Po pierwsze, wychodząc naprzeciw - całkowicie słusznej - krytyce Freji, niniejszym podaję oficjalne informacje na temat oryginału tego fanfika:
Autor: MadeleineBeverley
Tytuł: 'The Enemy Within'
Zgoda na tłumaczenie: jest! (Nieczęsta to sytuacja - część autorów na odcięła się już chyba od swoich dzieł raz na zawsze i nie odpisują nawet na maile z pytaniem o zgodę na tłumaczenie; wiem, bo kilka kolejnych opowiadań mam już na oku ;)).
Jeśli ktoś wejdzie na profil autorki, zorientuje się, że to opowiadanie ma ciąg dalszy, zatytułowany 'The Veils Reward'; od razu mogę powiedzieć, że ono również będzie przetłumaczone :)
Freja: Ach, kochany Severus... powiem tak: im dalej w las, tym większą będzie odgrywał rolę; radzę go bacznie obserwować!
Adysza: To super, że już uważasz opowiadanie za ciekawe :) Trochę się martwiłam, że pierwsze kilka rozdziałów może nie przykuć uwagi (głównie dlatego, że taka właściwa akcja zaczyna się dopiero około rozdziałów 10/11), ale skoro już teraz jest godne zainteresowania, to tym bardziej zachęcam do dalszego czytania, bo będzie tylko coraz lepiej :D
Jamie Grant: Pochwała za ciekawy opis to chyba najlepsze, co mogło mnie spotkać - dziękuję! :) W przeciwieństwie do dialogów opisy są dość trudne do przetłumaczenia, że już o dobrym przetłumaczeniu nie wspomnę... Myślę, że Harry w tym opowiadaniu powinien zadowolić większość czytelników - jest dość kanoniczny, ale pewne cechy, które w kanonie drażnią, zostały tu moim zdaniem przytłumione ;)
deframbuesa: Bardzo się cieszę, że bohaterowie wydają się kanoniczni :) Autorce oryginału udaje się zachować tę kanoniczność cały czas - mam nadzieję, że mnie uda się z kolei dobrze oddać ją w tłumaczeniu!
I jeszcze małe ogłoszenie parafialne: dopóki nic nie pokrzyżuje moich planów i tempa tłumaczenia, będę się starała zamieszczać dwa rozdziały tygodniowo.
A teraz zapraszam do czytania :)
Światło w piekle
...
…
- … potrzebuje tylko więcej czasu...
…
- … wakacyjnej pracy domowej! Możesz w to uwierzyć?
- Och Ron, na litość boską...
…
- … zmartwiona, kochaniutki. Muszę ci ugotować coś pysznego.
…
- … Harry? Harry! Widzieliście to? Profesorze Lupin, słowo daję, widziałem, jak się poruszył!
- Harry, słyszysz mnie? To ja, Remus...
…
- O wiele lepiej... kolor powraca. Powinien...
…
- Myślę, że stara się bardziej, odkąd Syriusz...
- Cicho, Ron!
- No co? To prawda. Profesor Lupin od kilku dni w ogóle stąd nie wychodzi.
- Martwi się, tak jak my wszyscy.
- Nawet nic nie mówi – po prostu siedzi...
…
- … świadomość. To już niedługo.
Jasność była oślepiająca, ale przynajmniej było ciepło. Gdziekolwiek Harry się znajdował, czuł się lekki jak piórko, otoczony komfortem i wygodą niczym kokonem.
Wokół niego rozbrzmiewały głosy. Pozwalał im krążyć nad swoją głową, ale nie zależało mu na tym, by zrozumieć, co mówią; nieświadomość była błogosławieństwem. Tutaj nic nie mogło go zranić. Był bezpieczny.
Harry czuł, że powoli unosi się ku powierzchni morza odosobnienia, w którym dryfował. Głosy stawały się coraz wyraźniejsze i w końcu poczuł się też świadomy własnego ciała. Było to dziwne uczucie; chciał je wypróbować – co był w stanie zrobić?
Spróbował zacisnąć palce na tym, w co był owinięty. Prześcieradło? Koc? Cokolwiek to było, było o wiele bardziej miękkie, niż to, do czego przywykł u Dursley'ów.
Czyjaś łagodna dłoń przytrzymała jego rękę na posłaniu. Ktoś był obok. Znajomy głos, który usłyszał, pomógł mu otrząsnąć się z dezorientacji.
- Poppy? Zdaje się, że się budzi.
Skąd znał ten głos? Chciał zobaczyć, do kogo należy. Jego powieki zadrżały. Jest zbyt jasno.
Wszędzie była biel. Zamrugał kilka razy, po czym znów zamknął oczy.
- Harry, czy możesz otworzyć dla mnie oczy?
Światło przytłumiono, więc spróbował unieść powieki jeszcze raz. Kiedy to zrobił, przed oczami miał niemal ciemność, ale mimo to wiedział, gdzie się znajduje. Co zrobił tym razem? Miał tylko nadzieję, że nie będzie musiał znów znosić odrastania kości w ręce.
Czuł się jednak inaczej, niż wtedy. Gorzej.
- Słyszysz mnie? - spytał głos. Harry potaknął i odwrócił głowę, by spojrzeć na jego właściciela.
Remus.
Jego były nauczyciel uśmiechnął się i uścisnął pokrzepiająco jego dłoń.
- Trzymaj się, pani Pomfrey już idzie.
Harry zmarszczył brwi. Jeśli nie chodziło o Quidditcha, to co tutaj robił? Próba rozgryzienia tej kwestii okazała się wysiłkiem wystarczającym, by jego oczy znów zaczęły się zamykać.
- Harry, świetnie sobie radzisz. Wytrzymaj jeszcze moment, Poppy chce cię zbadać.
Do jego uszu dotarł kolejny głos, tym razem żeński. Obrócił głowę w drugą stronę i zobaczył zatroskaną, ale uśmiechniętą twarz pielęgniarki.
- Panie Potter, zdaje się, że będę musiała podpisać to łóżko, tak często pan w nim ląduje. - powiedziała życzliwie. - Wiem, że jesteś zmęczony, ale musisz to wypić.
Harry zmierzył eliksiry w jej rękach podejrzliwym wzrokiem. Już czuł ich smak na języku i z trudnością przełknął ślinę. Pani Pomfrey podparła jego kark i kolejno podała buteleczki czekając, aż Harry wypije ich chłodną zawartość. Gdy uporał się ze wszystkimi, zasnął, zanim przytknął głowę z powrotem do poduszki.
###
- Jak się czujesz?
Cichy głos doleciał do jego uszu. Harry obrócił oczy na Lupina i uśmiechnął się słabo.
- Lepiej. - wyszeptał.
- Przez długi czas wszyscy porządnie się o ciebie martwili. - powiedział Remus stawiając krzesło przy łóżku.
- Jak długo? - spytał Harry.
- Tydzień, ale przez kilka ostatnich dni budziłeś się co jakiś czas.
- Co się stało? - spytał Harry ochryple i uniósł brwi słysząc swój głos. Odkaszlnął, skrzywił się czując zawroty głowy spowodowane tym niewielkim wysiłkiem, i spróbował ponownie. - Co się... co jest nie tak z moim głosem?
- Po prostu jakiś czas go nie używałeś, to wszystko. - Remus uśmiechnął się łagodnie. Po chwili jednak jego uśmiech zbladł i mężczyzna pochylił się opierając łokcie na kolanach. - Pamiętasz, co się stało?
Wspomnienia zeszłego tygodnia powróciły do niego i stanęły przed oczami jako wirująca mieszanina obrazów i dźwięków tak nagle, jakby ktoś włączył światło w jego głowie.
- Pociąg się wykoleił. - stwierdził cicho.
- Śmierciożercy go zaatakowali. - potwierdził Remus.
- Glizdogon i Malfoy... widzieliśmy ich; czy ktoś został ranny?
Remus przytaknął ze smutkiem.
- Udało nam się wydostać stamtąd wszystkich, ale wielu uczniów odniosło obrażenia. Aportowaliśmy ich w bezpieczne miejsca, kiedy znów pojawili się Śmierciożercy. Walka zaczęła się na nowo, ale na szczęście po tym, jak zabraliśmy cię z Severusem pojawił się Dumbledore z posiłkami i Śmierciożercy uciekli. Nie wiem, ile ofiar jest po naszej stronie; nie podano jeszcze oficjalnej informacji na ten temat.
Harry poczuł się tak, jakby ktoś uderzył go pięścią w brzuch; było mu niedobrze. Przez niego zginęli kolejni ludzie. Czy nie byłoby lepiej, gdyby po prostu oddał się w ręce Voldemorta? Wtedy mógłby się nim zająć Zakon. Przepowiednia musi dopuszczać taką możliwość...!
- Voldemort tam był. - powiedział przypominając sobie ból, który czuł. - Czułem to, moja blizna...
Remus spojrzał na niego z zainteresowaniem.
- Voldemorta tam nie było, Harry.
Chłopiec, zupełnie zdezorientowany, potarł nieświadomie swoją bliznę, zanim przypomniał sobie o przyjaciołach.
- Ron i Hermiona? Ginny?
- Są bezpieczni. - uspokoił go Remus. - Tonks zabrała ich do Kwatery Głównej. Wszyscy członkowie Zakonu są cali i...
- Tylko ty jeden zdołałeś się niemal zabić, Potter. - rozległ się od drzwi drwiący głos. - To, co się stało z innymi, nie ma większego znaczenia.
Harry zacisnął pięści na prześcieradle; całe jego ciało spięło się z wściekłości. Remus wstał.
- Severusie...
- Ci, którzy zginęli, się nie liczą? - Harry starał się okazać gniew swoimi słowami, ale był tak słaby, że niewiele z tego wyszło. - Tak pan sądzi?
- Harry, spokojnie...
- Ci ludzie zginęli z mojego powodu! Całe rodziny straciły bliskich, a pan uważa, że nic się nie stało?
- Harry, to nie twoja wina. - zapewnił Remus; wbijał rozeźlony wzrok w Snape'a, którego wargi wykrzywiły się w rozbawieniu.
- Oczywiście, że to moja wina, Remus. Chodziło im o mnie, prawda? Zniszczyli cały pociąg, ponieważ chcieli mnie dostać w swoje ręce.
- Harry, uspokój się, albo pani Pomfrey rzuci na ciebie zaklęcie usypiające. - powiedział surowo Remus obserwując, jak pierś Harry'ego unosi się i opada w niespokojnym oddechu. - Tu chodzi o coś więcej – Voldemort chce po prostu wywołać chaos i przerazić ludzi.
- A pan - Harry znów odwrócił się do Snape'a, zdecydowany obarczyć kogoś winą. - zabrał mnie, gdy wszyscy inni walczyli! Zostawił pan moich przyjaciół na śmierć!
- Zdaje się, że miesiąc temu to właśnie ty poprowadziłeś ich na niemal pewną śmierć, Potter.
Te słowa wywołały pożądany skutek. Harry zacisnął usta i zagryzł wargi, po czym rzekł lodowatym tonem:
- Wynoś się.
Snape wykrzywił usta i ruszył do wyjścia.
- Prawda boli, czyż nie? - zadrwił i zamknął za sobą drzwi z głośnym hukiem.
Przez chwilę siedzieli w ciszy wypełnionej tylko echem słów Snape'a. Nagle Harry zorientował się, że jego uszy zaczyna wypełniać niewyraźne brzęczenie; jego głowa wydawała się dziwnie lekka, jakby zbyt szybko wstał. Gniew na Snape'a sprawił, że nie zauważył tych objawów od razu. Czuł się tak, jakby miał zaraz spaść z łóżka.
- Wszystko w porządku? - spytał Remus obserwując Harry'ego ze zmarszczonymi brwiami.
- Moja głowa... czuję się jakoś dziwnie. - odpowiedział chłopiec mrugając kilkakrotnie, by odgonić słabość.
- Kiedy pociąg się przewrócił uderzyłeś w coś bardzo mocno głową. Straciłeś dużo krwi i zemdlałeś, a później musieliśmy użyć świstoklika, który jeszcze wszystko pogorszył.
Harry usłyszał zniecierpliwione cmoknięcie Poppy, która nagle pojawiła się przy jego łóżku, jak to było w jej zwyczaju.
- Świstoklik, też coś. - mruknęła przyglądając mu się zmrużonymi oczyma.
- Twój mózg musiał dojść do siebie po tym wstrząsie. Poppy umieściła cię pod zaklęciem usypiającym, żeby twój organizm miał czas na zregenerowanie sił.
Harry przeczesał ręką włosy i przesunął ją aż na tył głowy; skrzywił się lekko wyczuwając palcami bliznę, która ciągnęła się od jej prawej do lewej strony.
- Prawie rozłupałem sobie czaszkę na pół. - stwierdził dotykając lekko rany.
- Owszem, panie Potter. - powiedziała pielęgniarka. - Musi pan odpocząć. Gdyby to zależało ode mnie, zostałby pan tu jeszcze przez tydzień albo i dwa, ale niestety zostanie pan zabrany spod mojej opieki.
Harry ostrożnie skinął głową – pani Pomfrey potrafiła być groźna, kiedy chciała.
- Mówię poważnie, panie Potter. - ostrzegła surowo. - To nie jest zwykły uraz głowy i jego leczenie trwało wiele dni. Minie trochę czasu zanim znów poczujesz się zupełnie zdrowy; możesz mieć bóle głowy i zaniki pamięci, a jeżeli znów się uderzysz, może dojść do kolejnej zapaści.
Harry westchnął.
- Świetnie. - mruknął. Kiedy zobaczył minę pielęgniarki dodał szybko: - Rozumiem... będę na siebie uważał.
- Mam nadzieję.
###
- Byłeś tutaj? - spytał Harry kilka dni później widząc ciemne cienie pod oczami Lupina. - Przez cały ten czas, kiedy byłem nieprzytomny?
- Oczywiście. - odparł Remus z uśmiechem. - Musiałem się upewnić, że w pełni dojdziesz do siebie. James nie wybaczyłby mi, gdybyś obudził się niezdolny do gry w Quidditcha.
- Dziękuję. - na policzkach Harry'ego wykwitł lekki rumieniec. - Ale co teraz będzie?
- Pod koniec tygodnia zabieramy cię do Dursley'ów.
- A co z Voldemortem? - zapytał Harry ignorując chłód, jaki wywołała w nim myśl o powrocie do ciotki i wujka. - Skoro otwarcie zaatakował ekspres Londyn-Hogwart to znaczy, że jest coraz silniejszy. - Harry z trudem przełknął ślinę. - Wkrótce wybuchnie kolejna wojna, prawda? Znów będzie próbował mnie dostać w swoje ręce.
Chłopiec zrugał się wewnętrznie za poruszenie tego tematu, ale obawy same wyrwały się z jego ust zanim zdążył się opanować.
Remus przez kilka chwil bił się w myślami zanim odpowiedział.
- Tak, możemy założyć, że ten moment jest coraz bliżej. Myślę, że Dumbledore zorganizuje dla ciebie lekcje – treningi, a dla Zakonu utworzy jakiś plan działania. - pochylił się, złapał Harry'ego za ramię i ścisnął je lekko. - Nie jesteś sam; będziemy walczyć wszyscy razem.
- Dumbledore pozwoli mi walczyć? - spytał Harry zdziwiony.
- Pewnie nie bylibyśmy w stanie cię powstrzymać nawet gdybyśmy chcieli. - stwierdził Remus. - Myślę, że dyrektor w końcu to zrozumiał.
Harry nie potrafił spojrzeć mu w oczy; wbił wzrok w małe pęknięcie w przeciwległej ścianie. Albo wysyła mnie na śmierć, by przepowiednia się wypełniła, pomyślał gorzko. Oczywiście, że chce, żebym walczył; chce, żebym skończył to wszystko.
- Ron i Hermiona też będą chcieli dołączyć do bitwy – tak samo, jak Fred i George, i ty, i Zakon... nie chcę, żeby ktoś jeszcze zginął z mojego powodu. - powiedział Harry cicho.
- Wszyscy chcą pomóc; wszyscy razem chcemy go pokonać. Nie powstrzymasz ludzi przed przyłączeniem się do walki. Voldemort wymordował ich rodziny i przyjaciół – ci ludzie chcą zadośćuczynienia. Nie będziesz sam.
- A jeśli coś się stanie Ronowi, Hermionie albo tobie? Nie sądzę, by mój tata wybaczył mnie, gdybym doprowadził do śmierci ostatniego z Huncwotów. I sam też nigdy bym sobie tego nie darował.
Remus uśmiechnął się słysząc ostatnie zdanie.
- Powiedz mi – czy gdyby Voldemort nie odpowiadał za śmierć twoich rodziców, gdyby Syriusz przez niego nie zginął, gdyby nie sprawił ci tyle bólu przez te wszystkie lata, czy nadal chciałbyś z nim walczyć?
Harry zastanowił się przez chwilę.
- Tak sądzę. - odpowiedział w końcu z przekonaniem. - Nie chciałbym, żeby cierpiał ktokolwiek inny.
Remus znów się uśmiechnął.
- Tak właśnie myślą wszyscy pozostali. Walczą, bo chcą walczyć i zdają sobie sprawę z zagrożenia. Jesteśmy jak armia i jak armia będziemy się bić. W strachu nie ma nic złego...
- Nie boję się. - przerwał Harry szybko. - To znaczy tak, boję się, ale nie walki – boję się stracić tych, na których mi zależy.
Remus położył dłoń na ramieniu Harry'ego i ścisnął je pokrzepiająco.
- W takim razie musimy zrobić wszystko, żeby do tego nie doszło. Dumbledore nie pozwoli, żebyśmy ruszyli do walki nieprzygotowani.
Usta Harry'ego drgnęły lekko.
- Tak jak ja mam w zwyczaju – to masz na myśli?
- Twoja intuicja na pewno nam się przyda. - odparł Remus z zadziornym uśmiechem. Harry w odpowiedzi również zdobył się na lekki uśmiech.
- Zgrabnie to ująłeś.
- Odpocznij teraz. Wrócę za parę godzin.
Harry znów dotknął rany z tyłu głowy.
Dumbledore pozwoli mu walczyć; Zakon będzie przygotowany. Słowa Remusa dodały mu nieco otuchy. Zdobędą przynajmniej trochę doświadczenia, zanim ruszą do walki i być może uda się nawet powstrzymać Voldemorta przed kolejnymi poważnymi atakami, nim to nastąpi. Harry wiedział, że jeśli tylko dyrektor będzie w stanie to sobie zapewnić, walka będzie odbywała się na jego warunkach; to on będzie pociągał za sznurki. Zupełnie tak, jak robi to ze mną, pomyślał Harry. Ale nawet jeśli tak rzeczywiście będzie, jeśli przegra, to przegra walcząc; jeśli Voldemort go zabije, Harry zginie tak, jak chciał – zabierając ze sobą tylu Śmierciożerców, ilu się da.
Ale najpierw musi przetrwać pobyt u Dursley'ów.
