Uwielbiam ten rozdział. Jest mroczny i nieprzyjemny, ale bardzo prawdziwy.

Rozdział czwarty: Kąśliwy Snape

Ku znacznej uldze Harry'ego, Syriusz obniżył znacznie lot kiedy tylko wlecieli na teren Hogwartu. Widzieli migocący po drugiej stronie jeziora zamek, którego wieże odbijały się w wodzie. Harry osłaniał oczy ręką, póki wzrok nie przyzwyczaił mu się do lśniących zaklęć i osłon. Aż do tej chwili nie zdawał sobie sprawy z efektów niektórych ćwiczeń, jakie Snape zlecił mu na wakacje. Znacznie wzmocniły jego zdolności widzenia magii. Dostrzegał linie błękitu i zieleni, których na pewno w zeszłym roku tu nie było.

– Tam jest Hagrid! – krzyknął nagle Connor, po czym wychylił się niebezpiecznie z motocykla żeby pomachać. – Hagridzie! Tutaj, w górze! Hagridzie!

Harry zerknął w dół, ściągając swojego brata z powrotem na siedzenie, i zobaczył jak pół–olbrzym wyprowadza z Zakazanego Lasu jakieś stworzenie. Hagrid spojrzał w górę i pomachał, wołając do Connora, ale to stojące obok niego zwierzę zwróciło uwagę Harry'ego. Wyglądało jak czarny koń, ale z jego barków wyrastały nietoperze skrzydła, a kiedy obróciło łeb żeby się na nich spojrzeć, Harry dostrzegł blask jego białego, świecącego oka.

Co to jest? – wydusił z siebie wreszcie. Nigdy nie słyszał o tym, żeby Hagrid kiedykolwiek wyprowadził takie stworzenie, żeby się pobawiło z Connorem, bo gdyby kiedyś mu się to o uszy obiło, to z pewnością by przemyślał jak bezpieczne dla jego brata są wypady do gajowego. Być może powinien zacząć brać udział w tych wizytach. To z pewnością przysłuży się jego postanowieniu, by poznać lepiej Hagrida.

– Co jest czym? – zapytał Connor, wychylając się tym razem na lewą stronę motocykla i rozglądając się.

– To zaraz obok Hagrida... – zaczął Harry, ale zauważył spojrzenie, jakie rzucił mu Syriusz. Jego ojciec chrzestny pokręcił głową, a na jego twarzy znowu pojawił się smutek. Harry zamrugał i zaśmiał się. Nawet dla niego ten śmiech brzmiał jakby był wymuszony i lekko roztrzęsiony, ale Connor obejrzał się na niego i spojrzał wyczekująco. – Och, to tylko drzewo. Myślałem, że to coś niebezpiecznego.

– Nie wszystkie zwierzątka Hagrida są niebezpieczne, wiesz? – odparł Connor i pomachał po raz ostatni do pół–olbrzyma kiedy Syriusz zawrócił motocykl, by wylądować na dziedzińcu Hogwartu. – Wszystkim się tak wydaje, ale większość z nich jest po prostu niezrozumiana.

Harry zachował swoją opinię dla siebie i odetchnął z ulgą kiedy motocykl wylądował. Sylarana prześlizgnęła się pod jego ramieniem. Nie wiedziałam, że jesteś w stanie zobaczyć testrale, powiedziała.

Harry był pewien, że widziała kompletny brak zrozumienia w jego głowie, ponieważ po raz kolejny przyjęła swój znudzony, pouczający ton. Powszechnie uważa się, że testrale to stworzenia ściągające śmierć i nieszczęście. Mieszkają w Zakazanym Lesie. Nie może zobaczyć ich nikt, kto nie widział choć raz w swoim życiu czyjejś śmierci. Przy ostatnim zdaniu brzmiała, jakby cytowała coś z jakiejś książki, choć Harry nie był pewien, czy węże potrafią czytać.

Ja wcale nie... zaczął, ale potem przypomniał sobie, że przecież był świadkiem śmierci Quirrella. Wzdrygnął się. To była zła śmierć, jej motyw często przewijał się przez jego sny kiedy nie pojawiały się w nich dwie czarne postacie czy Tom Riddle, próbujący wyciągnąć z niego odpowiedzi za pomocą swoich głupich pytań. Był rad, że dzięki niemu Connor nie był w stanie ich zobaczyć.

Więc Connor mógłby zobaczyć testrale, gdybym mu dał zobaczyć śmierć Quirrella? zapytał.

Tak, odpowiedziała Sylarana. Oczywiście, nie wiedziałby czym są i zacząłby krzyczeć ze strachu. Straszna z niego klucha, naprawdę.

Harry tego nie skomentował. Nigdy nie mogli się zgodzić w kwestii jego brata. Razem z Connorem zeszli z motocykla. Connor od razu zaczął rozmawiać z Syriuszem o locie. Harry rozejrzał się. Wyglądało na to, że przybyli przed resztą uczniów, bo nie widział jeszcze nadjeżdżających powozów.

Pewnie to właśnie po to Hagrid wyprowadzał testrale, zorientował się nagle. To pewnie one ciągną powozy, które zabierają starszych uczniów.

Zadowolony z tego, że udało mu się to rozwikłać, Harry odwrócił się i zobaczył jak Syriusz przywraca ich bagaże do normalnej wielkości, po czym zamarł. Ciemna postać stała przy murze zamku, patrząc na nich.

W pierwszej chwili Harry pomyślał, że to jeden z kształtów z jego snów. Potem jednak postać się wyprostowała i ruszyła w ich kierunku. Wtedy ją rozpoznał.

Profesor Snape.

Harry zastanawiał się, co powiedzieć, co zrobić. Miał swoje plany walki ze Snape'em, ale większość z nich zależała od specjalnych sytuacji i miejsc, takich jak lekcje eliksirów, czy szlabany. Zawahał się i właśnie wtedy Snape postanowił dać o sobie znać.

– Black – wycedził. – Rozumiem, że Potter zatrudnił cię do przywiezienia tutaj naszej aroganckiej gwiazdy, która najwyraźniej jest za dobra na to, by jechać ekspresem ze zwykłymi ludźmi?

Syriusz poderwał się jakby go pszczoła ukąsiła i Harry zobaczył nagłą ulgę w jego oczach. Oto pojawił się ktoś, kto mógł pomóc mu wyrwać się z żalu po Daphne Marchbanks, czy kimkolwiek kto się pojawił po niej. Uśmiechał się, choć nie był to ten rodzaj uśmiechu, jaki zwykle miał podczas droczenia się z Jamesem i Remusem.

– Smarkerus! – zawołał. – Jak dobrze cię widzieć. Miło ze strony Dumbledore'a, że wysłał nam komitet powitalny, nawet jeśli składa się on wyłącznie z jednego palanta o przetłuszczonych włosach.

Snape przyspieszył kroku, jego szaty wzburzyły się wokół niego. Patrzył ciągle na Harry'ego i nie odrywał od niego oczu nawet, gdy wymawiał słowa ewidentnie skierowane do Syriusza.

– Jak wiesz, Black, uczniom nie wolno pojawiać się w szkole innymi środkami niż hogwardzki ekspres. Mogę i odejmę za to panu Potterowi punkty. Gryffindor zacznie ten rok na minusie. – Uśmiechnął się złośliwie. Harry założył ręce na piersi i spojrzał na niego gniewnie. To tylko poszerzyło uśmiech Snape'a. Connor wyglądał na zbyt zszokowanego, by zaprotestować, po prostu gapił się z opadniętą szczęką.

– I tu się mylisz, profesorze Smarkerusie Szyderczy – oznajmił wesoło Syriusz. – Od tego roku obejmuję posadę jako pomocnik pani Hooch. To oznacza, że technicznie rzecz biorąc jestem profesorem i mogę odejmować punkty... ale mogę też je dawać. – Zerknął na Connora i uśmiechnął się. – Gryffindor dostaje dziesięć punktów za to, że nie jest siedliskiem pełnych obślizgłych węży – powiedział.

Harry obserwował Snape'a i widział, jak jego twarz ciemnieje z gniewu. Odsunął się na bok. Nie chciał stać po środku dwóch czarodziejów przerzucających się nawzajem wyzwiskami, a na to właśnie się zapowiadało. Chciał odłożyć swoje rzeczy do swojego pokoju i wślizgnąć się na ceremonię przydziału nie zwracając na siebie uwagi. Draco na pewno będzie mu robił wyrzuty, jeśli się na nią spóźni.

Ten ruch, niestety, ściągnął na niego uwagę Snape'a.

– Potter – powiedział, a w jego przymrużonych oczach widać było, że nie zapomniał końcówki poprzedniego roku szkolnego. – Pójdziesz ze mną. Musimy przedyskutować parę spraw przed rozpoczęciem roku.

– Nie ma mowy – powiedział Syriusz, wciąż z maniakalnym uśmiechem na twarzy. – Muszę zabrać Connora i Harry'ego do dyrektora. Będzie chciał się dowiedzieć, że przylecieli tu cali i zdrowi.

– Jestem głową domu tego chłopca – powiedział Snape, sycząc przy tym tak, że mógłby zawstydzić maskotkę Slytherinu.

Ale nie mnie, powiedziała Sylarana z wyższością spod swetra Harry'ego. Nikt nie syczy tak dobrze jak ja.

– A ja jestem jego ojcem chrzestnym – powiedział Syriusz. Złapał nagle Harry'ego za ramię i przyciągnął go blisko do siebie. Harry potknął się i obrócił, upewniając się, że wciąż może w każdej chwili wyciągnąć różdżkę, gdyby jej potrzebował. Snape był już tak wściekły, że wyglądało na to, że będzie. – I nie mam zamiaru pozwolić ci go spętać i ujeżdżać jak to robiłeś w zeszłym roku, Smarkerusie. Harry powinien być w Gryffindorze. Będzie ode mnie brał lekcje odwagi i prawości, bo od twoich małych żmij raczej się tego nie nauczy.

Harry zamrugał i odprężył się. To było specjalne traktowanie, o które nie miał nawet odwagi prosić, skoro Syriusz przyjechał tu przede wszystkim po to, by chronić Connora, ale przyjął je z przyjemnością. Syriusz będzie uważał również na niego, a nie tylko chronił go przed ześlizgiwaniem się w stronę mroku. Harry'emu ulżyło. Dzięki temu jego postanowienie bycia bardziej gryfońskim stało się znacznie łatwiejsze.

Snape nic nie powiedział. W pierwszej chwili Harry uznał to za dobry znak, świadectwo, że odjęło mu mowę wobec tak nagłego ataku, ale kiedy Snape zaczął mówić głosem niemal zbyt cichym, by dało się go słyszeć, zorientował się, jak zły w gruncie rzeczy to był znak. Inni ludzie krzyczeli w furii. Snape szeptał.

– Może się założymy, Black? Z tego co wiem Gryfoni lubią je równie mocno, co wykazywanie się rażącą niekompetencją podczas lekcji eliksirów.

– Profesorze Snape – zaczął Connor i w jego głosie zabrzmiał niepokój, jakby przeczuwał, że zakład między nauczycielami może się źle odbić na szkole. Harry był z niego dumny, że wykazał taką troskę, ale podejrzewał, że obaj mężczyźni już zanadto się zapędzili, by teraz słuchać Chłopca, Który Przeżył, i niestety miał rację.

– Oczywiście – odpowiedział od razu Syriusz. – O co chcesz się założyć? Za jaką stawkę? Byle była sprawiedliwa, Smarkerusie, bo o ile dobrze pamiętam, Ślizgoni uwielbiają się wykręcać z umów. – Oczy mu błyszczały.

– Założę się z tobą o to – powiedział Snape, kiwając w stronę Harry'ego. – Że jeszcze przed końcem roku ten Potter będzie się zachowywał bardziej jak Ślizgon niż Gryfon, oraz, że nauczy się więcej ode mnie, niż kiedykolwiek nauczył się od ciebie. – Zamilkł na moment i Harry niemal widział debatę w jego umyśle o to, czy powinien powiedzieć następne słowa. Wyglądało jednak na to, że pokusa była zbyt wielka. – I założę się o to, – powiedział tak cicho, że niemal niesłyszalnie, – że Harry Potter jest prawdziwym Chłopcem, Który Przeżył.

Syriusz wybuchł śmiechem. Harry usłyszał ten szczekliwy śmiech i skrzywił się. Wiedział już, że Syriusz też się już nie opamięta i powie pierwsze, co mu przyjdzie do głowy.

– Przyjmuję ten zakład, Smarkerusie, skoro nie ma szans, żebym mógł go przegrać – powiedział Syriusz, wyciągając rękę. Snape ją przyjął. Następnie obaj strząsnęli swoje dłonie, jakby chcieli pozbyć się niewidzialnej warstwy tłuszczu. Harry może i uznałby to za zabawne, gdyby nie był w takim szoku. – Connor jest Chłopcem, Który Przeżył, ja to po prostu wiem – Syriusz ciągnął dalej. – A Harry zawsze był bardziej gryfoński niż ślizgoński. Nie wiem, czemu Tiara postanowiła go umieścić w twoim syczącym domu, ale uwolni się od niego jeszcze przed końcem roku. – Zamilkł na chwilę. – Jaka stawka dla przegranego?

– Nie będę więcej próbował wpływać na pana Pottera – powiedział Snape. – I osobiście będę wspierał jego transfer do domu Gryffindora.

Syriusz kiwnął głową.

– Do przyjęcia.

– A jeśli ty przegrasz – powiedział Snape – to odstąpisz ze swojego stanowiska jako jego ojciec chrzestny i porzucisz wszelką kontrolę nad nim.

Syriusz przestał się uśmiechać.

– To jest nie do przyjęcia.

– Twoja stawka jest równa mojej – odparł Snape. Następnie zamilkł i zaczął go podjudzać. – Czego się właściwie boisz? Chyba nie tego, że przegrasz zakład?

Syriusz drgnął, jakby cos go ukłuło i pokręcił gwałtownie głową.

– Nie, skądże – powiedział. – Powinienem był wiedzieć, że jesteś takim draniem, który spróbuje rozdzielić dziecko od jego ojca chrzestnego. – Obnażył zęby, a z jego miny zniknęły resztki rozbawienia. – Zakład przyjęty.

– Przestańcie!

Harry zamrugał. Connor wpadł między dwóch mężczyzn i zerkał ze złością to na jednego, to na drugiego. Jego ciemne włosy były roztrzepane, jakby sam je sobie rozczochrał. Teraz jego dłonie były zaciśnięte, a w oczach błyszczał ogień, przed którym pewnie nawet James by się cofnął.

– Nie macie prawa tego robić! – krzyknął Connor. – Przecież on stoi tuż obok was. Nie możecie się o niego zakładać, jakby... jakby był rzeczą, galeonem! – Obrócił się i łypnął na Syriusza spode łba. – Jak możesz mu to robić?

Harry spodziewał się, że Syriusz odpowie krzykiem i zacznie się bronić, ale zamiast tego przyklęknął przy nim. Miał ponurą minę i to pewnie właśnie sprawiło, że Connor momentalnie ucichł. Nawet Harry się nachylił, żeby posłuchać tego, co jego ojciec chrzestny ma do powiedzenia.

– Nie rozumiesz tego skąd się bierze rywalizacja między Slytherinem i Gryffindorem, Connor – powiedział łagodnie Syriusz. – My jesteśmy ci dobrzy. Oni się boją dobra. Muszą się chować przed światłem, bo inaczej ich oślepia, niszczy, jak jakieś węże, czy karaluchy. – Harry słyszał jak Snape wciąga ze świstem oddech, ale Syriusz mówił dalej. – Snape chce zamienić Harry'ego w takiego samego karalucha, jakim sam jest, nauczać go mrocznej magii i zrobić z niego czarodzieja Mroku. Chcę po prostu mieć pewność, że do tego nie dojdzie. Nie martw się, Connor. Nie stracimy Harry'ego. I upewnimy się, żeby Ślizgoni pożałowali, że kiedykolwiek spróbowali skrzywdzić kogoś, kto jest Gryfonem, nawet jeśli sypia w złym pokoju i chodzi na złe lekcje. – Uśmiechnął się szeroko i poklepał Connora po ramieniu.

Connor spojrzał na Harry'ego. W jego oczach pojawiła się niepewność. Harry rozumiał, dlaczego. Przez cały poprzedni rok Connor podejrzewał go o bycie mrocznym czarodziejem, biorąc pod uwagę jego skłonności do kłamstwa, ognisty temperament i potężną magię. To miało sens, w sposób, w jaki mówił to Syriusz, że ktoś taki ma większą szansę stania się Ślizgonem niż ktoś taki jak Connor. Do tego jego brat będzie uważał, że w ten sposób może chronić Harry'ego.

Do tego zakład był dobrym sposobem na upokorzenie wszystkich Ślizgonów, którym kiedykolwiek wydawało się, że mogą odebrać Connorowi jego brata.

Harry to wszystko rozumiał.

Dziwne było jednak to, że sam chciał zaprotestować, powiedzieć, że nie wszyscy Ślizgoni są tacy, że Snape przecież wyleczył go po klątwie Cruciatusa w zeszłym roku i że rodzina Dracona kupiła mu miotłę na urodziny.

Ale nie mógł tego powiedzieć. Connor wciąż nie wiedział o miotle, ponieważ Harry uznał, że to tylko spowoduje niepotrzebną zazdrość i kłótnie, więc ją schował. Snape go co prawda wyleczył, ale zaraz potem podał mu veritaserum, czego Harry wciąż nie mógł mu wybaczyć. I jeśli uważał, że Syriusz się mylił w kwestii Ślizgonów...

To tylko pokazywało, jak niewiele wiedział, prawda? To tylko było świadectwem tego, jak głęboko w jego głowie zagnieździły się już kły domu węża. Harry zamknął oczy i pokręcił głową.

To jest dar. To jest wymówka, której potrzebowałem, żeby zostać lepszym Gryfonem. Muszę go przyjąć, albo Slytherin do końca mnie zdemoralizuje. A na to nie mogę sobie pozwolić. Jak zostanę mrocznym czarodziejem to nie pomogę Connorowi, tak samo, jeśli będzie mnie o to podejrzewał.

Uspokoił swój oddech. Otworzył oczy i udało mu się uśmiechnąć do Syriusza.

Straszny z ciebie głupiec, powiedziała Sylarana. W zamku jest jedzenie. Mogę je wyczuć. A wy stoicie sobie tutaj i rozmawiacie.

Snape syknął. Przez jedną, dziwną chwilę, Harry'emu wydawało się, że słyszy Sylaranę, ale potem zorientował się, że Snape czekał przez cały ten czas na to, jak Harry zareaguje na słowa Syriusza.

– Zniszczę cię, Black – szepnął Snape. – Nawet się nie zorientujesz, kiedy, a obedrę cię ze wszystkich twoich małych zwycięstw. Pod koniec będziesz leżał na ziemi, u moich stóp, bezsilny jak gumochłon. Wtedy właśnie, jak będziesz się wił w błocie, rycząc i płacząc w stronę gwiazd, wtedy właśnie zorientujesz się, że to jest początek twojego końca.

Harry jeszcze nigdy nie widział u nikogo takiej nienawiści, jak u Snape'a, kiedy ten patrzył na Syriusza – poza poprzednim rokiem, kiedy ich rodzice przyjechali na mecz Slytherinu z Gryffindorem i Snape spojrzał w ten sam sposób na Jamesa.

I wtedy, niespodziewanie, zrozumiał. Zastanawiał się wręcz, jak wcześniej mógł tego nie zauważyć, albo czym to sobie tłumaczył.

– Pan nienawidzi mojego ojca chrzestnego – powiedział cicho. Snape odwrócił się i spojrzał na niego, ale jego wzrok w żaden sposób nie łagodniał. Harry nie spodziewał się, że to zrobi. – Nienawidzi pan naszego ojca. Oczywiście, że zrobi pan coś takiego. Nie obchodzi pana, czy będę się zachowywać bardziej jak Ślizgon, czy Gryfon. Obchodzi pana tylko to, że jestem synem chrzestnym Syriusza Blacka, synem rodzonym Jamesa Pottera, oraz bratem Chłopca, Który Przeżył. Przyjął pan ten zakład tylko po to, żeby odegrać się na ludziach, którzy pana skrzywdzili, w bardziej czy mniej prawdziwy sposób. – Harry zamilkł na moment, próbując wyartykułować to, co czuł w tej chwili i wreszcie pokręcił głową. – Panu nie zależy – powiedział i sam był zaskoczony rozczarowanym tonem swojego głosu. Chciał, żeby Snape'owi zależało?

Może trochę odpowiedział sam sobie, po czym podniósł głowę i spojrzał Snape'owi w oczy.

– Nie obchodzi pana, czy jakiś uczeń zachowuje się bardziej jak Ślizgon, czy Gryfon – powtórzył. – Zależy panu tylko na zemście. – Wzruszył ramionami. – Nie powstrzymam pana przed przyjęciem tego zakładu, ani próbami wygrania, ale na pewno nie będę w tym panu pomagał.

Z twarzy Snape'a zniknął wszelki wyraz, ale z jego lekko rozszerzonych oczu Harry wyczytał, ze Snape zrozumiał jego prywatną wiadomość. Harry nie odnosił się tylko do opierania się dowolnym wpływom, jakie Snape będzie próbował na nim wywrzeć, by zrobić go bardziej ślizgońskim. Mówił również o prywatnych lekcjach pojedynków, które Snape mu dawał w zeszłym roku, o dodatkowych zadaniach z eliksirów, do jakich Snape go zmuszał, do wygrywania meczów dla ślizgońskiej drużyny quidditcha i do wszystkiego innego, do czego Snape zmuszał Harry'ego szantażem.

Z początku groził odebraniem Harry'emu jego wolnego czasu, potem czasu wolnego jego brata. To już nie zadziała, pomyślał Harry, dziwnie zdystansowany, obserwując twarz Snape'a. Och, Snape będzie dawał Connorowi szlabany, to bez wątpienia. Ale szlaban to mała cena w porównaniu do tego jak zdruzgotany będzie Connor, jak się dowie, że Harry został Ślizgonem.

Pomyślał o Draconie i się wzdrygnął. Ale taka już była kolej rzeczy. Skrzywdzi Dracona, kiedy będzie musiał się od niego odwrócić. Draco będzie krzyczał i wściekał się i zażąda wyjaśnień. I Harry powie mu prawdę.

Connor miał pierwszeństwo. Connor zawsze miał pierwszeństwo. Harry już wcześniej myślał o tym, że pewnego dnia będzie żałował przyjaźni z Draconem i wyglądało na to, że ten czas właśnie nadszedł. Nie, nie chciał skrzywdzić Dracona, ale jeszcze mniej podobało mu się krzywdzenie Connora.

– Wybieram ciebie, bracie – powiedział Harry Connorowi, nie przejmując się tym, że wszyscy, łącznie z jego bratem, się na niego gapią. Tutaj nie miał żadnego obowiązku zachowywać się jak uczeń, czy jak ktoś, kto zważa na słowa, żeby tylko kogoś nie urazić. Miał za to wszelkie prawo zachowywać się zgodnie z tym, kim się urodził, czyli opiekunem swojego brata. To była zaledwie pierwsza deklaracja jego lojalności. – Wybieram Gryffindor i wszystko, co kochasz i cenisz.

Twarz Connora rozjaśniła się jak słońce. Harry pławił się w tym blasku i nie odwrócił się, by zobaczyć minę Snape'a. Wiedział, że nie zobaczy tam niczego wartościowego.


Snape dobrze zdawał sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie był w tak podłym nastroju.

Szkoda jeszcze, że odbiorca tego nastroju nie zdaje sobie z niego sprawy.

Harry Potter kompletnie nie dał po sobie poznać, że wiedział, że zirytował Snape'a. Nie dawał po sobie nawet poznać, że zirytował Dracona, chociaż w zeszłym roku gnojek reagował na Dracona nawet wtedy, gdy nie reagował na nikogo innego. Draco się dąsał, ponieważ Harry nie chciał już spędzać z nim czasu i zamiast tego ciągle szukał towarzystwa swojego brata. Nawrzeszczeli na siebie z Harrym w zeszłym tygodniu na korytarzu, zaraz po tym jak Snape wypuścił z klasy drugorocznych Ślizgonów i Gryfonów. Snape go obserwował. Harry szedł, patrząc przed siebie i w jego posturze nie było ani śladu napięcia. Cała sytuacja musiała być dla niego ciężka, ale w ogóle tego nie okazywał. Bez problemu zbył prośby Dracona, co tylko doprowadziło do jeszcze częstszych wybuchów frustracji.

I płaczu. Snape skrzywił się. Jeśli jeszcze raz kiedykolwiek będę musiał spędzić wieczór w towarzystwie Malfoya, który będzie mi narzekał o tym, że Potter go ignoruje to będzie to o jeden raz za dużo.

Harry nie pojawił się też ani razu na lekcjach pojedynków. Cierpiał z powodu dowcipów swoich współlokatorów i nigdy się nie skarżył; przychodził na śniadania w Wielkiej Sali z bąblami na twarzy jak po ciężkich oparzeniach, czy z włosami na dłoniach i ramionach, i ze stoickim spokojem znosił śmiech. Takie sytuacje były w ostatnim tygodniu coraz rzadsze. Snape z irytacją słuchał jak drugoroczni Gryfoni, w tym Ron Weasley, mówią między sobą, że każdy kto może z dumą znieść dowcip nie może być do końca zły i zaczęli go zapraszać coraz częściej do swojej wieży.

Do tego Harry nie wykonywał już pracy, którą Snape mu powierzał podczas zajęć.

Snape zdał sobie sprawę, że popełnił błąd, już za pierwszym razem, kiedy zobaczył jak Harry spogląda na niego niewinnie, stojąc nad idealnie wykonanym eliksirem zmieniającym włosy – który miał być idealnie wykonanym eliksirem, który miał pomagać ofiarom klątwy Cruciatusa pozbyć się drgawek. W gruncie rzeczy popełnił kilka błędów, a pierwszym z nich było zlecenie Harry'emu dodatkowej pracy domowej na wakacje. Harry nauczył się, jak zamieniać jeden eliksir w drugi używając do tego bardzo niewielu składników. Nie robił wielkich błędów. Robił subtelne błędy, po czym patrzył w górę wielkimi oczami i sugerował, że eliksir pewnie i tak zadziała, choć nie w ten sposób w jaki powinien, gdyby tylko wykonał poprawnie instrukcje.

Jego eliksiry zawsze były idealne.

Ten fakt coraz bardziej wkurzał Snape'a.

Przydzielił Harry'ego do pracy z Neville'em Lonbottomem. To okazało się być kolejnym błędem. Miał nadzieję sfrustrować Harry'ego, zmuszając go do wolniejszej pracy z szansą na to, że raz na zajęcia spalą mu się brwi, czy będzie musiał odskoczyć przed topniejącym kociołkiem. Tymczasem Harry z radością przeniósł się na drugą stronę klasy i zaczął po cichu uczyć Neville'a i wyjaśniał mu łagodnie, jakie popełnia błędy. Eliksiry Neville'a znacznie się poprawiły, Harry wykonywał mikstury drugorocznych zamiast zaawansowanych, które Snape chciał mu zlecić, i do tego siedział pośród Gryfonów, którzy zdawali się stać teraz za nim murem i łypali groźnie na Snape'a, ilekroć ten się zbliżył.

Pod koniec drugiego tygodnia września inni nauczyciele zaczęli unikać Snape'a. Syriusz Black, oczywiście, szczerzył się z oddali, a Minerwa zerkała na niego od czasu do czasu, jakby chciała zapytać czemu się zgodził na tak niedorzeczny zakład, ale żadne z nich nie zaczynało rozmowy z własnej woli. Posiłki jedli w pośpiechu i opuszczali Wielką Salę kiedy tylko mogli. Snape wiedział, że spędza zdecydowanie za dużo czasu na piorunowaniu wzrokiem stołu Slytherinu i upartego chłopca, który zdołał postawić mu się w sposób, w jaki jeszcze nikomu się nie udało. Jedynym wyjątkiem i możliwością wyładowania złości, był ten dureń, Gilderoy Lockhart, który bez końca potrafił prowadzić monologi o samym sobie i zdawał się nigdy nie zauważać przytyków Snape'a – i jednocześnie był człowiekiem, którego Snape'owi nie wolno było przekląć.

Coś musiało pęknąć. Gdzieś musiał być słaby punkt.

Snape nie wiedział jeszcze, co to będzie, ale był zdeterminowany to znaleźć i wykorzystać. Żaden dwunastolatek nie był aż tak spokojny wobec nieskończonych okrutnych żartów, tak jak Harry zdawał się być. Żaden uczeń nie stawiał się tak konsekwentnie swojemu nauczycielowi, by potem ujść z tego bez uszczerbku.

Podczas trzeciego tygodnia szkoły znalazł tę słabość.


Snape patrolował korytarze w pobliżu lochów – nawet ślizgońskim prefektom nie ufał na tyle, by uwierzyć, że zrobią to jak należy – kiedy usłyszał długi, zmienny, niepokojący dźwięk. Poczuł dreszcze wzdłuż kręgosłupa, kiedy automatycznie przypomniały mu się co dziwniejsze klątwy rzucane przez Mrocznego Pana w okresie jego chwały. Zacisnął palce na różdżce i wyjrzał ostrożnie za róg, przyciskając plecy płasko do kamiennej ściany.

Harry Potter klęczał na podłodze niedaleko wejścia do pokoju wspólnego Slytherinu, sycząc na złoto–czarnego węża, którego Snape momentalnie rozpoznał jako locustę. Tuż obok leżała miotła o znacznie lepszej jakości niż te szkolne.

Snape zamarł na moment, chłonąc tę scenę i rozkoszując uczuciem triumfu. Wąż zasyczał na Harry'ego, który w odpowiedzi się skrzywił, pokręcił głową, po czym powiedział coś w sykliwym języku węży i pogłaskał ją. Wąż mu na to pozwolił, co Snape do tej pory myślał, że przy locustach jest niemożliwe, a nawet owinął się wokół jego palców, jakby sprawiało mu to przyjemność.

Chłopiec jest wężousty.

Snape już czuł smak zwycięstwa w ustach, zupełnie jakby było ono owocem, które zaraz miał ugryźć.

Do tego miotła – oczywiście, że należała do Harry'ego. Harry nikomu nie dał znać, że ją posiada, a już na pewno nie Marcusowi Flintowi, który z pewnością znalazłby jakiś sposób na to, by ta miotła znalazła się w składzie mioteł drużyny quidditcha, nawet jeśli Harry powie mu, że nie chce grać. Snape póki co nie słyszał nic o tym, żeby Harry powiadomił Flinta o swojej niechęci do gry.

I teraz już nie będzie miał okazji.

Snape wyszedł z ukrycia. Harry obrócił gwałtownie głowę i zagapił się na niego, przyłapany. Snape pozwolił, by na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech. Locusta obróciła się w jego stronę i syknęła, ale kiedy Harry syknął coś innego w rozkazującym tonie, wpełzła mu pod rękaw. Harry kiwnął mu głową i powoli się podniósł.

– Czego pan sobie życzy, profesorze Snape? – zapytał.

– Życzę sobie wiedzy – powiedział cicho Snape. I niech nikt nie śmie twierdzić, że nie umiem czekać z zemstą. – Czemu jest pan poza pokojem wspólnym?

Harry spojrzał na niego i w jego oczach pojawiła się iskra nadziei, jakby myślał, że może się z tego wywinie.

– Wychodzę wieczorami żeby polatać, proszę pana – powiedział, machając ręką w stronę miotły. – Potrzebuję... odreagować.

Snape kiwnął z powagą głową. Przyznanie się do winy zawsze było mu słodkie.

A to był zaledwie przedsmak tego, czego teraz miał zamiar wyciągnąć od Harry'ego. Snape czuł się niemal rozbawiony ilością mocy, jaką miał teraz. Odepchnął jednak to uczucie. Ostatnie, co mu teraz było potrzebne, to rozproszenie się i pozwolenie tej szansie przeminąć.

– Czemu rozmawiałeś z wężem?

– Pojawiła się u nas w lecie – powiedział Harry, wzruszając bezsilnie ramionami. – To locusta. Nazywa się Sylarana. Powiedziała, że jeśli się nią nie zajmę, to ukąsi Connora i od tego czasu grozi tym też innym ludziom. Nie zrobi tego póki się nią zajmuję.

Snape poczuł jak jego dobry nastrój ugina się pod lekkim cieniem; oczywiście, że chłopak postanowił się poświęcić dla dobra swojego bezmózgiego brata. Odepchnął to jednak od siebie. Harry mimo wszystko był...

– Jesteś wężousty – szepnął.

Harry kiwnął głową.

– Wiem, że to jest potencjalnie mroczny dar, proszę pana.

– Owszem – powiedział Snape, po czym zamilkł na chwilę. – Domyślam się, że wiele byś dał, żeby nikt się o nim nie dowiedział, prawda?

Harry zrobił krok do tyłu, zderzając się plecami ze ścianą. Jego magia urosła wokół niego. Snape był rad, że wzmocnił swoje tarcze. Ćwiczenia, które dał Harry'emu na wakacje zadziałały niemal za dobrze. Jego moc była teraz ogromna i bez problemu dawała się przyzwać. Snape zastanawiał się, czy Harry zauważył, że coraz częściej odwołuje się do swojej magii i że sprawiły to niepozorne prace domowe, jakie mu zadał.

– Jeśli komuś pan o tym powie... – zaczął Harry.

Snape wzruszył ramionami.

– Wydasz się wszystkim mroczny – powiedział. – Ślizgoński. – Zamilkł na chwilę. – Do tego wówczas wygram zakład. Wyobrażasz sobie jak twój ojciec chrzestny i brat zareagują na wyjawienie informacji o tym, że potrafisz rozmawiać ze żmijami, zupełnie jak Voldemort?

Harry warknął na niego i przez chwilę nacisk jego magii przedarł się przez tarcze Snape'a. Snape opanował swój oddech i miał nadzieję, że jego walka z agonalnym bólem głowy nie jest zanadto widoczna.

Harry jednak został przyłapany na gorącym uczynku i dobrze o tym wiedział. Już po chwili opuścił głowę i odwrócił wzrok.

– Czego pan chce? – zapytał przez ściśnięte gardło.

– Dwóch rzeczy – odparł Snape. – W zamian dotrzymam dwóch tajemnic: tego, że jesteś wężousty i tego, że latasz poza szkołą.

Harry spojrzał na niego z zaskoczeniem, podumał chwilę, po czym kiwnął głową.

– Brzmi sprawiedliwie.

Snape musiał się ugryźć w policzek, żeby powstrzymać się przed zastąpieniem swojego złośliwego uśmiechu uradowanym. Chłopak mówił jak Gryfon, ale kombinował jak Ślizgon. Jednak uda mu się wygrać ten zakład z Blackiem. Oszałamiająca ilość zasłużonych dobrych wieści spadła na niego tej nocy.

– Po pierwsze – powiedział Snape – będziesz grał w drużynie quidditcha i będziesz używał tej miotły.

Harry powoli kiwnął głową.

– A drugie?

– Naprawisz swoje stosunki z resztą członków swojego domu, a przynajmniej z Draconem Malfoyem – powiedział Snape. – Takie niesnaski we własnym domu mogą spowodować później problemy na boisku.

Harry gapił się na niego. Snape wiedział, że chłopak tego nie zrozumie. Oczekiwał pewnie, że Snape każe mu pozwolić sobie wygrać zakład z Blackiem, albo przestanie popełniać błędy podczas lekcji eliksirów.

Czego nie wiedział to tego, że nic z tych rzeczy nie zadziała nawet w połowie tak dobrze w kwestii realizacji ostatecznych planów profesora. Snape zamierzał wygrać zakład z Blackiem własnymi siłami, używając środków na tyle subtelnych, że Harry nie będzie w stanie ich zauważyć i się im postawić. W talencie do eliksirów nie było niczego szczególnie ślizgońskiego, choć Snape'owi aż zęby zgrzytały na myśl o marnowaniu takiego talentu.

Zmuszenie Harry'ego do powrotu do quidditcha i pomiędzy ludzi ze swojego domu powinno zwiększyć w Harrym ślizgońskie tendencje. Właśnie to podziałało w zeszłym roku.

I to pozwoli Snape'owi wygrać zakład.

Harry przygryzł wargę. Było jasne, że nie jest z tego zadowolony, ale powoli kiwnął głową.

– Dobrze więc. W zamian pan nikomu nie powie o tym, że jestem wężousty i pozwoli mi pan latać nocą.

Snape przytaknął w odpowiedzi.

– Nie dziwi mnie, że potrzebujesz czegoś do odreagowania – dodał łagodnie, odwracając się. – Walka z tym, kim się naprawdę jest musi wymagać wielkiego wysiłku z twojej strony.

Czuł wzrok Harry'ego na swoich plecach, ale się nie odwrócił. Stłumił również sprężysty krok i szedł spokojnie, przynajmniej aż do zakrętu.

Wygrywał. Mógł zasiać wątpliwości w umyśle Harry'ego i ściągnąć go z powrotem w stronę rozwoju jego ślizgońskich zdolności za pomocą strategii zbyt subtelnych by się im oprzeć. Bezpośrednie podejście nie działało na Harry'ego. Będzie musiał więc stosować niebezpośrednie. Wygra ten zakład z Blackiem i upokorzy jednego z dwóch znienawidzonych przez siebie ludzi.

Do tego chłopiec jest wężousty.

Snape nie potrafił powstrzymać gęsiej skórki i powiedział sobie, że to z podniecenia, a nie ze strachu. Mroczny Pan był wężousty, cóż, to prawda.

Ale to po prostu oznacza, że chłopiec jest Ślizgonem – poza wszelkimi wątpliwościami Ślizgonem. Kiedy wreszcie zajmie swoje miejsce jako Chłopiec, Który Przeżył, będzie nasz. Nikt nie ośmieli się wtedy nazwać go Gryfonem.