4. Niedziela
W niedziele Karkarow z zasady nie pracował. Szanował swoje zdrowie i dlatego starał się wygospodarować chociaż ten jeden dzień w tygodniu na wolny od szkolnych spraw. Pracoholikiem mógł być przez pozostałe sześć.
To popołudnie postanowił wykorzystać na porządki w swoim gabinecie. Uchowaj Merlinie, żadnego układania papierów i oficjalnych dokumentów. Ostatnio kupił w antykwariacie na Skrytej nową mapę (reprint z XIX wieku) i chciał ją powiesić u siebie w gabinecie. Jednak w tym celu musiał zrobić na nią miejsce i przemieścić jedno czy dwa zdjęcia żaglowców, a może w ogóle je usunąć.
Rychło okazało się, że w tej szkole spokojna niedziela nie miała racji bytu.
Nie minęło nawet dziesięć minut od momentu, w którym przyszedł do gabinetu, gdy ktoś zapukał do drzwi.
— Proszę — mruknął pod nosem. W rękach trzymał rozłożoną mapę i szukał wzrokiem kawałka wolnego miejsca na ścianie.
Do środka nieśmiało zajrzał uczeń z czwartego roku. A może z piątego? Nie mógł sobie w tej chwili przypomnieć.
— Przyniosłem wypracowanie, panie profesorze.
Igor milczał, spoglądając na niego przez ramię, z trudem przestawiając się z myślenia o mapie na prozaiczne szkolnych spraw. Jakie wypracowanie, do cholery? Przecież nic ostatnio nie zadawał.
— Tak? Ale mnie dzisiaj nie ma w pracy — odparł bardzo uprzejmie i bardzo cynicznie.
— Eee, jak to? — zapytał stropiony uczeń, nie łapiąc ironii.
Karkarow zwinął mapę i machnął nią w stronę blatu biurka.
— Niech pan to tam położy i do widzenia.
Uczeń, w którym ponad wszystko przebijała z trudem skrywana chęć natychmiastowej ucieczki, usłuchał i szybko podrzucił wypracowanie na biurko profesora. Zaraz potem wymknął się z gabinetu, korzystając z tego, że stary kozioł w ogóle nie zwracał na niego uwagi. Ani na fakt, że to wypracowanie powinno być oddane tydzień temu.
Igor wreszcie podjął decyzję. Wystarczy, że zdejmie cztery zdjęcia ze ściany i od razu zrobi się wystarczająco dużo miejsca na mapę.
Odkładał właśnie zdjęcia na biurko, gdy ktoś energicznie zapukał do drzwi.
— Proszę — mruknął Igor.
Do środka wszedł trener Bogdan Bielik, w sportowej szacie i z gwizdkiem zawieszonym na szyi. Najwidoczniej wracał prosto z treningu reprezentacji i z bliżej nieokreślonych powodów po drodze z boiska do jego prywatnych komnat zniosło go do gabinetu Karkarowa.
— Dzień dobry. Dobrze, że pana zastałem, dyrektorze.
Karkarow miał niejasne przeczucie, że wie, czego będzie chciał od niego trener.
— W czym problem? — zapytał niechętnie. Nie zaproponował mu, żeby usiadł, mając nadzieję, że da mu to do myślenia.
Nie dało.
— Jak ma się kwestia środków na remont naszej sali?
— Miał się pan do mnie zgłosić pierwszego — burknął Igor, wlepiając wzrok w mapę rozłożoną na biurku.
— Dzisiaj jest pierwszy — przypomniał trener uprzejmie zimnym głosem.
— Aaa... Faktycznie. Wobec tego porozmawiamy o tym w poniedziałek.
Bielik skrzyżował ręce na piersi i posłał mu takie spojrzenie, jakby Igor był sędzią, który właśnie niesłusznie podarował rzut karny dla przeciwnej drużyny. Karkarow wiedział, że igra z ogniem. Zwodził go już tak od dobrych kilku tygodni, a trener był dość wybuchowy i nie wiadomo jak długo będzie tolerować tę sytuację.
— Długo jeszcze będzie pan mi mydlił oczy? Pieniędzy nie będzie, prawda? Znów całą dotację ma pan zamiar władować w ten idiotyczny statek?
— Niech pan uważa na słowa — warknął natychmiast Karkarow. Ale trenera nie dało się łatwo spacyfikować. Bielik był bardzo porywczy i niewiele trzeba było, żeby wyprowadzić go z równowagi.
— Jak ja mam pracować w takich warunkach? Najdalej za miesiąc będziemy musieli przenieść treningi z boiska do sali, która kompletnie się już do niczego nie nadaje! Chce pan, żeby nam się chłopaki pozabijali? Pęknięcia są nie tylko na ścianach, ale też na suficie. Już w poprzednim sezonie mało brakowało, żeby strop nam się zwalił na głowy! I przy takim podejściu pan żąda przyzwoitych wyników?! I może jeszcze utrzymania pierwszego miejsca w tabeli? Ładnie będziemy wyglądali, jeżeli Durmstrang będzie musiał się wycofać z rozgrywek, bo nie będziemy mieli gdzie trenować! Inne szkoły będą miały uciechę.
Igor został zagnany w kozi róg. Zawsze sądził, że trener trochę przesadza. Ot, trochę tynku sypało się z sufitu i gdzieniegdzie zapadła się posadzka. Ale jeżeli faktycznie uszkodzenia sali tak mocno się powiększyły... Trzeba przyznać, że dawno tam nie zaglądał, większość czasu przesiadywał w podziemnej jaskini, gdzie cumował żaglowiec. Cholernik miał rację, nie można było zaniedbywać względów bezpieczeństwa. Nie dość, że byłaby straszna kompromitacja, gdyby zdarzył się jakiś wypadek, to w dodatku rodzice i rada nadzorcza żywcem obdarliby go ze skóry.
— Dobra, wygrał pan — ustąpił z niechęcią, myśląc jednocześnie, że będzie musiał odłożyć zakup nowych żagli. — Dostatnie pan to dofinansowanie. Jutro załatwimy formalności i najmiemy jakąś ekipę.
Trener zerknął na niego nieufnie, wciąż jeszcze poirytowany.
— Obiecuje pan?
— Obiecuję.
— Przyjdę z samego rana.
— Nie wątpię — wycedził Karkarow. — Do widzenia — rzucił mało przyjaźnie.
— Do widzenia.
Igor szarpnął swoją kozią bródkę z irytacją. Ten facet zaczynał go coraz bardziej denerwować. Gdyby nie to, że miał lepsze wyniki niż wszyscy trenerzy szkolnej drużyny z ostatnich dziesięciu lat, z chęcią zastąpiłby go kimś bardziej ugodowym. Pal licho, że wcześniej sam go nakłaniał do przyjęcia posady.
Odłożył zdjęcia na bok i znów sięgnął po mapę. Właśnie przymierzał się do przytwierdzenia jej do ściany zaklęciem Trwałego Przylepca, kiedy ktoś zapukał do drzwi gabinetu.
Karkarow spojrzał na zegar, wiszący nad wejściem. Nie do wiary. Od wyjścia trenera minęło dopiero niecałe piętnaście minut. Ruch był tutaj większy niż na Skrytej na przedświątecznym jarmarku.
— Proszę — powiedział, tonem zdecydowanie mniej życzliwym niż uprzednio, który zresztą też szczególnie uprzejmy nie był.
— Przepraszam, że nachodzę pana w niedzielę...
Karkarow zgrzytnął zębami. Jakim cudem wszyscy wiedzieli, że w niedzielę jest w swoim gabinecie? Pomyślał, że następnym razem chyba będzie przemykać się pod ścianami albo włazić oknem. Tylko to czwarte piętro...
Gdyby nie to, że był to Selim Kamzoj, Igor, wciąż wściekły po rozmowie z Bielikiem, zapewne popełniłby morderstwo w afekcie.
—... ale chciał pan dostać plan naszego wiosennego rejsu jak najszybciej.
Faktycznie chciał, więc nawet nie miał do niego większych pretensji.
Zresztą Kamzoj zaraz sobie poszedł.
Karkarow przystąpił do wieszania mapy, naiwnie sądząc, że teraz chyba będzie miał już spokój. Zajęty był właśnie jej rozprostowywaniem, a że obie ręce miał zajęte, z konieczności różdżkę trzymał w zębach, kiedy – cóż za niespodzianka! – ktoś zapukał do drzwi jego gabinetu.
Od wizyty Kamzoja minęło dokładnie siedem minut.
Igorowi wypadła różdżka, a kiedy usiłował ją łapać, puścił mapę, która natychmiast z powrotem zwinęła się w rulon i krzywo zwisała ze ściany, przyklejona tylko za jeden róg.
To, co pomyślał sobie Karkarow, zdecydowanie nie nadawało się do cytowania w żadnym towarzystwie.
— Proszę wejść — powiedział tonem, który sugerował coś dokładnie przeciwnego.
— Panie dyrektorze, w sprawie naszych hipogryfów... — zaczął woźny, ledwie wszedł do gabinetu, z czapką w dłoni.
— Jutro, panie Jefensjewiej — wycedził przez zęby Karkarow.
— Słucham?
— Jutro, zapraszam o 8.45. Do widzenia — powiedział i dosłownie wyrzucił zdumionego woźnego za drzwi.
Zamknął je za nim na klucz i usiadł ciężko za biurkiem.
Jednak nie dało się tutaj spędzić spokojnego popołudnia...
— No i co się tak patrzysz? — zapytał zamkowego kocura, który wygodnie zwinięty na krześle, spoglądał na niego z dezaprobatą. Kot wstał, przeciągnął pręgowany grzbiet, ziewając szeroko i ponownie zwinął się w kłębek, odwracając się do niego tyłem.
Karkarow, z góry uznając sprawę za beznadziejną, machnął ręką na wieszanie mapy i postanowił zrobić sobie herbaty.
