Miałam się wyrobić na święta, nie wyszło. Ale przedsylwestrowo jak najbardziej :) Korzystając z okazji - szczęśliwego Nowego Roku, oby było lepiej.

Co do opowiadania - nie zapomniałam o nim. Po prostu ostatnio mój czas na pisanie weryfikuje zarówno uczelnia, jak i praca, więc praktycznie nie dysponuje nim wcale. Ale uparłam się, że dostaniecie 4 rozdział jeszcze w tym roku i - oto jest. Warto było poczekać, uważam, że w końcu dzieje się coś, na co czekaliście. Mam nadzieję, ze was nie zawiodłam i rozpaliłam ciekawość, co się stanie dalej.

Oczywiście z góry dziękuje za każdą opinię i doceniam ją. Pozdrawiam serdecznie i nie przedłużając - miłej lektury!

Ps. Nie robiłam jeszcze dużej korekty, zatem za drobne błędy przepraszam :)


Rozdział IV


Hermiona patrzyła niepewnie na swoje odbicie w lustrze. Nie tak wyobrażała sobie ten dzień. Zupełnie nie tak. Westchnęła i spięła swoją szatę starą, złotą broszką z oczkiem jadeitowym, jedną z niewielu pamiątek po mamie.

Mimo upływu czasu rodzice nieustannie byli w jej sercu, bardzo jej brakowało narzekań taty i łagodnego głosu mamy. Dzisiaj szczególnie doskwierała jej tęsknota, czuła się bardzo osamotniona i zagubiona. A nie powinna. W końcu smutek w taki dzień?

Wychodzę za mąż.

Łzy mimowolnie napłynęły do jej oczu. Sama nie wiedziała, dlaczego płacze.

Ostatnie dwa dni były pełne wydarzeń, które raz na zawsze zmieniły jej życie. I zapieczętowały los, na który nie miała wpływu.

Otarła wierzchem dłoni słone krople i wzięła głęboki oddech. Próbowała uspokoić rozdygotanie, ale coraz mocniej się trzęsła. Drżącą dłonią nałożyła sok z jagód na usta i spojrzała w lustro.

Zobaczyła w odbiciu przyjaciółkę, która podeszła do niej i położywszy dłoń na ramieniu, powiedziała:

- Już czas.

Hermiona skinęła głową i jeszcze raz rzuciła okiem na lustro.

Przecież mogło się to skończyć znacznie gorzej.

- Hermiono… - Głos Ginny był cichy, przygaszony i skutecznie wyrwał ją z zamyślenia.

- Przepraszam.

Rudowłosa uśmiechnęła się wymuszenie i udając wesołą, dodała: - Chodźmy, wszyscy czekają.

Wszyscy czekają, aby przypieczętować jej los.


Dzień wcześniej, Ministerstwo Magii


Tuż przed dziesiątą, Hermiona Granger pojawiła się w Ministerstwie Magii. Chwilę później ujrzała Kingsleya – chociaż lepszym określeniem byłoby stwierdzenie, że jego cień – który powitał ją i kazał podążać za sobą.Zupełnie nie wiedziała, czego ma się spodziewać.

Gdy weszli do Sali zauważyła, że siedzi w niej już Beth oraz… Bill? Zdziwiła się, widząc jego osobę, ale próbowała je zamaskować.

- Siadaj, Hermiono. – Shacklebolt wskazał jej krzesło tuż obok najstarszego Weasleya, która zdawał się ją kompletnie ignorować. Nawet na nią nie spojrzał, podczas gdy siadała obok niego.

- Czy nie zaszła pomyłka? – Zaczęła niepewnie Granger, patrząc to na Beth, to na Kingsleya. Oboje spojrzeli po sobie, nie mówiąc nic przez kilka sekund. Dopiero szorstki głos Billa wypluł krótkie: - Nie.

Brązowowłosa spojrzała na niego, ale on uparcie unikał jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego, traktując ją niczym powietrze.

- Bill ma rację, nie zaszła żadna pomyłka. – Beth spojrzała jej prosto w oczy. – Wiem, że nie rozumiesz, dlaczego tutaj jesteś, skoro w twoim wypadku nastąpiło wyłączenie procedur.

- Właśnie nie rozumiem… - Usiłowała wtrącić, ale machnięcie dłoni Ministra Magii ją skutecznie uciszyło.

- Twoja prezencja tutaj spowodowała wyłączenie procedur.

Hermiona zobaczyła, że Bill poruszył się nerwowo. Sama nie wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć. Może zaraz się obudzi, bo cała ta dziwna sytuacja to tylko sen?

- Słucham?

- MOJA KREW ZACZĘŁA ŚPIEWAĆ DLA CIEBIE! – Bill ryknął, zerwał się z krzesła i wybiegł za drzwi, zostawiając osłupiałą Hermionę. Zaraz za nim podążył Kingsley, ale Beth siedziała niewzruszona i patrzyła uważnie, jak przerażenie ogarnia dziewczynę.

- Cóż, William ujął to w wielkim skrócie, ale w gruncie rzeczy ma rację. Może to być trudne do zaakceptowania, będzie trudne, bo niesie za sobą wielkie konsekwencje dla was obojga. Konsekwencje, które zmienią wasze życie.

- Śpiewanie Billa? – Oszołomiona Hermiona wyłapywała tylko szczątki z całego gąszcza informacji.

- Nie! – parsknęła głośno Bethany. – Wpojenie, Hermiono. William się w ciebie wpoił. Przypadkowo, ale najwidoczniej tak miało się stać.

- Wpojenie, tak miało się stać…? – Hermiona patrzyła na nią i powtarzała słowa po kobiecie. – ŻE CO?

Smith pokiwała głową.

- Trochę też w tym twojej winy, co prawda niezawinionej, ale jednak… - Beth nie miała litości. – Po byciu ugryzionym po raz drugi to ciebie zobaczył jako pierwszą. I podczas pełni to twój zapach wyczuł, chociaż nie był świadom, że to ty. On nie, jego krew tak.

- Krew? – Hermiona momentalnie zbladła.

Wpojenie jest jedno na całe życie, nierozerwalne, niezmazywalne. Więź krwi stworzona raz nie może być rozerwana w inny sposób niż poprzez śmierć jednej ze stron. Jest to najsilniejsze połączenie w świecie Magii, tuż obok Przysięgi Wieczystej. Jednak nie jest to przysięga, a więc nie można tego złamać.

Wpojenie niesie za sobą konsekwencje, które widać było dosadnie w sytuacji Billa. Nie był świadom swojej sytuacji, nikt nie był tego świadomy do momentu kolejnej pełni.

- Ataku?

Atak wiele pozwolił mi zrozumieć, a sam w sobie miał podstawę do zaistnienia. Ale o tym za chwilę.

Do pomieszczenia wrócili Bill z Kingsleyem, Weasley nadal sprawiał wrażenie spiętego, ale jakby trochę ochłonął. Beth przerwała, pozwalając mówić Williamowi.

- Na twoje nieszczęście masz wątpliwą przyjemność bycia wybranką mojej krwi. Poprzez splot wydarzeń tak się wszystko złożyło, że wpoiłem się w ciebie.

- Williamie. – W głosie Bethany pojawiły się ostrzegawcze tony.

Westchnął i po raz pierwszy dzisiaj spojrzał Hermionie w oczy. Widział tylko ogromny strach i drżenie jej ramion.

- Gdybym mógł nad tym zapanować, cofnąć, odwrócić, zapobiec, uczyniłbym to… Ale Beth jasno mówi, że nie ma dla nas ratunku.

- Williamie. – Tym razem Kinglsey upomniał Billa.

- Zapisałaś się w mojej krwi, moja krew śpiewa dla ciebie i nie przestanie, dopóki nie zostaniesz naznaczona. Naznaczona jako moja partnerka, bratnia dusza, czy jak to się nazywa w wilczym nazewnictwie. – Jego ironiczny ton nie poprawił atmosfery, nikomu nie było wesoło.

Hermiona udawała, że nadążą, chociaż dręczyła ją jedna istotna kwestia i musiała o to zapytać.

- A Fleur?

Bill spiął się momentalnie, ale to Bethany pozwoliła sobie odpowiedzieć na to pytanie, uwalniając go od tego przykrego obowiązku.

- William był na dobrej drodze, aby zabić Fleur. Jego wilcza natura, pogłębiona przez niechciane wpojenie, powoli wyniszczała jej organizm. Wszystkie jej choroby to był konflikt krwi, ciągła walka pomiędzy wilkiem a willą. Oczywiście zwyciężyłby silniejszy…

- Dość. – Hermiona zaczynała się robić zielonkawa na twarzy, więc Shacklebolt postanowił uciąć temat. Usłyszała już w tej kwestii wystarczająco dużo.

Spędzili kilka minut w ciszy, Hermiona próbowała opanować mętlik w głowie, przyswoić wszystkie informacje. W końcu wzięła głęboki oddech i zapytała:

- Więc co dalej?

- Wyjście jest tylko jedno. – Kingley podał im pergamin. – Musicie złożyć swoje podpisy na Kontrakcie.

- Czy mogłabym zamienić kilka słów z Billem, na osobności? – Wyszeptała Hermiona słabo. Shacklebolt i Smith wymienili znaczące spojrzenia i jednomyślnie wstali.

- Macie pięć minut.


Nie wiedziała, co ma mówić. Miała pustkę w umyśle i gdy próbowała sformułować zdanie, język jej się plątał. W końcu zebrawszy się w sobie, powiedziała:

- A twoje małżeństwo z Fleur?

- Nie istnieje. Formalnie nigdy nie istniało.

Mina Hermiony sprawiła, że kontynuował: - Wczoraj podpisaliśmy akt stwierdzający nieważność małżeństwa ze względu na zagrożenie życia.

Dziewczyna przełknęła ślinę. W snach nie spodziewała się takiego obrotu spraw.

- Przepraszam. – Tylko tyle była w stanie zrobić.

- Nie przepraszaj. Nie ma w tym twojej winy. Poniekąd ja też nie jestem winny.

- Mimo wszystko przepraszam.

Zobaczyła, że ręce Billa drżą, jakby za chwilę miał wybuchnąć. Odsunęła się od niego, nie wiedząc, czego ma się spodziewać. Nigdy nie widziała mężczyzny w takim stanie rozchwiania emocjonalnego, lecz z drugiej strony jej dusza wyglądała podobnie. Jak roztrzaskane na milion kawałków lustro.

- Nie. Przepraszaj. Mnie. Więcej. - Próbował pohamować emocje, ale Hermiona swoją przerażoną miną skutecznie utrudniała mu kontrolę. Zamknął oczy i wziął głęboki oddech.

Do pomieszczenia wrócili Kingsley z Beth i zauważyli, że atmosfera jest bardzo gęsta. Spokojnie można by kroić ją nożem.

- Pięć minut minęło. Przynieśliśmy pióra. – Głos Bethany tylko z pozoru był twardy i stanowczy, w środku kobieta przeżywała dramat tej dwójki. Nie dość, że całe ich życie przewrócono do góry nogami w brutalny sposób, to jeszcze forma doprowadzenia do ładu była daleka od ideału. Jednak musieli wykorzystać zapisy prawa wbrew ich woli, dla ich dobra. Mieli wkrótce zrozumieć, że to było najlepsze rozwiązanie ze wszelkich możliwych.

Pierwszej podali pergamin Hermionie, której literki rozmazywały się przed oczyma. Niepewną dłonią złożyła swój podpis, wiedząc doskonale, że od tego momentu jej życie nie będzie już takie samo. Po niej pióro wziął William i długo się wahał zanim przyłożył stalówkę do szorstkiej powierzchni papieru. W końcu i on podpisał się, co wywołało ulgę zarówno u Bethany, jak i u Kingsleya.

Hermiona nie chciała patrzeć na Billa, czuła, że jest blada jak ściana, jakby cała krew z jej organizmu wyparowała; Weasley również unikał jej wzroku. Nie byli jeszcze gotowi na ten krok.

- A więc… - Panna Granger zawahała się na chwilę. – Od tej chwili mamy rok na podjęcie dalszych kroków w tej…

- Rok? – Bethany spojrzała na nią zaskoczona, ale dziewczyna się nie zraziła.

- Zgodnie z prawem… - Próbowała kontynuować Hermiona, ale Shacklebolt ją uciszył.

- Wasza sytuacja jest ponad prawem, podlega innym zasadom. – Kingsley zabrzmiał bardzo ostro, może nawet ostrzej niżby chciał. - Ceremonia odbędzie się jutro. – Dodał, a Hermiona słysząc to, jęknęła. Beth poczuła się jeszcze gorzej, ale miała usprawiedliwienie dla tak szybkiego terminu.

Z wpojeniem nie ma żartów, Hermiono. Wilcza natura to esencja dzikości, zew natury w czystej postaci. Ludzka logika nie sprawdza się zupełnie w przypadku wilkołaków. Zresztą cała ta sytuacja ma się nijak do logiki czy jakiegokolwiek uporządkowania. Po prostu trzeba ją zaakceptować, ale zdaję sobie sprawę, że nie będzie to proste. Wszystko, co robimy wbrew sobie jest ohydnie trudne do samego tolerowania, nie mówiąc już o akceptacji. To dopiero kolejny krok, ale zanim będziecie do niego zdolni upłynie sporo czasu. I nie będzie on prosty dla żadnego z was.

- Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego już jutro mamy się… - Jej głos się załamał, nie była w stanie dokończyć zdania.

Williamem miota najsilniejsze co może być - nieustabilizowane wpojenie i dopóki nie zostanie dopełnione jest on… Nie jest zbyt przyjaznym dla środowiska, dla wszystkich kobiet szczególnie, oczywiście oprócz ciebie. No i agresja względem mężczyzn, którzy chociażby na ciebie tylko spojrzeli. Uprzedzając, nie ma nad tym kontroli, to jego wilcza natura i zew krwi rządzą, tak jak w przypadku ataku na Fleur.

Z dnia na dzień będzie coraz gorzej, a podczas kolejnej pełni… najprawdopodobniej by jej nie przeżył.

Hermiona czuła, jak lód ścina całe jej ciało, Bill także był wyprężony niczym struna. Oboje nie mieli odwagi odezwać się. Natłok informacji ich przytłaczał, a ich waga powodowała paraliż.

Niestety, spotykałam się już podczas swojej kariery naukowej i z takimi przypadkami. Były one ekstremalne, aczkolwiek… Zdarzały się. Niespełnione wpojenie to jeszcze gorsza sprawa niż nieudane wpojenie.

- Starczy, Beth. – Łagodny, zmęczony głos KInglseya wyrwał starszą panią z toku. – Już dzisiaj dość usłyszeli.

- Tak, racja, Shacklebolt. – Smith z trudem zrezygnowała z kontynuacji.

- Nie chcę, aby zabrzmiało to namolnie, lecz musicie wybrać świadków jutrzejszej ceremonii przed urzędnikiem Ministerstwa Magii.

Do Hermiony dopiero zaczęło dochodzić, co tak naprawdę przed chwilą się wydarzyło. Ostatnie tygodnie żyła na przemian strachem i gniewem, że nie zostanie żoną Rona, że nie zdąża z kontraktem i te obawy się potwierdziły jak w najgorszym koszmarze. W życiu by nie podejrzewała, jak to wszystko się zakończy. Dzisiejszy dzień zmienił jej życie na zawsze, obrócił je o trzysta sześćdziesiąt stopni. Jej i… Billa.

Jutro zostanie panią Weasley, tak jak sobie wymarzyła. Tylko, że na miejscu wybranka stanie ktoś, komu właśnie zniszczyła życie.

- Charles Weasley. – Usłyszała, jak Bill podaje dane, więc sama odkaszlnęła i dodała: - Ginevra Weasley.

- Doskonale. – Widzieli, jak bardzo nieswojo czuje się Minister Magii, gdy wymawiał to słowo. – Sowy zostaną nadane niebawem. Ceremonia będzie miała miejsce o piętnastej w Ministerstwie Magii. Druga ceremonia odbędzie się pod nadzorem Bethany w Muszelce.

- Druga ceremonia? – Bill spojrzał pytającym wzrokiem na kobietę, a ta skinęła głową.

- Jutro, moi drodzy, jutro wam to wszystko wyjaśnię. Na dzisiaj macie za dużo wrażeń. Tylko proszę was o ubranie czegoś starego, pożyczonego oraz nałożenie na wargi soku z jagód. I… - Zadrżał jej głos. – To naprawdę nie nasza wina. Wszystko, co robimy, czynimy dla waszego dobra. Może kiedyś nam podziękujecie.


Postanowili nie informować nikogo poza Charlim, Ginny i państwem Weasley. Zresztą nie mieli ani siły, ani ochoty na długie tłumaczenia co tak naprawdę się stało. Już sama przeprawa z tą czwórką była jedną z najpodlejszych sytuacji, w jakich Hermiona kiedykolwiek uczestniczyła. Czuła się winna temu, że rozpadło się małżeństwo Fleur i Billa, właściwie, że nigdy nie istniało. Nie umiała się pozbyć tego wrażenia, chociaż tak naprawdę było ono błędne. Zresztą nie miało to znaczenia, podpisała kontrakt, ich przyszłość została określona z chwilą przyłożenia pióra do papieru.

Praktycznie bała się spojrzeć w oczy Billowi, nie wiedziała, czego ma się spodziewać. Jak na razie mężczyzna trzymał ją na dystans i jego odpowiedzi nie należały do najcieplejszych. Rozumiała to, ona sama jeszcze nie wiedziała, jak ma się zachowywać. Cała jej dotychczasowa wiedza okazała się bezwartościowa w starciu z prawami natury. Jedyne, co mogła uczynić to zgodzić się na warunki podyktowane przez Beth, której całe życie było podporządkowane naturze.

Molly patrzyła to na syna, to na przyszłą synową zastanawiając się, czy nie żartują sobie z niej. Jednak poważne miny obydwojga szybko pozbawiły ją tego wrażenia. Artur wcześniej dostał sowę od Kingsleya z wyjaśnieniami, więc ta wiadomość nie zszokowała go tak, jak żony. Ginny oraz Charlie wciąż zadawali pytania, nie dowierzając w to, co usłyszeli.

Bill i Hermiona odpowiadali na nie krótko i zwięźle, starając się jak najbardziej przyspieszyć koniec tej dziwacznej rozmowy. W końcu Artur zadecydował, że muszą mieć spokój i wysłał ich do pokoi, ucinając dalszą dyskusję. Jeszcze nigdy Hermiona nie była mu tak wdzięczna, jak dzisiaj.

Postanowiła się zdrzemnąć, ale nadmiar emocji uniemożliwił jej zaśnięcie. Leżała na łóżku, a myśli kotłowały się w jej głowie.

Wychodzi za mąż.

Nie docierało to do niej. Było to niczym abstrakcja, zupełnie różne od realnego pukania, jakie usłyszała. Do pokoju wślizgnęła się Ginny i przysiadła na brzegu łóżka.

- Wszystko się pomieszało. – Stwierdziła i wzięła dłoń przyjaciółki w swoją. Ta momentalnie zaczęła płakać. Trochę trwało zanim się uspokoiła, ale potrzebne jej były łzy – po to, by wyrzucić te emocje na zewnątrz, oczyścić się.

- Musisz mi coś pożyczyć, Beth powiedziała, że muszę mieć coś starego i coś pożyczonego. Mam starą pamiątkę od mamy, jadeitową broszkę.

- Coś pożyczyć? Bransoletkę?

Hermiona potrząsnęła gwałtownie głową, nie chciała żadnej zbędnej biżuterii.

- A masz w ogóle jakąś przyzwoitą… sukienkę? – Ginny starała się, by to pytanie brzmiało gładko i lekko, ale nie wyszło tak, jak zamierzała.

- Tylko tą z Balu Bożonarodzeniowego i ślubu… - Urwała nagle, zdając sobie sprawę, co chciała powiedzieć.

- Zaraz coś pomyślimy. – Ruda wyleciała z pokoju.

Ostatecznie znalazły beżową sukienkę, do której pasowała wyjściowa szata Hermiony. Zupełnie nie przypominała ona sukni Fleur, ale i okoliczności były zgoła odmienne.

Wieczorem Hermiona nie czuła zmęczenia, więc usiadła na parapecie i spojrzała w niebo. Gdy zobaczyła księżyc, poczuła okropny skurcz w żołądku. Sprawca wszelkiego zamieszania.

Zapaliła świecę i stwierdziła, że musi poczytać o wpojeniu. Informacje przekazane jej przez Beth były niewystraczające i ogromny niedosyt trawił jej wnętrzności. Podeszła do ogromnego kufra i chwilę trwało, zanim odnalazła właściwy tom.

Zatopiła się w lekturze i z każdą kolejną przeczytaną linijką bladła. Powoli zaczynała sobie uświadamiać jak będzie wyglądać druga ceremonia.


Hermiona patrzyła niepewnie na swoje odbicie w lustrze. Otarła wierzchem dłoni słone krople, które pojawiły się w kącikach oczu i wzięła głęboki oddech. Próbowała uspokoić rozdygotanie, ale coraz mocniej się trzęsła. Drżącą dłonią nałożyła sok z jagód na usta i spojrzała w lustro.

Zobaczyła w odbiciu przyjaciółkę, która podeszła do niej i położywszy dłoń na ramieniu, powiedziała:

- Już czas.

Hermiona skinęła głową i jeszcze raz rzuciła okiem na lustro.

- Hermiono… - Głos Ginny był cichy, przygaszony i skutecznie wyrwał ją z zamyślenia.

- Przepraszam.

Rudowłosa uśmiechnęła się wymuszenie i udając wesołą, dodała: - Chodźmy, wszyscy czekają.

Wszyscy czekają, aby przypieczętować jej los.

Przed wejściem do sali Ministerstwa Magii stał William wraz z Charliem oraz państwo Weasley. Artur i Molly nadal nie dowierzali w to wszystko, co się wydarzyło przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny. W jeden dzień Bill był mężem Fleur, za kilka godzin to okazało się fikcją i już miał w zanadrzu następczynię. I chociaż brzmiało to jak dobra fabuła do tragikomedii, nikt nie się nie śmiał.

Hermiona zebrała się w sobie i spojrzała na Billa. Był ubrany w ten sam frak, który miał na sobie podczas ślubu z Francuzką, co momentalnie przyprawiło kobietę o mdłości. Jednak z racjonalnego punktu nie powinno jej to dziwić. Nie każdy ma zestaw fraków na różne okazje w szafie, zresztą ona również posiadała całe dwie sukienki. Dostrzegła, że starą rzeczą był jego kolczyk w uchu, a pożyczoną… Najprawdopodobniej wstążką, którą miał związane swoje włosy.

Gdy napotkała jego oczy i zobaczyła, jak mocno jest udręczony, przypomniało jej się jak szczęśliwie wyglądał rok wcześniej, podczas wesela w Norze. Kontrast tych dwóch sytuacji, podobnych, ale tak bardzo odmiennych, sprawił, że nie umiała złapać oddechu. Już nie wiedziała, czy jest winna i dlaczego tak wyszło; zaczęła się obawiać o przyszłość. Dzisiejszy dzień minie i jutro nastanie kolejny, w którym nie będzie już Hermioną Granger. Zostanie Hermioną Weasley, żoną Williama, naznaczonego piętnem wilkołaka. I dzień w dzień będzie musiała mierzyć się z nową rzeczywistością, której nie akceptuje ani ona, ani on.

Nie będzie miała wyjścia, oboje przyrzekli to przed prawem. A prawo obowiązuje. Będą musieli się żyć ze sobą, choć zapewne obok siebie. Będą musieli, bo zostali sobie nakazani.


Kingsley Shacklebolt nie uczestniczył w ceremonii, co w jakiś sposób ułatwiło im ten czas. Jak się spodziewali, przysięga została okrojona do minimum i praktycznie dostosowana do nowopowstałego prawa. Mówiła tylko o wierności, wzajemnym poszanowaniu i dbaniu o wzajemne potrzeby. Nikt od nowożeńców nie wymagał głoszenia dodatkowych poematów, zresztą tak naprawdę co miałby Bill wyznać Hermionie? Że była świetną przyjaciółką, doskonale się rozumieli jeśli chodziło o wybór herbaty, ale to niewystarczające podstawy do stworzenia związku? Że to żadne podstawy, bo nawet jakieś wymyślone wpojenie nie jest w stanie go przekonać i ich związek najprawdopodobniej będzie tylko fikcją?

- Hermiono Granger czy bierzesz Williama Weasleya za mężą?

- Tak.

- Williamie Weasleyu czy bierzesz Hermionę Granger za żonę?

- Tak.

Na mocy nadanego mi prawa przez Ministerstwo Magii, w imieniu Ministra Magii ogłaszam was mężem i żoną.

Nie mieli nawet obrączek, zatem poprosił ich tylko o położenie swoich dłoni jedna na drugiej i rzucił czar, który otoczył ich ręce niebieską poświatą na znak połączenia dwóch żywiołów – kobiety i mężczyzny.

Całość trwała może dwadzieścia minut i w ogóle nie przypominała tego, co wydarzyło się na w Norze. Wyglądało to jak załatwianie jakiejś zwyczajnej sprawy, a nie zawieranie małżeństwa. Jedynym namacalnym dowodem był akt małżeństwa, który również musieli podpisać.

Od tej chwili stanowili jedność czy im się to podobało czy też nie.

Nowożeńcy nie mogli wrócić do Nory, jak również udać się w inne miejsce, bo musieli tutaj czekać na Beth. W drugiej części mieli uczestniczyć tylko oni i Smith. Pożegnali się więc z Ginny, Charlim oraz państwem Weasley i zostali sami.

Tak naprawdę to oprócz krótkiej rozmowy wczoraj, nie przebywali sam na sam dłużej niż pięć minut. Teraz miało się to zmienić i najprawdopodobniej ich separacja nie będzie trwać dłużej niż pięć minut.

- Powiedziałeś mi niedawno, że nie ruszą mnie, bo nie będą mieli śmiałości. – Na te słowa Bill otrząsnął się z zadumy i spojrzał na swoją świeżo upieczoną małżonkę.

- Tak mówiłem. – Potwierdził nieswojo, ale ona już ciągnęła swój wywód:

- Mieli tyle śmiałości, aby ruszyć i ciebie. I zniszczyć ci życie. – Jej głos przesycała gorycz.

- Czy uważasz, że zniszczyli również twoje życie? – Zapytał ją cicho. Zaśmiała się histerycznie.

- Moje życie zostałoby zniszczone prędzej czy później, odkąd Ron nie pokwapił się na podpisanie kontraktu. Ale ty miałeś rodzinę, byłeś szczęśliwy… - Spuściła wzrok. – A teraz?

- A teraz?

- A teraz jesteś skazany na mnie. Czy ci się to podoba czy nie do końca życia będziemy musieli żyć blisko siebie.

- Hermiono, to nie jest wina Ministerstwa. Ani ciebie. – Powiedział sucho. – Gdyby nie moje wpojenie nie stalibyśmy tutaj. I nikt nie czułby się jak więzień.

Ukryła twarz w dłoniach i czuła, że jej usta już dawno nie mają śladu soku z jagód.

Patronus pojawił się znikąd i była to informacja od Bethany.

Czekajcie na mnie w Muszelce. Za dwie godziny się pojawię, przepraszam za zwłokę.


Aportowali się do Muszelki i Hermiona poczuła, że ogarnia ją przerażenie. Czy to oznaczało, że będą tutaj mieszkać? Nie mogła sobie wyobrazić mieszkania w miejscu, w którym Bill był kiedyś szczęśliwy z inną kobietą.

Otrząsnęła się, to nie czas na takie myśli. Poczuła potrzebę wyjścia na zewnątrz i zaczerpnięcia świeżego powietrza. Miejsce prawie idealne – blisko morza, z piaszczystą plażą. Uwielbiała morze, uwielbiała wsłuchiwać się w morskie fale rozbijające się o brzeg. Najchętniej zrzuciłaby szaty, zanurzyła się w wodzie i płynęła aż do utraty sił. A może nawet chciałaby zatonąć? To przynajmniej rozwiązałoby masę problemów.

Usiadła na plaży i podparłszy brodę na kolanach, patrzyła w ciemnoniebieską toń. Harmonijny dźwięk koił jej myśli. Zamknęła oczy i zaczęła miarowo oddychać, próbując wyrównać rytm serca. Nie spostrzegła się, że ktoś na nią stoi. Dopiero ręka na ramieniu spodobała, że wróciła do rzeczywistości.

- Pomyślałem, że kawa dobrze nam zrobi. – Powiedział i odwróciwszy się na pięcie, odszedł w stronę Muszelki. Hermiona niezgrabnie podniosła się i podążyła za nim.

W środku panowała iście grobowa atmosfera, widać było, że ktoś w pośpiechu wyprowadzał się z tego domu. Bałagan, mnóstwo niepoukładanych rzeczy, pootwierane szafki, porozsypywane zioła…

Na stole panował jednak względny porządek i stały dwa kubki kawy. Bill krzątał się, odwlekając jak niemożliwej moment spoczynku.

Hermiona usiadła i zaczęła rozglądać się za cukrem, ale nie mogła go zlokalizować, a brakowało jej śmiałości, by o niego zapytać. William dosiadł się i od razu wziął niewielki łyk płynu. Milczeli, Bill sączył swoją kawę, a Hermiona jedynie wpatrywała się w szklankę beznamiętnie.

- Nie pijesz? – Zapytał.

- Nie wiem, gdzie jest cukier… - Urwała speszona, a on po raz pierwszy dzisiaj delikatnie się uśmiechnął.

- Jest słodka, tak się składa, że pamiętam ile słodzisz. – Rozładowało to napiętą atmosferę, ale luz miał nie trwać długo.

Na stole leżało kilka gazet, rzuconych zapewne przez Fleur w wirze wyprowadzki, więc Hermiona wzięła jedną do ręki. Próbowała coś czytać, ale nie mogła się skupić na słowach, jakie były napisane. W końcu zrezygnowała i oznajmiła Billowi, że idzie do toalety, na co on wzruszył tylko ramionami.

Znała drogę, więc trafiła do niej bez problemu. Sama toaleta ostro pachniała kobiecymi perfumami, co wydało się dziwne. Dopiero zobaczywszy kawałki czerwonego szkła, Hermiona wydedukowała, że musiały się rozbić, gdy…

- Chłoszczyć – wymruczała i nagle pomieszczenie stało się znacznie bardziej neutralne.

Myjąc ręce widziała, że mnóstwo rzeczy zniknęło, zostawiając tylko ślady na zlewie, półce czy oparciu wanny. A każdy ślad jakby krzyczał – tu była Fleur. Westchnęła, próbując odgonić wszystkie ponure myśli. Odwróciła się, aby wytrzeć dłonie i w jej oczy rzucił się biały ręcznik z ogromną literą F – monogramem panny Delacour. Widocznie o nim zapomniała, a dla Hermiony takie coś było niczym kolejny cios prosto w serce. Zapewne w tym domu znajdowało się jeszcze sporo przedmiotów, o których właścicielka zapomniała.

Wróciwszy do kuchni, zauważyła, że Billa w kuchni nie ma. Odetchnęła z ulgą i dopiła kawę. Minęła dopiero godzina odkąd przybyli tutaj z Ministerstwa, jeszcze przez jakiś czas Beth miało nie być. Ale jak przybędzie.

Hermiona poczuła, jak jej żołądek się buntuje. Na samą myśl o tym, co ma nastąpić, czuła się słabo. Przerażało ją to tak, że doszła do wniosku, iż bez Ognistej Whisky się nie obędzie. Przeszła do salonu, modląc się cicho do Merlina, aby alkohol był tam, gdzie w każdym, porządnym czarodziejskim domu. Szybko odnalazła zaplombowaną butelkę, którą otworzyła i nalała sobie sporą ilość do szklanki.

- To bardzo mocny trunek. – Usłyszała głos zza pleców i aż podskoczyła, przestraszona nagłym towarzystwem.

- Wie-e-em. – Wyjąkała, czując się jak mała dziewczynka przyłapana na przewinieniu.

- To dobrze. – Podszedł do niej i najzwyczajniej w świecie wyjął butelkę z jej rąk. – I dobrze by było, żebyś póki co nie raczyła się nim.

Jej twarz płonęła z zażenowania, ale Bill zdawał się tego nie zauważać.

- Nie wiemy, co Bethany miała na myśli, mówiąc o drugiej ceremonii. – Dodał, jakby się chciał wytłumaczyć przed nią. Hermiona przełknęła nerwowo ślinę, ona wiedziała, ale nie był to odpowiedni moment na dzielenie się tą wiedzą.

- Racja. – Szepnęła tylko i usiadła na sofie. Nagle poczuła, jakby wszelkie siły opuściły jej ciało.


Bethany była mocno spóźniona, ale gdy się pojawiła Bill odczuł ulgę. W końcu wszystko się zakończy i nareszcie będzie miał święty spokój. I żonę.

- Przepraszam was najmocniej, że tak wyszło. Ale już się szykujemy, kochani. – Beth była wyraźnie wytrącona z równowagi. – Coś starego, coś pożyczonego i coś naturalnego, czyli sok z jagód.

Skinęli głową, oboje przed chwilą nałożyli nową warstwę soku na usta.

- Wyjdźmy przed drzwi, jest zachód słońca, a to dobra sceneria.

Tak, jak Bethany nakazała, to zrobili.

Stańcie naprzeciwko siebie, tak, aby Hermiona była północą, a ty południem. Poprowadzę was teraz przez Rytuał Połączenia, pierwszą część dopełnienia wpojenia. Drugą częścią będzie Rytuał Naznaczenia, w którym już nie będę brać udziału.

Połączcie swoje dłonie tak, by wewnętrzne części stykały się najbardziej, jak to możliwe. Ma to być swoisty most między północą a południem. Stara rzecz to jakby nawiązanie do nowych wydarzeń, pożyczona jest symbolem tego, co każde z was wniesie w wasze wspólne życie. Wasze stopy muszą być ułożone na jednej linii. Gdy zacznę wypowiadać zaklęcie, musicie patrzeć sobie w oczy i oprzeć się pokusie zerwania kontaktu wzrokowego. Powtarzajcie sobie w myślach imię drugiej osoby i wpatrujcie się w oczy, jakbyście mieli ochotę przewiercić się do duszy. Gdy skończę wypowiadać inkantację, musicie złączyć usta, starając się, by nie zamknąć oczu.

- Dobrze. – Popatrzyła na nich, sprawdzając czy zrozumieli. Pokiwali głowami, na znak zgody. - Na raz, dwa, trzy… - Uniosła różdżkę, wypowiadając słowa:

Lupus sanguinem servorum creatus est ainstitutis.

Hermiona poczuła, jak jej ciało ogarnia dziwne ciepło, które faktycznie zachęcało do zerwania kontaktu wzrokowego. Walczyła z tym i dopiero, gdy zaczęła szeptać w myślach imię Billa, odczucie słabło. Nie trwało to dłużej niż minutę, a gdy zakończyło się efektownym czerwonawym dymem unoszącym się znad ich dłoni, uniosła delikatnie głowę, aby Billowi było wygodniej. Na kilkanaście sekund ich usta się połączyły, dotykiem delikatnym jak muśnięcie motyla. Hermiona zreflektowała, że jej ciało ogarnia zupełnie inne ciepło niż poprzednie – jakby to ją miało rozpalić od środka. Jednak tak szybko, jak się pojawiło, zniknęło.

- Możecie rozłączyć dłonie, wszystko przebiegło pomyślnie. – Beth uśmiechnęła się do nich słabo.

Momentalnie się rozdzielili, odskakując od siebie jak oparzeni. Niby wszystko było jak wcześniej, ale Hermiona zorientowała, że coś się zmieniło. Spojrzała na lewą rękę i już wiedziała – miejsce, gdzie powinna być obrączka zostało jakby wypalone. Wokół obrysu domniemanej obrączki pięła się winna latorośl. Wyglądała, jak nierozwinięte pnącze winne.

Patrzyła na to zaskoczona i spojrzała na Billa; on też to zauważył.

- Czy to się dzieje za każdym razem? – Ciekawość Hermiony została zaspokojona przez Bethany.

- Podczas Rytuału Połączenia niekoniecznie, ale gdy są to dwie wpojone w siebie osoby to… zazwyczaj. Williamie, zanim przejdziemy do dalszej części muszę dostać mocnej kawy. A wam przyda się coś… mocniejszego niż kawa, zdecydowanie.


Zostali sami w salonie i jedynym dźwiękiem wypełniającym pomieszczenie było tykanie starego zegara. W końcu Hermiona gwałtownie wstała i nalała sobie do pełna szklaneczkę Ognistej Whisky.

Tym razem nie zabronił już jej wypić.

Gdyby nie sytuacja to Rytuał Naznaczenia byłby prostszy, jednak… Jest, jak jest. Zanim jednak będę kontynuować, a od tej sprawy zależy dalszy ciąg, musisz mi, droga Hermiono, odpowiedzieć na pytanie.

Wiedziała, jakie pytanie zaraz zada Beth, więc nie zaskoczyło jej to bardziej, niż się spodziewała.

Czy jesteś dziewicą?

Największym absurdem tej sytuacji był nie sam fakt potwierdzenia tego, ale świadomość, że obok niej siedzi Bill, który usłyszał, jak wyjawia bardzo intymny szczegół swojego życia. Bill, który nie był zwyczajnym mężczyzną, a jej mężem, więc nie powinna się wstydzić. Może nie czułaby wstydu, gdyby nie to, jak to wszystko się stało? Może?

Potwierdziła i usłyszała szept kobiety – Dzięki Merlinie!

Nie wiem, czy stwierdzenie, że macie szczęście jest najwłaściwszym, ale to sprawia, że całość jest dużo prostsza w sensie samego wpojenia. W innym sensie… nie jest w ogóle prostsze, powiedziałabym, ze odwrotnie.

Dobrze, do sedna. Naznaczenie dla wilków to nic innego niż więź krwi. Naznaczenie drugiej osoby jako swojego partnera, zmuszenie krwi do ,,śpiewania'' w ten sam sposób. Nie przedłużając, aby dopełnić wpojenia musisz uczynić Hermionę swoją.

- Swoją? – Głos Billa był niczym głuche echo, pozbawiony wszelkich emocji i uczuć, sama Hermiona chciała się skulić i ukryć na końcu świata. To wszystko było wręcz upokarzające dla ich obojga. Smith widziała, że kolejne słowa będą jak ciosy prosto w serce, ale musiała; taki był jej obowiązek.

Więź krwi wilka z dziewicą powstaje w momencie odebrania jej dziewictwa. I to jest dla was Rytuał Naznaczenia. Są inne rytuały, ale… O nich zapewne nie chcecie słuchać.

Owszem, nie chcieli. Dla Williama ta informacja była ogromnym szokiem, dla Hermiony mniej i Bethany to zauważyła.

- Jak długo wiesz, co cię czeka? – Rzuciła w jej stronę pytanie.

- Od wczoraj. – Wyszeptała.

- I mimo tego zgodziłaś się przejść przez to wszystko? – Nie powinna o to pytać, ale naukowe zapędy mimo emerytury były w niej zbyt silne.

- Życie Billa ma większą wartość niż moje dziewictwo. – Szczerość tej wypowiedzi poruszyła i Beth, i Billa. – Nie mogę mieć na sumieniu, że zabiłam kogoś tylko przez własny egoizm. I pozbawiłabym Molly kolejnego syna. To niewielkie poświęcenie w porównaniu do śmierci. – Hermiona uśmiechnęła się, chociaż to był uśmiech pełen bólu.

- Masz szlachetną żonę, doceń to Williamie i nie skrzywdź jej. – Bethany wstała i zostali sami w salonie i jedynym dźwiękiem wypełniającym pomieszczenie było tykanie starego zegara. W końcu Hermiona gwałtownie wstała i nalała sobie do pełna szklaneczkę Ognistej Whisky.

Tym razem nie zabronił już jej wypić, sam pokusiłby się o niejeden łyk, ale wiedział, że musi pozostać kompletnie trzeźwy. Bez tego jego samokontrolę mógłby szlag trafić.

Po tym, co usłyszał od Hermiony, miał ochotę zabić każdą cząstkę wilka w sobie. Nie tylko jego życie posypało się niczym zamek z piasku – Hermiona też musiała wiele poświęcić. Poświęcić swoje ciało, dla głupich wilczych wymysłów.

Wydał z siebie jęk, co zwróciło uwagę jego żony. Ta w odruchu pogłaskała go po policzku, co zaskoczyło ich oboje. Po odzyskaniu rezonu, odsunęła się i wzięła spory haust alkoholu, doprowadzając się do kaszlu. Z impetem odstawiła szklankę i krztusiła się niemiłosiernie.

- Spokojnie, bo się zachłyśniesz.

Zabrzmiało to tak idiotycznie, że aż się zaczął śmiać. Śmiech głośny, ze sporą nutą histerii. Zdezorientowana Hermiona patrzyła na niego z szeroko otworzonymi oczami rozchylonymi ustami. Nagle koło jej ust pojawiła się dłoń Williama, który otarł resztki bursztynowego płynu z jej warg. Otarłszy, przyciągnął ją lekko do siebie i spontanicznie pocałował. Czuł, że krew zaczyna mu się burzyć w żyłach, że zaczyna śpiewać. Hermiona poddała się pocałunkowi i nim się spostrzegła, to ona całowała jego wargi.

Dziwne uczucie z poprzedniej ceremonii powróciło, zaczęło rozpalać ją od wewnątrz.

Alkohol pomieszany z gorącem bijącym od jego ciała zaczął rozmazywać myśli.

- William – wyszeptała w jego usta i to podziałało na niego jak iskra. Uniósł ją jakby ważyła tyle, co piórko i zanim się spostrzegła leżała w sypialni, na łóżku jego i Fleur.

Otrzeźwiło ją to na chwilę, ale jej umysł nie pozostał jasny na długo. Gorączka, jaka ich ogarnęła, nie pochodziła od nich samych – teraz władzę przejął instynkt – ich krew zaczęła śpiewać jednocześnie. Gorączka, która rozpaliła zmysły, sprawiała, że ich oddechy były urywane, niedokończone. Było to nieprawdopodobne, ale kiedy ich usta złączyły się ponownie, poczuła smak jagód, chociaż ich usta były suche. Ruchy stały się gwałtowniejsze, mocniej jego wargi naciskały, tym krew śpiewała głośniej w jej żyłach.

Spojrzała w jego oczy i nie zauważyła w nich Billa Weasleya. Widziała jedynie pociemniałe, dzikie tęczówki, przepełnione pożądaniem. I wcale jej ten widok nie przerażał, nie czuła już strachu, nie czuła nic poza niedosytem. Przysunął się powoli do jej ucha i kiedy ogrzał je swoim oddechem poczuła, jak jej ciało odpowiada.

Następne wydarzenia pamiętała jak błyśnięcia światła – rozrywaną sukienkę, gorący oddech na brzuchu, swój własny krzyk, który zlał się z poczuciem rozkoszy i ból przeszywający jej ciało. A po tym tylko ciemność, która starła wszystkie pozostałe myśli.