Rozdział IV


- Niemożliwe.

- Niewyobrażalne.

- Absolutnie oburzające.

Tom zerknął na grupę szóstoklasistów z pewnym zaciekawieniem. Co tak bardzo wyprowadziło ich z równowagi? Przez cały tydzień w pokoju wspólnym Ślizgonów nie mówiło się o niczym innym niż o przyjęciu urodzinowym Abraxasa Malfoya - choć jego rodzice nalegali, by wrócił z tej okazji do rodowej posiadłości, Abraxas postanowił zostać w szkole i urządzić - niezgodne z regulaminem - przyjęcie. Kilka tygodni temu znalazł nieużywaną klasę, w której mogliby zmieścić się wszyscy zaproszeni goście, a w poniedziałek udało mu się nawet zorganizować z udziałem jakiegoś szemranego goblina dostarczenie do Hogwartu przekąsek i Księżycowego Ponczu. Oczywiście Tom również brał udział w przygotowaniach - zależało mu na dobrych stosunkach z Malfoyem, a jedynie pilnując zaklęć ochronnych, które nałożono na pustką klasę, mógł mieć pewność, że nie zostaną przyłapani. Obowiązki prefekta - być może już wkrótce prefekta naczelnego - nie pozwalały mu na takie wybryki, ale jak każdy Ślizgon potrafił kalkulować. Jeśli nikt nas nie zobaczy, zdobędę zaufanie Malfoya, nie tracąc przychylności nauczycieli, myślał, szukając skomplikowanych zaklęć wyciszających. Harry przyglądał się jego poczynaniom z pewnym rozbawieniem i źle skrywaną obawą. Coś się w nim zmieniło - już wcześniej był przywiązany, ale ostatnimi czasy... Tom przyłapywał go czasami na dziwnym przyglądaniu się, zupełnie jakby Harry próbował utrwalić w pamięci każdy jego drobny gest. Oczywiście takie przypuszczenia nie miały najmniejszego sensu - dlaczego Harry miałby się zachowywać, jakby mieli się już nigdy nie spotkać? Chociaż nie chodzili razem na lekcje, poza nimi byli nierozłączni. W bibliotece zawsze siadali przy jednym stole, a choć Ślizgoni nie przepadali za Harrym, Tom ze swojej strony nie miał nic przeciwko Puchonom. Gdyby nie znał lojalności Harry'ego, być może zacząłby się obawiać o łączącą ich przyjaźń - w przeciwieństwie do niego, Harry miał bardzo wielu przyjaciół. Najczęściej towarzyszył mu nieco postrzelony Alastor Moody, specjalizujący się w obronie przed czarną magią i rzucaniu wyjątkowo nieprzyjemnych uroków na Ślizgonów dokuczających pierwszorocznym. Cóż, być może to przez takich jak on Śligoni nie przepadali za Puchonami.

- Nie mogę urządzić przyjęcia bez jedzenia. - Głos Abraxasa wyrwał go z zamyślenia i Tom ze złością zorientował się, że przez nieuwagę na jego wypracowaniu z eliksirów pojawił się ogromny kleks. - I nie mogę poprosić rodziców o pożyczkę, dopiero co przysłali mi prezent...

- Mówiłem, ze nie można ufać temu goblinowi - wtrącił Alphard Black, głaszcząc leniwie swojego szarego kota. - Przecież nikt nie może tak po prostu wnieść do szkoły beczki Księżycowego Ponczu.

Malfoy wydawał z siebie pełen frustracji jęk i opadł bez sił na poduszki. Wydawał się zupełnie pozbawiony nadziei.

- Wniosę co najwyżej pudełko czekoladowych żab, a tym się nie najemy.

Tom uśmiechnął się, słysząc te słowa. Przyjęcie, które do tej pory wydawało mu się raczej nieciekawą perspektywą, nagle nabrało barw.