Agape nie zawsze musi być dramatyczna – czasem przejawia się w najzwyczajniejszych czynach. Rozgrzewka po przerwie.

- Niewdzięczna – powiedział Doktor i zatrzasnął z hukiem maskę. Od początku wiedział, że każda najdrobniejsza śrubka w Bessie działa doskonale.

Działałaby, gdyby w baku była benzyna.

Ale najbliższą stację zostawił wiele mil za sobą, ledwo ją zauważył, zajęty obtańcowywaniem w myślach Lethbridge-Stewarta z jego ciasnym, wojskowym „umysłem". Te ziemskie samochody musiał wynaleźć ktoś o podobnej mentalności, komu nie starczyło wyobraźni, żeby znaleźć sposób na czerpanie energii z samej przestrzeni, jak to robiły wszystkie porządne cywilizacje, ledwo odrosły od powierzchni swoich macierzystych planet.

Kropla deszczu pacnęła go w czubek nosa. Doktor zmierzył niebo długim, chłodnym spojrzeniem, nie mrugając, dopóki kolejna kropla nie wpadła mu do oka. Wtedy powiedział coś, co w najbardziej oględnym tłumaczeniu z gallifreyańskiego jeszcze nie nadawałoby się do druku. Trąc oko i mamrocząc serdeczne życzenia pod adresem wszechświata w ogólności, a świętoszkowatych Władców Czasu i ich zbrodni sądowych szczególnie, Doktor usiadł bokiem na fotelu kierowcy w swoim własnym (ha!) prymitywnym pojeździe.

Utkwić na planetce, której mieszkańcy nadal byli zależni od paliw kopalnych, i prawie nie próbowali temu zaradzić – samo to było torturą, ale utkwić po raz drugi na małym, szaroburym, wyschniętym (co prawda, nie w tej chwili) skrawku tej planetki? I to dlaczego? Bo zapomniał się zaopatrzyć w produkt krakingu i destylacji ropy naftowej? Jakby nie miał ważniejszych spraw na głowie. Zresztą, kanister z bagażnika Bessie, wypełniony po brzegi iłem, którego analizę Liz powinna już kończyć, stał w ich laboratorium w Londynie. Równie dobrze mógłby być na Gallifrey.

Doktor postawił kołnierz, co wcale nie pomogło – woda spływała mu z włosów i wciskała się zimnymi strużkami za koszulę. Pachniała, ledwo wyczuwalnie dla niego i niedostrzegalnie, jak przypuszczał, dla autochtonów, kwasem siarkowym. Zapach był słaby, ale natrętny. Produkty uboczne spalania trafiają do atmosfery. Prymitywna planeta.

Oślepiły go światła przejeżdżającego auta. Doktor zacisnął powieki, odwracając twarz. Pewnie drogówka. Niech tylko spróbują wlepić mu mandat. Deszcz szumiał i pluskał na jezdni.

Trzasnęły drzwi tamtego samochodu. Zza zasłony deszczu Doktora dobiegł głos – Zepsuło się panu auto?

Zgarnął wodę i mokre włosy z oczu, ale człowiek pozostał tylko ciemniejszą sylwetką pośród szarości.

- Działa doskonale – powiedział wyniośle – brak mu tylko benzyny.

Nieznajomy mruknął coś, a może Doktor tylko sobie wyobraził mruknięcie. Nie usłyszałby go przecież w tej ulewie.

Za to trzask zamykanego bagażnika był całkiem wyraźny.

- Najpierw zaciągnijmy dach, bo się pan utopi – powiedział obcy, stawiając obok koła Bessie czerwony kanister.

Władca Czasu bez słowa pomógł przykryć swój samochód brezentowym daszkiem. Potem, kiedy ziemianin lał do baku ostro woniejącą benzynę, Doktor zasłonił go przed deszczem, na ile był w stanie. W końcu nieznajomy zakręcił wlew.

- Proszę – powiedział. - Niech pan jeszcze sprawdzi, czy odpala, czy nie trzeba jednak sprowadzić lawety.

Doktor spojrzał na niego przeciągle, zanim otworzył drzwi auta, zaczekał, aż wyleje się woda, wsiadł ostrożnie i zapalił silnik. Bessie zakaszlała, zawarczała, ale potem rozmruczała się, jak należy.

- Dziękuję! - zawołał, wystawiając głowę przez okno, a ziemianin pomachał mu i wsiadł do własnego pojazdu.

Czekając, aż tamten włączy się do ruchu, Doktor obserwował, jak woda spływa po szybie małymi i większymi strużkami, splatającymi się w warkocze. Ozdobione czerwonymi błyskami świateł drugiego samochodu, na swój sposób były nawet całkiem ładne.