UCIECZKA

Uwierzyliśmy w swoją szczęśliwą gwiazdę, a potem wyrzuciliśmy wszystkie złe myśli z wiatrem i bez większego wysiłku, niż gdybyśmy zmieniali kolor domu na ulubiony, spakowaliśmy starannie torby, po czym pojechaliśmy w dal, nie oglądając się już na nic. Co było do przewidzenia, że towarzyszyć nam będzie wszechobecna zieleń, od której uciec się nam nie udało, a co za tym i monotonia z szeleszczącymi liśćmi, które kołysały się nad nami leniwie.

Przystojny i elokwentny brunet jechał brawurowo, od ucha do ucha uradowany, a od czasu do czasu zabawiał mnie swoimi sprośnymi żartami. Ja byłam chyba bardziej szczęśliwsza od niego, że do jednego z największych wydarzeń w moim życiu, pojechałam z facetem z moich marzeń. Jego zdaniem powinnam zrobić sobie przerwę od mężczyzn. Co za niedorzeczne myśli chodzą mu po głowie!? Ale to mój cały Hayden, gdyby zechciał.. Może miał rację? Może to ja żyłam tymi chwilami, kiedy on na mnie patrzył? Kiedy ze sobą rozmawiamliśmy, wymienialiśmy się uwagami? Czy ja żyję marzeniami? A co jeżeli nie ma rzeczy niemożliwych? Ukradkiem mu się przyjrzałam, patrzył na mnie. Jego brew wyrażała zainteresowanie. Widząc to, spojrzałam w stronę okna.

Po upływie 40 minut, dojechaliśmy na lotnisko. W hali odlotów obejrzałam się na zegar, a więc do wylotu pozostało nam mniej niż dwie godziny. W pewnym momencie odprawa się właśnie zaczęła, ustawiliśmy się w rządku, tak jak pozostali. Gdzieś krzyczeli jacyś ludzie, a gdzie indziej to ja popychałam się z Haydenem. Wyciągnęłam z walizki butelkę i wzięłam spory łyk energetyku, aż bulgoczące bąbelki wstrząsnęły moim ciałem i moje zęby przeszły metaliczne dreszcze. Póżniej zostały sprawdzone wszystkie nasze bagaże, a było ich może z tuzin, o niczym nie zapomnieliśmy. Mój kompan jeszcze gdzieś musiał się udać, zostałam więc sama. Kiedy tak siedziałam samotnie, poczułam szybkie wibracje w tylnej kieszeni kurtki, to był mój telefon. Wyjęłam go ostrożnie i spojrzałam się w stronę wyświetlacza, gdzie odczytałam wiadomość od Helen:

— Jak sobie radzicie? Gdzie teraz jesteście?

Odpisałam jej króciutko: Lotnisko :) Mam nadzieję, że szybko się zobaczymy.

— Jak wasze humorki? Haydenem się zajęłaś :) ? Jest teraz z tobą?

Zastanowiłam się przez moment co jej odpisać: Poszedł, za chwilę wróci ;) Jak wasze przygotowania do ślubu?

— Zobaczysz jak przyjedziesz :P Pamiętaj, że wybierzemy się kupić ci jakąś kieckę. To będzie chwila tylko dla nas ;)

— Jesteś kochaną świruską. Kończę, bo on nadchodzi.

— Szefie! – zawołał jakiś chłopiec. — Musi pan podejść! Musi pan to zobaczyć! – krzyknął zaczepnie.

— Co tam masz? – Hayden stanął tuż za nim i zajrzał mu przez ramię.

— Złapałem Pikachu! – krzyknął triumfalnie dwunastoletni miłośnik Pokemonów.

— O kurczę, ale się porobiło – zdumiał się brunet, a po jego minie poznałam, że przestraszył się, że świat zostawił go w tyle.

— To tylko dziecko – powiedziałam starając się go jakoś uspokoić. — Nie znasz tej gry? Wszyscy o niej mówią.

Po odprawie udaliśmy się do swojej bramki, gdzie czekaliśmy od teraz wyłącznie na nasz powietrzny transport.

— Niech to cholera! – krzyknął do mnie pretensjonalnym głosem. Poczułam tylko, że znowu się wygłupiał, a ja musiałam się znowu dostosować do jego przebłysków geniuszu.

— Co? – Spojrzałam rozbawiona.

— Wiesz, że zapomniałem gumek? – Wybuchnęłam głośnym śmiechem, po czym zrobiłam jednoznacznie kojarzący się gest dłonią.

— A może ty je gdzieś schowałaś? — Spytał mnie zaczepnie.

— Do gry wstępnej? Ja ich nie zakładam – mrugnęłam szelmowsko oczami i szybko zamilkłam, bo czekała nas kolejna kontrola dokumentów.

Kolejka prędko się przemieszczała, gdyż głośna praca wirników już dawała się we znaki naszym uszom. Spostrzegłam nagle, że nasz samolot kołował na pasie i jechał powoli w stronę naszego stanowiska. Ostrożnie uchyliłam torebkę z zamiarem jej skontrolowania, czy schowałam wszystkie papiery do środka, po czym uznałam, że wszystko było na swoim miejscu.

— Chodź! – Machnęłam rozkazująco. — Proszę, weź to! – I wręczyłam mu kartę pokładową oraz kilka innych drobiazgów.

— Dzięki – Odparł mi uradowany.

Czekały nas jeszcze z trzy godziny lotu, a potem podróż wynajętym środkiem lokomocji. Nastawiliśmy się już mentalnie na spore trudności, bo od miejsca przylotu do domu Helen był spory szmat drogi. Chociaż mogliśmy pojechać którąś drogą stanową, to skręciliśmy niezgodnie z nawigacją i nasz wybór padł na starą boczną drogę przez wysokie zarośla. Otworzyłam przednie okno w naszym samochodzie i usłyszeliśmy obydwoje głośne chrupnięcie wysuszonych liści, a potem łamanie się kruchych gałęzi po których przejechaliśmy omijając liczne dziury po obu stronach szosy.

— Dowieź nas w jednym kawałku! – Wymienił się ze mną złośliwym spojrzeniem. — No co ty?

— Nie uśmiecha mi się pchanie samochodu w taki upał choćby przez milę – oznajmiłam mu zgodnie z prawdą.

Zawiało w nas, przy całkiem bezchmurnym niebie i część ze starych liści z impetem wleciała do naszego wnętrza uderzając w moją twarz. Byłam ubrana w modny waniliowy pulower, a kolorowe listki poprzyczepiane tu i ówdzie przyozdobiły mnie w zeszłoroczną jesienną pannę. Patrzyłam na świat przez niebiesko-zielone oczy, a mój podwinięty rękaw, zdradzał moje zamiłowanie do noszenia na sobie licznych ozdób. Wyglądałam jak prawdziwa rdzenna mieszkanka. Kiedy jechaliśmy przez lokalne wertepy, zwróciło moją uwagę maleńkie zwierzę wygrzewające się w słabo porośniętym zagajniku przy wiekowym drzewostanie. Włoski na karku zjeżyły mi się obficie i nagłe ciepło na zewnątrz samochodu dało nam się we znaki. W Teksasie trzeba się zawsze przygotować na temperatury, które przekraczały trzydzieści pięć stopni. Rozpostarłam więc teraz szeroko nogi i wyluzowana oparłam się mocniej o skórzane siedzenie czerwonego Forda Bronco. Wymacałam dłonią mały przenośny pamiętniczek i spojrzałam w dal, na horyzont, na odległe drzewa, skąpane w jasnym tle górującego Słońca.

— Jak się czujesz? – Zapytał mnie Hayden, spoglądając ukradkiem na moje kolana. Miałam tam wielkiego siniaka i sama poczęłam się mu przyglądać.

— Czuję się dobrze, ale jestem trochę głodna, w powietrzu nie mogłam nic zjeść. – Brunet przyjrzał mi się uważnie.

— Widziałem, ale za to się zdrzemnęłaś. Znudziły ci się rozmowy o życiu.

— Zjadłabym coś teraz – wymamrotałam pod nosem, bo mój żołądek dopomniał się złośliwie przy Haydenie. — I chce mi się trochę pić.

— Wiesz co? Jesteś rozpieszczona – uśmiechneliśmy się do siebie. Miał czarujący wzrok.

Zapadła wymowna cisza i tylko szum drzew łagodnie nadawał atmosferę tej krótkiej chwili. I minął nam jakiś czas, zanim ktoś z nas sięgnął po słowa.

— Twoja siostra daleko mieszka. Um.. Może wpadniemy na stację, powinna być z dwie mile stąd.

— To tylko chwila czasu. Zaraz będziemy na miejscu.

Spojrzałam mu w twarz, miał opuchnięte oczy, ale uśmiech zdradzał, że jest w dobrym nastroju.

— Na nawigacji jest zaznaczona jedna w tym miejscu – wskazał palcem nieruchomy punkt na mapie. — Podjedziemy tutaj i od razu zatankujemy, licznik wskazuje, że mamy prawie koniec paliwa w baku. Rentier minął się z tą ofertą – rzekł sam do siebie zgryźliwie swobodnym tonem.

— Czekaj! Podejrzewam, że nasza stacja jest za następnym drogowskazem. O tutaj! – Zakomunikowałam mu, dostrzegając przegapioną okazję i chcąc ujść po części za ekspertkę. — A może będą tam grillowane kanapki z serem? – podniosłam wysoko brwi, ciesząc się na samą myśl o jedzeniu.

W końcu się zatrzymaliśmy i mogłam wysiąść z pojazdu triumfalnie. W powietrzu było czuć burzę, a mój ciężki sweter przestał się układać z różowymi krótkimi leginsami. Wietrznie zrobiło się w osłoniętym przez całe bele drzew, kolistym półcieniu. Miałam na głowie opaskę i zdjęłam ją teraz, a końcówki moich włosów poszybowały w szalonym rytmicznym tańcu. Uderzenia z nieboskłonu, poskręcały i nadały im lekkości puchu. Podczas tankowania udałam się z dala od dystrybutorów w miejscu gdzie Hayden wyglądał jak mała szara kropka na horyzoncie.

— Kochanie? – spojrzałam przestraszona w stronę nadchodzącego do moich uszu, wysokiego tonu głosu. Niedaleko stała kobieta z wielkimi oczami przysłoniętymi trochę przez rude włosy, które gęsto wyścielały jej symetryczną głowę. W kącikach jej ust spostrzegłam ślad dobroci, który utworzył do jej czerwonych polików wąski uśmiech. Podkreśliła swój sędziwy wiek grubą konturową kreską, a jej szlachetne i zadbane rysy wskazywały, że przeżywa teraz swoją drugą młodość. Miała szaro-zieloną apaszkę, która przy jednym lekkim zamachnięciu, w magiczny sposób zniknęła w jej wspaniałych włosach.

— Becky? – spojrzałam w jej oczy. Przez tę przypadkową wizytę z lśniących oczu popłynęły jej małe strużki łez.

Zakryłam swoją delikatną twarzyczkę w objęciach swoich dłoni. Ślamazarnym ruchem podskoczyłam do niej, a póżniej Becky przytuliła mnie mocno do siebie. Jak jakieś niezwykle słodkie istoty, trzymałyśmy się razem w objęciu. Dłuższą chwilę patrzyła na mnie, chcąc mi powiedzieć – jak dobrze cię dziś widzieć Marcelyn. Ta niezwykła i mądra kobieta zastępowała mi matkę, kiedy to się stało. Nie było wtedy drugiej osoby pod słońcem, która by tak pięknymi słowami oddała jej matczyną więź łączącą ją z nami, kiedy byłyśmy dziećmi. Była troskliwa i zawzięta, a kiedy coś przeskrobaliśmy, wiedziała jak nas ukarać. Potrafiła w mądry sposób zapanować nad właściwą równowagą. A było to wtedy, kiedy Jeff był jeszcze górnikiem, cały brudny i posiniaczony od twardego gruntu przychodził z powrotem do domu. Patrzyłem z zachwytem nad zaradnością mej matki i uczyłam się umiejętności radzenia sobie z ojcem. Jej obecność sprawiała, że nasze życie wydawało się łatwiejsze, a ciepło rodzinnego ogniska pozostawało dalej rozpalone. Uchroniła mnie przed wieloma złymi wyborami w okresie dojrzewania, nie pozostawiając mi żadnych wątpliwości, że jeżeli nie zapanuję nad swoim charakterem, nie będę w stanie obronić się przed złymi mocami na tym świecie. Na ostatek musiała nas opuścić, bo nadszarpnęła swoje zdrowie i jej kruche spiczaste dłonie nigdy więcej nie wykazały się już takim wysiłkiem. Modliłem się z całą mocą, by wyzdrowiała. Rozstania bywają trudne, a ich przeciwieństwa, okrutnie chwytają za serca. Płacz nic mi nigdy nie dał, ale teraz nie miało to wielkiego znaczenia.

— Pojedziemy razem na wesele Helen? – Spytałam wzruszona. Jakoś udawało mi się wytrzymać emocje, najwyraźniej w tym momencie pękła moja bariera, moje powieki przybrały fioletowego koloru, a makijaż się rozmazał.

— Tak kochanie – odpowiedziała roztrzęsiona. — Wiesz, wyglądasz ślicznie. Jesteś tu sama?

— Jest ze mną mój przyjaciel. Znamy się z pracy, ma na imię Hayden. – Otarła twarz i rozluźniła objęcie. Badawczo zmierzyła mnie wzrokiem.

— To twój chłopak?

— Nie, nic z tych rzeczy. Woli facetów. — Rozumiem, no.. dobrze – odrzekła zmieszana.

— Nic nie jadłam w samolocie. Stresuję się bardziej niż Helen, chociaż zatrzymaliśmy się w końcu by zatankować i kupić coś świeżego do jedzenia.

— Masz nawroty przygnębienia, kochanie?

— Nie, ale nie lubię latać.

— Pojadę z wami.

— Becky..

— Wiem, że jesteś zuch laską. Ale wyglądamy obydwoje jak dwie sierotki Marysie, chyba że o nas podwójnie zadbam.

— Mamo – wzdrygnęłam się. — Nie jesteśmy sierotami!

— Wyrosłaś na mądrą kobietę. Jesteśmy z tatą tacy z ciebie dumni, przez cały czas o tobie rozmawiamy – ucieszyły mnie jej słowa i dodały jednocześnie otuchy. — Nie mogę uwierzyć jak poradziłaś sobie w życiu, jesteś bardzo samodzielna. Przytul się jeszcze do mnie, daj tę satysfakcję starej Becky!

— No dobrze – wymieniłyśmy się serdecznymi uściskami. — Co tam u mojej kuzynki, Anne?

Szłyśmy teraz w stronę stacji. Kobieta trochę się garbiła, za to nadrabiała to gracją swoich ruchów. Jej sukienka poruszała się niczym fale na wodzie i miała kropkowane wzory.

— No wiesz.. – zaczęła. — Młoda przechodzi do Baileysville, to prawie 16 mil od domu. Będę ją podwozić, najwyżej przeczeka w szkolnej stołówce te 20 minut. W zasadzie powinna podjeżdżać autobusem, chciałam wykupić jej kartę, ale nie ma do dobrego dojazdu przez rzekę. Okrężną drogą nie będzie dojeżdżać do niej, bo to strata czasu. Z resztą, to lepsza szkoła niż w Gilbert. Oczywiście chciała uczęszczać na tańce. Wiesz jak to nastolatka, dlatego się nie upierałam, ale za to mam szósty zmysł jeżeli chodzi o talenty. Musisz uwierzyć w moja kobiecą intuicję, ale wiesz co? Zapisałam ją do szkoły jeździeckiej, może też wypracują tam w niej większą cierpliwość dla starszych. Anne jak mówiłam, ma wiele talentów, ale w tej sytuacji to chyba najlepsze rozwiązanie.

Nadchodził mój Hayden. Miał w jednej dłoni dużą torbę i a w drugiej coś owiniętego, czego nie mogłam zidentyfikować.

— Ekspedientka cię nie zamęczała? – zapytałam, uśmiechając się w złowieszczym stylu.

— Tylko troszeczkę – odrzekł, ignorując mój zaczepny ton. — Wziąłem dla ciebie pyszne pączusie z orzechami laskowymi. Takie jak lubisz! – Beck pocałowała go delikatnie w czoło, odwzajemnił to zmieszanym uśmiechem. Dalej wydukał tylko — Jestem Hayden!

— Becky. Zastępcza matka dla Marcelyn i Helen. Miło mi cię poznać!

— Mnie ciebie również. Kim jest tamta młoda dama? – zwrócił się do mej matki, wskazując na dziewczynę obok dystrybutorów.

— To Anne, uzdolnione dziecko. Jeszcze ci o niej opowiem. Anne! Chodź tutaj!

Ukradkiem rzuciłam okiem na dziewczynę. Do teraz nie zwracała na nas uwagi. Nie czekałam na jej reakcję i podeszłam do niej. Przesuwała stopą z obrzeży zagajnika suszone liście i tworzyła z nich stosik. Kiedy skończyła, z pozostałej sterty pozostał tylko butwiejący, rozproszony nierównomiernie po ziemi, kamuflaż z szarawo-brązowego brudu. Kopnęła go i wszystko poszybowało dookoła. Jej smukłe nogi, były podobne z resztą do moich, lecz odcień miały ciemniejszy, opadłszy teraz od niechcenia z powrotem na ziemię. Liście chrupnęły pod jej ciężarem, chodź ważyła mniej niż ja. Uśmiechnęła się pod nosem i natychmiast podbiegła do mnie, wtulając się w moją smukłą szyję.

— Będziesz jeździć konno – oznajmiłam jej ściszając ton. — Becky trochę się wygadała. Musiałam ci to powiedzieć.

— Co!? – Skarciłam ją przesadnie wzrokiem. — Masz mi zaufać, rozumiesz? To tajemnica! Bądź cicho.

— Dobrze – wymamrotała i przytaknęła mi szyją, odejmując jedną oktawę. Wyglądała promiennie, przez co się ucieszyłam i jeszcze mocniej ją przytuliłam.

— Dobra dzieci, jedziemy! – Oznajmiła nam moja matka.

Najmłodsza z nas zapakowała się z tyłu, a przystojniak krzątał się przy próbie upakowania wszystkich pozostałych bagaży. Na nasze nieszczęście, jak i dla Becky, aż tak dużo ich wzięła, że postanowiliśmy zostawić drugą ich stertę w jeepie. Później zamierzaliśmy je odebrać, w tym celu zawiadomiliśmy naczelnika stacji i opłaciliśmy pobyt samochodu na prywatnym podjeździe. Po uprzątaniu się z bagażem, wsiadłam na tylną kanapę, a mama siadła na miejscu pasażerki. Lśniąca karoseria dała się we znaki naszemu wnętrzu i Hayden włączył pośpiesznie klimatyzację abyśmy się nie zrobiły miękkie niczym jajko. Niestety z jego dzisiejszej niezdarności zrobił to o wiele za późno i w następstwie skoczyło mi ciśnienie, także widok tego mężczyzny zrobił się jeszcze przyjemniejszy dla mego oka. Miał lśniące od żelu włosy i spoconą skórę. Widziałam w nim anioła za kierownicą. Dziewczyna obok ciekawsko mi się przyglądała, a ja ponownie ją skarciłam i poklepałam karcąco po ręku. Skomentowała to zadziornym dziubkiem zrobionym z ust. Oblizałam wargi i spojrzałam w dal na surowe widoki, z których teraz przeważały te stworzone z lekkiego piasku i niskopiennych drzew.

Po wjechaniu do zamkniętej strefy właścicieli osiedla przywitał nas zapach odświętnej atmosfery, ale już po wjechaniu na drogę wyłożoną drobnym gresem zrobiło się niezwykle mrocznie. Balony czarno–brązowe po obu stronach szosy, staroświeckie girlandy niczym z zamku Draculi, świece jak w kościele i ponure kokardy spływające wprost z wierzb płaczących. Zrobiło to na nas ogromne wrażenie, a właściwie nie tylko na nas, bo mama świetnie się bawiła oglądając to co my za oknem. W końcu za końcowe efekty odpowiadał kolega Jeffa, a ostatecznie i tak musiało wyjść to wszystko wyśmienicie. Helen, moja młodsza szalona siostrzyczka, nie pożałowała na to gotówki.

— Nie spodziewałam się tak przepięknych dekoracji. Gdy rozmawiałam z Helen nie mogłam wyjść ze zdumienia, że jest tak pozytywnie nastawiona do tego pomysłu. – Wymamrotała zachwycona Beck.

— Ale to jest niesamowite! – zakrzyknęła Anne.

— Te ozdoby są najprawdopodobniej wynikiem jakiejś burzy mózgów. Po prostu WOW! – zakrzyknął mój brunet. — Wiedziałem, że będzie czadersko.. – zaśmiał się. — Nie wątpiłem w nich ani przez chwilę, ale tutaj na prawdę stanęli na wysokości zadania. Kapitalna robota!

— Piękne.. Noc żywych trupów.. – odpowiedziałam mu rozklejona.

— Mieli fantazję, bo ja akurat bym na to nie wpadł. Na lotnisku zadzwoniła do mnie Helen. Wyciągnąłem z niej, że będzie na pewno muzyka Mansona i Jacksona. O tym nie wspomniała ani słowem!

— Wiesz co Hayden? Oni trzymali to w tajemnicy, bo nie chcieli przestraszyć gości weselnych – rzekła rozbawiona rudowłosa piękność. — Na przykład z samej rodziny, wiedziałam o tym ja i sam Jeff. Nie ode mnie – powiedziała jakby się zażegnywała od złego — , tylko z racji znajomości z Christopherem.

— Mnie nic nie mówiła – odparłam z żalem.

Zamilkłam na moment, bo wjeżdżaliśmy już na dziedziniec. I tutaj widać było gołym okiem, jak dużo wysiłku i serca włożyli w to, aby doświadczyć czegoś więcej niż tylko efektu najbardziej luksusowego domu w tej dzielnicy Devonshire. Kiedy się tu wprowadzili zamierzali zrobić kapitalny remont budynków. Odświeżony przez zespół ekspertów dom, odznaczał się wyśmienitym oświetleniem, żywą barwą ścian działowych i zewnętrznym długim szpalerem zieleni z wyrastającymi fikuśnie z ziemi, różnymi drzewkami owocowym, z których jedno zidentyfikowałam jako zielone drzewa z rodziny wawrzynowatych. Reszty nie znałam, ale i tak mi się spodobały.

— Wita.. Cześć! – Dobiegł nas czyjś kobiecy głos.

Obejrzałam się i spostrzegłam obok ciekawie ułożonych białych drobnych kwiatuszków przewiązanych ozdobną wstążką, moją serdeczną kuzynkę Seraphinę. Machała nam na przywitanie, a zaraz za nią wyszedł mój tatko. Był ubrany wyjątkowo niechlujnie, z rozprutą dziurą obok nogawki. Podniósł wysoko rękę i uśmiechnął się od ucha do ucha.

— Hayden, zaparkuj obok tego zielonego samochodu – zasugerowała mu Becky.

Mężczyzna zgrabnie skręcił kołami, zatrzymując się z elegancją godną Jamesa Bonda. Wysiadł, a następnie rzucił pospieszny ukłon w stronę mojej rodziny i podbiegł do tylnych lewych drzwi, otwierając je na oścież przed moją matką.

— Witaj ciociu Becky – przywitała się długonoga blondynka, gdy jej faliste włosy, które sięgały aż do piersi, zamieniły się białym blaskiem.

— Cześć kochaniutka. Przepięknie prezentujesz się w tej kolorowej sukieneczce – odrzekła jej przesłodzonym głosem, Becky. Zauważyłam, że jest mocno zgrzana, ciepłe teksańskie powietrze doszło do jej czerwonych polików i zrobiło z jej twarzy rumiane jabłko.

— Ciocia jest kochana! – zauważyła moja kuzynka patrząc prosto w jej sędziwą twarz.

Następnie obie przekrzykiwały się z Becky. A kiedy spostrzegła moją skromną osóbkę, koniuszki jej palców zatańczyły pod delikatną skórą w odcieniu późnej barwy stworzonej z niejednego blasku czerwcowego słońca. Następnie w spontanicznym geście mnie objęła i obdarzyła najbardziej stęsknionym wzrokiem jaki widziałam w życiu. Emanował z niej tajemniczy spokój.

— Hey! – Poczułam własne rumieńce na twarzy. — Dawnośmy się nie widziały, co nie? Chyba z dwa lata minęły?

— Dwa i pół może, tak myślę.