Rozdział betowała 100-ki. Yakou. no. Ou - dziękuję! / EDIT. Rozdział zbetowała również Himitsu.
Dziękuję także za wspaniałe komentarze. NigrumLotus - cieszę się, że tłumaczenie ci się podoba oraz, że nie było zbyt wiele błędów - mam nadzieję, że i tym razem udało nam się wyłapać wszystko, co trzeba. I także kocham tego Pottera. Zresztą w ogóle lubię sposób, w jaki wykreowane zostały tutaj postaci. Między innymi dlatego właśnie wybrałam właśnie tego fica. Mam nadzieję, że twoje zdanie o nich się nie zmieni.
Niestety bezimiennie chciałabym podziękować Gościowi, która tak wspaniale ukazała mi niezauważone wcześniej błędy. Dziękuję. I cieszę się, że również i tobie podoba się Ulubieniec. Dziękuję także za chęć pomocy jako beta. :)
Cookies. Alice, no mam nadzieję, że będziesz czekała. A uwierz mi, będzie się działo. ;)
W ogóle cieszę się, że się wam wszystkim podoba. Mam nadzieję, że pozostanie tak bardzo, bardzo długo. Dzięki waszym komentarzom nabieram ochoty do tego, by coraz szybciej wrzucać nowe rozdziały - postaram się nie zepsuć dotychczasowego tempa.
A na sam koniec, bo pojawiło się pytanie, tak, mój nick wziął się z Muminków (nawiasem mówiąc to nie wiem dlaczego, bo nie przepadałam za tą bajką. Sentyment?).
A teraz już nic nie mówię, zapraszam na kolejny rozdział.
Ulubieniec Losu
Rozdział czwarty
W okropnym nastroju, rzucając na każdego pochmurne spojrzenia, przemierzał długi, znajomy szlak prowadzący do Pokoju Życzeń. Zaniedbywał swoje treningi. Tkwiąc w przeszłości i nie chcąc bratać się ze swoimi współlokatorami, skończył szukając wszelkich innych źródeł rozrywki. Lubił swoje treningi. Czytanie nie było takie złe, kiedy już wydostało się z nudnych podręczników szkolnych - wątpił jednak, by kiedykolwiek czytał coś dla własnej przyjemności. Niemniej jednak, nie pozwoli nikomu więcej umrzeć za siebie. Żadnych więcej Cedrików. Nigdy więcej nie będzie bezradny. Trening to także doskonały sposób na to, aby uniknąć rzucania zaklęć na każdego, na kogo się natknie, wysyłając ich… lwów... do Skrzydła Szpitalnego. A mianowicie jednego - Ginny Weasley. Jak ona śmie!? No co, tylko dlatego, że nie biega po całej szkole i nie krzyczy, że wszyscy Ślizgoni są szumowinami, jest teraz po Mrocznej Stronie, tak? Nie miała prawa. Oczywiście, miała powód, by nie pałać miłością do Toma, ale nawet nie dała szansy reszcie. Nigdy żadnemu z nich jej nie dała, a potem ułożyła całą przemowę o tym, jak to zdradził swoich rodziców, będąc przyjacielem ich zabójcy. Tom nie był Voldemortem. Jeszcze nie. Miał okazję, aby spróbować temu zapobiec. Ale nieee! Teraz był zdradzieckim śmierciożercą - czy ona zapomniała, kto uratował ją z Komnaty Tajemnic? Salazarze! Wszystko działo się tak szybko. Kiedy okna zaczęły klekotać, wiedział, że musi się uspokoić. Trening pomógł. W każdym razie, miał jeszcze trochę czasu, zanim pojawi się Tom.
Nigdy nie miał problemu ze znalezieniem Toma, ostatecznie ich drogi zawsze się w końcu przecinały. W przeszłości szybko odkrył, jak wielkim problemem było unikanie tego chłopaka. Przyszły Czarny Pan zawsze wiedział, gdzie go znaleźć. Często kończyło się to bijatyką, wspólnym treningiem albo szydzeniem z siebie w czasie pojedynku - mimo protestów otaczających ich ludzi naprawdę były to udawane pojedynki. Z drugiej strony, inni po prostu nie rozumieli, że ich próby wykończenia się nawzajem klątwami nie były równoznaczne z tym, że ich kłótnia była poważna. Szczerze mówiąc, jeżeli ich konflikty przeskoczyłyby na poważniejszy poziom… nie warto było o tym myśleć. Ostatecznie, wszyscy już przyzwyczaili się do potyczek, z których wychodzili pokrwawieni i półżywi w Skrzydle Szpitalnym. Pojedynkowanie się z Tomem było czymś zadziwiająco ekscytującym. Wyzwaniem, oto czym było. Prawdopodobnie był samobójcą. Prawdę mówiąc: nigdy tak naprawdę w szkole się nie starał. Nie chciał dodatkowej uwagi, którą zyskałby wywyższając się ponad średnią i nie chciał przyćmić Hermiony, aby jej nie stracić. Już teraz mógł wyobrazić sobie Toma awanturującego się o to, że nie dostał Wybitnego albo Powyżej Oczekiwań. Nieważne.
– Skąd wiedziałem? – Tom wszedł spokojnie do pokoju, umykając instynktownie wysłanym w jego stronę zaklęciom. Sukinsyn powinien wiedzieć lepiej i nie nachodzić go bez ostrzeżenia. Ożywiony rząd golemów szybko został zniszczony. Ściana za Tomem pokryta była głębokimi, brzydkimi nacięciami.
– Jesteś psychiczny – odparł Harry, pozwalając swojej magii jeszcze raz się rozluźnić.
– Odkryłeś mój najgłębiej skrywany i najmroczniejszy sekret, będę musiał cię zabić.
– Och? W jaki sposób to zrobisz? – zadrwił. Tom zmarszczył brwi, słysząc jego nonszalancki ton.
– Mów dalej, a się dowiesz – odpowiedział. Harry jedynie przewrócił oczami. To było nowe. Tom zmienił jego ośrodek treningowy na replikę Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Obaj usiedli. Nastąpiła chwila ciszy.
– Więc uważasz, że nazwa Lord Voldemort jest śmieszna – stwierdził Tom, nawiązując rozmowę.
– Niemal dostałem ataku serca, kiedy Abraxas ją powiedział – przyznał.
– Zauważyłem. – Tom uśmiechnął się. Nastąpiła kolejna chwila ciszy. – To jak, w takim razie?
– Hę?
– Słucham – automatycznie poprawił go Tom. – Skoro uważasz, że ta nazwa jest taka śmieszna, wymyśl lepszą.
– Dlaczego? To nie ja jestem tym, który planuje stać się psychopatycznym, masowym mordercą. – Podniósł brwi.
Tom wysłał mu mordercze spojrzenie. Wszyscy inni skuliliby się pod nim, ale on tylko się uśmiechnął.
– Skończyliśmy? – zapytał w końcu, kiedy nie nadeszła żadna odpowiedź. Tom zmrużył oczy.
– Przysięgam, dawniej byłeś bardziej znośny – powiedział z irytacją. – Spędziłeś zbyt dużo czasu wśród Gryfonów.
– Ja jestem Gryfonem. Tak mówi krawat.
– Mam zamiar go spalić – mruknął ponuro Tom.
– A myślałem, że to była wina Tiary… – odpowiedział łagodnie. Nastała chwila intensywnej ciszy, aż wreszcie Tom spojrzał na niego.
– Ją też mogę spalić, chcesz? – zapytał sarkastycznie. Potter nie odpowiedział, powodując tym samym, że jego towarzysz jeszcze raz na niego spojrzał. Czarny Pan wydał z siebie rozdrażniony dźwięk.
– Okej. Zrób to. – Jak na alarm, różdżka Toma została przyciśnięta do jego gardła. Minimalnie przechylił głowę, odsuwając się od jej gładkiej powierzchni. Jak? Głupi, nieprzewidywalny, szybko poruszający się wąż. Mimowolnie, przesunął się na krześle. No tak, tyko dlatego, że Tom nie był przerażający – cóż, przynajmniej dla niego – nie znaczyło to od razu, że czuł się w tej pozycji komfortowo. Nienawidził Skrzydła Szpitalnego i, szczerze mówiąc, wolał go unikać.
– Co zrobiłem? – zapytał ostrożnie. Dlaczego to zawsze był on? Jego blizna paliła boleśnie.
– Gryffindor mogłem tolerować – Salazar jeden wie jak wielki kompleks bohatera posiadasz i jak bardzo on wystarcza, by zostać tam przydzielonym. Szlamę i zdrajcę krwi, znów, tolerowałem. Ale to? Proszę, powiedz mi już teraz, jeśli marnuję swój czas.
– To będzie zależeć od tego, co starasz się osiągnąć.
– Harry.
– Tom – papugował. Wyraz twarzy Toma był taki jak zawsze. Gdyby nie cisowa różdżka wbijająca mu się w gardło, mógłby się roześmiać. Co się dzieje? Nie był świadomy tego, że zrobił coś… umyślnie… drażniącego starszego Ślizgona. W każdym razie nic ponad to, co zwykli mówić sobie podczas rozmów.
– Nie jestem tutaj, aby towarzyszyć Złotemu Chłopcu Dumbledore'a ani bohaterowi Jasnej Strony. Do tego wszystko, co o tobie wiem zostało zmyślone, a mając na uwadze fakt, że jestem z tobą związany, wątpię, żebym się co do ciebie mylił. Co oznacza… że coś jest nie tak.
– Myślisz, że coś jest nie tak, więc przykładasz mi różdżkę do gardła? – zapytał z niedowierzaniem Potter.
– Nie, ta różdżka znajduje się tam dlatego, że jesteś oślizgłym, mającym szczęście głupcem, który ma zły zwyczaj wychodzenia cało z każdej sytuacji i unikania pytań.
– Zadaj je.
– Harry!
– Słuchaj, to nie twoja sprawa.
– Kiedy tak rozmyślasz, powodujesz u mnie migrenę.
– W takim razie teraz już wiesz, jak się czuję… możesz usunąć tę różdżkę?
– Jasne… kiedy tylko powiesz mi, czym się tak zadręczasz.
– Od kiedy cię to obchodzi?
– Od kiedy musiałem oglądać twój pogrzeb. Nawiasem mówiąc, przybył na niego Minister.
– Ałć.
– Hmm… Mów.
– Nie.
– Legilimens.
Głupi Czarni Panowie.
