Trybuny
Po południu Draconowi prawie udało się wymazać z pamięci wcześniejszą utarczkę na schodach. Chwilę po lunchu wpadł na pomysł, który spowodował, że wszelki jego wcześniejszy dyskomfort zniknął. Siedział w pokoju wspólnym, bezmyślnie rysując na swojej pracy domowej ludziki, z których większość kończyła z bliznami na czołach i kołkami w sercach. Nigdy go nie męczyło rysowanie tego obrazka. Z satysfakcją dziabnął piórem w kartkę. Odpłaci im. Dzisiaj.
Mecz z Gryffindorem odbędzie się w przyszły weekend. To dlatego ślizgońska drużyna codziennie wstawała tak wcześnie na treningi. To dlatego dziś rano tak ciężko ćwiczyli na boisku. To dlatego gryfońska drużyna będzie robić to samo dziś po południu. I to dlatego Gryfoni będą ćwiczyć swoje najbardziej skuteczne i często tajne strategie. Będą dawali z siebie wszystko. Dzisiaj był najlepszy dzień na szpiegowanie.
Za mniej więcej pięć minut będą w powietrzu - nie zauważą go, jeśli podejdzie z drugiej strony boiska i będzie się trzymał blisko przebieralni. Stwierdził, że nie będzie mógł zabrać Crabbe'a i Goyle'a, ale szybko odpędził to zmartwienie. Byli zbyt toporni, psuli wszystko, co wymagało chociaż odrobiny finezji, a poza tym i tak nikt go nie zobaczy.
Rzuciwszy swoją pracę domową na stolik, wstał i wyszedł z pokoju wspólnego. Wszedł po schodach, szybko przeszedł korytarzami i wyszedł na późne, popołudniowe słońce. Gdy doszedł do boiska, skręcił w lewo dookoła trybun i wszedł na boisko zza przebieralni, trzymając się w ich cieniu, żeby nie zostać zauważonym. Oparł się o ścianę i zmrużył oczy, dokładnie w chwili, gdy Potter zanurkował.
Przez chwilę wydawało się, że Błyskawica Pottera uderzy w murawę - nie, na pewno uderzy, zaorze boisko - Draco obserwował, wstrzymując oddech, mając szaloną nadzieję. Pół sekundy za wcześnie Potter szarpnął rączkę miotły i poszybował z powrotem w górę. Draco nie miał innego życzenia, niż skończyć oglądać ten pokaz, ale musiał oglądać kontynuację tego ruchu - w końcu to było coś, co miał ukraść. Jego oczy podążały za ruchem Pottera, zataczając łuk od trawy, poprzez niższe siedzenia na trybunach, aż po sam szczyt, gdzie jego oczy się zatrzymały.
Miotła Pottera szybowała w górę, prosto w niebo, ale Draco nie patrzył. Mignięcie koloru na szczycie odległych trybun przyciągnęło jego uwagę i zaprzątnęło nią. Coś złotego i czerwonego. Zabrało mu chwilę, zanim uświadomił sobie, że to promienie zachodzącego słońca, odbijające się we włosach Ginny Weasley. Draco zmrużył oczy pod światło, żeby widzieć ją wyraźniej.
Siedziała na ławce sama, zgarbiona, jakby chciała się wydać mniejsza, mniej zauważalna. Próżny trud, pomyślał Draco, jak długo miała takie włosy. Nie miał wątpliwości, dlaczego to robiła. Mimo tego, że zawsze ciągnęła się w ogonie Pottera, Draco miał wrażenie, że się tego wstydziła. Co tylko czyniło to wszystko jeszcze bardziej obrzydliwym.
I oto była, bez wątpienia podkradając się, żeby obserwować swojego drogiego Pottera podczas treningu. Mimo że miała również trzech braci w drużynie, Draco z jakiegoś powodu wątpił, że garbiłaby się tutaj sama, gdyby nie Potter. I ta myśl napełniła go znaną nienawiścią, która zawsze towarzyszyła myślom o Potterze, tylko teraz miała inną barwę, nagle prawie zrobiło mu się niedobrze.
Obchodził dookoła boisko i szedł w kierunku trybun, zanim jeszcze podjął świadomą decyzję, żeby to zrobić. Kiedy już ruszył, wydawało się niemożliwym cofnąć się.
Naprawdę nie było powodu, żeby rozmawiać z Ginny Weasley. Co interesującego mogła mu powiedzieć? Co mógł zyskać na tej wymianie zdań?
Po prostu chcę wiedzieć pomyślał, krzywiąc się. Po prostu chcę wiedzieć CZEMU w ogóle zawraca sobie głowę tym cholernym Potterem. Wspiął się po schodach i wszedł między ławki, zanim w ogóle rozważył, co jej powiedzieć i gdy podszedł do końca rzędu, gdzie siedziała, zawahał się. Nawet nie usłyszała, jak podchodził. Jej wzrok był utkwiony na niebie, jej oczy śledziły grę. Śledziły Pottera. Odrażające, jak ona znajduje sposoby, żeby podążać za nim, nawet gdy siedziała nieruchomo i mimo że Draco ciągle nie miał pojęcia, co jej powiedzieć, wiedział, że chciał, żeby przestała wpatrywać się w Pottera. Podszedł krok bliżej, tak aby jego cień padł na nią.
Odwróciła się. Jej oczy rozszerzyły się. Cała jej postawa się zmieniła. Jeszcze chwilę temu była skulona i niezauważalna. Teraz wyprostowała się, ściągając łopatki i odrzucając włosy z twarzy.
- Co ty tutaj robisz? To jest trening Gryffindoru - przemówiła zdumiewająco jadowicie. Biorąc pod uwagę jej oczywistą słabość, jeśli chodzi o Pottera, Draco nie spodziewał się, że jej głos może mieć w sobie taki ogień. Z drugiej strony prawie nie słyszał, żeby cokolwiek mówiła.
Dalej wpatrywała się w niego ze złością, na twarzy miała wymalowane żądanie wyjaśnienia jego pojawienia się i Draco nagle zdał sobie sprawę, że jej nie odpowiedział. Po co tutaj przyszedł? Jego umysł rozpaczliwie szukał odpowiedzi i nie znalazł żadnej. Poczuł ten sam napad mdłości, co chwilę przedtem. Obserwował twarz Ginny, która powiodła wzrokiem od niego do szybującej na niebie drużyny Gryffindoru i najwidoczniej dodała dwa do dwóch.
Był tutaj, żeby szpiegować. No jasne. Draco poczuł ulgę, gdy w jego głowie pojawiła się właściwa odpowiedź, chociaż nie miał zamiaru wypowiadać tego na głos. Zresztą, nie musiał.
- Wynoś się stąd! Nie wolno ci ich obserwować! - Ginny nagle zerwała się na nogi. - To oczywiste, dlaczego tutaj przyszedłeś!
Znienacka Draco odzyskał głos.
- Nie jest również tajemnicą, dlaczego ty tutaj jesteś, Weasley - wypalił, mrużąc oczy, ciesząc się z faktu, że jego komentarz spowodował, że złość na jej twarzy zelżała. Naciskał dalej. - Patrzysz, jak lata wspaniały Potter? Myślisz, jaki jest niesamowity? - jego głos ociekał sarkazmem i Ginny drgnęła, jej oczy powędrowały w kierunku graczy na niebie, potwierdzając jego podejrzenia. Była tak głupio przejrzysta, czy wiedziała o tym? - Albo może... - kontynuował jadowicie, przeciągając samogłoski, powodując, że jej spojrzenie wróciło do niego - może po prostu czekasz, aż spadnie z miotły, żebyś mogła pobiec do niego i pocałować, żeby się zagoiło.
Ginny opadła szczęka i przez sekundę Draco odczuwał satysfakcję z bezpośredniego trafienia, ale nie trwało to długo. Z szybkością i zręcznością, której nie podejrzewał, Ginny wyciągnęła różdżkę i wycelowała ją prosto w jego pierś. Instynkt samozachowawczy spowodował, że wyciągnął swoją i wycelował w nią, czując niespodziewane mrowienie napięcia. Nie takie, gdy wyciągał różdżkę na Pottera. Powietrze pomiędzy nim a Ginny wydawało się być w jakiś sposób naładowane. To było uczucie, które uderzało do głowy.
Pierwsza się odezwała i chociaż głos jej się trząsł, Draco nie sądził, żeby się bała. Po prostu była wściekła.
- Nie masz prawa - udało jej się powiedzieć. - Nie masz żadnego prawa! Mam cię dosyć, Malfoy! Myślisz, że jesteś taki ważny, bo twój tata ma pieniądze. No, więc nie jesteś, a to, co ja robię, to nie twoja sprawa! - miała urywany oddech, jej oczy rzucały pioruny, różdżka jej się trzęsła w ręku. - Trzymaj się z daleka od treningu i trzymaj się z daleka ode mnie!
Draco wpatrywał się w nią. To, że potrafiła się tak stanowczo postawić, było szokiem, a to że miała czelność wspomnieć jego ojca... Wiedział, jaka powinna być jego odpowiedź. Duma rodzinna wymagała, żeby zheksował ją do gruntu bez zastanowienia. Była Weasley'em i nikt z jej bezwartościowej rodziny nie zasługiwał na to, żeby wypowiedzieć choćby słowo na temat jego rodziny. Ale ku swojemu zmartwieniu stwierdził, że to ostatnia część jej przemowy spowodowała, że naprawdę miał ochotę ją zheksować. Otworzył usta, żeby wypowiedzieć zaklęcie.
Niestety, wydawało się, że wszystkie zaklęcia opuściły jego mózg. Wykorzystując jego wahanie, Ginny lekko zesztywniała i uniosła różdżkę. Draco doświadczył krótkiego szoku. Czy ona naprawdę miała zamiar rzucić na niego klątwę?
Nigdy się nie dowiedział. Sponad boiska rozległ się przenikliwy dźwięk, w którym rozpoznał gwizdek sędziego. Odwrócił się w jego kierunku, widział, jak Ginny robi to samo i zobaczył, że Madam Hooch pędzi na miotle w górę trybun ku nim. Jej żółte, jastrzębie oczy błyszczały z daleka i nigdy bardziej nie przypominała drapieżnego ptaka, niż teraz, gdy do nich podlatywała.
- ODŁÓŻCIE RÓŻDŻKI! - wykrzyknęła, wisząc nad nimi w powietrzu.
Draco opuścił różdżkę, podczas gdy Madam Hooch powiodła wściekłym spojrzeniem od niego do Ginny. Kątem oka zauważył, że Ginny także opuściła różdżkę, czerwieniąc się z poczucia winy.
- Co wasze różdżki robią na moim boisku? - Madam Hooch zapytała ostro, patrząc najpierw na Ginny.
Ginny otworzyła usta i wyjąkała.
- Ja byłam... Ja tylko...
Draco odwrócił się w pełni do niej z niedowierzaniem. Zamierzała odstawić stary, gryfoński numer z niewinnością i zwalić wszystko na niego. Nagle przestało go obchodzić, jak winna się czuła, będąc przyłapaną na gorącym uczynku. Nie zamierzał wziąć winy na siebie.
Przerwał jej z wyćwiczoną łatwością i zwrócił się zimno do Madam Hooch.
- Ona pierwsza wyciągnęła różdżkę. To była samoobrona.
Madam Hooch zwróciła swoje jastrzębie oczy na niego. Nie wyglądała na przekonaną. Oczywiście. Jak zwykle. Uprzedzenie - niesłabnące uprzedzenie wielu nauczycieli do Slytherinu - to było po prostu nie do uwierzenia. Żeby pogorszyć sprawę, za Madam Hooch pojawili się z ogromną prędkością Potter, Weasley i te szkaradnie powielone bliźniaki.
Po raz pierwszy od pojawienia się na boisku, Draco nagle z przerażającą jasnością uświadomił sobie, że Crabbe i Goyle zostali w lochach.
- CO TY ROBISZ, MALFOY! - Weasley szarżował na niego na czele całej grupy, pochylając się na swojej miotle, jakby miał zamiar nadziać Draco na jej czubek.
Madam Hooch posłała im ostrzegawcze spojrzenie, które zatrzymało ich tuż za nią. Unosili się wszyscy w powietrzu, cała czwórka, wpatrując się w Draco, jakby nic nie mogło sprawić im większej radości, niż rozszarpanie go na strzępy, gdyby tylko mieli okazję dorwać go w swoje ręce.
- Wystarczy - ucięła Madam Hooch.
Całkowicie ją ignorując, jeden z bliźniaków zbliżył się na swojej miotle.
- Jeśli miałeś zamiar rzucić jakąś klątwę na naszą siostrę, Malfoy... - zagroził, złowieszczo nie kończąc zdania. Drugi wypełnił puste miejsce, ponuro kiwając głową. Nie żartowali, jednak Draco musiał się uśmiechnąć. Sam fakt, że było ich dwóch, był ich najgorszym żartem.
- Wystarczy - ton głosu Madam Hooch był ostateczny. Odwróciła się do Draco. - Mówisz, że ona pierwsza wyciągnęła na ciebie różdżkę?
Na te słowa nastąpił wybuch.
- JASNE! - Weasley dostał szału.
- Została sprowokowana! - jednocześnie wydarł się Potter
Ginny wyprostowała się lekko na te słowa. Draco dostrzegł to kątem oka i wkurzyło go to.
- Zamknij się, Potter! - warknął.
- Cisza! - Madam Hooch spojrzała na nich, po czym jej wzrok wrócił do Ginny i Draco. - Widziałam dwie wyciągnięte różdżki - powiedziała gładko. - Daję dwa szlabany.
Od strony trzech Weasley'ów i Pottera dał się słyszeć szmer wściekłości. Ginny nie zaprotestowała, ale rzuciła Draco spojrzenie tak pełne nie skrywanej pogardy i zawodu, że aż lekko się cofnął. Raz jeszcze został chwilowo zaskoczony przez gwałtowność jej reakcji. To nie była ta mała myszka bez kręgosłupa, którą przyzwyczaił się widzieć, jak podążała śladem Pottera.
A tym razem, nie mógł tego nie zauważyć, nie tonowała swojego zachowania przed Potterem. Draco z satysfakcją pomyślał, że to jemu udało się zmusić ją, żeby otrząsnęła się ze swojej zwykłej nieśmiałości. W pewnym sensie było tak, jakby zdobył punkt przewagi nad Potterem.
- Bądźcie tutaj jutro o czwartej trzydzieści - pouczyła ich Madam Hooch. - Będziecie odrabiać swoją karę w schowku na miotły.
Weasley zaklął pod nosem. Madam Hooch zignorowała go.
- Czy to jasne? - spytała.
- Tak, proszę pani - odpowiedziała Ginny zrezygnowanym tonem.
Draco tylko kiwnął głową, potwierdzając, że zrozumiał. Madam Hooch także skinęła głową z tak znaczącym spojrzeniem, że Draco wiedział, że zgadła, po co w ogóle znalazł się na boisku. Potem, usatysfakcjonowana, odwróciła się i wróciła do reszty gryfońskiej drużyny, która czekała przy bramkach, obserwując ich z zaciekawieniem.
Ginny także się odwróciła i majestatycznie przeszła obok, nawet na niego nie spojrzawszy. Jej bracia i Potter natychmiast obrócili się na swoich miotłach, żeby za nią podążyć, ale każdy z nich upewnił się, żeby rzucić mu ostatnie, podłe spojrzenie przed odwrotem. Draco uśmiechnął się szyderczo w kierunku ich oddalających się pleców i zszedł z trybun na druga stronę.
Szedł w kierunku zamku, gotując się wewnętrznie. Co on sobie myślał? Nie załapał ani jednej gryfońskiej strategii. Złapał tylko szlaban, a Potter to widział. W zasadzie to czemu Madam Hooch była na boisku? Nigdy nie doglądała ślizgońskich treningów.
Minęła chwila, zanim na Draco spłynęła odpowiedź. Była tam, żeby chronić Pottera. Ten idiota Dumbledore prawdopodobnie ją tam umieścił, żeby zadbała o bezpieczeństwo Pottera. Wszyscy czujnie osłaniali Pottera w tym roku, jakby jego życie było dziesięć razy więcej warte niż każde inne.
Oczywiście, Potter był w niebezpieczeństwie. Draco pozwolił sobie na uśmiech, myśląc przez chwilę o swoim ojcu i rzeczach, które podsłuchał w domu tego lata. Och, Potter zdecydowanie był w niebezpieczeństwie.
Jego gniew trochę osłabł. Skierował swoje myśli w inną stronę, zastanawiając się nad karą, którą miał odbyć. Będzie musiał sfabrykować jakąś historię na jutro. Nie miał zamiaru się przyznać, że ma odbyć karę w schowku na miotły z Ginny Weasley.
I z pewnością nie miał zamiaru się przyznać, że coś w tej myśli było prawie pociągające.
