale to była Kim. Przyjaźniłyśmy się, właściwie, to była moją jedyną przyjaciółką, której mogłam wszystko powiedzieć. Kim miała zdrowe spojrzenie na sprawę i zawsze dawała mi dobre rady. Bo z Rozalią też się przyjaźniłam, ale była to przyjaźń inna. Taka bardziej siostrzana, więc moja Dobra Wróżka była bardziej stronnicza.

Powiedziałabym Kim wszystko. Jednak złożyłam Natanielowi obietnicę. Nie mogłam go w ten sposób zdradzić.

- Tak mi się wydaje. Nie wiem, jak nazwać to uczucie. – Widziałam, że chce coś jeszcze dodać, więc rzuciłam: - Wydaje mi się, że zawsze w jakiś sposób go lubiłam, tylko nie zdawałam sobie sprawy z istnienia tych emocji. A na randce Nate z pewnością je wyzwolił. – Zachichotałam, żeby zabrzmieć bardziej wiarygodnie.

Kim patrzyła na mnie dość sceptycznie, unosząc jedną brew. Ugh, zawsze jej tego zazdrościłam. Nigdy nie potrafiłam unieść jednej brwi, zawsze kończyło się na dwóch, a zamiast niedowierzenia, wyglądałam na zaskoczoną.

- Zrobiłaś wypracowanie na angielski? Ja w życiu tyle nie nasiedziałam się nad jedną pracą... - Zmieniła temat, a ja dyskretnie odetchnęłam z ulgą.


Godzinę później nadal byłam głównym tematem rozmów. Ludzie (no dobra, dziewczyny) przychodzili do mnie i pytali, czy to prawda, od jak dawna, jak to się stało, czy naprawdę go lubię, czy to może dla zabawy. Na początku byłam nawet uprzejma, ale kiedy w toalecie napadła mnie grupka zakatarzonych pierwszoklasistek, zarzucając mi planowanie złamania Natowi serca, już nie tak grzecznie wyperswadowałam im ten pomysł. Obrażone, obróciły się na pięcie i wyszły, rzucając jeszcze komentarze typu: 'Co on w niej widzi', 'Ze mną byłoby mu lepiej'. Głupie dziewuszyska.

Ale jakoś i ja, i zrozpaczone dziewczęta zdołałyśmy przetrwać ten dzień bez żadnych uszczerbków na zdrowiu.

Nie odważyłam się pójść na próbę zespołu. Nie miałam zbytniej ochoty na sprzeczki z Kastielem, a byłam pewna, że chłopak nie daruje sobie nie wyrażenia swojego zdania. Jakby miał na to jakikolwiek wpływ.

Szłam przez dziedziniec, rozkoszując się promieniami październikowego słońca. Ah, wprost uwielbiałam ten miesiąc. Był przejściem lata w jesień, kiedy to robiło się już zimniej, liście zaczynały spadać z drzew, ale dało się jeszcze wychwycić parę chwil z lata.

Usiadłam na jednej z ławek, tej nieosłoniętej. Położyłam torbę obok i rozpięłam dwa guziki z koszuli, te tuż nad szyją. Ostatni moment, kiedy można się nacieszyć tym ciepłem.

Jednak jakiś czas później ktoś zasłonił mi na chwilę źródło światła, a zaraz potem poczułam, jak ławka nieznacznie ugina się pod ciężarem tej osoby. Doleciał do mnie zapach Shalimar.

Tylko jedna znana mi osoba używa tych perfum.

- O. Cześć Amber - powiedziałam, nawet nie otwierając oczu.

- Skąd ty... Z resztą nieważne. - Drewno zaskrzypiało, więc pewnie dziewczyna rozsiadła się wygodnie. Zapowiada się poważnie. - Więc ty i mój brat...

- Tak. Od piątku, zaprosił mnie na randkę, potem o bycie razem, ja się zgodziłam, a teraz będziemy żyć długo i szczęśliwie. - Przeciągnęłam się, zakładając ręce za głowę. - Nie, jeszcze nie wiem czy zgodzę się na małżeństwo, jak będzie wyglądało wesele i ile będziemy mieli dzieci.

- Chcę tylko - zignorowała moją wypowiedź - żebyś wiedziała, że nic do ciebie nie mam. Co prawda wszystko to wydaje mi się więcej niż podejrzane... Ale co mogę zrobić. Chyba że życzyć wam szczęścia.

Niby leniwie rozwarłam jedną powiekę. W rzeczywistości byłam napięta jak struna. Amber radośnie szczerzyła do mnie zęby, ale nie dało się nie zauważyć błysku w jej oku.

Cholera, nawet na Marsie by go zauważyli.

- Z tego co wiem, w środę jesteś wolna. - Nieśmiało kiwnęłam głową. - W takim razie cię porywam. Jako dziewczyna mojego brata jesteś tak jakby moją siostrą, powinnyśmy się więc lepiej poznać, prawda? Poza tym, pewna osoba szalenie chciałaby się z tobą zobaczyć.

- Emm... - Wymyśl coś, wymyśl coś! Od tego zależy twoja przyszłość, jeśli nie życie! - Jasne, nie ma sprawy.

Z wyobraźnią zawsze było u mnie jakoś kiepsko.

- Cudownie! Jedziemy w środę zaraz po lekcjach, ciao! - I już jej nie było.

Jestem stracona. Już praktycznie martwa, Leo może przygotowywać jakąś elegancką sukienkę do trumny. Tylko mam nadzieję, że nie żółtą, w tym kolorze nigdy nie było mi do twarzy.

Za dwa dni prawdopodobnie spotkam niedoszłą dziewczynę mojego chłopaka.