Tłumaczenie za zgodą autorki.

Link do wersji oryginalnej znajduje się na moim profilu.


— No cóż — westchnęłam z irytacją — nie zamierzam przyjąć twoich przeprosin ani teraz, ani nigdy, więc jeśli to wszystko, czego tu szukasz, z pewnością się rozczarujesz. — Spacerowałam w tę i z powrotem po dachu, podczas gdy Godryk przyglądał mi się w milczeniu, ciągle siedząc. W jego ciemnych oczach nie było tego samego okrucieństwa, które zwykłam tam widywać. Zamiast rozwścieczonego, sprawiał wrażenie zwyczajnie zniechęconego.

— Rozumiem.

Wampir nie poruszył się, mimo że spodziewałam się, że po mojej bezceremonialnej odmowie odejdzie. Nie powinno mnie to jednak zbytnio zaskoczyć; Godryk nigdy nie zaliczał się do osób, które dobrze znoszą sprzeciw. Patrząc na mnie, zmarszczył brwi, za sprawą czego w mojej pamięci odżyło wiele nieprzyjemnych wspomnień. Zdawało się, że ilekroć znajdowałam się w polu widzenia Godryka, na jego twarzy zawsze pojawiał się gniewny wyraz. Tym razem jednak dało się dostrzec, że tak właściwie wcale na mnie nie patrzył; wyglądał raczej tak, jakby intensywnie o czymś rozmyślał lub coś sobie przypominał. Albo robił obie te rzeczy na raz.

— Co jeszcze cię tu trzyma, Godryku? — Mój głos z powrotem sprowadził go do rzeczywistości. — Nie przyjęłam twoich przeprosin. Twierdzisz, że nie chcesz mnie zabić. Naprawdę nie wiem, czemu wciąż tu jesteś.

Nagle poderwał się na równe nogi. Bezzasadnie zdziwiłam się jego szybkością; wiedziałam przecież, jak zwinny i silny był. Oraz jak brutalnie potrafił się zachowywać.

— Ja... — zaczął, lecz przerwało mu tubalne szczekanie, które rozbrzmiało na ulicy. Przez ten odgłos momentalnie zrobiło mi się zimniej; mimowolnie się też skuliłam. To był po prostu pies. Wielu z moich sąsiadów trzymało psa. Nie miałam żadnych powodów, by się bać, ale nie mogłam nad sobą zapanować. Godryk znowu zmarszczył czoło i zerknął na mnie współczująco, po czym... znienacka zniknął.

— Godryk? — krzyknęłam, podbiegając do krawędzi dachu. Moje wysiłki na nic się zdały. Nie zostało po nim ani śladu.

Wrócił po dziesięciu sekundach; w jednym z rękawów jego koszuli brakowało sporej części materiału. — Związałem mu pysk. Dzisiejszej nocy nie będzie cię już niepokoił.

Musiałam użyć całej siły swej woli, żeby powstrzymać uśmiech, który cisnął mi się na usta. Nie potrafiłam sobie przypomnieć, czy Godrykowi kiedykolwiek zdarzyło się zrobić dla mnie coś tak miłego. — Był taki czas, kiedy czerpałeś przyjemność z oglądania mnie w stanie skrajnego przerażenia — mruknęłam.

— Zmieniłem się. — Wyciągnął rękę, jakby po raz kolejny chciał ująć moją dłoń, ale pospiesznie cofnęłam się o krok. Część mnie mu uwierzyła — uwierzyła, że się zmienił. Wydawał się spokojniejszy, łagodniejszy, niemalże delikatny. Z pewnym zdumieniem przyjęłam fakt, że nie zabił tego psa; nie tak postąpiłby Godryk, do którego przywykłam.

Jednakże ta część mnie, która wierzyła, że Godryk mógł się zmienić, nijak miała się pod względem wielkości do tej, która wiedziała, że był on podstępnym, pozbawionym serca potworem.


(stulecia wcześniej)

Po zabiciu Kasjusza i rozmowie z Godrykiem opuściły mnie wszelkie siły. Moje wnętrzności wręcz skręcały się z poczucia winy po zamordowaniu Antonii; chłodny głos Godryka wciąż rozbrzmiewał mi w uszach: „Będziesz tylko krzywdzić tych, których kiedyś zwykłaś kochać. Widzę, że już to zrobiłaś". Uklęknąwszy przed grobem siostry, zaczęłam płakać.

W międzyczasie niebo zaróżowiło się od pierwszych promieni słońca, które wytknęły zza horyzontu. Z bliżej nieokreślonego powodu odczułam nagłą potrzebę znalezienia kryjówki; myśl o wschodzie słońca przyprawiała mnie o dreszcze, jakby stanowiło ono dla mnie źródło niewyobrażalnego niebezpieczeństwa. Zignorowałam jednak ten dziwny instynkt, gdyż ostatnim razem, kiedy pozwoliłam mu się poprowadzić, pozbawiłam życia swoją młodszą siostrę.

Niebawem światło zaczęło przedzierać się przez liście drzew, które nade mną górowały; w momencie, w którym padło na moją skórę, poczułam pieczenie tak samo silne jak to, które towarzyszyło dotknięciu srebra. Ból był tak intensywny, że aż syknęłam: siedem tysięcy rozżarzonych igiełek wbijało mi się w twarz i ramiona — oraz w każdy inny kawałek skóry nieokrytej przez włosy i szatę — nieustannie mnie paląc. Czym prędzej pognałam więc za pień, żeby skryć się w cieniu. Spędzenie całego dnia w lesie nie wchodziło w rachubę, ale na szczęście znałam pewne miejsce, które z łatwością mogło ochronić mnie przed słońcem.

Obrzuciwszy ostatnim tęsknym spojrzeniem grób Antonii i drogę do domu, biegiem zagłębiłam się w puszczę. Nieopodal, na zboczu klifu, znajdowała się jaskinia, której w dzieciństwie ja i moje siostry unikałyśmy jak ognia, ponieważ bałyśmy się ciemności. Nim jednak tam dotarłam, a zajęło mi to mniej niż minutę, moje ramiona niemalże w całości pokrywała już czarna, zwęglona skóra.

Inaczej niż w przypadku srebra, ból wywołany promieniami słońca zniknął zaraz po tym, gdy znalazłam się poza ich zasięgiem. Przeniósłszy cały ciężar swojego ciała na pasterski kij, zawlokłam się do najdalszych zakamarków jaskini, która okazała się niewielką wnęką. Dokumentnie wyczerpana, oparłam się o skalną ścianę i jęknęłam. Wszystko szło tak potwornie źle, że miałam wrażenie, jakby śnił mi się koszmar, którego ogromu grozy nie dało się w żaden sposób zmierzyć.

Zgubił cię twój egoizm, usłyszałam w uchu syk Godryka, przez co znowu zebrało mi się na płacz. Istotnie, zachowałam się jak egoistka. Powinnam była posłuchać Mariusza i Godryka. Gdybym tak uczyniła, ocaliłabym przynajmniej jedną niewinną osobę.

Ześlizgnąwszy się na ziemię po kamiennej ścianie, zwinęłam się w kłębek z zamiarem pójścia spać. Nie istniało nic, czego pragnęłabym bardziej niż obudzić się następnego dnia i odkryć, że to wszystko, co się ostatnio wydarzyło, tak naprawdę w ogóle nie miało miejsca: że nigdy nie poznałam Godryka, Mariusza i Kasjusza, że Helena, Irena i ja nigdy nie zgubiłyśmy tamtego jagnięcia. Że wszystkie moje siostry ciągle żyły.

Jednakże za każdym razem, gdy przymykałam powieki, przed oczami stawały mi sceny śmierci, w których dopiero co uczestniczyłam. Głos Godryka nie przestawał obijać się echem w moim umyśle; chociaż wiedziałam, że nie przebywał w pobliżu, czułam się tak, jakby bez przerwy śledził mnie wzrokiem.

Przez cały dzień nie zasnęłam nawet na krótką chwilę. W końcu dałam sobie spokój z próbowaniem. Bo jaki był w tym sens, skoro po zamknięciu oczu widziałam tylko swoje martwe siostry?

O zmierzchu wygramoliłam się z jaskini bez żadnego określonego celu. Świat wydał mi się dziwnie zimny i obcy, i wkrótce uświadomiłam sobie, jak bardzo stałam się samotna. Całe moje dotychczasowe życie kręciło się wokół rodziny: nie przyjaźniłam się z nikim innym poza siostrami, nie pokładałam nadziei na przyszłość w niczym innym poza małżeństwem. Teraz, kiedy z przymusu sama to życie porzuciłam, zaczynałam rozumieć, czemu Mariusz nalegał, żebym zgodziła się wyjść za Godryka. Jasno i wyraźnie dał mi do zrozumienia, że bez nich będę jak pustelniczka, ale ja nie chciałam słuchać. I teraz ponosiłam tego konsekwencje. Samotnie.

Niebawem, wykorzystując swoją nową szybkość, niczym wicher przemierzałam pogrążone w mroku pola i lasy; postanowiłam biec aż do nadejścia świtu, nie obrawszy żadnego konkretnego kierunku ani celu. Po kilku godzinach dostrzegłam jednak w oddali mgliste światła, więc stopniowo zwolniłam. Wyglądało na to, że wreszcie udało mi się zawędrować do wielkiego miasta z moich marzeń — do Rzymu.

Jeszcze jako człowiek od zawsze chciałam się tam udać, sądząc, że dzięki temu miejscu odnajdę samą siebie, że zaoferuje mi ono nieskończoną ilość możliwości. I pędząc teraz w jego stronę, nie potrafiłam powstrzymać uśmiechu; byłam pewna, że podążałam właśnie ku swojemu nowemu domowi.

Pomimo późnej pory przy mieszkalnych gmachach, sklepach i łaźniach wciąż wałęsali się ludzie. Czułam się pomiędzy nimi zadziwiająco swojsko, dopóki nie zdałam sobie sprawy, w jak niewielkim stopniu byłam przygotowana do rozpoczęcia życia na własną rękę. Nie miałam ani pojęcia, gdzie mogłabym spędzać dnie, ani nawet pieniędzy, którymi bym za moją potencjalną kwaterę zapłaciła.

Jęknęłam dość głośno, przykuwając uwagę paru przechodniów, którzy popatrzyli na mnie z jawnym przerażeniem. Dostrzegłszy fragment swojego odbicia w jakiejś błyszczącej, marmurowej kolumnie, doskonale ich zrozumiałam: moją białą szatę i twarz pokrywała zaschnięta krew, a kasztanowe włosy przemieniły się w splątaną szczecinę. Wyglądałam jak ofiara morderstwa. Którą notabene byłam.

Uznawszy, że odgrywanie roli centrum zainteresowania to niezbyt błyskotliwy pomysł, pospiesznie przeniosłam się na mniej zatłoczoną uliczkę. Im dłużej jednak szwendałam się bez celu po wypełnionym ludźmi Rzymie, tym nachalniej dawał mi się we znaki głód. Co prawda nie dalej jak wczoraj pożywiłam się krwią swej siostry, lecz wypiłam jedynie tyle, ile musiałam, żeby odzyskać samokontrolę; Antonia nie zmarła wskutek utraty krwi, tylko przez to, że niemal odgryzłam jej głowę.

W końcu podjęłam decyzję, że zabiję kogoś i wyssę z niego całą krew, żeby przez jakiś czas nie musieć się posilać. W przyszłości zamierzałam nauczyć się, jak jeść bez mordowania, lecz na razie było jeszcze za wcześnie na tego typu eksperymenty.

Nagle jakaś długowłosa brunetka wkroczyła gwałtownie w alejkę, którą spacerowałam. Po krótkiej chwili zastanowienia zaczęłam ją śledzić, doszedłszy do wniosku, że najwięcej zyskam, zabijając kobietę, gdyż poza krwią zdobędę także jej suknię, dzięki której przestanę uchodzić za zasztyletowaną pannę młodą. Nieznajoma poruszała się bardzo żwawo, prawie tak, jakby przede mną uciekała, więc i ja przyspieszyłam kroku; niestety straciłam ją z oczu, gdy skręciła w inną ulicę.

Ze zdziwieniem odkryłam, że na końcu drogi, którą wybrała, znajdował się jedynie kamienny mur. Mimo to, rozglądając się dokoła, zapuściłam się głębiej w tę pustą, ślepą aleję, kompletnie zdezorientowana; mogłabym przysiąc, że tu weszła. Najwidoczniej moje oczy mnie oszukały, skoro w pobliżu nie było żywego ducha. Uderzywszy się dłonią w czoło, odwróciłam się z zamiarem odejścia. Przed wschodem słońca musiałam znaleźć jakąś inną ofiarę.

Znienacka na moje plecy zwalił się ciężar tak ogromny, że momentalnie wylądowałam twarzą na ziemi. Kaszląc i wypluwając piasek, spróbowałam się podnieść, lecz napastnik, kimkolwiek był, z powrotem wciągał mnie już w głąb ślepej uliczki. Na domiar złego, mój pasterski kij upadł w miejscu, w którym pomimo usilnych starań nie mogłam go dosięgnąć.

Kiedy po zawleczeniu na sam koniec alei wreszcie odzyskałam swobodę ruchów, bezzwłocznie poderwałam się na nogi, żeby uciec, ale ta sama kobieta, za którą wcześniej podążałam, złapała mnie za włosy i pociągnęła do tyłu. — Nie tak szybko — rzekła ostro. — Ktoś ty i w jakim celu się za mną skradasz? — Bez oporu pozwoliłam jej sterować swoim ciałem, więc z łatwością przyszpiliła mnie do ściany, aby nie ryzykować, że się wymknę.

Nigdy nie widziałam osoby, która wyglądałaby tak jak ona; szczerze wątpiłam, że pochodziła z Rzymu albo z Italii w ogóle. Miała długie, idealnie proste włosy i oczy tak samo ciemne jak oczy Godryka, lecz w nich nie skrzyła się tamta nienawiść. Chociaż niewiele wyższa ode mnie, z pewnością była starsza, a także silniejsza. I bez wątpienia wprawiona w atakowaniu z zaskoczenia.

Zerknąwszy na moją szatę, przewróciła oczyma. — Wspaniale. Nowicjuszka — mruknęła ze złością pod nosem. — Spójrz, nie wiem, kim jesteś ani czy nawet władasz tym językiem, ale musisz się stąd wynieść. — Pomimo że wzięłam ją za cudzoziemkę, w jej mowie nie wyłapałam obcego akcentu.

— Władam tym językiem. Na imię mi Julianna — przedstawiłam się uprzejmie, chociaż wciąż trzymała mnie za włosy. — I byłabym niewysłowienie wdzięczna, gdybyś puściła moje włosy.

Rozluźniła palce z przesadnie rozeźlonym wyrazem twarzy. — No cóż, Julianno, widzę, że zmieniono cię stosunkowo niedawno, skoro nie przebrałaś się jeszcze po swoim pierwszym morderstwie. Nie usprawiedliwia to jednak wtargnięcia na moje terytorium. Musisz odejść. Odszukaj swojego twórcę i zapolujcie gdzie indziej. Rzym jest mój. — Jej głos brzmiał szorstko, ale nie przerażająco. Dzięki obecności tej kobiety poczułam ulgę; oczyma wyobraźni widziałam już, jak się zaprzyjaźniamy. Wydawała się być dokładnie taka jak ja, tyle że starsza, silniejsza i z ciemniejszymi włosami. A przede wszystkim nie groziła mi śmiercią, co po doświadczeniach z Godrykiem stanowiło miłą odmianę.

Jednakże cała radość, jakiej doznałam wskutek spotkania wampira, którego nie cechowała upiorna wrogość, ulotniła się tuż po tym, kiedy kobieta obróciła się na pięcie i pobiegła przed siebie z zamiarem zostawienia mnie samej. — Zaczekaj! — zawołałam i szybko się z nią zrównałam. — Mogłabyś mi pomóc? Mój twórca i ja... wdaliśmy się w kłótnię, w wyniku której uwolnił mnie spod swojego wpływu. Ale teraz nie mam się gdzie podziać, gdy wstanie słońce. Jestem wampirem dopiero od paru dni i naprawdę nie wiem, co robić.

Uniósłszy brew, zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów. — Łatwo to zauważyć — stwierdziła z niesmakiem. — Zatem... potrzebujesz kogoś, kto nauczyłby cię, na czym polega życie wampira, tak?

— Dokładnie — potwierdziłam i uśmiechnęłam się. Ona natomiast zmarszczyła czoło.

— Zdecydowanie nie chcę być tym kimś. Żegnaj.

— Co? — wydyszałam, impulsywnie łapiąc ją za ramię. — Błagam! Naprawdę nie mam dokąd pójść ani nikogo innego, kogo mogłabym poprosić o pomoc.

Sprawiając wrażenie mocno poirytowanej, przeczesała palcami włosy. — No dobrze. Przechowam cię za dnia. Ale gdy tylko wszystko ci objaśnię, odejdziesz. Zrozumiano? — Pokiwałam gorączkowo głową, podczas gdy ona swoją pokręciła.

— Za mną — mruknęła, po czym znowu zaczęła biec, przypominając ledwie dostrzegalny, rozmazany cień. Gonienie jej po wietrznych ulicach Rzymu wymagało niezmiernie dużego skupienia i rozwinięcia maksymalnej prędkości. Mimo że jak dla mnie kręciłyśmy się w kółko, niebawem znalazłyśmy się na północnym krańcu miasta. Zatrzymawszy się przy wejściu do małego, wiejskiego domku, kobieta poczekała, aż do niej dołączę.

— Hm — chrząknęła. — Miałam nadzieję, że się zgubi. — Lubiła mówić do siebie na głos. Nie byłam pewna, czy to normalne.

Otworzywszy drzwi, wślizgnęła się do środka niczym zwinny kocur. Kiedy spróbowałam pójść w jej ślady, znienacka powstrzymała mnie jakaś niewidzialna tarcza. Co więcej — nie mogłam nawet podnieść ręki, by owej tajemniczej tarczy dotknąć. Po chwili kobieta roześmiała się i ponownie ukazała w progu. — Pierwsza zasada w życiu wampira: nie możesz wkroczyć do domu człowieka bez jego wyraźnego pozwolenia.

Zmieszana, natychmiast się cofnęłam. — Przepraszam, nie zdawałam sobie sprawy, że jesteś... No cóż, początkowo myślałam, że jesteś, gdy próbowałam... ale potem mnie zaatakowałaś, więc uznałam, że jesteś taka jak ja — wyjaśniłam nieskładnie, jąkając się wskutek zażenowania i wstydu.

Kobieta zmrużyła swe ciemne oczy, ewidentnie zaintrygowana. W końcu na jej twarz wstąpił wyraz zrozumienia. — Nie, nie, nie jestem człowiekiem — sprostowała, pokręciwszy głową. — Ależ z ciebie... uch! — jęknęła z rozdrażnieniem i obróciła się ku wnętrzu domu, złorzecząc na mnie pod nosem. — Wiktorze! — zawołała stanowczym głosem. Zaciekawiłam się, do kogo się zwracała. — Wiktorze, kochany, pozwól tu!

Oczekując przybycia Wiktora, zerknęła w moją stronę i oświadczyła od niechcenia: — Jestem Mae. — I to by było na tyle, jeśli chodziło o jej przedstawienie się.

Wkrótce, powolnym krokiem, dołączył do nas podstarzały mężczyzna z siwymi włosami i białą, długą brodą. Najpierw popatrzył na Mae, potem skupił uwagę na mnie. — A cóż to za śliczna, mała dziewuszka? — zapytał ją bełkotliwie. Dostrzegłam, że brakowało mu kilku zębów.

— Wiktorze — przemówiła, z powrotem ściągając na siebie spojrzenie jego brązowych oczu — byłabym wdzięczna, gdybyś zaprosił tę małą dziewuszkę do twojego domu. Czy mógłbyś to dla mnie uczynić?

Staruszek posłusznie obrócił się w moim kierunku i odezwał tak, jakby balansował na granicy jawy i snu: — Wejdź, proszę, moje dziecko.

Po tych słowach siła, która zatrzymywała mnie na zewnątrz, natychmiast znikła. — Niesamowite — stwierdziłam z szerokim uśmiechem. — Jak to zrobiłaś? To ze swoimi oczami?

Wzruszywszy ramionami, Mae poprowadziła starca ku jednemu z krzeseł i gestem nakazała mi usiąść naprzeciw niego. — Nic łatwiejszego — oznajmiła, kiedy zajęłam wskazane miejsce. — Popatrz człowiekowi w oczy i wydaj rozkaz. Ponadto, jeśli zobrazujesz sobie ten rozkaz w głowie, wypowiadane przez ciebie słowa przybiorą na sile. Cały sekret tkwi w szczerym pragnieniu zachęcenia kogoś do spełnienia twoich żądań. Spróbuj.

— Wiktorze? — zaczęłam ostrożnie, zwróciwszy się twarzą ku mężczyźnie, który usiłował właśnie wyrwać ze swej koszuli wystającą nitkę. Uniósł głowę, by na mnie spojrzeć. — Czy mógłbyś...? — Zamilkłam na moment, zastanawiając się, co nakazać mu zrobić.

Zniecierpliwiona Mae odchrząknęła. — Pospiesz się, Julie, Wiktor łatwo się rozprasza. Poleć mu cokolwiek, choćby klasnąć w dłonie — zasugerowała.

— Wiktorze, czy mógłbyś trzykrotnie klasnąć dla mnie w dłonie? — Trzy klaśnięcia później nie potrafiłam się nie roześmiać. Nawet Mae nie zdołała ukryć lekkiego uśmiechu.

— Bardzo łatwo być wampirem. Dużo podróżuj, naucz się kilku języków. Wystarczy, że wtopisz się w tłum. I nigdy nie wracaj w to samo miejsce dwa razy w jednym stuleciu. Inaczej mogłabyś zostać rozpoznana i zabita.

— Znam już kogoś, kto chce mnie zabić.

Mae nie wyglądała na zaniepokojoną. — Nie spotkałam jeszcze wampira, któremu nikt nie życzyłby rychłego przeistoczenia się w popiół. Po prostu unikaj tego kogoś, kimkolwiek jest. A gdzie się podziewa twój twórca? I co dokładnie was poróżniło?

Z cichym westchnieniem zmarszczyłam czoło. — Chciał, żebym go poślubiła, ale ja odmówiłam. Powinien był chyba zapytać mnie o zgodę, nim mnie przemienił.

Ciemne oczy Mae zaskrzyły się nieco w reakcji na te słowa. — Hm, to dziwne z twej strony, że się mu sprzeciwiłaś. Większość wampirów żyje ze swoimi twórcami przez stulecia.

Rozejrzałam się dokoła; domek był mały, bez wątpienia zbudowany dla jednej osoby. — A gdzie przebywa teraz twój twórca?

— Umarł — odparła bez ogródek. Chociaż ciekawiło mnie, co się z nim stało, postanowiłam nie drążyć tego tematu. Coś w tonie głosu Mae ostrzegło mnie bowiem, że jeśli nie chciałam jej zdenerwować, lepiej ugryźć się w język.

Ponownie utkwiwszy w niej wzrok, odszukałam w pamięci inną kwestię, która mnie nurtowała. — Skąd pochodzisz?

— Z Chin.

— Gdzie to jest?

Zszokowanej Mae opadła szczęka. — Mówisz poważnie? Ach, racja, zapomniałam, jesteś przecież nowicjuszką. Zakładam, że nigdy nie zawędrowałaś dalej niż do bramy rodzinnego gospodarstwa — kontynuowała ze śmiechem, jakby brzmiało to zbyt niedorzecznie, by mogło być prawdziwe. Na mojej twarzy wykwitły rumieńce urażenia.

— Mam zaledwie siedemnaście lat — usprawiedliwiłam się.

Wzruszyła ramionami. — Ja ponad trzysta, podlotku. — Z łatwością dało się stwierdzić, że żyła już od bardzo dawna i traktowała innych z góry. Twardo stąpała po ziemi i wiedziała, czego chce. Ewidentnie preferowała też odosobnienie; wątpiłam, czy przejmowała się losem kogokolwiek innego poza sobą.

— Czy kiedykolwiek stworzyłaś wampira?

Mae skrzyżowała ręce na piersi, jakby nie podobał jej się kierunek, w którym zmierzała nasza rozmowa. — Nie. Cenię swoją prywatność. Lubię samotność. — W mgnieniu oka poderwała się na nogi. — Możesz spać w dowolnie wybranym miejscu. Poinstruowałam Wiktora, by za dnia nie otwierał żadnych okien ani drzwi. Jutro pomogę ci zdobyć jakieś szaty i poszukać stałego lokum.


Pędziłam przez las ku opuszczonemu domostwu, w którym rezydowałam już przeszło pięćdziesiąt lat. Nie znajdowało się ono w samym Rzymie, lecz kawałek drogi na zachód od miasta, co czyniło je znośnym dla Mae, która wciąż z niechęcią podchodziła do obecności i polowań innego wampira w tak bliskim sąsiedztwie. Widziałam jednak, że powoli się do mnie przyzwyczajała. Nie byłam jej siostrą ani uczennicą, ani nawet przyjaciółką; po prostu traktowałyśmy się nawzajem z życzliwością właściwą zwykłym znajomym. I żyło nam się z tym niezgorzej.

W trakcie biegu z trudem przychodziło mi utrzymanie zarówno mojej pasterskiej laski, jak i skrzyni ze skradzionymi szwaczkom sukniami. Chcąc nie chcąc, zwolniłam zatem kroku, mimo że średnią prędkość uważałam za z lekka irytującą i czułam się przez nią dziwnie. Gdybym mogła wybierać, wolałabym albo normalnie iść, albo pognać naprzód co sił w nogach; stan „pomiędzy" mnie denerwował.

Kiedy znienacka moich uszu dosięgło wycie, natychmiast zamarłam w miejscu. Pierwsze, co przyszło mi bowiem za sprawą tego dźwięku do głowy, to myśl o Kasjuszu. Pospiesznie zapewniłam samą siebie, że nie miałam powodów do obaw, gdyż Kasjusz był martwy — zabiłam go swoim kijem; nie istniała najmniejsza szansa, że nadal chodził po tym świecie. Przed chwilą usłyszałam zapewne, jak w oddali zawył jakiś wilk: prawdziwy wilk, nie dziwaczny wilk-mężczyzna taki jak Kasjusz.

Jednakże strach powrócił do mnie ze zdwojoną siłą, kiedy w pobliżu rozległ się chór następnych skowytów, a liście w zaroślach dokoła nieznacznie się poruszyły; hałas zdawał się dochodzić ze wszystkich stron. Pospiesznie porzuciwszy skrzynię na ziemi, uniosłam pasterską laskę w gotowości. Jako człowiek ze starcia z wilkami raczej nie wyszłabym cało, lecz jako wampir byłam przecież o wiele silniejsza.

W końcu z krzaków wyłoniła się głowa pierwszego zwierza. Gdy na mnie warknął, wywinęłam ostrzegawczo kijem. — Precz! — krzyknęłam, usiłując sprawiać wrażenie większej; na tym właśnie polegała klasyczna taktyka obrony przed wilkami. — Precz!

Zamiast odejść, przybliżył się do mnie z obnażonymi zębiskami. Przygryzłszy wargę, przypomniałam sobie, że i ja posiadałam kły, które mogłabym obnażyć. Odsłoniłam je więc przy akompaniamencie słabego kliknięcia, po czym syknęłam na bydlę, by zobaczyło, że potrafiłam być równie przerażająca jak ono.

Wbrew mym oczekiwaniom wilk wcale się nie przestraszył. Co gorsza, zza drzew wyłoniło się więcej jego pobratymców; doliczyłam się dwunastu. Wykonawszy pełny obrót, zorientowałam się, że zostałam otoczona. Odruchowo zerknęłam na niebo, bezmyślnie ubolewając nad tym, że nie umiałam latać. — Precz! — powtórzyłam, ale bestie nie przestały posuwać się naprzód.

Wkrótce podeszły na tyle blisko, żeby nie znaleźć się w zasięgu pasterskiej laski. Raptem mój lęk przed wilkami przybrał tak ogromne rozmiary, że zachciało mi się płakać. Z powodu dzielącej nas odległości i dużej liczebności napastników byłam pewna, że umrę. — Wynocha! — wrzasnęłam łamiącym się głosem.

Po chwili jeden z wilków przysiadł na tylnych łapach i odrzuciwszy łeb do tyłu, przeciągle zawył, po czym przemienił się w człowieka. Gwałtownie wciągnęłam powietrze do płuc i spróbowałam się cofnąć, ale pozostałe zwierzęta nadal krążyły wokół mnie, nisko warcząc.

Ze wszystkich sił starałam się nie zacisnąć powiek i nie oderwać wzroku od twarzy, która wydała mi się dziwnie znajoma. Na zidentyfikowanie podobieństwa nie poświęciłam więcej niż dwóch sekund; i nie dziwota, skoro dotychczas spotkałam tylko jednego człowieka-wilka. Mężczyzna ten miał ciemne włosy i brązowe włosy oraz kształt twarzy i wzrost podobne do tych, którymi odznaczał się Kasjusz. Gdyby nie brak niebieskich znaków na jego ciele, z pewnością wzięłabym go za ducha.

Nerwowo rozejrzałam się dokoła, jakbym szukała drogi ucieczki. Nie uszło to uwadze człowieka-wilka, który roześmiał się pogardliwie. — Część moich towarzyszy czeka na ciebie w twym domu, jeśli planujesz tam umknąć. Otrzymali rozkaz zabicia cię na miejscu.

Uśmiechnął się drwiąco w taki sam sposób, w jaki zwykł to robić Kasjusz. Ja jednak nie doszukałam się w jego słowach niczego zabawnego.

— A jeśli planujesz udać się po wsparcie do tej cudzoziemki, zapewniam cię, że z nią już się rozprawiono. Nie masz dokąd uciec, więc równie dobrze możesz się odprężyć.

Kiedy jeden z wilków wykonał krok w moją stronę, omalże nie krzyknęłam. Nie było takiej możliwości, bym w zaistniałej sytuacji potrafiła się odprężyć. — Kim jesteś? Czego ode mnie chcesz? — zdołałam wykrztusić, choć głos wibrował mi z poruszenia.

Mężczyzna zmrużył oczy. — Zemsty — syknął i przeniósł spojrzenie z mojej twarzy na czubek laski, zdając się w ogóle nie przejmować faktem, że posiadałam broń. — A zwę się Lucjusz.

Wycelowałam w niego kijem. — W całym swym życiu nigdy nie stanęłam na twojej drodze. Za co zatem możesz chcieć się mścić?

— Za śmierć mojego ojca.

Gapiąc się na niego, zdziwiłam się, że nie odgadłam tego wcześniej. Od początku bowiem oczywiste było, że jego i Kasjusza łączyły więzy krwi.

— Kasjusz zabił moje siostry, więc wierzę, że nasze porachunki są wyrównane — stwierdziłam ostro, wróciwszy myślami do tamtej nocy.

Mężczyzna pokręcił głową. — Ja uważam inaczej.

Warczenie wilków stało się głośniejsze i bardziej przerażające. Momentalnie skurczyłam się w sobie, niczego nie pragnąc tak mocno jak wydostania się z pułapki. — Proszę, popełniacie błąd — rzekłam błagalnym tonem, ale Lucjusz jedynie popatrzył na mnie gniewnie. Wiedziałam, że szykował się już do ataku, więc pospiesznie wypowiedziałam pierwsze lepsze zdanie, dzięki któremu zyskałabym na czasie: — Jak mnie odnaleźliście?

Przez chwilę milczał. Nieoczekiwanie zza jego pleców rozległ się doskonale mi znany, złośliwy głos: — Ja im powiedziałem, gdzie cię znajdą. — Byłam oszołomiona; wzdłuż mojego kręgosłupa przebiegł dreszcz. Mężczyzna-wilk przesunął się w bok, dzięki czemu znalazłam się twarzą w twarz z Godrykiem.

Na jego widok odczułam trwogę i wściekłość zarazem. — Czemu to robisz? Czy Mariusz nie żyje?

Młodzieniec utkwił we mnie piorunujące spojrzenie swoich ciemnych oczu. — Nie. Ale niecierpliwiłem się.

— Postępujesz wbrew wyraźnym komendom twojego twórcy. Jak to możliwe?

Wygiął lekko wargi w ironicznym uśmiechu. — Nie sprzeciwiam się rozkazom Mariusza, lecz po prostu je obchodzę. Otrzymałem zakaz zabicia cię, zatem ja tego nie dokonam. Doszedłem jednak do wniosku, że jeśli przypadkiem zdarzy mi się zdradzić miejsce twego pobytu pewnym rozwścieczonym wilkom, to od tego momentu możemy pozwolić przeznaczeniu obrać jego własny kierunek.

Zerknęłam na niego krewko, zła i przerażona, ale także czując się w pewnym sensie zdradzona. Nie planowałam spotkania z Godrykiem jeszcze przez długi, długi czas. Najwyraźniej zbyt nisko go ceniłam; powinnam była wiedzieć, że nie będzie walczył uczciwie.

Mrugnąwszy do mnie, obrócił się ku Lucjuszowi. — Uczyńcie z nią to, na co tylko macie ochotę — przemówił z bolesną obojętnością. W reakcji na te słowa zwierzęta zawyły z podekscytowaniem.

Godryk popatrzył na mnie po raz ostatni, niemalże z żalem. Następnie zwrócił się twarzą ku niebu i wystrzelił w powietrze, znikając w mroku nocy i zostawiając mnie zdaną na łaskę dwunastu nikczemnych wilkołaków.