Daryl, gdy tylko ujrzał brata, zniknął wewnątrz vana. Gleen zostawił włączoną latarkę, która stała na środku święcąc w górę, dzięki czemu mogli ze spokojem zmieniać miejsce, gdy komuś zrobiło się niewygodnie. Teraz jednak spali, zwinięci w kłębki i oddychali spokojnie, zapewne pierwszy raz od traumatycznych wydarzeń na farmie. Daryl usiadł, a zaraz obok pojawiła się Paili, obudzona wyjściem Kati.
- Co się stało?- szepnęła, wyciągając przed siebie nogi.
- Nic. Poszła po Merle'a- mruknął przyciszonym głosem.
- Co zrobimy rano?
- Nie wiem.
- Czemu jesteś taki małomówny? I czemu mnie tak traktujesz?
- Jak?- uniósł wysoko brew, patrząc na nią spod opadających kosmyków.
- Kiedy Katia z Merlem zabawiali się na masce, a my wróciliśmy, nagle wiedziałeś, do czego służą usta- zarumieniła się na samo wspomnienie, ale dokończyła zdanie.- Udajesz, że nic się nie stało, a przecież to nieprawda.
- Bo nic się nie stało- odparł spokojnie i odwrócił od niej ciemne spojrzenie.
- Daryl…- westchnęła tylko, kończąc rozmowę. Nie potrafiła z nim dojść do porozumienia i zaczynała sądzić, że Dixonowie, to cholerni, zamknięci w sobie durnie, którzy najlepiej czują się we własnym towarzystwie. Kątem oka widziała, jak gryzł palec, gapiąc się pusto przed siebie. Myślał, a to już był powód do dumy.
Zmrużyła oczy i wabiona nieznanym dotąd pragnieniem, uniosła rękę i położyła mu ją na kroczu, zaciskając lekko wokół czegoś, co musiało być jego przyrodzeniem.
- Teraz to dla ciebie też niż?- zapytała przez zęby, a on wyprostował się jak oparzony, łapiąc za jej nadgarstek.- Puść. Pytałam, czy teraz to też nic?- odtrąciła go, i najszybciej jak umiała, włożyła dłoń za pasek. Fakt, że on chciał się bronić, nie interesował jego członka, który pod wpływem delikatnych ruchów twardniał coraz bardziej, domagając się więcej pieszczot. Uśmiechnęła się triumfalnie, gdy stężała dotąd twarz Daryla rozluźniła się, a usta rozwarły się, łapiąc dziko powietrze w płuca. Zilustrował prędko wnętrze auta. Nikt się nie ruszał, Gleen spał do nich plecami obejmując Maggie, Carol również miała odwróconą twarz, a Beth leżała w najciemniejszym kącie chrapiąc cicho. To mu starczyło. Odpiął klamrę skórzanego paska, rozpiął drżącymi palcami rozporek i wbił stalowe źrenice prosto w jej zamglone oczy. Poruszała ręką coraz szybciej, czując przyjemne pulsowanie członka. Daryl odchylił głowę w tył, dotykając trochę nieśmiało jej drobnych piersi. Pozwoliła mu wejść pod koszulkę i unieść wyżej stanik. Sprawiał wrażenie nieobeznanego chłopca, zagubionego w najciemniejszych ulicach, ale gdy opanował zmieszanie, złapał ją za ramiona i ułożył pod sobą, ściągając jej koszulkę razem z czarnym stanikiem. Sama zajęła się spodniami i majtkami, a on położył się na niej, odnajdując drogę do jej kobiecości. Przytuliła go do siebie, a on oparł się czołem o jej obojczyk. Poruszał się wolno, jakby niepewny, czy nie sprawia jej bólu. Jęknęła mu w ucho i przygryzła wrażliwy płatek. Przyspieszył, wbijając się głębiej, ale nie wydawali z siebie żadnego dźwięku, zaciskając boleśnie palce na własnej skórze. On na jej piersiach, ona na jego barkach. Poddawała się pchnięciom, dotykała smukłych bioder i pośladków, drapała plecy, wyczuwając na nich zgrubienia. Daryl przywarł ustami do jej policzka, całował delikatnie linię szczęki i nos, na którym pojawiły się pierwsze letnie piegi.
- Daryl… Daryl…- szeptała, rozwierając oczy, gdy poczuła w podbrzuszu przyjemne skurcze. Jej podniecony, pełen pożądania ton podziałał na niego, jak płachta na byka. Dołączył do niej chwilę później, dysząc w zagłębieniu jej szyi. Ukradkiem otarła łzy, które zaszkliły się w kącikach oczu i objęła go mocniej, czując wewnątrz gęste nasienie, wypływające wolno w stronę pośladków.
- Powinniśmy się ubrać?- zapytała leniwie, chociaż zabrzmiało to jak stwierdzenie.
- Mhm- mruknął, unosząc się na dłoniach. Podniósł kąciki ust, widząc jej zaróżowione policzki i wargi.- Trzymaj- sięgnął po t-shirt, w którym zaplątany był stanik i wstał, zakładając spodnie. Nie zdążyli jednak do końca. Ktoś zapukał w auto, a dudnienie blachy postawiło całą grupę na nogi.
- Psss… otwieraj, braciszku- chropowaty głos Merle'a rozbrzmiał po drugiej stronie drzwi. Młodszy Dixon otworzył je i ze wszystkich sił starał się ukryć rozpięty pasek pod koszulką. Paili też usiadła prędko na ziemi i podciągnęła nogi, zasłaniając odpięty rozporek.
- No, no…- Merle jednak nie przeoczył ich speszonych min. Od razu zmierzył brata czujnym spojrzeniem i zatrzymał się na wybrzuszeniu w spodniach. Potem zerknął w kierunku Pai i jej rozanieloną twarz oraz resztę osób.- Urządziłeś orgię i mnie nie zaprosiłeś?
-Odpuść- Daryl odsunął się, by mogli wejść i korzystając z zamieszania, dokończył ubieranie.
Katia puściła oczko do Paili, która chichotała nerwowo w dłonie.
- No, to skoro wszyscy są zaspokojeni, możemy obgadać plan- starszy Dixon złapał za latarkę i oświetlił ich twarze.
- Jaki plan?- Gleen podrapał się po czarnych włosach.
- Mamy tylko jedno sprawne auto. Część z nas zostanie tutaj, a część pojedzie poszukać zapasów, może też znajdzie się nowy wóz.
- No, a kto ma jechać?- Maggie rozłożyła ręce.
- Ja pojadę- zgłosiła się Katia, unosząc rękę, a zaraz za nią pojawiło się kilka innych.
- Chwila moment!- Merle pokiwał głową.- Zrobimy losowanie. Kamień, papier nożyce. No ruszać się.
Wszyscy stanęli w kółku i schowali ręce za plecami.
- No to, raz…dwa…trzy!
Pierwsza odpadła Beth. Po niej Paili, Gleen, i Merle.
- No, czyli zostaje Daryl, Carol, Maggie i Katia- Paili spojrzała na grupę, która miała pozostać na autostradzie.- To mi się nie podoba.
- Wolałabym, żeby Pai została. Pojadę za nią- zaoferowała Katia, a w tym czasie Merle mrużył oczy, kalkulując coś po cichu.
- Słońce już wschodzi, więc wypad z auta. Obgadamy to przy samochodzie- Merle kopniakiem otworzył drzwi i nakazał wszystkim wyjść. Powlekli się za nim do czerwonej Hondy, którą przyjechał Gleen i reszta. Starszy Dixon zwolnił kroku, by zrównać się z Koreańczykiem.
- Posłuchaj mnie, młody. Plany uległy zmianie. Zabierzesz wszystkich, oprócz mnie, brata i Carol. Nie szukaj żadnych zapasów, nie szukaj auta, niczego, tylko zabieraj stąd całą resztę, rozumiesz? Założę się, że nasz ukochany szeryf żyje i kręci się gdzieś przy farmie. Nie zostawiłby grupy. Pojedziesz tam i zrobisz wszystko, by nikomu nie spadł ani jeden włos z głowy. Szczególnie Katii. Rozumiesz?
- Jasne, ale wątpię, że się zgodzą, no przecież…
- Mam głęboko w dupie, co kto chce. Nic im nie mów.
Dołączyli do reszty. Merle wytłumaczył, że lepiej, aby pojechało więcej osób, a on z bratem i Carol zostaną i będą na nich czekać. Oczywiście wiedział, że Katia zaprotestuje, ale nie mógł ulec jej prośbą, chociaż czuł nieprzyjemny ucisk w żołądku.
- Zostaniecie tylko w trojkę? To bezsensu! A jak przejdzie tędy jakieś stado?
- No właśnie- wtrąciła Paili i spojrzała błagalnie na Daryla.
- Jak przejdzie, to pójdzie, proste, złotko. Pomożesz Gleenowi ściągnąć paliwo z aut, a potem tu wrócicie.
- Miały być dwie równe grupy- zaczęła czarnowłosa.- A jedziemy w pięć osób. To bez sensu.
- Skończ wydziwiać!- Merle nie wytrzymał i zgromił ją ponurym spojrzeniem.- Zabierajcie się stąd, bo tracicie czas!
Gleen zasiadł już za kierownicą i czyścił zabrudzoną szybę. Maggie usiadła obok i zaciskała nerwowo usta. Najwidoczniej chłopak ukradkiem powiedział jej prawdę.
- Idziecie, dziewczyny- Carol posłała im ciepły uśmiech.- Przypilnuje ich.
- Merle- Katia pociągnęła go za rękaw i zmusiła, by odszedł z nią kilka kroków.- Widzę, że coś tu nie gra. Lepiej dla ciebie, jeśli powiesz mi prawdę.
- Skarbie- zaśmiał się chrapliwie.- Udawanie groźnej wcale ci nie wychodzi. Wsadź łaskawie swój uparty tyłek na tytlne siedzenie i zamilcz. Jak będziecie w aptece, to znajdź jakieś gumki. Mogą nam się przydać, jak wrócisz- poruszał wymownie brwiami, powodując słaby uśmiech na jej ustach.
- Jak już wrócimy, a ciebie tu nie będzie, to skopie ci dupsko.
- Trzymam cię za słowo- pstryknął ją w podbródek, a potem obrócił w kierunku auta i pchnął, każąc iść. Paili także rozmawiała z Darylem, który niewzruszony, tak jak brat, odprawił ją z kwitkiem i kazał jechać.
Gdy zamknęły za sobą drzwi, Gleen odpalił silnik i wycofał auto. Zatrzasnął automatycznie blokady i spojrzał w lusterko, by skupić na sobie spojrzenia obu kobiet.
- Zmieniliśmy plany z Merlem…- szepnął i widział po ich minach, że nic więcej nie musi dodawać. Katia zaniemówiła i odwróciła się prędko, by wyłapać oddalające się sylwetki. Merle uniósł do góry rękę bez dłoni, a ona zrozumiała. Z jej gardła wydobył się ryk zawodu, przepełniony złością i rezygnacją. Pai szlochała głośno, ukryta za kotarą czarnych włosów, a Gleen przyspieszył, widząc po prawej stronie zbliżające się stano umarłych.

Tak, jak przewidział Merle, Rick z rodziną i Hershelem kręcili się niedaleko farmy i głównej drogi, która prowadziła do spalonego teraz domu rodziny Greene. Gleen w skrócie opowiedział o ich losach, jak również o poświęceniu Merle'a, który postawił życie Carol, Daryla i swoje nad ich własne i niemal siłą kazał im odjechać z autostrady. Katia długo darła się na byłego szeryfa, że powinni tam wrócić, skoro mają więcej samochodów, ale mężczyzna był nieugięty, a inni również zgodnie stwierdzili, że tamta trójka już dawno poszła w swoją stronę. Paili z kolei przestała się odzywać, przechodząc własną porażkę i zawód miłosny- pierwszy i zapewne ostatni w swoim marnym życiu, jak sądziła.
Rudowłosa odpuściła, ale w chłodne wieczory nadal łapała się na tym, że szuka we śnie ciepłego ciała Merle'a, którego jednak nie było.

Przez kilka miesięcy szukali miejsca, w którym mogliby zatrzymać się na dłużej. Było to konieczne, chociażby przez stan, w jakim znajdowała się żona Ricka, Lori. Z każdym miesiącem jej brzuch rósł, a teraz, gdy rozwiązanie zbliżało się wielkimi krokami, wyglądała jak balon z długimi, poplątanymi włosami. Również nastrój w ich małym obozie uległ zmianie. Młody Carl, który dotychczas nie odstępował matki na krok, odwrócił się od nie w chwili, w której dowiedział się o jej romansie z przyjacielem ojca. Rick również odciął się od żony i popadł w otępieni połączone z nagłymi wybuchami złości.
Przetrwali całą zimę, koczując w opuszczonych chatach i szałasach, kręcili się w kółko, aż w końcu trafili z powrotem w okolicę przeklętej autostrady. Katia stałą wtedy długo na dachu opuszczonej ciężarówki i wyglądała z nadzieją cholernego Dixona, ale jedyne, co dostrzegała, to blade kontury wieżowców Atlanty.

Zbliżała się wiosna, kiedy dotarli do więzienia. Miejsce okazało się ich małym rajem, w którym każdy znalazł dla siebie własny kąt. Katia dzieliła celę w bloku C z Pai, która odzyskała nieco radości, dzięki stabilizacji, jaką udało im się stworzyć. Każdy miał przydzielone zadanie, obowiązki do spełnienia i to pomogło im przetrwać kolejne tygodnie, w których oczyszczali mury więzienia z zabłąkanych sztywnych.

Katia łapała się na tym, że coraz mniej myślała o Merle'u. Stał się dla niej cieniem, który boleśnie dawał o sobie znać tylko w najgorszych snach, a te nachodziły ją coraz rzadziej. Ostatniej nocy z Pai, jednogłośnie stwierdziły, że można uznać Dixonów za martwych. Żaden z nich nie był w stanie utrzymać się tak długo przy życiu pośród wygłodniałych trupów. I chociaż słyszały później swoje przytłumione szlochy, nie zmieniły zdania na ich temat. Merle i Daryl nie żyją, i sami wybrali taką drogę, dając im szansę na lepsze życie.

Dlatego, gdy na skraju lasu, otaczającego teren więzienia, pojawiły się trzy sylwetki, nigdy nie przypuszczałaby, że jeszcze tego wieczoru zedrze boleśnie skórę ze swoich nadgarstków.

Gleen, jako pierwszy rozpoznał w najniższej i najchudszej postaci Carol. To im wystarczyło, by ruszyć w kierunku głównej bramy i otworzyć ją szeroko dla nowo przybyłych. Katia z Paili akurat kręciły się na bloku, kiedy do środka wpadła Beth z szerokim uśmiechem na ustach.
- Wrócili!- wydyszała, machając szaleńczo rękoma.-Wrócili!
- O czym ty mówisz?- Paili wywróciła oczami. Beth nadal była dziecinna.
- Carol, Merle i Daryl. Rick właśnie ich wpuścił!

Katia wstała z klęczek, a puszka z gotowym jedzeniem, którą miała zamiar podgrzać, upadła na kamienną posadzkę i wybuchła, bryzgając wszystko w koło ciemnym sosem. Czarnowłosa zamrugała nerwowo powiekami, popatrzyła na rudowłosą przyjaciółkę i bez słowa puściła się biegiem na górę, odpychając Beth, która stała jej na drodze. Katia miała ochotę wymiotować. Wnętrzności skręcały się jej boleśnie pod wpływem nerwów i wściekłości, a serce uderzało coraz szybciej, jakby rozumiało, że to nie tylko złość wiruje w żyłach, ale jest tam także ulga. Zebrała się w sobie i pognała za młodszą dziewczyną. Stanęła na głównym placu, gdzie tłoczyła się reszta grupy. Od razu rozpoznała Carol, która obejmowała Carla. Włosy, choć nadal siwe, były o wiele dłuższe i falowane. Był tam również Daryl, z brązowymi włosami opadającymi na kark, ze swoim nieodzownym atrybutem, jakim była kusza i zadziornym spojrzeniem, które w tym momencie skierowane było na zapłakaną Paili. Dziewczyna co chwilę obejmowała go za szyję i odrywała się od niego, głaszcząc zarośnięte policzki, sprawdzając, czy to aby na pewno on.
No i był Merle. Stał za nimi, w czarnej koszuli i karabinem przerzuconym przez ramię. Patrzył prosto na nią, ale nie podszedł, czekając na jej ruch. Niewiele myśląc podbiegła do niego. W jego niebieskich oczach pojawiło się jakby oczekiwanie, ale zniknęło pod warstwą niedowierzenia, kiedy pierwszy cios złamał mu nos. Katia biła na oślep, nie myśląc gdzie i czym uderza. Czuła tylko jego krew, która trysnęła na jej ręce. Merle nawet się nie bronił, pozwalając rozciąć sobie wargę i lewą skroń.
- Ty. Cholerny. Tępy. Chuju!- krzyczała rozpaczliwie, waląc pięściami po całym jego ciele.- Przez cały czas wciskałeś mi, że wrócimy, że mam szukać pierdolonych zapasów, a ty najzwyczajniej w świecie się podłożyłeś! Tak się nie robi, Merle! Nie robi… Merle…- ostatnie słowa wyjęczał. Nie miała sił na walkę, a ogromne łzy przysłoniły jej wzrok.
Merle otarł zakrwawioną twarz rękawem i zbliżył się o krok, dając, jej czas na złapanie oddechu. Dopiero wtedy, przyciągnął ją mocno do siebie i unosząc wysoko podbródek, zmusił, by na niego popatrzyła.
- Żyjesz, a to chyba najważniejsze- stwierdził poważnie, a potem pochylił się nad nią i wbił w mokre od płaczu usta. Nie przejmowała się metalicznym smakiem krwi, tylko oddawała pocałunki, chcąc przyciągnąć go jeszcze bliżej. Szlochała i śmiała się na przemian, dotykając krótkich włosów, na których pojawiły się pierwsze siwe kosmyki, pieściła ustami szyję i jedyną dłoń, którą wycierał jej łzy. Wrócił, a ona skopała mu dupę, tak jak obiecała. Poraniła sobie nadgarstki, ale to było nic w porównaniu z gardłem, które zdarła tej nocy, kiedy Merle Dixon brał ją w murach więzienia, zapewniając, że od teraz jest jego. Jego kobietą.

_

Dziękuję tym, którzy poświęcili swój cenny czas na takie bzdury :P Może niektórym się podobało, może nie, wolność słowa, złotko ;)