Noc była bardzo zimna. Łowcy spali niespokojnie, a ilekroć któryś z nich budził się, stwierdzał, że Legolas czuwa u wezgłowia przyjaciół albo przechadza się koło nich, nucąc cicho w swoim ojczystym języku. Tuż nad ranem Aragorna zbudził głos Boromira. Spojrzał w jego kierunku i ujrzał jak wojownik wierci się przez sen, mrucząc pojedyncze słowa w mowie Gondoru.
- Sługa... Nie... Nie będziesz... - dało się wyłapać. Obieżyświat przeniósł pytający wzrok na siedzącego nieopodal Legolasa, który również wpatrywał się w Boromira.
- Jest taki od ponad godziny - odparł na nieme pytanie Aragorna. - Nie chciałem was budzić i odmawiać wam tej odrobiny odpoczynku.
Aragorn pokiwał tylko głową. W ten sposób przeszła noc. Wszyscy czterej, już rozbudzeni, patrzyli jak brzask powoli rozlewa się po niebie, czystym i bezchmurnym, aż wreszcie pokazało się słońce. Wstało blade i jasne. Wiatr dmący od wschodu zmiótł kłęby mgieł. Rozległa kraina leżała przed nimi naga i pusta w surowym świetle ranka.
Śledząc wzrokiem trop biegnący nad rzeką a potem wzdłóż jej brzegów, ku puszczy, Aragorn dostrzegł na dalekiej zielonej łące jakiś ciemny, szybko poruszający się mały punkcik. Rzucił się na ziemię i zaczął pilnie wsłuchiwać się w jej głos, ignorując zaskoczone spojrzenie Boromira. Legolas jednak, który stał obok, widział nie punkcik, lecz chmarę jeźdźców. Gdzieś daleko za pędzącym oddziałem czarny dym wzbijał się ku niebu. Cisza panowała nad pustką stepu taka, że Gimli słyszał szelest każdej trawki.
- Jeźdźcy! - krzyknął Aragorn, zrywając się z ziemi. - Wielu jeźdźców na ścigłych koniach zbliża się do nas.
- Tak - rzekł Legolas. - Jest ich stu pięciu. Włosy mają jasne, a włócznie lśniące. Przewodzi im mąż wysokiego wzrostu.
- To pewnie jeźdźcy Eomera! Oni na pewno nam pomogą - powiedział z przekonaniem Boromir.
- Poczekajmy na nich - rzekł Aragorn. - Wszyscy jesteśmy zmęczeni, jak dotąd ścigamy nieprzyjaciół nadaremnie. A może ich wcześniej dogonił? Bo przecież oddział konny wraca tropem orkówm. Może jeźdźcy będą mieli dla nas jakieś ważne nowiny?
- Albo ostre włócznie - wtrącił się Gimli, nie zwracając uwagi na piorunujące spojrzenie Boromira.
- Trzy konie niosą puste siodła - poinformował ich szybko Legolas, zanim Gondorczyk zdążył dać im wykład o prawości ludzi Rohanu. - Ale hobbitów między nimi nie widzę.
- Może nawet nie będą to pomyślne nowiny - odezwał się Boromir, wciąż co chwilę rzucajac Gimlemu pełne wyrzutów spojrzenie - ale na dobre czy na złe, i tak trzeba tutaj poczekać.
Trzej przyjaciele opuścili szczyt wzgórza i zeszli niżej, gdzie nie byli aż tak widocznym celem. Nie zeszli jednak aż do podnóży pagórka, a przycupnęli na stoku w przywiędłej trawie, owinięci w elfie płaszcze. Czas płynął leniwie. Gimli wiercił się niespokojnie, Boromir grzebał dłonią w ziemi, Aragorn zamyślony skubał nitkę w swoich spodniach. Tylko Legolas siedział nieruchomo, leniwym wzrokiem wpatrując się w równiny przed nimi.
- Wiecie... - zagadał w pewnym momencie Boromir. - Ja znam Eomera. Całkiem dobrze, rzekłbym. Kiedy był jeszcze chłopcem byłem kimś w rodzaju jego idola. Ciągle za mną łaził. Potem oczywiście mu przeszło, ale nie zmienia to faktu, że zdążyłem poznać Rohirrimów, od dobrej i od złej strony...
- Na Mahala! Boromir przyznał, że Rohirrimowie mają złą stronę! Cud! - wykrzyknął Gimli. Boromir posłał mu mordercze spojrzenie.
- ...dlatego prosiłbym was, abyście mówienie zostawili mnie - dokończył, wciąż wpatrując się w Gimlego.
- Jak sobie życzysz - powiedział Aragorn.
Wreszcie Gimli też usłyszał głuchy tętent galopujących kopyt. Jeźdźcy, wciąż trzymając się tropu orków, skręcili od rzeki ku pagórkom. Przemknęli galopem, dwójkami, a chociaż co chwila któryś z nich prostował się w strzemionach i rozglądał na wszystkie strony, żaden, jak się zdawało, nie dostrzegł czterech obcych wędrowców przycupniętych na stoku. Odział mijał już wzgórze, gdy nagle Boromir wstał i donośnym głosem zawołał:
- Co słychać w Marchii, Jeźdźcy Rohanu?
Błyskawicznie, nad podziw sprawnie osadzili konie, zawrócili i cwałem natarli prosto na wzgórze. W mig czterej wędrowcy znaleźli się pośrodku ruchomego kręgu wojowników, którzy ze wszystkich stron, coraz bardziej zacieśniali pierścień. Boromir stał w milczeniu, z lekkim uśmiechem na twarzy, podczas gdy jego trzej towarzysze zastygli bez ruchu, czekając jaki też obrót weźmie to spotkanie. Jeźdźcy zatrzymali się nagle. Gąszcz włóczni jeżył się ostrzami wymierzonymi przeciw podróżnym. Kilku chwyciło łuki i naciągało je do strzału. Dowódca, górujący wzrostem nad innymi, wysunął się z szeregu. Kiedy Boromir ujrzał jego twarz, przez jego twarz przebiegł cień zdziwienia.
- Coście za jedni i czego tutaj szukacie?
- Ależ, Eomerze - powiedział Boromir z oburzeniem. - Nie poznajesz mnie?
Eomer przyjżał mu się uważniej. Nagle zamarł a jego twarz wyrażała kilka emocji na raz. Niedowierzanie, radość i zaskoczenie.
- Lord Boromir! - wykrzyknął. Dał jeźdźcom znak aby opuścili broń, a sam zszedł z konia, ściągnął hełm i podszedł do Gondorczyka. - Czyli słusznie nie zawierzaliśmy pogłoskom o twej rzekomej śmierci. Rad jestem cię widzieć w dobrym zdrowiu, mój panie. Aczkolwiek twój strój jest dziwny. Czy wyskoczyłeś spod trawy? Jak się to stało źeśmy cię wcześniej nie dostrzegli? Gdybym cię nie znał, pomyślałbym że jesteście z ludu elfów.
- Tylko jeden z nas jest elfem, Legolas z Mrocznej Puszczy. Ale w drodze zahaczyliśmy o Lothlorien i od Pani z tejże krainy dostaliśmy w darze między innymi elfie płaszcze, to pewnie dzięki nim nas nie spostrzegliście - wyjaśnił Boromir, z wyraźnym trudem mówiąc o Galadrieli.
Eomer pokiwał głową, lecz jego spojrzenie nabrało pewnej dozy podejrzliwości.
- A więc w Złotym Lesie naprawdę żyje Pani, o której mówią stare legendy! - rzekł. - Jak słyszałem, mało kto wymyka się z jej sideł. Dziwne czasy! Jeżeli u niej jesteście w łaskach, to aż dziw że również nie snujecie sieci i nie rzucacie czarów. - Zwrócił zimne spojrzenie na Gimlego i Legolasa. - Bo nie rzucacie, nieprawdaż?
Oczy Gimlego zaiskrzyły się gniewnie, a rękę zacisnął na trzonku topora.
- Powiedz mi swoje imię, władco koni, a wówczas usłyszysz moje i wiele innych rzeczy na dokładkę - powiedział. Boromir rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie.
- Zwyczaj nakazuje aby cudzoziemiec przedstawił się pierwszy - odparł rycerz, patrząc z góry na krasnoluda. - Mimo to wiedz, że jestem Eomer, syn Eomunda, a noszę tytuł Trzeciego Marszałka Riddermarchii.
- A więc, Eomerze, synu Eomunda, Trzeci Marszałku Riddermarchii, przyjmij od krasnoluda Gimlego, syna Gloina, przestrogę i nie rzucaj na wiatr niewczesnych słów. Oczerniasz bowiem tę, której piękności nawet wyobrazić sobie nie umiesz. Tylko przez wzgląd na słabość umysłu można cię usprawiedliwić.
Eomerowi rozbłysły oczy, a Jeźdźcy Rohanu z groźnym pomrukiem zacieśnili krąg wokół łowców i nastawili włócznie.
- Obciąłbym ci głowę razem z brodą, mości krasnoludzie, gdyby nieco wyżej sterczała ponad ziemią.
- Gimli nie jest tu sam! - zawołał Legolas i ruchem szybszym niż tchnienie napiął łuk i założył strzałę. - Zginiesz, nim twój miecz opadnie.
Eomer podniósł miecz i ani chybił to spotkanie skończyłoby się krwawo, gdyby Aragorn i Boromir nie skoczyli między podróżujących, Aragorn do Gimlego i Legolasa, Boromir do Eomera.
- Ej, ej, ej, panowie! - zawołał Boromir, unosząc dłonie w pokojowym geście. - Bez zbędnej agresji!
Eomer zawachał się, po czym opuścił broń, a swoim jeźdźcom dał znak aby zrobili to samo.
- Wybaczcie mi, dałem się ponieść. Lecz nie zmienia to faktu, że podróżni zapuszczający się w tych czasach na pola Riddermarchii powinni mniej dufnie sobie poczynać. A kimże jest twój ostatni towarzysz? - Wskazał na Aragorna.
- To jest... - zaczął Boromir i spojrzał pytająco na Aragorna, któremu również udało się uspokoić towarzyszy. Pod którym imieniem go przedstawić?
- Zwą mnie Obieżyświatem, strażnikiem Północy. - Dziedzic Isildura postanowił zachować swą właściwą tożsamość w sekrecie, przynajmniej na razie.
Eomer pokiwał głową, a Boromir zaczął mu mówić o celu ich podróży tutaj.
- Kilka dni temu naszych towarzyszy porwali orkowie. Ścigaliśmy ich, po tropach doszliśmy tutaj. W tej chwili jesteśmy w ciężkiej potrzebie i prosimy o pomoc albo przynajmniej o radę. Co możesz mi o tej bandzie powiedzieć?
- Możecie zaniechać dalszego pościgu - odparł Eomer. - Banda jest już rozgromiona.
- A nasi przyjaciele?
- Nie widzieliśmy innych istot prócz orków.
- Czy szukaliście wśród poległych? - odezwał się w końcu Aragorn. - Czy na pobojowisku nie było innych trupów prócz orków? Nasi przyjaciele są małego wzrostu, mogliby wydać się wam dziećmi. Nie noszą obuwia, płaszcze mieli szare.
- Nie było tam krasnoludów ani dzieci - odparł Eomer. - Przeliczyliśmy poległych i zabraliśmy broń oraz łupy, potem zaś zgromadziliśmy trupy na stos i spaliliśmy, wedle zwyczaju. Popioły jeszcze dymią.
- Nie chodzi o krasnoludów ani dzieci - powiedział Aragorn. - Nasi przyjaciele to hobbici.
- Hobbici? - zdziwił się Eomer. - A co to takiego? Pierwszy raz słyszę tę dziwną nazwę.
- Niezbyt wielu o nich słyszało - Boromir pokiwał głową. - Lecz ci dwaj są nam bardzo drodzy. Podczas swej ostatniej wizyty w Rohanie wspominałem o przepowiedni, która mi się przyśniła. Jest w niej mowa o niziołkach. To właśnie hobbici.
- Niziołki! - zaśmiał się jeździec stojący obok Eomera. - Niziołki! Ależ te stworzonka żyją tylko w starych bajkach przyniesionych z Północy. Czy znaleźliśmy się w świecie legend, czy też chodzimy po zielonej ziemi w blasku dnia?
- W ostatnich czasach granica pomiędzy tymi światami jest bardzo cienka - rzekł Aragorn. - Zielona ziemia, powiadasz? Jest w niej wiele tematów dla legendy, chociaż ją depczesz w pełnym blasku dnia.
- Nie ma czasu do stracenia - przerwał mu Boromir, zanim Strażnik dał się ponieść skrzydłom natchnienia i wyrecytować im kilkanaście wierszy o trawie, w tym kilka po elficku. - Powinniśmy ruszać jak najszybciej.
- Wszystkim nam śpieszno - zgodził się Eomer. - Moi jeźdźcy chcą jak najszybciej ruszyć w dalszą drogę. Ale w ramach pomocy użyczę wam trzech koni, oby służyły wam lepiej niż poprzednim właścicielom.
Kilka minut później łowcy galopowali na nowych koniach w stronę odległej smugi dymu. Boromir na masywnym siwku Lossarze, Aragorn na Hasufelu a Legolas i Gimli wspólnie dosiadali mniejszego i lżejszego Aroda. Był już wieczór kiedy dotarli do skraju Fangornu i dymiącej sterty popiołu, wciąż gorącej. Obok piętrzyły się stosy hełmów, włóczni, zbroi, łuków, strzaskanych mieczy i innego wojennego dziadostwa, w zdecydowanej większości nienadającego się już do użytku. Pośrodku sterczał nabity na pal ogromny łeb goblina. Na spękanym hełmie wciąż dało się rozróżnić godło białej ręki.
Boromir podjechał bliżej z niepokojem wypisanym na twarzy.
- Musimy ich poszukać - powiedział, rozglądając się nerwowo wokół. Chwilę potem zeskoczył z konia i nie racząc go chociażby przywiązać rzucił się na poszukiwanie hobbitów. Reszta, chcąc nie chcąc, ruszyła za nim.
- Meeerry! Pippin! - nawoływał, nie zważając na to, że może ściągnąć czyjąś uwagę. Noc nadeszła, ciemna i mglista, a oni zajrzeli pod każdy kamień i w każdy krzak lecz nie odkryli ani śladu po swoich dwóch przyjaciołach. Aragorn, Legolas i Gimli stanęli w miejscu i ze smutkiem zwiesili głowy. Boromir zatrzymał się i spojrzał na nich ze zdziwieniem.
- Czemu nie szukacie? Przecież Merry i Pippin jeszcze się nie odnaleźli!
Gimli spojrzał na niego smutno.
- Już się nie odnajdą. I ty dobrze o tym wiesz.
Twarz Boromira zaczęła nagle wyrażać niepokój i niepewność. Spojrzał po innych członkach Drużyny, szukając w ich oczach zaprzeczenia, lecz wszystkie wyrażały to samo. Smutek i współczucie. Wszyscy dobrze zdawali sobie sprawę jak Boromir zżył się z młodszymi hobbitami i jakim ciosem dla niego jest ich śmierć. Gondorczyk ze złością kopnął jeden z hełmów obok niego, opadł na kolana i schował twarz w dłoniach.
- Wybaczcie mi... - wyszeptał. - Wybaczcie, że zawiodłem...
Aragorn podszedł do niego i pokrzepiająco położył mu dłoń na ramieniu. Boromir spojrzał na niego z rozpaczą.
- Czy to kara? - wyszeptał. - Kara za moją zdradę?
- Nie, Boromirze - odparł Aragorn. - To nie kara.
Pomógł Gondorczykowi wstać. Na nocleg wybrali miejsce pod rozłożystym drzewem opodal pobojowiska. Gałęzie szeleściły żałośnie w podmuchach nocnego wiatru. Tego dnia Drużyna nie zamieniła ze sobą już ani słowa. Boromir nie mógł zasnąć przez długi czas, wpatrywał się w czerń nocy i wspominał poległych towarzyszy.
Gdy jednak sen nadszedł okazało się, że byłoby lepiej gdyby go w ogóle nie było...
