A/N: Uczynienie Faia weganinem było rzeczą nieroztropną (przysparza mi tylko drobne, dodatkowe komplikacje w przyszłych zamiarach), dlatego od tej chwili uznajmy, że jest po prostu wegetarianinem.

Hejt na fanfiction za to, że nie zezwala na użycie w tekście serduszek i innych japońskich emoji, pff.

Ciąg dalszy marudzenia nastąpi.


Fai wyjechał. Wielkie rzeczy.

Wyjechał, to i wróci, co nie? Nie ma potrzeby się martwić. Nie ma potrzeby panikować. W końcu to dorosły facet. Trochę stuknięty i nieogarnięty, ale jednak dorosły.

Tyle tylko, że mijał już ósmy dzień odkąd ten dorosły facet wyjechał i jak do tej pory nie dał on jakiegokolwiek znaku życia.

A internetowe brukowce, jak na złość, milczały w sprawie tych nie do końca dookreślonych wydarzeń modowych jak zaklęte – Kurogane sprawdzał je skrupulatnie dzień po dniu.

Nie ma się o co zamartwiać. Gdyby głupkowi stało się coś złego, to już dawno byśmy się o tym dowiedzieli, tłumaczył sobie cierpliwie.

Tak przynajmniej podpowiadała logika. Co innego podpowiadało kokoro. Kokoro wyło boleściwie i podsuwało najgorsze z możliwych tragicznych scenariuszy.

Dzień za dniem zimna, opanowana logika i gorące, nieokiełznane kokoro toczyły mentalne starcia, tym samym pozostawiając Kurogane w stanie rozchwiania i ogólnej niestabilności emocjonalnej.

No ale przecież nie przyzna się swojemu współlokatorowi, że ma jakieś niczym niepodparte, paranoidalne obawy na temat blond idioty.

A jednak.

Dziesiątego dnia deficytu wiadomości od głupola Kurogane przełamał się i zwrócił się z Pytaniami do Soraty.

Jak można było się domyślać, Osakijczyk zbył jego zgryzoty metaforycznym machnięciem ręki.

Fai jest dorosły, nie po raz pierwszy pojechał w biznesy, a Ameryka to – poniekąd, częściowo – jego ojczyzna, więc w czym problem, szczonku?

Sorata nie rozumiał w czym tkwi problem, więc Kurogane wyłożył mu dokładnie jego istotę.

I usłyszał poradę, że skoro tak bardzo chce Faiowi matkować, to najlepiej niech do niego po ludzku zadzwoni albo napisze. Choć odzewu pewno i tak nie uzyska, gdyż Fai jest zajęty i nie ma czasu na zajmowanie się drobnostkami.

Nie, żeby to uspokoiło Kurogane, ale czego innego mógł się spodziewać po tym osakijskim buraku?

A skoro już o matkowaniu mowa…


Kurogane zadzwonił. A i owszem. Zadzwonił do jedynej słusznej osoby, która wiedziała Jak Rozmawiać, która Rozumiała i Nie Oceniała.

Kurogane zadzwonił do mamy.

Mama Wiedziała. Wiedziała i potrafiła porozmawiać w taki sposób, że Kurogane mógł powiedzieć jej wszystko… nie mówiąc przy tym nic.

Tak właśnie było – jakkolwiek paradoksalnie by to nie brzmiało.

Mama sunęła gładko po górach ogólników, dzielnie brnęła poprzez kłęby niedopowiedzeń i zawsze (no, niemal zawsze) trafiała w punkt, w samo sedno. Wszak była w tym sposobie rozmów zaprawiona.

I tak Kurogane snuł się ulicą w kierunku stancji w tempie iście ślimaczym, i słuchał w jaki sposób mama próbuje zaradzić jego troskom. Troskom, których natura wciąż pozostawała dla niej… dość niejasna.

Ale lata doświadczenia w boju podpowiadały jej, że najpierw należy wybadać teren. A nieco później posłużyć się starą, dobrą intuicją.

- Myślę, że przede wszystkim powinieneś być szczery sam ze sobą. Co prawda akceptacja problemu raczej samoistnie go nie rozwikła, ale może dzięki niej będzie ci… nieco lżej. Może nawet naprowadzi cię ona na rozwiązanie, bo jak na razie odniosłam wrażenie, że niepotrzebnie się, hm, zapierasz. – Zgrabnie kluczyła rodzicielka, świadoma tego, że jej syn prócz trudności z wyrażaniem emocji (głównie pozytywnych, bo ze złością radził sobie, no cóż, doskonale), nie radzi sobie też z ich z szeroko pojętym uprzytomnieniem

Ano właśnie. Jakoś gdzieś w trakcie tej ogólnikowej rozmowy, która – przynajmniej w teorii – miała sprowadzać się do (mocno ogólnikowych, uhu) żali i smuteczków związanych z głąbową absencją, na wierzch wyszedł bardziej poważny i dogłębny problem pałania do głąba… no po prostu pałania.

- Już dawno to wszystko zaakceptowałem, no bo co innego mam robić? – Zezwolił sobie wyznać Kurogane, głęboko przy tym wzdychając. – Walczyć z tym nie w sposób.

Do niedawna sądził, że jeśli pogodzi się z tym całym żenującym stanem rzeczy, zamiast wypierać go wbrew sobie (co zresztą byłoby, nawet jak na Kurogane, wyjątkowo dziecinne i durne), to może… to całe pałanie, całe to Uczucie… jakoś samo z siebie się rozwieje? Stopniowo wygaśnie. Po cichu i w miarę bezboleśnie.

A potem zdarzył im się epizod z chrupkami. Ugh. O takich epizodach ciężko zapomnieć, o rozwianiu już nie wspominając.

Rodzice od małego powtarzali mu, że miłość jest darem. Tylko jakoś zapomnieli dodać, że ten dar w gratisie funduje parabolę emocjonalną. Nieszczególnie pożądaną – od małych chwil euforycznego wzlotu oraz poczucie ogólnej puszystości, po beznadziejne i irracjonalne dołki. Dary nie powinny rozwalać spokojnego i dość nudnego żywota w drobny, popieprzony mak.

- Więc jednak to problem… natury uczuciowej. Romantycznej? – Zaryzykowała mama.

- Tak. Raczej tak. – Opornie potwierdził Kurogane i zaraz począł się wykręcać: – Ale mniejsza już o to, jakoś sobie z tym poradzę. Zadzwoniłem głównie po to, żeby zapytać, czy rozwiązaliście tę sprawę z sąsiadem i czy-

- Nie musisz mi się ze wszystkiego zwierzać. Ale czy próbowałeś rozmawiać o tym wszystkim z kimś bliskim? Z przyjaciółmi? O, a może Sorata coś pomoże? To taki dobry, szczery chłopak… – Brnęła uparcie rodzicielka.

- Nie, z nim akurat nie mogę o tym pogadać.

Po drugiej stronie słuchawki zaległa chwila ciszy, po której nastąpiło pełne zrozumienia ciche „och".

- Żadne „och", nie chodzi o niego! – krzyknął, nim zdołał się opanować. Co za wstrząsające przypuszczenie, brrr. Mamina intuicja tym razem trafiła kulą w płot.

- Tylko o kogoś, kogo obaj znamy – podjął, siląc się na spokój.

- Hm… No to może z Tomoyo?

Oho. Jasne. Już się przyzna, że rozmawiał z Tomoyo. Od nitki do kłębka. Mama zapyta się Sonomi, czy jej córka coś wie na temat problemów uczuciowych Kurogane, a potem to już prosta droga do katastrofy. Wszyscy się dowiedzą, że pała czymś do sporo starszego byłego supermodela.

Rany, jak to brzmi.

Chwila, chwila… A co, jeśli Tomoyo już dawno wygadała się własnej mamie?

No świetnie, w ogóle tego nie przemyślał. Jak to było? Że niby miłość robi z nas głupców? No, jeśli tak, to Kurogane jest na najlepszej drodze do pozbycia się absolutnie wszystkich, nawet najdrobniejszych przejawów inteligencji. Jak szaleć, to szaleć.

- Nie, nie chcę nikomu się zwierzać – powiedział z wyrzutem. – Dobrze wiesz, że nie mam takiego zwyczaju. Wystarczy już, czy możemy zmienić temat?

- Dziecko, ale ja widzę, to znaczy słyszę, że ty się męczysz. Dlatego chcę ci pomóc.

- Mamo...

- I do tego kłamiesz.

- Kłamię? Dlaczego tak sądzisz?

- Nie mówisz mi całej prawdy, Kurogane. Coś cię głęboko uciska i boisz się mi o tym opowiedzieć.

Taak, uciska mnie jeden taki wychudzony wujek.

- Wcale nie! – odparował na głos.

- Wcale tak.

Podobna przepychanka słowna trwała jeszcze chwilę. Zakończyła się ugodą, która przewidywała brak nachalnych pytań ze strony mamy oraz regularne, szczere i w ogólnie prosto z serca płynące wynurzenia drogą telefoniczną w wykonaniu Kurogane.

Tak naprawdę żadna ze stron nie wierzyła, że dyrektywy ugody zostaną wypełnione.

Co nie znaczy, że Kurogane nie wyniósł nic konstruktywnego z tej rozmowy.

Bo wyniósł.

Jeszcze tego samego wieczoru postanowił zmierzyć się z „problemem", uzewnętrznić swe uczucia, namiętności i inne pałania, innymi słowy napisać wiadomość do Faia.

Kurogane łyknął piwa dla dodania sobie otuchy, wyklepał mejla i czym prędzej – żeby się nie rozmyślić – posłał go w świat.

No, zrobione. Teraz może być już tylko lepiej. Pozostaje tylko czekać cierpliwie na odpowiedź od blondasa.

Ale najpierw jeszcze raz, już na spokojnie, zerknie co głąbowi napisał.

„Co słychać? Odezwij się. Dziwnie nam tu bez ciebie."

Nie planował, żeby zabrzmiało to tak oschle. I przy okazji dość ćwierć inteligentnie.

Mógł przecież dodać na końcu coś w rodzaju: „Tęsknimy, wracaj prędko.". „Tęsknimy." byłoby w porządku – było wystarczająco uprzejme i serdecznie, nie tak intymne jak na przykład: „Tęsknię.", czy może bardziej adekwatne i zgodne z prawdą: „Usycham z tęsknoty i szaleję z niepokoju o ciebie, durniu.".

W gruncie rzeczy to ja nie mam problemu. Nie mam problemu, bo sam nim jestem, doszedł do dość smutnej konstatacji Kurogane.

Przez resztę wieczoru twardo zajmował się rozmową z Soratą, oglądaniem telewizji oraz dalszą konsumpcją napojów wyskokowych. I bardzo starał się nie zerkać w ekran telefonu co kilka sekund.

Ech, te trudy pałania!

Odpowiedź dotarła do Kurogane z samego rana. No, znaczy z rana japońskiej strefy czasowej. Cholera wie, która była godzina w tych amerykańskich biznesach.

Fai żył! Fanfary! Fai żył, miał się dobrze, wracał za trzy dni, a ciężki głaz opadał z kurogańskiego serca. Wiadomość słusznej długości skupiała się na dość ogólnikowej relacji z biznesów, w tym na ogólnikowym Faiowym marudzeniu („Nic mi się nie chce.") i bardziej konkretnych pochwałach („Dobrze mnie tu karmią."). Relację zamykało straszliwe post scriptum, które obiecywało Soracie i Kurogane liczne pamiątki z pobytu biznesowego. No i Fai nie bał się zwyczajnie, mimochodem napisać, że bardzo tęskni za swoimi przyjaciółmi. Nie to, co niektóre osoby…

Wkrótce Kurogane niczym anioł zarannej zagłady, czy inny wyrzut sumienia stał nad półprzytomnym, zaspanym Osakijczykiem i Czytał Wiadomość na Głos. Rzecz niezwykła - Sorata nie podzielał entuzjazmu swojego współlokatora. Nie o siódmej rano. W sobotę.


Fai powrócił z wielkim hukiem. Powrócił i tak jak obiecywał (czy jak kto woli, groził) przywiózł ze sobą pamiątki. Dużą ilość pamiątek. Sorata dostał – ponoć upragnioną – Pelerynę Superbohatera (made in USA), Kurogane wręczono kubek z grafiką latającego spodka (made in USA), finałowo obaj zostali zalani ogromną ilością przaśnych pamiątkowych magnesów, licznymi malutkimi Statuami Wolności oraz kopczykiem słodyczy i innych przekąsek (również prawdziwie amerykańskich).

Ledwo napoczęli stos smakołyków, ledwo zdążyli nacieszyć się Faiem… ten znów wyjechał. Tym razem w odwiedziny do rodziny, aby i ich obdarować różnymi takimi (amerykańskimi i nie tylko) rozmaitościami.

Kurogane, już mniej zaniepokojony, za to jeszcze mocniej niedopieszczony, pocieszał się gorącą herbatą prosto z kosmicznego kubka.


A wkrótce… Wkrótce zupełnie niezauważalnie i zupełnie po cichu jesień przeobraziła się w zimę, czym zaskoczyła kierowców oraz samego Kurogane.

Frustrujące. Czas nie powinien płynąć tak szybko.

Tym bardziej, że od kilku tygodni egzystencja Kurogane rozkładała się głównie między uczelnią a sklepem, w którym przyszło mu pracować.

Bo wraz z zimą, to ci niespodzianka, przyszły też Święta z całą ich radosną, oczyszczającą serca, dusze oraz portfele atmosferą. Witryny sklepowe rozświetliły miliony milionów lampek, ulice przejęli we władanie liczni Mikołajowie i zdawałoby się, że ludność Japonii zapadła na jakąś nieuleczalną chorobę objawiającą się przedświąteczną gorączką, obłędem w oczach i nieposkromionym apetytem na ciasto.

Rzecz jasna gorączka nie mogła ominąć też wiadomego sklepu.

Gdzieś w drugim tygodniu grudnia Szef Wiadomego Sklepu zwołał z samego rana całą zmianę na Bardzo Specjalną Naradę Świąteczną.

Otóż, jak wiadomo, każdy szanujący się sklep (również ten z oferto papierniczo-muzyczno-różnodrobiazgową) musiał, po prostu musiał zadbać o Odpowiednią Oprawę Świąteczną. Nie, nie wystarczyły miliony lampek oraz piernikowe ludziki z papieru w sklepowych witrynach, Szefowi zamarzyło się Prawdziwe Coś. Prawdziwe Coś w osobach: Śnieżynki oraz jej Puchatego Przyjaciela, którzy mieliby za zadanie stać na ulicy, rozdawać Materiały Promocyjne (w tym i cukierki), uśmiechać się do ludzi, przytulać dzieci i ogółem przypominać o tym, że w ten świąteczny czas sklep różnodrobiazgowy jest potrzebny, jak żaden inny.

Początkiem grudnia wszystko było już gotowe, grafik został rozpisany, można było spokojnie rozpocząć akcję świąteczną… gdyby nie przykry brak jednego z ważniejszych, jeśli nie najważniejszego elementu akcji, czyli kostiumu maskotki.

Och, jak Szef złorzeczył swej świąte- świętej naiwności i mało świętemu skąpstwu, które podkusiły go do zakupu kostiumu drogą internetową. Bo ileż można czekać?! Na cóż komu kostium puchatego renifera w styczniu?!

Ale, ale, kostium wreszcie się zjawił.

I właśnie tego pamiętnego grudniowego poranka Szef miał okazję, by złorzeczyć na całego: na przeklęte opóźnienia w dostawie, na przeklętych oszustów, a przede wszystkim na przeklętą zagraniczną (jak nic amerykańską!) rozmiarówkę.

Na dowód swych słów wyciągnął z pudła przeklętą puchatość kostiumu i zaprezentował go swemu młodemu, nieco zdezorientowanemu personelowi w całej swej przeklętej okazałości.

Kostium okazał się być idiotycznie wręcz wielki, a Szef dysponował tylko jedną, jedyną idiotycznie wielką osobą, która pasowałaby do roli równie puchatego, co okazałego renifera.

Nikt ze sklepowej załogi nie ośmielił się spojrzeć na Kurogane.

Sam Kurogane już kręcił tępo głową i argumentował półsłówkami, że nie ma mowy, on się nie nadaje do tego całego bycia miłym, do świątecznego przytulania i wszystkiego innego, co wiązało się z byciem Puszystym Przyjacielem Śnieżynki.

Szef dobitnie powtórzył, że nie starczy już czasu na zamianę, czy kupno nowego kostiumu.

Kurogane próbował powołać się na podstawowe zasady moralne Szefostwa: nie tak się przecież umawiali, on ma wszystko na papierze, cały swój zakres obowiązków i ten zakres nie przewiduje żadnego poroża oraz raciczek. Owszem, na czas świąt, taki na przykład ostrokrzew wpięty tu i ówdzie nikomu by nie zaszkodził, no ale…

Szef, już zdesperowany, wyciągnął argument ostateczny w postaci bardzo specjalnej premii i świątecznego ciasta, co spotkało się z niedowierzającymi, oburzonymi sapnięciami ze strony dwóch zmienniczek Śnieżynki, którym nic takiego nie proponowano.

(Ostatecznie cała ekipa wiadomego sklepu załapała się na dodatki pieniężne i cukiernicze; na czas Świąt Szef został radosnym bankrutem [i nie potrzebował do tego żadnego specjalnego kostiumu]).

Możliwe, że sprawiła to obiecana sumka, a może nieszczęśliwy fizys szefostwa, tak czy inaczej, Kurogane zaczął się łamać.

Może… może to jednak będzie ciekawe doświadczenie? Które kiedyś mu się przyda? Zasadniczo kostium maskotki to wygodna rzecz – nikt go nie rozpozna, no i co ważniejsze nie będzie się musiał silić na sztuczny uśmiech wcale a wcale.

Z lekkimi oporami, Kurogane zgodził się przyodziać poroże oraz raciczki.


Ani się obejrzał a minął pierwszy tydzień noszenia futra. Obyło się bez poważniejszych zajść i wypadków. Kurogane przyzwyczaił się do dzieci tulących się do jego puchatych kolan, i do tych, które żądały, by wziął je na ręce, i do rozbawionych mam, które pstrykały (choć nie powinny, bo – przynajmniej w teorii – była to usługa odpłatna) fotki, i wreszcie do grup nastolatków, które też koniecznie chciały zdjęcie z idiotycznie wielkim reniferem (na nich argument o opłacie też jakoś nie działał).

Nikt nie ośmielił się zaczepiać renifera TAKICH ROZMIARÓW, nikt też nie ryzykował nagabywania Śnieżynki, gdy renifer był w pobliżu. Kilkukrotnie gdzieś w świątecznym tłumie majaczyły twarze znajomych z uczelni, lecz… no cóż, kostium spisywał się doskonale.

Oprócz funkcji maskującej futrzasty strój posiadał też jeszcze jedną, niewątpliwą zaletę – był cudownie ciepły. Wystarczył podkoszulek, dłuższe bokserki i et voilà! – żaden mróz Kurogane nie straszny. Śnieżynki nieraz patrzyły z zazdrością.

Naprawdę nie było nawet w połowie tak źle, jak to sobie wyobrażał. I może rzeczywiście to doświadczenie w jakiś sposób przyda mu się w dalszej pracy z ludźmi, wszakże to też rodzaj treningu na wyrozumiałość i cierpliwość, których nieraz Kurogane brakowało.

Ale Kurogane zapominał, że zbyt długi okres spokojnej stabilizacji prędzej czy później – to po prostu nieuniknione – nawiedzi taki tam malutki wypadeczek, przedziwne zdarzenie, czy drobne nieszczęście.

A drobne nieszczęścia, podobnie jak te klasyczne, lubią chodzić parami.

Najpierw ją usłyszał. Stała kilka metrów od niego i rozmawiała ze Śnieżynką. Po wymianie kilku niezobowiązujących spostrzeżeń Tomoyo (tak, tak, właśnie ona) zwróciła swą uwagę na puchatego renifera. Podeszła o kilka kroków, uśmiechnęła się serdecznie, a Kurogane – ukryty za ulotkami – z całych sił starał się sprawiać wrażenie, że on to nie on.

Nadal z uśmiechem na ustach i z charakterystycznym błyskiem w oku zmierzyła okazałego rena od stóp do głów.

Dla Tomoyo krawiectwo, szycie i wszystko co z nimi związane, były równie przyjemnym, co czasochłonnym hobby. Jednakże dzięki wrodzonym zdolnościom i mnóstwu ciężkiej pracy z roku na rok Tomoyo stawała się coraz lepsza w tym co robiła, i już zupełnie na poważnie wiązała swoją przeszłość ze sztuką krawiectwa.

- Bardzo ładny kostium, Kurogane – zauważyła dziewczyna.

Hm, wyglądało na to, że maskotki także wchodzą w krąg jej krawieckich zainteresowań.

- Skąd wiedziałaś…? – burknął niewyraźnie.

- Bo stoimy tuż obok sklepu, w którym pracujesz, a poza tym trudno byłoby znaleźć drugiego tak dorodnego renifera!

- Trochę ciszej… – Znów mruknął Kurogane oglądając się niespokojnie wokół.

- Co słychać? Ach, masz nawet ogonek! – wykrzyknęła radośnie odkrywszy mały, ale znaczący element stroju.

- Ja tu pracuję…

- Pozwól więc, że przez chwilkę umilę ci czas pracy rozmową. – Kolejny promienny uśmiech oślepił coraz bardziej zakłopotanego mężczyznę.

- Nigdzie ci się nie spieszy? – Spytał ze złudną nadzieją.

Tomoyo pokręciła radośnie czupryną, przystanęła zboczku i, tak ja zapowiedziała, wdrożyła plan uprzyjemniania życia Kurogane.

Wspomniany skierował pełne nadziei, choć niewidoczne dla postronnych, spojrzenie na Śnieżynkę. Może ona coś dopomoże, może ona okaże się głosem rozsądku, który w łagodny, ale stanowczy sposób przekona Tomoyo, żeby ta sobie poszła, bo czas, miejsce i w ogóle szeroko pojęte okoliczności nie sprzyjają podobnym pogawędkom.

Złudna nadzieja. Śnieżynka tylko uśmiechnęła się wyrozumiale i machnęła do Kurogane ręką dając znać, że wszystko w porządku, ona nic Szefowi nie wspomni, gdyż i jej zdarzało się rozmawiać z przyjaciółmi w trakcie pracy.

Co mu pozostało?

Słuchać Tomoyo jednym uchem, pomrukiwać w odpowiedzi, wręczać ulotki, a drugą wolną ręką poklepywać po czapkach, zdawałoby się nieskończony, szereg dzieci różnych kształtów i rozmiarów.

Wówczas nadciągnęło kolejne nieszczęście. Nieszczęście nieczułe na mróz, odpowiednio modnie rozchełstane, przyciągające wzrok przechodniów płci obojga i jak zwykle w każdym calu perfekcyjne.

Z naprzeciwka nadchodził Fai, a Kurogane nie miał ani dokąd uciec, ani gdzie schować Tomoyo.

DLACZEGO.

Dlaczego wybrał się właśnie dziś na świąteczne zakupy?! Dlaczego pieszo?! Przecież ten leniwy zad wszędzie jeździł samochodem! Nigdy wcześniej (dzięki bogom!) nie zawędrował w rejony pracy Kurogane, czy naprawdę musiał to zrobić akurat teraz?!

Kurogane przestąpił niespokojnie z nogi na nogę, strużka gorącego potu spłynęła w dół jego pleców.

Jeśli teraz spróbuje pójść na przerwę, Tomoyo zacznie coś podejrzewać. Najlepiej byłoby po prostu zignorować nadciągającego Faia i mieć nadzieję, że zbita przedświąteczna ciżba ciśnie go gdzieś z dala od… cholera, no od Tomoyo. Przede wszystkim od Tomoyo.

Za jakie grzechy. Co on takiego zrobił w poprzednim życiu, że musi w ten sposób odpokutowywać? No co za gówniany zbieg okoliczności! Co za pech! Wreszcie, po tylu tygodniach, nadarza się okazja, aby porozmawiać z głupolem twarzą twarz, a Kurogane akurat musi mieć na sobie futro i rogi.

Bo nie tylko Kurogane harował ciężko przez ostatni miesiąc. Jak utrzymywał Osakijczyk, Fai z początkiem listopada został zawalony jakąś niesamowitą ilość zleceń, przez co musiał wziąć się ostro do roboty. Tak czy inaczej, przestał odwiedzać studenckie mieszkanko, skończyły się też ich wspólne wypady do barów, czy restauracji.

A te sporadyczne rozmowy drogą mejlową jakoś nie chciały wypełnić tej dziwacznej pustki, która lęgła się w Kurogane za każdym razem, kiedy zbyt długo nie widział się z głupkiem.

No trudno. Będą inne okazje do pogadania, a na razie Kurogane musi zrobić wszystko, żeby gówniany zbieg okoliczności nie zmienił się w małą gównianą katastrofę.

I już, już myślał, że mu się udało. Bo i Tomoyo kontynuowała radosną pogawędkę, blondas był zbyt zajęty własną rozmową telefoniczną, aby zwracać uwagę na cokolwiek innego, i wyglądało na to, że zwyczajnie minie świąteczne towarzystwo nie czyniąc przy tym nikomu krzywdy ani na ciele, ani na psychice.

Ale gdzie tam. Los umiłował sobie życie Kurogane i z całych sił starał się, aby uczynić je ciekawszym.

Coś nieoczekiwanie skłoniło Tomoyo do tego, żeby się rozejrzała. Ma się rozumieć, że zauważyła Faia. Odwróciła się na powrót do Kurogane, a jej ślepia stały się jeszcze większe ze szczerego zaskoczenia i niedowierzania. Oczywiście w tej samej chwili głupol musiał ominąć jakiś nieoczekiwany zator ludzki i znalazł się dosłownie o kilka kroków od Śnieżynki i reszty towarzystwa.

- Tomoyo, nie rób tego – powiedział Kurogane tonem na tyle stanowczym, na ile było go stać w tej chwili.

Przecież nawet ona nie ma na tyle tupetu, nie jest na tyle szalona, żeby zatrzymywać zupełnego obcego (pal licho jego niegdysiejszą sławę) człowieka na ulicy i w samym środku rozmowy telefonicznej.

Ha! Zawahała się! Panie i panowie, chyba po raz pierwszy w historii niejaka Tomoyo Daidouji nie wie co robić i nie jest pewna słuszności swych działań.

Niestety ta chwila zawahania trwała tyle, co mrugnięcie okiem, bo zaraz na dziewczęcą buzię wpłynął uśmiech łagodny i anielski, nieomylny znak, że panna Daidouji przystępuje do działania.

- Proszę cię… – Jęknął Kurogane w ostatniej marnej próbie sprzeciwu.

- Muszę! – Odparowała jego rozmówczyni.

I już uczyniła zgrabny obrót, wysupłała swą małą rączkę z puchatej mufki, aby móc chwycić Faia za łokieć.

- Przepraszam, że przeszkadzam – przemówiła do Faia, którego kompletnie zamurowało w pół kroku – ale dawno chciałam pana poznać.

- Słucham? – Mężczyzna zmarszczył brwi i odsunął telefon od ucha.

Głupek nie wyglądał na szczególnie zachwyconego tą niespodziewaną napaścią. Gapił się tylko nic nie rozumiejąc to na Tomoyo, to znów na Śnieżynkę i renifera. A Kurogane wcale, a wcale mu się nie dziwił; bardzo dobrze, niech Tomoyo chociaż raz dostanie po nosie za te swoje dziwne pomysły i ogólne oderwanie od rzeczywistości.

- Proszę wybaczyć mi bezczelność, ale nawet krótka rozmowa z człowiekiem tak znanym i cenionym w niektórych kręgach jak pan będzie dla mnie zaszczytem! – Kontynuowała gładko dziewczyna. Przeniosła spojrzenie na Kurogane i stwierdziła niby mimochodem: – Poza tym pozwoliłam sobie pana zatrzymać przez wzgląd na naszego wspólnego przyjaciela.

Przez sekundę, czy wie w powietrzu zawisło nieme pytanie, a Puchaty Przyjaciel Śnieżynki poczuł, iż twarz zaczyna mu płonąć.

- Kuro-sama, to naprawdę ty?! – zakrzyknął wreszcie z niedowierzającą radością Fai.

Rzucił kilka niezrozumiałych słów (jak nic znowu te amerykańskie biznesy!) do słuchawki, rozłączył się, a następnie posłał reniferowi uśmiech aż po ósemki.

Sam Kurogane zacisnął zęby, bo tą niewinną zagrywką Tomoyo kupiła Faia. Kupiła go dokumentnie i to bez większego wysiłku.

Jasna cholera, niech ją szlag! Gdzie ona się nauczyła tych podstępnych zagrywek, to jakieś naturalne zdolności manipulowania ludźmi, czy co?!

- Tak, to on! Cudny ten jego kostium, czyż nie? Ciężko pracuje, więc może odejdziemy trochę na bok, żeby nie blokować ruchu? – Tomoyo chwyciła blondasa pod ramię, niemal siłą obróciła wokół własnej osi i bez większych ceregieli pociągnęła go za sobą.

- Żadnych zdjęć… – Mruknął ze znużeniem Kurogane, słysząc ze strony wyszczerzonego Faia ten specyficzny rodzaj dźwięku, który poznał w ciągu ostatnich dni do znudzenia. – No chyba, że za opłatą… – Dodał przypomniawszy sobie Złotą Dewizę Szefostwa.

Odprowadził wzrokiem rozradowaną dwójkę. Patrzył jak Tomoyo jako pierwsza wyciąga rękę do powitania i jak bez skrępowania potrząsa w uścisku dłonią Faia. Potem zagłębili się w ożywioną rozmowę. Stali zbyt daleko, by Kurogane mógł cokolwiek z niej usłyszeć, dlatego w pełni zrezygnowany powrócił do swoich obowiązków, to jest do rozdawania ulotek i klepania dzieci po głowach. Zignorował uniesione brwi Śnieżynki, która domagała się wyjaśnień co do całej tej sceny, która rozegrała się chwilę wcześniej tuż przed jej oczyma. Później jej wszystko opowie. Może.

Tomoyo wróciła po kwadransie. Już sama, bez towarzystwa blondyna.

No cóż, szkoda.

- Nie nagadałaś mu żadnych bzdur na mój temat? – burknął półgłosem Kurogane.

- Nie, no skąd! Jakżebym mogła! – Obruszyła się dziewczyna. – Poza tym, mój drogi, nie jesteś pępkiem świata, nie wszystko musi się obracać wokół ciebie – stwierdziła protekcjonalnym tonem. – Rozmawialiśmy o jego karierze, trochę o moich projektach. Wymieniliśmy się mejlami, obiecałam, że wyślę mu zdjęcia kostiumów…

No, ta to jest szybka. Umie wynajdować sobie znajomości w branży. Bez dwóch zdań da sobie radę w szalonym świecie mody.

- Miałeś absolutną rację - Fai jest czarujący. Ciekawa osobowość. Niezwykle ciepły mężczyzna – wypaliła bez związku.

- Ja miałem rację? – syknął powątpiewająco, nachylając się nad przyjaciółką. – I już zdążyłaś przejść z nim na „ty"!?

- Uhm. Sam to zaproponował! Po co niepotrzebnie się mitygować? Na sam koniec powiedziałam mu, że byłbyś wniebowzięty, gdyby zaprosił cię na herbatę albo coś mocniejszego. Zaprosił, rzecz jasna, w Wigilię Bożego Narodzenia – uściśliła swobodnie.

Swobodne wtrącenie skutecznie ścięło Kurogane z nóg. Na szczęście tylko metaforycznie.

- Wniebowzięty… mnie zaprosił… w Wigilię… – powtórzył bezwolnie.

- Otóż to. Chyba się odrobinę zawstydził, ale przyznał, że weźmie ten pomysł pod uwagę! Bądź dobrej myśli! Jeszcze uda ci się skraść świątecznego buziaka!

- Nie zrobiłaś tego. Powiedz, że nie zrobiłaś – poprosił drżącym głosem. – Że tylko się droczysz.

- Zrobiłam. Musiałam. Wszystko będzie dobrze, Kurogane! Poroże do góry! – Tomoyo pocieszająco klepnęła renifera po puszystym ramieniu, a następnie zaszurała butami w znaczący sposób. – Już ci dłużej nie przeszkadzam, miłej pracy i do zobaczenia!

I poszła. A on został. Z całym swoim porożem, ulotkami i wewnętrznym roztrzęsieniem.


Do domu wrócił jak zwykle nieco zmęczony, dość mocno wymiętolony psychicznie i nadal trochę roztrzęsiony. Najwyraźniej wciąż roztaczał aurę lekkiej beznadziei oraz ogólnego znużenia, bo Osakijczyk sam, bez żadnej namowy zrobił i podał Kurogane herbatę.

Już po gorącej herbacie i gorącym prysznicu Kurogane czuł się na tyle dobrze, że zdobył się na przejrzenie kserówek oraz na spakowanie się na jutrzejsze zajęcia.

W ogólnym rozrachunku… Nie był to zły dzień. Owszem, byłoby lepiej, gdyby pewnie rzeczy nie miały miejsca, ale jak to mówią: zawsze mogło być gorzej.

Wystarczy, że nie będzie zaprzątał sobie głowy pewnymi – czysto hipotetycznymi – sprawami i spotkaniami, które mogą, ale wcale nie muszą się zdarzyć… a wszystko będzie dobrze. Skupi się na nauce i jakoś dociągnie (bez sercowych palpitacji) do końca roku, o.

W wyraźne lepszym humorze, z przemyśleniami zaskakująco pogodnymi jak na jego osobiste standardy, Kurogane zgasił światło, wślizgnął się pod kołdrę i wyłożył wygodnie na poduszce.

Sięgnął po telefon, który piknął gdzieś za jego głową. Wiadomość była od Faia. Brzmiała:

„Cóż za zgrabny chwościk, Kuro-pon ;)"

Do mejla dołączono wyraźne, znakomicie skadrowane zdjęcie o tematyce wiadomej.

- Ty dupku… – mruknął Kurogane z mimowolnym szczerym uśmieszkiem. Prędko wyklepał odpowiedź krótką a treściwą:

„Umrzyj w ogniu ;)"

Fai odpisał ciągiem serduszek w swoim starym stylu. Przeciętna nastolatka nie zużywała nawet połowy ilości serduszek, którymi w swych mejlach rozporządzał głupi gaijin.

Niespodziewanie rozczulony Kurogane znów uśmiechnął się do siebie, położył telefon na piersi i wsunął rękę pod głowę.

Cholera, i jak tu niby unikać tych wewnętrznych dygotów, kiedy te same pchają się Kurogane pod nos?

Z rozmyślań, które niepowstrzymanie zmierzały w kierunku romantycznych (i nie tylko) dreszczy wyrwał go sygnał kolejnej odebranej wiadomości.

Ach, znów Fai.

„Twoja przyjaciółka to bardzo sympatyczna i mądra dziewczyna. Cieszę się, że otaczasz się takimi ludźmi."

Kurogane zezwolił sobie na chwilę zastanowienia. Musiał przetrawić tę raczej odważną tezę. Wreszcie napisał odpowiedź. Lecz zanim ją wysłał, znów przetrawił przez chwilę, by ostatecznie wykasować „zazwyczaj" i wysłać Faiowi:

„Tomoyo jest w porządku."

Prawdę powiedziawszy nie miał wcale ochoty rozmawiać z głupolem o Tomoyo. Tym bardziej nie po tym, co dziś raczyła odpieprzyć. Mogliby porozmawiać o czymś innym. Albo lepiej: o kimś innym. O, na przykład o Faiu. O Faiu i o tym jaki on jest… hnnng!

Telefon znów zawibrował.

Jezu, żeby człowiek nie mógł sobie w spokoju porozmyślać, pofantazjować, innymi słowy popisać nieprawdopodobne scenariusze na temat obiektu swych uczuć, bo rzeczonemu obiektowi najwyraźniej się nudzi i postanowił zalać pechowego człowieka spamem! Nie ma sprawiedliwości!

„Dobranoc, kota na noc~"

No tak, oczywiście. Odkrywczej rymowance towarzyszyła fotka różowych fasolek, znaczy spodu łapek jednego z kotów należących do kretyna. Kurogane jak dotąd nie otrzymał żadnego zdjęcia, które ukazywało takiego faiowego kota w całości. Co innego dziesiątki fotek z łapkami, wąsikami i tak dalej…

A jednak wspaniałomyślnie również życzył blondasowi spokojnej nocy. Tyle tylko, że tym razem nie odkładał telefonu, policzył za to do stu i…

Piknęło.

No właśnie.

„Nie mogę zasnąć, bo cały czas przed oczyma mej wyobraźni jawi się TEN kostium. Chyba jeszcze raz zerknę na wiadomy ogonek. Hoho :3"

Och, jakież to zabawne. Ale skoro głupol chce pogrywać w ten sposób, to proszę bardzo…

Kurogane też potrafi pogrywać.

„Kręcą cię kostiumy włochatych reniferów? Tego się akurat po tobie nie spodziewałem." – Odpisał i zaraz dostał odpowiedź.

„Co ty mi tu zarzucasz?! [lol] Daleko mi do miłośników świątecznych… rogaczy. (Co innego inny rodzaj kostiumów. Zakładany w zupełnie innych okolicznościach :3)"

Oho.

„Hej, czy mi się zdaje, czy ta rozmowa zaczyna zmierzać w kierunku spontanicznego wyjawiania fetyszów…?"

I tak jak Kurogane się spodziewał, Fai podłapał temat szybciej niż błyskawica:

„Skoro tak twierdzisz… Zaczniemy od ciebie, bo aż mnie ciekawość zżera za czym szaleją Kuro-pony."

„Spróbuj zgadnąć." – Odklepał natychmiast, pozwalając na to, aby palce zadziałały szybciej niż ta bardziej rozważna i zdroworozsądkowa część mózgu."

„Dobrze więc… Po pierwsze nie myśl sobie, że dam się zwieść pozorom opryskliwego supersamca! Idę o zakład, że Kuro-pony, jako osobniki pełne sprzeczności, wariują na punkcie zupełnie zwyczajnych czułości. A ich najdziksze fantazje sprowadzają się do leżenia na kolanach Ukochanej Osoby, potrzeby głaskania po głowie i drapania za uchem."

„Nie jestem psem." – Odparł i bezwiednie się zaczerwienił.

„Źle trafiłem? Kuro-wanko jednak przedkłada wojeryzmy i insze parafilie ponad stare, dobre mizianie? :C"

„Tego nie powiedziałem. A jeśli aż tak cię to ciekawi, to sam spróbuj się przekonać."

„Czy mnie oczy mylą? Zapraszasz mnie do pomiziania za uchem? Nie, to musi być pogróżka. O, albo wyzwanie! Potrafię wyczuć wyzwanie na odległość! :3"

„Aa, racja, zapomniałem, że panowie w twoim wieku lubią podnosić każdą pierdołę do rangi wyzwania." – Odpisał w swoim stałym stylu, gdyż to wszystko zaczynało go… przerastać. Kurogane przełknął ślinę i przetarł zarumienioną twarz dłonią, zastanawiając się mimowolnie, czy nie przesadził. A zresztą. Raz się żyje. Dla blondasa to i tak nic innego jak zabawna sytuacja, o której jutro nie będzie nawet pamiętał.

O, odpisał.

„Czy Kuroro właśnie poczynił mało subtelną aluzję, że jakoby jestem STARY?" – Krzyczał niedowierzająco mejl, a Kurogane znów się uśmiechał jak jakiś głupek.

Zanim zdołał odpisać, piknęło ponownie:

„Nie waż się odpowiadać na to czysto retoryczne pytanie! Dzięki za interesującą wymianę myśli (to było coś!), ale teraz już serio, serio idę spać, bo wszystko wskazuje na to, że jutro czeka mnie długi dzień :c".

No tak, było miło, ale się skończyło.

Kurogane jeszcze raz życzył Faiowi dobrej nocy. A nawet dodał tym razem serduszko. A co tam.

Wreszcie mógł odłożyć telefon i położyć się do snu.

O rany, co za dzień. Nawet wspomniane najdziksze fantazje nie przewidziałyby podobnego scenariusza.


A/Nu ciąg dalszy!

Czyli rozwijamy wątpliwości.

W Japonii nie używa się smsów, istnieje za to system mejlowy. Szczegółów niestety nie znam.

Kuro-renifer (ach, co za radość) jest jak najbardziej kanoniczny. Nie jestem w stanie wskazać źródła tych clampowych (sic!) doodli, ale... szukajcie, a znajdziecie.

Obchody Świąt w Nipponie wyglądają inaczej niż u nas. Są bardziej laickie. Słowa klucze: KFC, deeto, kurisumasu keeki. Gorąco zachęcam do zgłębienia (a nawet zgłąbienia) tematu.

To tyle, do następnego.