Rozdział 3 „Pierwszy krok"

Po całym zajściu nie miałem pojęcia, co dalej. Jednego byłem pewien - nie mogę iść za radą Setha. Pomimo, że chciał pomóc, to jego taktyka była do niczego. Nie chciałem krzywdzić tej

dziewczyny. Los narobił wystarczających szkód. W pierwszy momencie, gdy ją zobaczyłem, pomyślałem, że jest taka krucha i delikatna. Dopiero jej cięty język pokazał mi, iż to, co

pomyślałem na początku, było zwykłą bzdurą. Isabella wcale nie była krucha. Byłem w wielkim szoku. W jej oczach widziałem nienawiść do mnie, do Carlisle'a i całego świata. Cieszyłem się, że

przez resztę dnia się z nią nie spotkałem. Nie unikałem jej, to ona siedziała cały czas w swoim pokoju. Było to dla mnie dobre, bo nikt nie mówił mi obraźliwych rzeczy, nie musiałem słyszeć jej lodowatego tonu. Od

momentu, kiedy Carlisle nas zostawił, minęło kilka godzin, więc uznałem, że to najwyższy czas, abym go odwiedził. Chciałem mu powiedzieć, że pomylił się, że nie nadaję się do takiej roboty. Szedłem wzdłuż

korytarza, moje oczy przyzwyczaiły się już do widoków jakie serwował ten ośrodek, i jednocześnie zastanawiałem się, jak to możliwe, że jestem tu po raz pierwszy. Fundacja pomocy

niepełnosprawnym im. Elizabeth Cullen działała od pięciu lat, mój ojciec był założycielem. Pokręciłem głową, wyrywając się z nieprzyjemnych wspomnień. Znalazłem się już przy drzwiach

Carlisle'a. Bez wahania pociągnąłem za klamkę i wszedłem.

- Jak to możliwe? Znowu wygrałeś? - powiedział rozbawiony Carlisle. Jego wesoły ton zatrzymał mnie w miejscu, dzięki czemu byłem niewidoczny dla ojca i jego towarzysza.

- To mój nieprzeciętny intelekt i wrodzony talent do wygrywania - odparł drugi głos, jak się już domyśliłem, był to Jacob. Chłopiec, z którym zapoznał mnie Carlisle rano.

- Chyba nie mam z tobą szans, co? Nie dasz mi wygrać, młody człowieku? - spytał mój ojciec.

- Przykro mi, doktorze - zaśmiał się chłopiec. Zrobiłem kilka kroków w stronę miejsca, skąd dochodziły głosy. Carlisle od razu uniósł głowę, a gdy napotkał mój wzrok z jego twarzy od razu

zniknął uśmiech. Może i byłoby mi przykro, gdyby nie to, iż była to moja codzienność, jednak to, że nie odczuwałem jako takiego bólu, nie znaczy, iż nie byłem rozczarowany i zły. Carlisle

ponownie spojrzał na chłopaka i wyjął coś z szafki.

- Masz, zasłużyłeś na to - powiedział i podał tę rzecz Jacobowi. Teraz zauważyłem, że był to mały batonik. Po chwili Jake złapał swoje kulę i pożegnał się z Carlislem.

- Cześć, Ed – powiedział, zamykając za sobą drzwi. Ed? To było nie do zniesienia. Co to w ogóle za imię? Wyciągnięte z jakiejś kreskówki? Carlisle zaczął wyciągać różne papiery i przeglądać się im. Usiadałem na

przeciwko niego i obserwowałem go uważnie. Był spięty i nerwowy.

- Miło, że pytasz - zacząłem ironicznie - było bardzo przyjemnie. Wyobraź sobie, że już jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi - zakończyłem.

- Masz okazywać mi szacunek - powiedział ponuro.

- Na szacunek trzeba zasłużyć - odparłem zimno. - Nie czekaj na mnie, wrócę sam, chyba że tego też mi nie wolno.

- Nie masz samochodu...

- Myślę, że transport miejski mnie nie zabije, dobranoc - wstałem i wyszedłem ciężko oddychając.

Wychodząc z tego miejsca nawet się nie obejrzałem. Na dziś wystarczyło mi wrażeń. Musiałem powiedzieć stop. Wiedziałem, że są tylko dwie rzeczy, które pomogą mi się odprężyć, a

skoro skakać nie mogłem to pozostała mi tylko druga opcja. I tak się stało. Godzinę później znalazłem się przed miejscem o dźwięcznej nazwie „U Joego". Wszedłem do środka. Z racji tego,

że zbliżał się wieczór, w barze było już mnóstwo ludzi, ale to, czego potrzebowałem, to nie była żadna rozmowa czy jakikolwiek kontakt z drugim człowiekiem. Podszedłem do lady i przy niej też

zająłem miejsce. Niecałe pięć minut później Joe zauważył moją obecność. Nie musiał o nic pytać, żeby zauważyć, czego potrzebuję. Uśmiechnął się i podał mi pierwszą szklankę z alkoholem.

- Chcesz o tym porozmawiać? - spytał godzinę później. Byłem już nieźle wstawiony.

- Chcę alkoholu – wybełkotałem niezbyt wyraźnie.

- Myślę, że na dzisiaj ci wystarczy, Edward - odparł.

- A ja myślę, Joe... Czy tak właśnie masz na imię? Nie mów... Czekaj, co ja... - zamyśliłem się, potarłem kciukiem brodę.

- Daj telefon, Edward, zadzwonię po kogoś - w tej samej chwili rozległ się dzwonek mojego telefonu. Poczułem wibracje w kieszeni. Wyciągnąłem go i popatrzyłem na ekran. Zmrużyłem oczy,

nie mogąc nic dostrzec. Przybliżyłem ekran pod sam nos. Co tam było napisane?

- C-A-R-L-I-S-L-E, Carlisle – zachichotałem - to mój ojciec - wyszeptałem do Joego.

- Daj mi ten telefon. Sam już nie będziesz w stanie wrócić do domu - powiedział Joe, wyciągając dłoń. Wzruszyłem ramionami i podałem mu aparat. Nie słyszałem nic z rozmowy Joego

i mojego ojca. W zasadzie miałem gdzieś, o czym mogą rozmawiać. Gdy Carlisle przyjechał, prawie leżałem na stole, ledwo świadomy tego, co się wokół mnie dzieje, ale jednak. Carlisle

zapakował mnie do wozu i zawlekł do łóżka. Reszty nie pamiętałem. Ranek był jeszcze gorszy niż poprzedni. Miałem kaca, ogromnego kaca. Każdy najcichszy odgłos powodował nieprzyjemny tępy ból w mojej głowie,

ale wiedziałem, że muszę wstać, że Isabella musi się na kimś dzisiaj wyżyć, lecz z drugiej strony miałem już plan. Carlisle nie wspomniał ani słowem o wczorajszym wieczorze.

- Dzisiaj po południu odbędzie się terapia grupowa, na której dobrze by było, żeby Isabella była obecna. Czy możesz zadbać, żeby się pojawiła? - spytał, gdy jechaliśmy już samochodem.

- Zrobię, co w mojej mocy, ale nic nie obiecuję - odparłem. Carlisle pokiwał głową. Tak samo jak ja zdawał sobie sprawę, że jeśli ona sama tego nie będzie chciała to nie przyjdzie i nikt, a

w szczególności ja, jej do tego nie przekona. Wszystko wyglądało identycznie, jak wczoraj. Mały Jacob przywitał się z moim ojcem, mnie trzymał na dystans. Dostałem kilka uśmiechów i

ostrożnych spojrzeń. Na razie byłem wrogiem, obawiali się mnie. Nie przejmując się Carlislem, po prostu ruszyłem w poszukiwaniu Belli. Nie mogłem jej nigdzie znaleźć. Nie zastałem jej w tym

miejscu, gdzie wczoraj się poznaliśmy, nie było jej też na dworze. Ostatecznie uznałem, że jedynym miejsce do jakiego jeszcze nie zajrzałem był jej pokój.

Stojąc przed drzwiami Isabelli, brałem co rusz głęboki oddech. To nie było tak, że się jej bałem czy coś takiego, ale po prostu nie miałem siły na humorki tej dziewczyny, a wiedziałem,

iż bez ataków na moją osobę się nie obejdzie. Nim zdążyłem otworzyć drzwi z jej pokój wyszła jedna z pielęgniarek. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że osoby niepełnosprawne potrzebują

takiej pomocy przy najprostszych czynnościach. Dzięki Bogu ja miałem tylko zapewnić Isabelli towarzystwo. Spojrzałem na twarz młodej kobiety. Była cała czerwona, a jej oczy błyszczały od łez.

Zastanawiałem się czy to właśnie Bella doprowadziła ją do tego stanu, czy to możliwe, że tak małe ciałko ma w sobie tyle zła?

Wszedłem do pomieszczenia i poszukałem jej wzrokiem. Siedziała na kanapie, a właściwe pół leżała i patrzyła w sufit. Nie miałem pewności czy już mnie zauważyła, gdyż jej głowa ciągle

była skierowana ku górze. Zamknąłem drzwi na tyle głośno, żeby wiedziała, iż nie jest sama. Kiedy ponownie skierowałem na nią swój wzrok miała zamknięte oczy i zaciskała mocno szczękę.

- Czego tu szukasz? - warknęła, a następnie otworzyła swoje oczy. - Czy nie dość wyraźnie powiedziałam ci, że nie życzę sobie twojej obecności?

- Dość wyraźnie - odparłem i usiadłem obok Belli. Położyłem jej nogi na swoich udach. Słyszałem jak ze świstem wciąga powietrze.

- Wynoś się stąd.

- Wiesz, pomyślałem, że chcesz coś porobić. Może spacer? - spytałem się, uśmiechając. Przez moment wyglądała jakby się nad czymś zastanawiała, po chwili jednak jej twarzy była bez wyrazu.

- Po moim trupie.

- Och, to świetnie. Załóż jakiś sweterek i ruszamy w drogę – powiedziałem, kompletnie ignorując jej słowa. Na tym właśnie polegał mój plan.

- Czy ty jesteś nienormalny? Posłuchaj mnie uważnie, JA NIGDZIE Z TOBĄ NIE IDĘ, czy teraz coś do ciebie dotarło?

- No tak, zapomniałem. Gdzie jest twoja szafka z ubraniami? – powiedziałem, wstając.

Mogłem zobaczyć, jak jej twarz robi się cała czerwona ze złości. Miała ochotę mnie zabić. Zacisnęła mocno szczękę.

- Bawimy się w podchody?

- Ale mogłabyś przynajmniej mówić ciepło, zimno - powiedziałem ironicznie.

- Najcieplej jest za tymi drzwiami, a upał panuje za granicą tego kraju. Co myślisz? Może tam pójdziesz poszukać?

- Obawiam się, że nie. No chyba, że pójdziesz tam ze mną - odparłem i zacząłem szukać po całym pokoju jej ubrań. W czasie poszukiwania słyszałem piękne epitety od mojej towarzyszki

zabaw, lecz po niecałych dziesięciu minutach znalazłem to, czego szukałem.

- Szukajcie, a znajdziecie - powiedziałem i rzuciłem jej ciepły zielony sweter.

- Nie założę go, bo nigdzie się nie wybieram.

- Naprawdę? – spytałem, unosząc jedną brew, a następnie podszedłem do niej i chciałem podnieść, gdy zaczęła sprzeciwiać się temu.

- Sama potrafię - warknęła.

- Naprawdę? - odparłem ironicznie, nie zastanawiając się nad tym, co powiedziałem. Odwróciła ode mnie twarz, zupełnie jakbym uderzył ją w policzek. Poczułem się jak kompletny

idiota i dupek. - Po prostu ci pomogę - zakończyłem łagodnie. Podniosłem jej malutkie ciałko do góry i przycisnąłem do siebie. Uniosła swój wzrok i popatrzyła mi prosto w oczy. Oczywiście nie

była to pora i miejsce, ale pomyślałem, że pomimo tego jak mnie traktuje to i tak jej uroda robi duże wrażenie.

- Wiesz co? - spojrzałem na nią, budząc się ze swoich myśli. Byłem zaskoczony, bo nie usłyszałem sarkastycznego tonu. Powiedziała to szeptem, tak cichutkim, że ledwie słyszalnym.

Pomyślałem, iż to przełom czy coś takiego.

- Strasznie śmierdzisz - zakończyła głośno. Wywróciłem oczami, przecież to było takie oczywiste. Ona i bycie miłym?

- Alkohol ze mnie wyparowuje – odparłem, ciesząc się wyrazem jej twarzy. Posadziłem ją na wózku.

- Masz problemy z alkoholem? – spytała, patrząc na mnie. Zdziwił mnie brak szorstkości w jej głosie.

- Oczywiście, że nie. Nie musisz mnie umawiać na spotkanie A.A. Koniec gadania, idziemy na spacer.

- Możesz się pocałować w miejsce, którego nazwy głośno nie powiem.

No, no, Bello, widzę, że się rozkręcasz. Gotowa? - spytałem z uśmiechem.

Betowała: konisiara.


Po pierwsze dziękuje mojej becie konisiarze, czyli Gosi, która odwala kawał dobrej roboty. Po drugie rozdział ten jest z dedykacją dla dziewczyny o nicku zaklina. Jako jedyna komentujesz mój ff od samego początku. Jest mi bardzo przykro, gdyż co rozdział na ten ff wchodzi okołu 250 osób i tylko jedna jest w stanie coś napisać, ale trudno. Liczy się ta jedna. Dzięki zaklina to właśnie ty powodujesz, że to opowiadanie nadal jest wstawiane na fan fiction net. Miłego czytania Anka.