Rozdział 4
Każdy człowiek to zagadka
W sobotę John miał zaplanowane dwie ważne i nieprzyjemne sprawy. Bardzo nieprzyjemne, ale bardzo ważne.
Rano spotkał się z siostrą. Harry już od dawna zasypywała go smsami i e-mailami z prośbami o spotkanie, lecz John odsuwał tę chwilę jak mógł. Rozumiał, że trzeba będzie iść na ślub, ale miał nadzieję, że wystarczy jak mignie na samym początku, a po oficjalnej ceremonii cicho się wymknie. Natarczywość Harry wzbudzała nieprzyjemne podejrzenia. Mogło jej przyjść do głowy, że John powinien poprowadzić ją do ołtarza, czy też wygłosić mowę albo zrobić jeszcze inną temu podobną głupotę.
Harry czekała na niego przy okrągłym stoliku w „Skórce Pomarańczowej", przytulnej choć ekskluzywnej kawiarni na Piccadilly Street. Głośno grała muzyka, z fotografii na ścianach uśmiechali się Dalajlama, Ghandi i inni ludzie o dobrych oczach. Pod sufitem kołysały się sznury paciorków. Ledwo John usiadł za stolikiem, kiedy przyszła kelnerka z niebieskimi dredami, związanymi chustką i zaproponowała mu herbatę o nazwie „Skok Zielonego Ślimaka".
Harry od razu przeszła do rzeczy. Rozłożyła w wachlarz zaproszenia, wybrała trzy i podała bratu.
- To wszystko dla mnie?
- Oczywiście. – Harry wcisnęła mu kartoniki do ręki. – Zabierz ze sobą tego swojego świra i małego.
- Chcesz, żeby przyszli na ślub?
- Powiedzmy, że nie będę zbyt mocno protestować. – Harry uśmiechnęła się, upiła łyk z maleńkiej glinianej filiżanki i skrzywiła się. – Paskudztwo! Ale podobno coś tam oczyszcza w organizmie.
- Nie rozumiem... – John pokręcił głową, ze zdumieniem patrząc na zaproszenia. „Sherlock Holmes" głosiły srebrne litery. „Hamish Watson". – Przecież ty ich nie cierpisz!
- Tylko starszego.
- Nazywałaś Hamisha „to" i „klon"! – przypomniał John. Nie zamierzał zapomnieć o tych słowach, choć Harry potem przeprosiła.
- Przecież chłopak jest klonem, co ja mogę na to poradzić? – Widząc minę brata, Harry poprosiła z rezygnacją: - Nie kłóćmy się, dobrze? John, jestem zaręczona. Powinnam być szczęśliwa! Nie psuj tego tym razem, okej?
Ponownie podeszła kelnerka i John był zmuszony zamilknąć, póki dziewczyna bez pośpiechu stawiała pośrodku stolika dziwaczny imbryk na trzech nóżkach. Kiedy odeszła, Harry wymamrotała:
- Ostatecznie to nie moja sprawa, co robisz ze swoim życiem. Przecież też uważałeś, że nam nic nie wyjdzie z Clarą, ale milczałeś.
- Zły przykład.
- Wiem. – Harry uważnie spojrzała Johnowi w oczy, a on udał, że jest bardzo zainteresowany dziwnym czajniczkiem. – Zbierać guzy to czasem nawet zdrowo. Inna sprawa, że ty już jesteś na to za stary. Zawsze mi się wydawało, że w tym wieku już będę rozpieszczać twoje dzieci i kłócić się z twoją żoną.
- Możesz rozpieszczać Hamisha. I kłócić się z... – John ugryzł się w język i poczerwieniał. Cholerna Harry z jej cholernymi pułapkami słownymi!
Nagle do niego dotarło, po co to wszystko. Czemu trzy zaproszenia.
- Chcesz zrobić przedstawienie, tak? O, naturalnie. Czemu ja od razu... – wymamrotał, ściskając palcami nasadę nosa. - Dziwna rodzinka na weselu: homoseksualna para i dziecko-klon, czyż to nie zabawne? Zdeklarowany kawaler John Watson i geniusz-socjopata. Cyrk dziwolągów.
- Przestań! Wiecznie wszystko odwracasz do góry nogami! – Harry się rozzłościła. – Staram się, nie widzisz? Staram się jakoś to wszystko naprawić, a ty mi ani trochę nie pomagasz. Myślisz, że chcę oglądać tego przygłupa? Żeby rozpowiadał publicznie moje sekrety, a tobą pomiatał jak kelnerem?
- On mną nie pomiata! – Głupie kłamstwo i John to wiedział. Harry zmrużyła oczy.
- Prawie cię doprowadził do samobójstwa. A potem wrócił jakby nigdy nic, a ty znów całujesz go po piętach. Nawet z powodu Hamisha nie mogłeś stać się mężczyzną.
- Starczy. – John wstał, ale Harry chwyciła go za rękę.
- On cię po prostu kupił. Bogaty rozpieszczony chłopczyk. Zapewne w dzieciństwie marzył, żeby mieć żołnierzyka!
- O czym ty w ogóle...
- Jak myślisz, na jaką sumę się u mnie zadłużyłeś przez te lata? – Spojrzenie Harry stwardniało. John zalał się rumieńcem wstydu. Z powodu ślubu Harry na pewno ma mnóstwo wydatków i powinien jej zwrócić dług. Nie chciała tego mówić wprost. Miała nadzieję, że brat będzie miał choć tyle rozumu... Jakże mu teraz głupio.
- Przepraszam. Ja się postaram... – wybąkał, lecz Harry mu przerwała.
- Już nie trzeba. Twój „przyjaciel" – cudzysłów był tak wyraźny, że Harry nawet nie musiała go zaznaczać palcami w powietrzu – zwrócił mi wszystko, co do pensa. Przy czym nie podawałam mu sumy i myślę, że ty też nie.
- W ogóle o tym nie rozmawialiśmy!
- No cóż, wyznaczył mi spotkanie i wypisał czek. Bardzo w porę zresztą, ale miałam ochotę mu ten czek wsadzić w dupę. Tak myślałam, że nie jesteś zorientowany. Raczej nie macie wspólnego konta.
- Czasami biorę jego kartę, żeby kupić mleko – mruknął John. – Jaka to kwota? Na pewno straszna kupa pieniędzy. Zamierzałem spłacać cię ratami.
- Spłacaj jemu. W naturze – parsknęła Harry, odchylając się na oparcie krzesła. – I wiesz... Żal mi małego. Instynkt macierzyński mam w atrofii, ale mogę sobie wyobrazić, jak ciężko jest dzieciakowi z tym twoim świrem.
- Nie, to nie...
Johnowi przerwał głośny okrzyk:
- Hej, lesba!
Do stolika podeszła wysoka, chuda dziewczyna. Jej jaskrawoczerwone włosy były ostrzyżone tak krótko, że nie potrzebowały grzebienia. Dziewczyna czule objęła twarz Harry dłońmi i krótko pocałowała w usta.
- No patrzcie tylko, kto jest w mieście! – Harry odchyliła głowę, patrząc na dziewczynę. Oczy jej lśniły. – Ładnie ci w tej fryzurze.
- Podoba ci się moja łysina? – Dziewczyna zaśmiała się, przeczesując włosy Harry palcami. – Chciałam cię odszukać, jak tylko przyjechałam. Nawet rozpytywałam tu i tam.
- Mogłaś po prostu zadzwonić. Zapisałam ci numer.
Dziewczyna zadarła pstrą koszulkę, odsłaniając brzuch.
- Wyobraź sobie, zniknął. Starałam się nie myć przez te lata, ale szminka szybko się ściera.
Harry przesunęła po nim palcami i John głośno odkaszlnął w kułak. Harry cofnęła rękę, a dziewczyna odwróciła się do Johna, opuszczając T-shirt.
- Cześć. Jestem Tonika. A ty na pewno nie jesteś jej chłopakiem.
- To mój brat, John. Możesz się nie wysilać, nie znajdziesz z nim wspólnego języka – zawsze się martwi, co ludzie sobie pomyślą i prawie nie pije.
- I jeszcze nie lubi, jak o nim się mówi w trzeciej osobie – dodał John ponuro, bardzo delikatnie ściskając dłoń Toniki. Jej kości palców wydawały się kruche jak u pisklęcia. – I piję, jeśli mam ku temu powód. Na przykład na ślubie siostry z pewnością wypiję jedną czy dwie szklaneczki whisky.
- Znaczy ślub? – Tonika popatrzyła na Harry uważnie.
- Już po raz drugi – sprecyzował John uprzejmie, a Harry kopnęła go pod stołem.
- Powinnaś przyjść – powiedziała z wymuszonym uśmiechem. Uśmiech Toniki był szczery i pełen żalu.
- Wiesz, że nie. Będę nie na miejscu. Życzę ci szczęścia, ty mała pijaczyno. – Tonika nachyliła się i ponownie pocałowała Harry - tym razem w czoło, jak zmarłą na marach. – Może kiedyś jeszcze na siebie trafimy. Londyn to zdumiewająco małe miasto!
Tonika odeszła, a Harry zwróciła się do Johna, zła i nadąsana.
- Musiałeś to robić?
- Musiałem. Jeszcze mi podziękujesz. Tak samo jak twoja przyszła żona.
- On ma na ciebie zły wpływ. Dobraliście się jak diabeł z szatanem.
- Nie taki diabeł straszny, jak go malują. – John podniósł się, biorąc zaproszenia. – Zapytam ich. Może przyjdziemy razem. Całą rodziną.
Wychodząc z kawiarni, John się uśmiechał. Do tego momentu, kiedy zdał sobie sprawę, że znów nie zapłacił rachunku.
Do szkoły dotarł z opóźnieniem. Musiał zajrzeć na Baker Street, sprawdzić czy Sherlock nie wysadził siebie i domu, zostawić na widocznym miejscu tacę z obiadem i uprzedzić, że wychodzi. Sherlock, zajęty jakimś chemicznym doświadczeniem, niczego nie widział i nie słyszał. John nawet nie był pewny czy jego obecność została zauważona. To na pewno nie była najlepsza pora na rozmowę o ślubie czy zwróconych Harry pieniądzach. Żałosne: „Może chcesz ze mną pojechać?" też pozostało bez odpowiedzi.
Kiedy John wyszedł z domu, zauważył czarny samochód przy krawężniku. Bardzo dobrze: zebranie zaczęło się już kilka minut temu, a podróż metrem zajmowała całe dziesięć. John wsiadł do przyciemnionej kabiny i uśmiechnął się w odpowiedzi na radosne „Cześć, tata!" Hamisha. Od dnia powrotu Sherlocka Hamish starał się nazywać Johna „tatą", za wyjątkiem tych przypadków, kiedy zapominał o swoim postanowieniu lub się z jakiegoś powodu obrażał.
- John. – Mycroft uśmiechnął się życzliwie i natychmiast wrócił do przerwanej rozmowy. Obaj z Hamishem roztrząsali temat ludzkiej natury, ni mniej, ni więcej. John poprawił się na siedzeniu, uśmiechnął do Anthei, jednak nie zasłużył nawet na krótkie spojrzenie. Dziewczyna była zbyt zajęta swoim telefonem. No cóż, w świecie powinno być cos stałego, nieprawdaż? John rozparł się wygodnie i zaczął patrzeć na domy za przyciemniana szybą. Auto poruszało się pewnie i płynnie. Przymknął oczy. Może uda mu się zdrzemnąć kilka minut, nim dotrą do szkoły? Był rozpaczliwie niewyspany. Dzień pracy zaczynał się o ósmej rano, lecz wstawać trzeba było znacznie wcześniej, żeby przygotować i odprowadzić Hamisha do szkoły, a potem dojechać do domu spokojnej starości. A dziś o świcie Sherlockowi strzeliło do głowy, żeby grać na skrzypcach, więc weekend zaczął się od Vivaldiego, co samo w sobie nie było złe - szkoda tylko, że o szóstej rano.
- Masz sposób myślenia uczonego, filozofa – powiedział Mycroft i John otworzył oczy. Hamishowi to wyraźnie pochlebiło – wysoko cenił te rozmowy i każdy osąd Mycrofta uważał za jedyną słuszną prawdę. Mycroft łatwo zawojował serce chłopca. Zawsze znajdował czas, żeby wysłuchać jego historii (w odróżnieniu od Johna), a także rozmawiał z Hamishem jak z równym, nie naśmiewając się z niego i nie traktując protekcjonalnie, jak to często robił Sherlock. – Kiedyś twoje prace będą znane na całym świecie i z dumą będę wspominać naszą znajomość w najwyższych kręgach, jeśli będzie trzeba się pochwalić ważnymi związkami. – Nawet najczystszej wody pochlebstwo w ustach Mycrofta brzmiało szczerze. „Polityk" – pomyślał John z westchnieniem. Mycroft zapamiętał, że droga do serca Sherlocka wiodła przez „Wstrząsające!" oraz „Świetnie!" i teraz na całego korzystał z tej metody, nieco bardziej ją rozwinąwszy. Hamish wyniośle skinął głową, ale jego twarz zalał rumieniec zmieszania.
- Pokazałem Mycroftowi mój dziennik obserwacji – wyjaśnił Hamish. – No ten dziennik. Niebieski zeszyt. W zeszłym tygodniu dawałem ci go do czytania!
John udał, że pamięta. W rzeczywistości w zeszłym tygodniu tyle się działo, że przypomnieć sobie o jakimś zeszycie było ponad jego siły. Ostatecznie nie każdy może się pochwalić genialnym, wszystko zauważającym i wszystko zapamiętującym mózgiem!
- Dobrze się bawiliście? – pospiesznie zmienił temat.
Hamish kiwnął głową, a Mycroft znów się uśmiechnął. Doskonale wyglądał w granatowym garniturze. Nie sprawiał już wrażenia zmęczonego i chorego. Jego zwykle chłodne i puste oczy błyszczały, jakby w Holmesa nagle wstąpiło więcej życia. Jeśli to Hamish tak na niego wpływa, powinni się częściej spotykać, uznał John.
- Byliśmy w opactwie westminsterskim – zakomunikował Hamish. – A potem Greg nas zabrał do kawiarni z fast-foodem. Jadłem cheesburgera! Świństwo, ale zawsze to nowe doświadczenie.
- Greg? – John uniósł brwi.
- Powiedział, że mogę go tak nazywać. Powiedział: „No, przynajmniej jeden nauczy się mojego imienia". Myślę, że miał na myśli Sherlocka, ale nie jestem pewien.
- Greg Lestrade. Ach, tak. – John uśmiechnął się, zerkając na Mycrofta.
- Jesteśmy na miejscu – oznajmił tamten chłodno, wskazując na budynek szkoły za oknem. – Miło było porozmawiać, ale obawiam się, że już jesteście spóźnieni.
- Tak. W rzeczy samej. – John starannie ukrył uśmiech. – Porozmawiamy... innym razem.
Niezgrabnie wysiadł z samochodu, nie zapomniawszy pożegnać się z Antheą, która nawet nie odwróciła głowy. Hamish wysiadł w ślad za nim i odprowadził wzrokiem odjeżdżający samochód.
- Powiedziałem coś nie tak? – Zerknął na Johna.
- Uczony i filozof – być może, ale szpiega to z ciebie nie będzie. – John objął syna za ramiona i skierował do szkolnej bramy. – Nic takiego, nie denerwuj się.
Denerwować powinien się on, od tego są wywiadówki. A do tego wszystkiego z Hamishem chciał porozmawiać szkolny psycholog. John nie chciał oddawać syna na pastwę mózgologa, jednak nauczycielka długo i przekonująco prosiła, żeby „dać Hamishowi szansę", po czym trudno było się sprzeciwiać. John obawiał się, że Sherlock mówił serio i całe to jego gadanie: „Jestem wysoko funkcjonującym socjopatą, bla-bla-bla, ludzie mnie nie interesują do momentu swojej śmierci, bla-bla-bla" nie było bufonadą, a prawdziwym wyznaniem. Przyznaniem się do poważnej i strasznej diagnozy. Chociaż Hamish nie był dokładną kopią Sherlocka, w towarzystwie obcych ludzi zachowywali się absolutnie jednakowo. Nic dziwnego, że Hamish do tej pory nie znalazł sobie przyjaciela, w żadnej szkole. John cały czas powtarzał sobie: „Sherlock przecież znalazł mnie? Kiedyś i Hamishowi się poszczęści". Miał jednak przy tym nadzieję, że Hamishowi te poszukiwania nie zajmą trzydziestu lat z hakiem.
Szli szkolnym korytarzem. Hamish kierował się prosto do celu, starając się trzymać jak najbliżej Johna, jakby przebywał na wrogim terytorium. Może tak właśnie było? Nagle chłopiec uniósł głowę i spojrzał na Johna z zastanowieniem.
- Wieczorem szkoła jest całkiem inna – powiedział ze zdziwieniem. – Kiedy jest całkiem pusta, jest tu nawet przyjemnie.
Johnowi ścisnęło się serce, ale tylko uśmiechnął się i rozwichrzył Hamishowi loki. Zatrzymali się przy drzwiach z tabliczką „Anita Flores. Psycholog szkolny". Nieco niżej wisiał wydrukowany obrazek z rozzłoszczonym człowieczkiem i napisem: „Kartka gniewu! Jeśli jesteś bardzo, bardzo, bardzo zły, możesz ją zerwać, pognieść i zdeptać nogami".
- Jeśli poczujesz, że już nie chcesz tu być, po prostu poczekaj na mnie pod gabinetem nauczycielki – zaproponował John ze współczuciem. – I pamiętaj, nie musisz jej mówić tego, czego nie chcesz.
- Wyprawiasz mnie jak na bitwę – uśmiechnął się Hamish i poklepał Johna po ramieniu. (Johna niepokoiła myśl, że za parę lat będzie patrzyła na Hamisha z dołu). – Nie martw się tak. Wszystko będzie w porządku. Idź na zebranie, panna Clover nie lubi, jak się spóźniać.
Jednak panna Clover nie skarciła Johna nawet spojrzeniem. Wskazała mu tylko wolną ławkę, więc usiadł za pozostałymi rodzicami, czując się jak olbrzym w krainie liliputów. Pojedyncze ławki były zbyt małe. John uniósł blat, żeby zerknąć do schowka na zeszyty. Leżała tam nadgryziona cebula, plik kartek z bloku rysunkowego upstrzonych niezrozumiałymi równaniami i mały zaostrzony kołek, zapewne osikowy.
Ku zmieszaniu Johna, panna Clover mówiła przez dziesięć minut, a potem oznajmiła, że zebranie jest zakończone. John pozostał w ławce, kiedy pozostali rodzice żegnali się z nauczycielką i wychodzili. Niektórzy podchodzili do niej, by wymienić kilka zdań. Kiedy wyszła ostatnia para, John niezgrabnie wydostał się z ławki i podszedł do uśmiechniętej nauczycielki.
Kiedy Hamish wspominał ją w opowiadaniach o szkole lub kiedy dzwoniła do Johna w jakiejś sprawie, wyobrażał ją sobie jako zmęczoną, niepozorną kobietę. Było zaś całkiem odwrotnie. Panna Clover - nauczycielka, która niedawno wzięła pod swoje skrzydła młodsze klasy, w miejsce starszej pani Brown, która zachorowała - była urocza, niebieskooka i bardzo młoda. John czuł się przy niej jednocześnie jak starzec i niegrzeczne dziecko. Przeprosił za spóźnienie, wymamrotawszy coś o korkach i pracy. Nauczycielka puściła to mimo uszu, miała do omówienia znacznie ważniejsze kwestie.
- Martwię się o Hamisha – powiedziała wprost, przysiadając na skraju biurka. – Jest bardzo samotnym chłopcem. Ani razu nie widziałam, żeby z kimś rozmawiał, co najwyżej kilka razy powiedział coś niemiłego innym dzieciom. Większą część czasu spędza sam, coś pisze albo czyta.
- Nie jest zbyt towarzyski – przyznał John.
- Ale każdemu jest potrzebny choć jeden przyjaciel. Albo przynajmniej znajomy. Po prostu człowiek, z którym można omówić nowości, razem zjeść obiad, pośmiać się. Nigdy nie widziałam, żeby Hamish się uśmiechał, panie Watson.
- On się często uśmiecha – odparł John. – Kiedy jest ze mną.
Panna Clover popatrzyła na niego ze współczuciem i powiedziała, jak mogła najłagodniej:
- On nie może zostać z panem na zawsze. Pewnego dnia będzie go pan musiał wypuścić w świat. Hamish zacznie budować własne życie, przyjdzie mu żyć z innymi ludźmi. Nie chce pan, żeby znalazł bliskich przyjaciół?
- Oczywiście, chcę...
- Odprowadza go pan do szkoły i odbiera prawie każdego dnia – przerwała mu panna Clover. Uśmiechnęła się, przygryzając wargę. – To naprawdę bardzo miłe, ale już prawie wszystkie dzieci w tej klasie docierają do szkoły samodzielnie, a wracają w grupach. Tak jest im weselej. Większość byłaby bardzo zawstydzona, gdyby rodzice ich chcieli odprowadzać. To taki wiek, panie Watson. Dla nich to bardzo ważne pokazać, że mogą sami. Że są już tacy dorośli. A Hamish... Wygląda na starszego od swoich kolegów z klasy... – To był niebezpieczny temat i John natychmiast zesztywniał. Jakby wyczuwając jego napięcie, panna Clover zakończyła niepewnie: - A pan traktuje go jak malucha. Przepraszam, jeśli wtrącam się w nie swoje sprawy.
- Nie. Martwi się pani. Rozumiem. To pani obowiązek.
- To nie tylko obowiązek – zaprzeczyła miękko. – Lubię te dzieci. Są takie różne, zabawne... Uważam je za swoją rodzinę. Dlatego tak się przejmuję tym, co się dzieje z Hamishem. Mogę sobie wyobrazić, jak bardzo się przejmuje pan!
- Rozumiem – wybełkotał John. – Postaram się... Pomyślę, co można zrobić...
Jednak nadzieja, że na tym nieprzyjemna rozmowa się zakończy, okazała się płonna.
- Hamishowi nudzi się na lekcjach. Jest bardzo utalentowany, ale zupełnie się nie stara. Wydaje się, jakby zawsze liczył sekundy do dzwonka i wybiega z klasy, kiedy inni jeszcze zbierają swoje rzeczy. Nie uczestniczy we wspólnych dyskusjach na lekcjach, ale doskonale wypełnia zadania indywidualne. Bardzo lubi zwierzęta i świetnie sobie z nimi radzi. Od kiedy odpowiada za kącik przyrody, nasza ropucha zaczęła rosnąć w oczach. Chyba dobrał jej jakąś specjalną karmę. Pomyślałam, że będzie mu przyjemnie iść z klasą do ogrodu zoologicznego. Często gdzieś chodzimy całą klasą: do kina, teatru, do muzeum... Uważam, że kiedy dzieci spędzają czas razem poza szkolnym budynkiem, mogą lepiej się nawzajem poznać. Szkoda, że pan nigdy nie puszcza Hamisha na takie wycieczki.
John wytrzeszczył oczy w zdumieniu.
- Ja nie puszczam?
Panna Clover sposępniała.
- Przynosił notatki od pana. Że pan sobie nie życzy. No tak. Powinnam się była domyślić. Przez telefon był pan bardzo uprzejmy, a tu nagle listy: „Bezsensowna strata czasu i pieniędzy".
John zakrył twarz rękami i wymamrotał:
- Teraz jeszcze i kłamie. Po prostu cudownie!
- Przykro mi. Panna Flores to świetny psycholog, myślę, że mogłaby pomóc.
- Wie pani, kiedyś chodziłem do psychoterapeuty. Wróciłem z wojny i... Nieważne. – John nie wiedział, czemu to opowiada, ale panna Clover kiwała głową, uważnie patrząc na niego swoimi miłymi niebieskimi oczami. – Niezbyt mi to pomogło. A przecież jestem lekkim przypadkiem.
- Pan się po prostu nie docenia – uśmiechnęła się nauczycielka, a John się roześmiał.
- Być może.
- Jest coś jeszcze. Bardzo... trudny temat. – Panna Clover na sekundę zamknęła oczy, jakby zbierając myśli. John lekko pochylił się do przodu, chcąc łowić każde jej słowo.
- Proszę mówić. Wszystko w porządku, naprawdę. Nie zacznę tupać nogami i skarżyć się na jakość nowoczesnego systemu nauczania.
Roześmiała się, ale zaraz znów spoważniała.
- Jest pan po prostu bohaterem, panie Watson.
- Mam na imię John.
- Jest pan bohaterem, John. Wychowuje pan syna, stara się dać mu wszystko co najlepsze... i to zasługuje na wielkie brawa.
- Ale...? Słyszę tam wyraźne „ale".
- Hamishowi brakuje matki. Bardzo za nią tęskni.
- Nie sądzę – rzekł John wymijająco.
- Proszę mi wierzyć.
- Naprawdę, nie w tym przypadku.
- Nie powinien pan tak mówić!
- Po prostu nie wie pani wszystkiego.
- Jednak wiem, że każde dziecko potrzebuje matki. To tak samo oczywiste jak prawo ciążenia.
- Jak to, że Ziemia krąży wokół Słońca... – wymamrotał John półgłosem. – Myśli pani...
- Wiem. Pan nigdy... Czy pan rozmawiał o tym z Hamishem?
- Nie. Ja po prostu... Do licha! Skąd ja mu wezmę matkę? – John potarł czoło, załamany. Nie zastanawiał się nad tym, czego jest pozbawiony Hamish. Jego własna matka umarła, kiedy był jeszcze całkiem młody. To rozbiło wszystko, absolutnie wszystko. Po tym zdarzeniu Johnowi było całkiem wszystko jedno, gdzie idzie i co robi. Wyruszenie na wojnę wydawało się dobrą decyzją. Myślał, że ból ucichnie i rzeczywiście ucichł, ustąpiwszy miejsca całkiem innemu.
Jednak Hamish nigdy nawet tego nie poznał. Czułych dłoni, wysokiego głosu śpiewającego kołysankę, tkliwego pocałunku w czoło. Matczynej miłości, matczynej troski. Wszystko co miał, to emerytowany wojskowy, który miał problemy z zaufaniem oraz Sherlock, który miał z kolei problemy z całą resztą.
- Pan nie musi... Nie to miałam na myśli. – Panna Clover nagle podeszła do Johna i położyła mu dłonie na ramionach. Pachniała jakimiś słodkimi, kwiatowymi perfumami. „To przecież zapach koniczyny"1 – uświadomił sobie nagle John, uśmiechając się do tej myśli.
- Zdenerwowałam pana? – spytała panna Clover cicho. – Proszę wybaczyć. Nie chcę, aby pan myślał, że uważam pana za złego ojca. Jest pan naprawdę dobrym ojcem. Bardzo dobrym, John. Od razu to widziałam.
- Jak wspaniale, a mnie się wydawało, że te szkła kontaktowe są za słabe przy pani krótkowzroczności!
Do klasy wkroczył Sherlock. John odskoczył od nauczycielki, jakby tu rzeczywiście rozgrywało się coś nieprzyzwoitego. Sherlock zmierzył go obojętnym wzrokiem i znów odwrócił się do zmieszanej panny Clover. „Oj, co teraz będzie..." – pomyślał John ze zgrozą.
- Rozumiem, okulary z grubymi szkłami rzeczywiście nie dodałyby pani popularności. Jak panią nazywali uczniowie starszych klas w poprzedniej szkole? Panna Kret? Mikroskop w spódnicy? Dlatego poprosiła pani o młodsze klasy, kiedy przeniosła się tutaj. Dzieci bywają okrutne, czyż nie?
- Inspektorze... – zaczęła panna Clover, ale Sherlock z rozdrażnieniem machnął ręką.
- Jeszcze nie skończyłem. Cóż my tu mamy? Pies, nieduży, długa ruda sierść, prawdopodobnie spaniel. Nie jest pani zamężna, oczywiście. Wielbicielka glinianych figurek? Jak miło. Chociaż jest w tym coś niezdrowego...
- Sherlock – zaczął gniewnie John, lecz Sherlock wycelował w niego palec. Z oburzenia John stracił dar mowy. Wystarczyło, by detektyw dobił nieszczęsną kobietę.
- Jestem pewien, że pani ceni swoją pracę, skoro tak kocha dzieci, mimo wszystko. I dlatego zdoła trzymać swoje hormony pod kontrolą. Tak, pani rozpaczliwie chce mieć dziecko. I owszem, ma pani właśnie owulację, ale to jeszcze nie powód żeby się rzucać na wszystkich mężczyzn! Jeśli się pani opanuje, obiecuję nie mówić nikomu, że chce pani skorzystać z banku spermy. Ups! – Sherlock teatralnie przyłożył palce do ust. – Zresztą to i tak zbyt oczywiste, żeby dało się ukryć...
John zamknął oczy. Już nie pamiętał, kiedy ostatni raz tak potwornie się wstydził z powodu Sherlocka.
- A co to za natrętny zapach? Ach, tak. Pani Koniczyna. I kogóż pani szuka? Pana Leprechauna?2
- Jeśli to aluzja do mojego wzrostu, to lepiej natychmiast się zamknij – przerwał mu ostro John.
- To nie... – Sherlock wyglądał na szczerze zdziwionego. – W głowie mi nie postało...
- Cudownie. W takim razie milcz, zanim znów chlapniesz coś obraźliwego.
- Ależ skąd! Irlandzka symbolika, John! – zawołał Sherlock z rozpaczą, próbując wyjaśnić. Rozległ się cichy dźwięk i obaj mężczyźni odwrócili się ku nauczycielce. Ta śmiała się, zasłaniając usta dłonią, jakby się wstydziła własnej wesołości.
- Co za przedstawienie – powiedziała. – Dawno nie widziałam czegoś takiego.
- Zapraszamy do domu, tam jeszcze mamy akrobacje na trapezie – warknął John półgłosem. Właściwie był bardzo zadowolony, że panna Clover nie obraziła się, choć miała do tego pełne prawo.
- Jak rozumiem, panowie obaj... – Panna Clover przeniosła wzrok z Sherlocka na Johna, robiąc gest ręką. Ten doskonale wiedział, co ludzie mieli na myśli, kiedy tak machali. To był bardzo znajomy gest.
- Nie jesteśmy razem – powiedział szybko. Sherlock ze zdziwieniem uniósł brwi.
- Żyjemy w jednym mieszkaniu.
- Tak, jako współlokatorzy. Wynajmujemy na Baker Street, tam są wysokie czynsze – wyjaśnił John nauczycielce.
- Spaliśmy razem – przypomniał Sherlock.
- W JEDNYM ŁÓŻKU! – John poczuł jak twarz mu płonie. – Nie ze sobą, a w jednym łóżku! Dlatego, że cię pożałowałem i nie odesłałem spać na kanapę, gdzie twoje miejsce! I to było tylko JEDEN RAZ!
- Ale ty mnie obejmowałeś.
- We śnie! Przypadkiem cię objąłem, to jeszcze nic nie znaczy! Nie jestem gejem, nawet odrobinę...
- I sklonowałeś mnie, bo nie mogłeś beze mnie żyć – zakończył Sherlock, zadowolony z siebie.
Świat się zawalił.
John zamknął oczy. Zrobił głęboki wdech. A potem odezwał się swoim najstraszliwszym tonem:
- Idź precz. Poważnie. Dość już powiedziałeś, a teraz odejdź. I nie pokazuj mi się na oczy aż do wieczora, wtedy porozmawiamy.
Nawet jeśli Sherlock chciał zaprotestować, powstrzymał się. Zdążył dostatecznie dobrze poznać Johna, żeby wiedzieć, kiedy lepiej ustąpić. Otworzywszy oczy, John stwierdził, że został sam z panną Clover. Nauczycielka nie spuszczała z niego wzroku.
- Są rzeczywiście do siebie bardzo podobni. Zbyt podobni, by być dalszymi krewnymi – powiedziała powoli. – Czyżby pan...
Drzwi klasy się uchyliły.
- Tato, długo jeszcze? Panno Clover, miałem dziś z tatą plany.
John z niepokojem obserwował twarz nauczycielki. Czy pojawi się tam obrzydzenie, zgroza, ciekawość? Czy to, czego się dowiedziała, wpłynie na jej stosunek do Hamisha? W każdym razie, kiedy panna Clover obróciła się do stojącego w drzwiach wyglądała, wyglądała na spokojną i życzliwą.
- Już kończymy. Nie martw się, zaraz dostaniesz swojego tatę z powrotem.
- Hamish, jeszcze minutkę. Poczekaj na korytarzu - poprosił John. Chłopiec zmierzył go podejrzliwym spojrzeniem: Johnowi nigdy nie udawał się dobrze udawać spokoju. Kiedy drzwi się zamknęły, John zwrócił się do panny Clover. Był pewien, że syn podsłuchuje, więc nie mógł niczego powiedzieć wprost.
- Zapraszam panią na kawę. Proszę. Proszę się zgodzić - poprosił John stanowczo, patrząc nauczycielce prosto w oczy. – Po prostu kawa. Musimy pomówić. Ja naprawdę… bardzo chcę…
- Dobrze - powiedziała nagle.
- Dobrze? - John nie mógł uwierzyć, że to wszystko poszło tak łatwo. Ona rzeczywiście pozwoli mu wyjaśnić! I nie patrzy na niego jak na wariata.
- Dobrze. I nie tylko na kawę. Zgodzę się też na kawałek tortu w charakterze rekompensaty za grubiaństwo pańskiego przyjaciela.
- Dziękuję. – John odetchnął z ulgą. – Dziękuję pani! Pani... Pani przecież nikomu...
- Niech pan już idzie, John. Czeka na pana syn – podkreśliła ostatnie słowo, delikatnie dotykając jego ręki.
- Dobrze. I dziękuję. Napiszę do pani, żeby się umówić na spotkanie. Nie, zadzwonię.
Zaśmiała się.
- Dziękuję – powtórzył, podchodząc do drzwi. – Pani bardzo... Nawet nie miałem pojęcia, jaka pani jest...
- Lisa.
- Co?
- Na imię mam Lisa. Pomyślałam, że może chciałby pan wiedzieć.
- Tak. Tak, chciałem. Lisa. – John uśmiechnął się, ostrożnie otworzył drzwi (żeby nie uderzyć Hamisha w głowę, jeśli ten nie zdąży odskoczyć) i wyszedł na korytarz.
W metrze John zastanawiał się, co teraz począć. Nie chciał, żeby Hamish musiał zmieniać szkołę z powodu tego, co nieostrożnie palnął Sherlock. Oczywiście klonowanie nie było zabronione prawnie, ale takich ludzi było zbyt mało i jak każda mniejszość często cierpieli z powodu niesprawiedliwego traktowania. Gdyby panna Clover nie była dobrym człowiekiem, mogłaby zmienić swój stosunek do Hamisha.
Wszystkie lęki, które odeszły w cień po odkryciu prawdy, stopniowo wracały. Hamish czuje się samotny. Nie ma przyjaciół. Nienawidzi szkoły, nudzi się na lekcjach, nie ma normalnej rodziny, jak inne dzieci. Panna Clover powiedziała, że John jest dobrym ojcem. No cóż, najwyraźniej wyciąga fałszywe wnioski.
- Hej, jak się czujesz? – John zauważył, że Hamish całą drogę milczy. Zwykle trajkotał jak nakręcony, mówił o swoich niesamowitych planach, opowiadał co się wydarzyło w ciągu dnia, jakich nowych słów się nauczył, chwalił się i skarżył... Czasem cicho rozprawiali o siedzących dokoła ludziach. Hamish zgadywał, kto z nich mógłby się okazać wampirem, wilkołakiem lub nadnaturalistą. Ale nigdy jeszcze nie był taki zadumany.
- Co się stało? – John leciutko szturchnął syna w bok, ten zachwiał się, a potem przylgnął do jego ramienia. John objął chłopca i przytulił. Zwykle Hamish nie lubił „cielęcych czułości", zwłaszcza publicznie i może panna Clover miała rację: John zawstydzał Hamisha swoją nadopiekuńczością, jednak teraz Hamish miał taką minę, jakby uścisk był mu potrzebny.
- To przez psychologa? Co ona ci powiedziała? – John zaniepokoił się nie na żarty, kiedy Hamish nadal milczał, patrząc przed siebie nieruchomym wzrokiem. – Co tam się stało? Wiedziałem, że to był zły pomysł.
Chłopiec nagle zgiął się wpół, przyciskając pierś do kolan i cichutko zajęczał.
- Co? Co?! – John poczuł jak w środku wszystko mu lodowacieje. „Spokojnie" – nakazał sobie, jednak jakiś inny głos w jego wnętrzu warknął: „Zabiję tę jędzę!".
- Przecież to takie oczywiste! – powiedział Hamish.
- Co? Co oczywiste?! – John prawie krzyczał. Ludzie się na nich gapili. – Czy możesz mi to wyjaśnić, zanim dostanę zawału?
- Zdalne kierownictwo. No oczywiście! – Hamish rozgiął się tak gwałtownie, że omal nie uderzył Johna potylicą w nos. – Ufff, zawiesiłem się na tym prawie na amen. Nie widziałem rzeczy oczywistej! – roześmiał się z ulgą i John pojął, że nie ma powodu do paniki.
- Proszę, Hamish. Prostymi słowami. Pełnymi zdaniami. Od początku.
- Postanowiłem zostać psychologiem. Ale potem przypomniałem sobie o naszym zespole do łapania duchów. I próbowałem zdecydować, jak będzie lepiej: najpierw studiować ludzi, a potem rzeczy nadnaturalne, czy odwrotnie, czy próbować to pogodzić. Ale teraz już wymyśliłem rozwiązanie: kiedy ja będę eksperymentował z ludźmi, wy się zajmiecie całą resztą, a ja będę kierował waszymi działaniami przez telefon. Albo skype - to jeszcze się zobaczy.
- Postanowiłeś zostać psychologiem.
- Tak.
- Postanowiłeś... ze wszystkich profesji...
- Tak. Ty jesteś wyraźnie uprzedzony, tato. Myślę, że to z powodu traumy, związanej z jakimś psychologiem.
- Cicho bądź.
- Chciałbym dokładniej zbadać ten przypadek...
- Starczy.
- ...i dlatego przygotuję dla ciebie kilka obrazków, żebyś mógł wyjaśnić, jak się czujesz...
- Przestań.
- ...kiedy na nie patrzysz.
- Jedno spotkanie.
Jedno krótkie spotkanie! „Nic strasznego się nie stanie, to nie koniec świata, po prostu krótka rozmowa" – John przedrzeźniał głos własnego rozsądku.
- Super! Już dawno badam ludzi. Ich trudniej zrozumieć, niż reakcje chemiczne albo magiczne runy. Ale jakoś nie pomyślałem, że tym się można zająć na poważnie. A dzisiaj... Anita mówiła o tym, jacy ludzie są różni i jak trudno jest się dowiedzieć, co się dzieje w duszy drugiej osoby. I jeszcze powiedziała, że każdy człowiek to zagadka.
Hamish zbliżył się do Johna tak, że prawie dotykali się nosami. Jasne oczy chłopca lśniły z zachwytu.
- Zagadka! – powtórzył, delektując się tym słowem. Potem się odsunął. – No i wtedy się zdecydowałem. Coś jeszcze mówiła, ale ja już obmyślałem, co trzeba będzie zrobić. Chcę się nauczyć hipnozy, żeby zmuszać ludzi do robienia różnych śmiesznych sztuczek, na przykład szczekania albo stania na głowie. I jeszcze chcę się nauczyć czytać w myślach. Sądzę, że to będzie na kursie psychologii zaawansowanej. Nieźle byłoby opanować wpływ, sugestię i manipulację... Na pewno jest w tym kupa cwanych trików!
- Wydaje mi się, że niezupełnie dobrze zrozumiałeś sens tej profesji.
- Oczywiście, że wszystko zrozumiałem, nie mów głupstw! Lepiej pomyślmy, skąd wziąć kozetkę. Bo koniecznie mi będzie potrzebna kozetka. I jeszcze książki, dużo książek. Pójdziesz jutro do sklepu? No dobrze, to może zaczekać do poniedziałku, jak skończysz dyżur. Myślę, że zaczniemy od prac Freuda.
- Jesteś jeszcze za mały na Freuda – odparł John. – A może Carnegie?3
- Carnegie jest dla mięczaków! Daj mi Freuda – oznajmił Hamish bezkompromisowo, świdrując Johna wzrokiem. Potem się zlitował: - Możesz wybrać te jego książki, które nie są o seksie.
John miał szczerą nadzieję, że takowe istnieją.
Hamish wyglądał na zadowolonego i poruszonego swoim nowym pomysłem. Niemalże podskakiwał na siedzeniu. Uśmiechał się otwarcie i szeroko. Panna Clover powinna to zobaczyć.
- A właśnie! – John zmarszczył czoło. – Co z tą żabą?
- Mmm...?
- Z żabą. W kąciku przyrody. Czym ty ją nafaszerowałeś?
- A, mówisz o Salierim. To ropucha. Eksperymentalnym preparatem, od którego Salieriemu powinny wyrosnąć zęby, ale zamiast tego zaczął rosnąć on sam.
- To znaczy, że niebawem po szkole zacznie skakać gigantyczna ropucha-mutant z zębami?
Hamish beztrosko wzruszył ramionami.
A John pomyślał, że gigantyczna ropucha to ostatecznie nie taka znów wielka sprawa. Niech sobie skacze, byle Hamish nadal się uśmiechał.
xxx
Hamish zakończył ostatni eksperyment i przykrył plamę na ścianie obrazkiem. Popatrzył na zegar - niebawem kolacja. Dziwne, jak szybko mijają dni; oby zdążył zostać tym świetnym psychologiem i egzorcystą zanim wyrośnie i się zestarzeje! To może się stać już bardzo niedługo - nie jutro, ale za jakieś dziesięć lat, jeżeli nadal będzie dorastał w takim tempie. Tata mówił, że nic takiego się nie zdarzy. Lecz tata po prostu go uspokajał.
Teraz już rzadziej chodzili do kliniki. Raz na dwa miesiące. I to miało zarówno dobrą stronę, jak i złą. Lekarze już nie prosili, żeby Hamish wychodził z gabinetu, i potem nie naradzali się szeptem przez pół godziny. Hamish pomyślał, że się po prostu poddali. No i co?! Dziesięć lat to szmat czasu. A potem on sam coś wymyśli.
Wyszedł cichutko z sypialni, stąpając tak, by podłoga nie skrzypiała. Co tam o nim mówią?
Ma się rozumieć, że o nim. Dorośli wiecznie o nim rozmawiali. Jakby nie mieli innych tematów. Tym razem jednak był powód. Szkolne zebranie – obrzydliwy pomysł. Hamish nie miał pojęcia, co tacie naopowiadała panna Clover. Z pewnością niezbyt go lubiła. W ogóle żaden z nauczycieli go nie lubił. Panna Clover przynajmniej nie mówiła, że Hamish to mały nadęty pizdeusz, jak to powiedział pewnego razu pan Huckey, nauczyciel wuefu. Okropnie się zezłościł, kiedy zobaczył, że Hamish zepsuł jego piłki. Takie duże, gumowe, na jakich zwykle podskakują kobiety w ciąży. I tak ich od dawna nie brał na zajęcia, więc Hamish pomyślał, że może ich użyć do małego eksperymentu.
Hamish miał nadzieję, że panna Clover nie opowiedziała tacie o tym, jak zepsuł tablicę i przewrócił kulisy w auli podczas występu chóru. I jeszcze ten wypadek z modelem anatomicznym... I naturalnie wszystkie pozostałe. Tata nie wyglądał na rozgniewanego, więc Hamish doszedł do wniosku, że panna Clover umie trzymać język za zębami. Z drugiej strony, jeśli ona to wszystko przemilczała, to o czym tyle czasu gadali?
Hamish stanął w korytarzyku i zaczął słuchać. Coś stukało, pewnie nóż po desce. Pachniało tak sobie – pewnie warzywa. Fuj.
Serce Hamisha biło mocno. A jeśli tata jednak się rozgniewał, tylko postanowił tego nie okazywać? A jeśli właśnie tam omawiają, jakim sposobem oddać Hamisha z powrotem do kliniki, skoro nie radzi sobie w szkole? To było oczywiście głupie, ale Hamish nic nie mógł poradzić na to, że takie myśli ciągle mu przychodziły do głowy. Próbował samemu sobie wyjaśnić, jak małemu dziecku: „Nikt cię nie odda. Tata przecież obiecał. Jesteś tu potrzebny. Kosztowałeś furę pieniędzy, zwrócić cię – to znaczy ponieść straty!". Z drugiej strony, Hamisha zrobiono, żeby tata nie wpadł w depresję z powodu Sherlocka. Teraz Sherlock wrócił, a Hamish to jeden wielki problem. Niezbyt optymistyczna perspektywa.
- Pomyślałem: a jeśli to naprawdę przeze mnie? – Głos taty nie brzmiał gniewnie, raczej smutno. Zresztą Hamish nie potrafił tego rozpoznać na sto procent. Miałaś rację, Anita! Ludzie to zagadki. – W sensie, że za bardzo się nim opiekuję. Mam w nosie, jeśli przez to wyglądam śmiesznie, ale jeśli ja mu niszczę życie, to już całkiem inna sprawa.
- Rzeczywiście, John. Opieka to najgorsza rzecz, jaką może zrobić kochający człowiek. I gorzej może być tylko wtedy, kiedy opieka nagle zniknie. Od razu nasuwa się myśl, że znikła też miłość. – Sherlock odkaszlnął. – To znaczy, dobre stosunki. Nieważne. Sens uchwyciłeś.
- No dobrze, ale co mam teraz robić?
- Przenieś go do innej szkoły. Robiłeś to już wiele razy.
- No właśnie! A kto wie, może w jednej z tych szkół on by sobie znalazł przyjaciela?
- Wątpliwe. Nie sądzę, że jest w tym jakaś twoja wina. To normalne nie mieć przyjaciół w szkole czy na uniwersytecie.
- W zasadzie to nie. To NIE jest normalne.
- O. No oczywiście. John Watson – dusza towarzystwa! – Sherlock powiedział to tak, jakby to było coś złego.
- Po prostu chcę powiedzieć, że on jest naprawdę szczególny i nie ma w tym nic strasznego.
- Inni tak nie uważają.
- Inni to tępaki – oświadczył tata gniewnie i Hamish zatkał sobie usta dłonią, żeby nie parsknąć śmiechem.
- No, nareszcie! Ile już czasu ci to powtarzam?
- Przestań, Sherlock! Nie chcę, żeby on...
- Brzmisz jak mama-kwoka.
- To nie jest śmieszne. To mój syn!
- Mój też.
- Co za niespodzianka! Nie sądziłem, że powiesz coś takiego.
- Technicznie, on jest właśnie moim synem.
- Technicznie. A nie posunąłbyś się nieco dalej? Co ty dziś wyrabiałeś w szkole? Nadal jestem wściekły.
- Już nie. Ty nigdy się długo nie gniewasz.
- A powinienem. Jak mogłeś jej to wszystko wyrąbać?! Starałem się, żeby nikt nie wiedział. Chciałem, żeby mieli do Hamisha normalny stosunek. Żeby był szczęśliwy, miał przyjaciół, lubił szkołę...
Hamish pokręcił głową. Niemożliwe, tato. Mission impossible.
- Niepotrzebnie tak się przejmujesz. Wszystko prawidłowo. Ja też miałem problemy w szkole.
- Nie wątpię. – Tata czymś załomotał, chyba patelnią.
- Tak, to były nienajlepsze czasy. Czasem nawet miałem ochotę przynieść do szkoły ojcowski pistolet i zmniejszyć populację homo debilicus.
- Co?
- Tak ich nazywałem. W odróżnieniu od homo sapiens. John, jesteś medykiem, powinieneś zrozumieć ten żart. Wybacz, moja łacina nie była na najwyższym poziomie, ale Mycroft nie pozwalał mi brać swoich słowników i opanowałem ten język trochę później.
- Nie, nie... Chciałeś urządzić w szkole rzeź?
Hamish przewrócił oczami. Tata czy ty w ogóle słuchasz? On chciał przynieść pistolet. Jak można urządzić rzeź pistoletem?
Sherlock powiedział to samo:
- No cóż, trudno byłoby mi urządzić rzeź przy pomocy pistoletu. Zamierzałem raczej urządzić strzelnicę, choć i to nie jest całkiem prawidłowe słowo. Tak czy owak nieważne, to był tylko krótki moment, a potem odrzuciłem ten pomysł: miał zbyt dużo wad.
- Tak. Na przykład górę trupów. – Tata miał dziwny głos i Hamish przesunął się o dwa kroki, próbując dojrzeć jego twarz. Jednak tata stał odwrócony plecami, mieszał coś na patelni i wydawał się bardzo spięty. Sherlock siedział za stołem i robił kanapki.
- Przestań, John. Doskonale wiesz, że prymitywne metody zabójstwa mnie nie interesują. A nieprymitywne jedynie w cudzym wykonaniu. A co się tyczy tych myśli... Spróbuj zrozumieć. Tam było za głośno.
- Głośno?
- Tak. Właśnie tak.
- Tam było za głośno i dlatego chciałeś przynieść do szkoły pistolet.
Sherlock westchnął ciężko. Hamish wiedział, że tata teraz za skarby nie porzuci tego tematu, póki wszystkiego nie wyjaśni. Był okropnie uparty. Hamishowi to się podobało. Poza tym chciał posłuchać o pistolecie. Może Sherlock potrafi go obracać na palcu? Może go nauczy?! Hamish wiedział, gdzie jest schowany SIG-Sauer taty, ale jakoś nie mógł się zdecydować, żeby poćwiczyć.
- Tam było głośno. Nieustannie. Nie mogłem przez to myśleć. Wszyscy ciągle czegoś ode mnie chcieli. Zaczepić, szturchnąć, krzyknąć. To było... męczące.
- Koledzy z klasy... czepiali się ciebie?
Hamish zrozumiał, że tata chciał powiedzieć inne słowo. I Sherlock naturalnie też to zrozumiał.
- Sądzę, że po prostu przyciągałem uwagę.
- Czym? – warknął tata. Czyżby nie było oczywiste, czym?
- Moja powierzchowność, umysł, mój sposób bycia... – zaczął wyliczać Sherlock, ale tata mu przerwał.
- To był sarkazm, Sherlock! Wiem. Oczywiście, że wiem, czym przyciągasz uwagę.
Powiedział to tak, jakby przyciąganie uwagi było czymś fajnym.
- Poza tym co jest nie tak z twoim wyglądem?
Tata nie zadawałby takich głupich pytań, gdyby sam miał na głowie tysiąc idiotycznych loczków.
- W każdym razie to wszystko było wyczerpujące. Wszystko, czego mi było trzeba to trochę ciszy i parę drogich reagentów.
- Nie zawsze możesz dostać to co chcesz4 – zaśpiewał tata, a Sherlock zaprotestował z powagą:
- Generalnie to mogę.
Tata się roześmiał. Hamish widział ze swojej kryjówki, jak stanął za plecami Sherlocka, wyciągnął rękę i zapuścił palce w jego włosy. To bardzo przyjemne – Hamish o tym wiedział, bo tata nieustannie dotykał tych jego okropnych loczków. Przyjemnie i jednocześnie nieswojo. Sherlock wyprostował się i odchylił na oparcie krzesła, żeby dotknąć głową tatowego brzucha. Tata gładził go po głowie z dziwnym wyrazem twarzy, którego Hamish nie rozumiał, chociaż powinien się tego nauczyć, skoro już postanowił prowadzić badania nad ludźmi.
- Dzięki, że to opowiedziałeś. - Tata wciąż jeszcze dotykał włosów Sherlocka i Hamish już zaczynał powoli mieć tego dość.
- Wiedziałem, że zrozumiesz. Chociaż do ciebie zwykle powoli dochodzi, zawsze rozumiesz najważniejsze.
- No dzięki – burknął tata. – Tylko ty potrafisz komplement zmienić w obrazę.
- Jaką znowu obrazę?
Tata roześmiał się i Hamish nagle się przestraszył, że ci dwaj zaraz zaczną się wymieniać płynami fizjologicznymi. Zamiast tego tata wrócił do kuchenki, a Sherlock zrobił kwaśną minę – taką to się bez trudu rozszyfruje.
- Kolacja gotowa. Skończyłeś z tymi kanapkami? Sherlock, co ty zrobiłeś z chlebem?! No dobrze, mam zapasowy bochenek. Hamish! – zawołał tata głośno. Myślał, że Hamish jest w swoim pokoju. Czasami naiwność taty była po prostu rozbrajająca! Hamish cicho się wycofał i kiedy tata do niego zajrzał, czytał sobie spokojnie książkę.
- Kolacja gotowa i będziesz jadł tyle warzyw, ile się tylko zmieści!
- Świetnie – uśmiechnął się Hamish, bo tata sam się zagnał w ślepy zaułek: w Hamishu mieściło się bardzo mało warzyw, praktycznie wcale. Ale tata radośnie skinął głową i powiedział:
- Pójdę po panią Hudson. Myślę, że chętnie do nas dołączy.
Kiedy odszedł, Hamish powrócił na swoje stanowisko w korytarzyku. Ani jedna deska parkietu nie skrzypnęła. (A jednak może zostać szpiegiem, jeśli mu się sprzykrzy kontrolowanie ludzkiej świadomości!). Hamish był ciekaw, jaką minę ma Sherlock teraz, kiedy tata go nie widzi. Ludzie zachowują się całkiem inaczej, kiedy są sami, każdy psycholog to wie. Dlatego Hamishowi w przyszłości przyda się dobre Oko. Może Mycroft zgodzi się pożyczyć jeno ze swoich.
Sherlock siedział za stołem, tak samo jak kilka minut temu. Przeglądał gazetę, a potem nagle powiedział, głośno i jakby do nikogo konkretnego:
- Cała ta masa tępaków dokoła zawsze będzie z czegoś niezadowolona. Za mądry, zbyt szczery, zbyt dziwny... Wiele lat mi wmawiali, że problem leży we mnie, a nie w nich. Mylne twierdzenie. Przecież John nadal tu jest, a ja się nie zmieniłem ani trochę. I on sobie z tym radzi. Czyli to nie była kwestia mnie, tylko ich. A oni nie są warci, żeby tracić na nich czas i emocje.
- Jakbym sam nie wiedział – burknął Hamish, wchodząc do kuchni. Sherlock wyciągnął dla niego dodatek kryminalny, zostawiając sobie nowości polityczne. Kiedy przyszli John z panią Hudson, obaj siedzieli i czytali w zupełnej ciszy.
I tę ciszę można było nazwać przytulną.
1 clover [ang.] - koniczyna
2 Panna Clover używa perfum o zapachu koniczyny. Czterolistna koniczyna, podobnie jak zielono odziany karzełek leprechaun są najpopularniejszymi symbolami Irlandii.
3 Dale Breckenridge Carnegie, nauczyciel i psycholog, autor popularnej książki „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi".
4 The Rolling Stones "You Can't Always Get What You Want"
