Ronon spojrzał na niego podejrzliwie, gdy John nie dołączył do niego z piwem w dłoni. Jedyne czego chciał po tak długim dniu, to snu. Najlepiej nieprzerwanego przez następne dwadzieścia godzin i jeśli położyłby się teraz – miałby szanse zregenerować się przed kolejną zmianą. Podczas służby nauczył się spać wtedy, gdy miał czas i teraz wykorzystywał tę umiejętność.
- O co chodzi z doktorkiem? – spytał Ronon.
- Carson chyba chodzi za Keller, ale nie mam pewności – odparł, udając, że wcale nie wie o co chodzi Rononowi.
Dex jednak uniósł brew, a potem pociągnął solidny łyk piwa z miną, która jasno mówiła 'bujaj las, a nie nas]. Albo 'na palmach nie rosną marchewki'. W przypadku Ronona nigdy do końca nie był pewien i dlatego tak bardzo lubił faceta. Nie odbierał od niego żadnych emocji, jakby Dex był głazem. Szybko jednak zorientował się, że to specyfikacja Hawajczyków. Przyzwyczajeni do mieszkania w małych społecznościach wykształcili też pewne umiejętności – jak blokowanie empatii Przewodników. Ronon nie był Strażnikiem, więc zdolności Johna faktycznie były tylko zawadą.
- McKay pracuje jako naukowiec w firmie badawczej. Jest też jej właścicielem – wyjaśnił John.
- To chyba trafiłeś los na loterii, no nie? – zaryzykował Dex.
- Moment – powiedział John, orientując się, że mieszkają razem z Rononem od dwóch lat razem, a facet pierwszy raz pyta go o jego życie uczuciowe. – Teyla cię zmusiła do tego? Wiesz, że nie gadamy o sprawach prywatnych, no nie? Ty widzisz, ja widzę i nie mówimy o tym.
Ronon wzruszył ramionami.
- Obiecała butelkę rumu z Jamajki - przyznał Dex nawet się nie kryjąc z tym, że go przekupiono. – Wydawało się po prostu, że McKay był tobą zainteresowany. No wiesz, facet zapomniał w pewnym momencie, że ja tam stoję.
- To Strażnik. Czasem się im zdarza – odparł John z westchnieniem. – I nie bardzo mnie obchodzi, co widzieliście i co wam się wydaje. I tak nic z tego nie będzie.
Ronon pokiwał głową i John sądził, że to jednak koniec przesłuchania, gdy Dex odchrząknął nagle.
- Przez twojego ojca? – spytał mężczyzna zaskakująco poważnie. – Nie będę udawał, że nie wiem, że te sprawy się łączą. Masz tę minę, którą masz zawsze, gdy o nich chodzi.
John skrzywił się mimowolnie na wspomnienie ojca i brata. Wolał nie rozgrzebywać przeszłości. W zasadzie na przegonienie Rodneya mógł użyć całkiem innej metody. Nie chciał nawet wiedzieć, co McKay powiedziałby, gdyby wiedział, że Przewodnik, którego tak natarczywie chciał zaprosić na 'tylko kawę' był w zasadzie bezdomny dopóki nie spotkał Ronona. Czas po opuszczeniu Air Force był dla niego ciężki i zawsze mógł się podzielić kilkoma szczegółami, których ludzie pokroju Rodneya nie chcieli znać.
- Oni też są kasiaści – odgadł Ronon i facet naprawdę wiedział za wiele dla własnego dobra.
- Nazywam się Sheppard –przypomniał mu John. – Słyszałeś o Sheppard Industries? – spytał.
Ronon uniósł brew.
- I ode mnie nie usłyszysz - odparł John. – Rodney znajdzie sobie kogoś innego w mgnieniu oka.
- Tak, bo świetnie mu do tej pory szło – prychnął Dex. – Jest w twoim wieku. Jest wrakiem.
- Sugerujesz, że też jestem wrakiem? – spytał John i spodziewał się jakiegoś defensywnego mechanizmu, ale Ronon spojrzał mu prosto w oczy.
- Jesteśmy przyjaciółmi. I tak, jesteś wrakiem. Jesz, śpisz, idziesz do pracy – odparł Dex. – Próbowałem ci znaleźć panienkę, ale ty nie chcesz takiej.
John skrzywił się ponownie.
- To jest to, czego potrzebuję – poinformował Ronona. – i nie potrzebuję pieniędzy Rodneya. Gdybym chciał mieć pieniądze, miałbym je – powiedział z pewnością w głosie.
I nie dodał, że kosztowałoby go to zbyt wiele. Nie był w stanie zapłacić podobnej ceny. Wątpił, aby był gotów kiedykolwiek.
- Okej – odparł Ronon. – Po prostu Teyla chciała, żebym ci powiedział, że jesteśmy z tobą. I dobrą robotę wykonałeś z tym Strażnikiem – dodał.
John skinął głową, nie potrafiąc znaleźć tym razem słów.

Mył zderzak, gdy poczuł, że ktoś za nim stoi. Instynkt podpowiadał mu, że powinien się odwrócić, ale znał zagrożenia tego typu i chciał jak najdłużej cieszyć się ciszą i spokojem. Ciche, ale sugestywne chrząknięcie dobiegło kilka sekund później, więc zacisnął zęby i odłożył myjkę do wiadra pełnego piany. Nie kłopotał się jednak osuszać rąk. Nie planował ściskać niczyich dłoni.
Cameron Mitchell stał przed nim, taksując go lekko poirytowanym wzrokiem.
- Sheppard – przywitał się krótko mężczyzna.
- Mitchell – odparł, czując się jak idiota.
- Przejrzałem twoje akta – przyznał mężczyzna.
- No i tyle po owijaniu w bawełnę – westchnął John, nie mogąc się powstrzymać.
Ronon rzucił mu zaniepokojone spojrzenie z drugiej strony garażu, ale uniósł kciuk w górę i uśmiechnął się sztucznie, żeby przyjaciel był pewien, że aż tak źle nie było, żeby potrzebował kawalerii. Teyla zresztą pojawiła się zaraz koło Dexa, zapewne zwabiona napięciem, które nagle pojawiło się w powietrzu. Gdyby była jeszcze trochę bardziej empatyczna, zapewne przeszłaby testy na Przewodnika.
- Jestem podpułkownikiem – poinformował go Mitchell.
John pozwolił sobie spojrzeć na niego z udawanym podziwem na co mężczyzna westchnął.
- Mógłbyś awansować – powiedział wprost Cameron.
John nie wiedział kto wysłał tego faceta jako negocjatora, ale się nie nadawał. To była najgorsza rozmowa tego typu, którą przeprowadził, a jego brat notorycznie dzwonił, pytając mimochodem co u niego i czy już przestał żyć na ulicy, chociaż obaj z ojcem wiedzieli doskonale, że znalazł pracę. I znali jego adres dzięki zapewne temu, że zatrudnili prywatnego detektywa, który miał na niego oko przez pierwszy rok po opuszczeniu bazy.
- Nie jestem już wojskowym. Nie wiem jak czytałeś moje akta, skoro ci to umknęło – odparł John.
Irytacja, która biła od Mitchella zapewne byłaby zabawna, gdyby nie fakt, że facet się naprawdę starał. I nie był typem negocjatora czy polityka, więc od razu zyskał w oczach Johna.
- Mogę cię uspokoić. Jeśli chodzi o to, żeby człowiek z moją przeszłością trzymał się od doktora McKaya, to masz to załatwione – poinformował mężczyznę spokojnie.
Znał środki bezpieczeństwa, którym poddawano podobne placówki. Rodney musiał prowadzić naprawdę ważne badania, skoro wysyłali do niego cholernego podpułkownika. Mitchell jednak nie wydawał się również usatysfakcjonowany jego odpowiedzią. Co tylko wzbudziło podejrzenia Johna.
- Słuchaj, pogadajmy jak facet z facetem – powiedział w końcu Cameron. – McKay jest dupkiem, ale wykonuje cholernie ważne zadania dla rządu i wszystko jest tak ściśle tajne, że nawet ja nie wiem co tam robią – przyznał Mitchell.
- Chcesz powiedzieć, że nie rozumiesz nawet co przy tobie mówią, gdy dyskutują – sprecyzował John, ponieważ szef ochrony jednak musiał mieć pojęcie, co się działo pod jego skrzydłami.
- Można to też tak ująć – zgodził się Cameron.
Gdyby nie fakt, że facet był wojskowym i oznaczał kłopoty, pewnie mogliby wypić piwo. O ile Ronon nie zamierzał mu skręcić karku, gdy Mitchell wycofa się z garażu. Mieli o wiele za duży ruch jak na postój dla karetek. Nawet on to zdążył zauważyć.
- Jednak musi funkcjonować – podjął Mitchell i to tonem, który Johnowi się nie spodobał. – A nie funkcjonuje. Projekt stoi, generał wisi mi na telefonie, a McKay wygląda, jakby przeżyłam kolejną żałobę. Jest gorzej niż po tym jak zdechł mu kot – przyznał Cameron.
John starał się nie być urażonym takim porównaniem, ale chyba słabo mu poszło.
- Kup mu drugiego – odparł przez zaciśnięte zęby.
Nie był w końcu pieprzonym doradcą w kwestii jak traktować swojego jajogłowego, żeby przynosił największe dochody dla nauki i Wujka Sama.
Mitchell zrobił dziwną minę i John po prostu wiedział.
- Kupiłeś mu drugiego kota i nie podziałało – powiedział z niedowierzaniem. – Pojęcia nie masz o Strażnikach, prawda? Weź skontaktuj się z Centrum, niech przyślą mu kogoś na dwa tygodnie, żeby go ustabilizował.
- Próbowałem. McKay wykopał ich wszystkich i powiedział, że mają iść w sto diabłów. Wspiera ich finansowo, gdyby chciał, kupiłby sobie Przewodnika – przyznał Mitchell. – Najwyraźniej boją się, że cofnie im dotacje, bo przestało się koło jego domu kręcić kilku ludzi.
- Niby przypadkowe spotkania – odgadł John.
I nic dziwnego, że Miller zareagowała na niego tak agresywnie, skoro Centrum wysyłało pod dom Rodneya ludzi.
- Z jakieś powodu McKay cię lubi i nie wiem co schrzanił, ale on zawsze coś chrzani. Nie będę nawet udawał, że nie. W głębi duszy to jednak fajny facet – powiedział Mitchell i ewidentnie kłamał.
Trudno było lubić jajogłowych, szczególnie tak porywczych jak Rodney. John nie miał z tym problemu, ale miał też twardą skórę. Rzadko co tak naprawdę się przebijało przez ten pancerz.
- Gdybyś dał mu jeszcze jedną szansę… - zaczął Mitchell.
- McKay jest w porządku, uwierz mi na słowo – wszedł mu w słowo John. – I nie będzie żadnych ostatnich szans. Był tutaj, rozmawialiśmy, wyjaśniliśmy sobie wszystko.
- I wrócił i zaczął rzępolić, że jest jakieś cholerne prawo, które uniemożliwia mu… nie wiem jak to nazwać… - urwał Cameron. – Trudno go było zrozumieć, gdy gadał szybko i wymachiwał dłońmi.
- Byłem zainteresowany, ale zmieniłem zdanie. Dlatego nie może przebywać w moim towarzystwie, jeśli sobie nie życzę. Takie jest prawo i taki jest zwyczaj – wyjaśnił mu John.
- Nie mógłbyś tego raz nagiąć? – spytał Mitchell. – Nie będę nawet udawał, że to ułatwiłoby mi życie jak cholera. Wyobraź sobie, że McKay pracuje po kilkanaście godzin dziennie, nawet nie zauważyłbyś, że jesteście razem. Facet to maszyna – odparł Cameron i naprawdę zdawał się w to wierzyć.
John nie wiedział czy zirytowała go bardziej ignorancja Mitchella czy fakt, że facet od kilku długich minut obrażał Rodneya. McKay nie zasługiwał na takie traktowanie i znając Strażników – doskonale wiedział co o nim mówią. Nie dziwiło go już zatem dlaczego miał takie niskie mniemanie o sobie, skoro każdy wychodził z założenia, że każdy jego nietakt był jego winą. Strażnicy trochę inaczej pojmowali świat i dlatego potrzebowali czasem dekoderów do swoich zachowań.
Mitchella wysłano za karę do pilnowania jajogłowych i co gorsza nie znał się na ich kulturze. Nie wiedział jak bardzo przekracza granicę i John nie lubił, gdy próbowano go do czegokolwiek zmusić. Prawo powstało po to, aby chronić takich jak on przed ludźmi takimi jak Mitchell, którzy sądzili, że wolno im decydować o tym kogo John prowadzi i kiedy. Czy w ogóle.
- Strażnik nie jest maszyną – odparł przez zaciśnięte zęby. – A ja nie jestem twoim podwładnym. Jesteś na prywatnym terenie szpitala, gdzie nie masz prawa przebywać. Zjeżdżaj stąd i jeśli chcesz mojej rady, przestań traktować Rodneya jak robota i wszystko będzie w porządku. Strażnicy słyszą z wielu metrów, jeśli się na czymś skupiają, a Rodney potrafi się doskonale skupić, jak obaj wiemy.
Widział jak szczęka Mitchella pracuje i mężczyzna skrzywił się.
- Nie chciałem tego mówić, ale… - urwał Cameron. – Mogę cię zmusić.
- Nie, nie możesz – odparł John. –Ani ty, ani rząd. Nikt nie może mnie zmusić do związania się z kimś, kogo nie chcę.
- Ale mogę cię ładnie poprosić i powiedzieć, że znalazłem w twoich aktach klauzulę, że można cię powołać w każdej chwili – zaczął Mitchell.
Oczy Johna zrobiły się odrobinę większe.
- Jesteś wielokrotnie odznaczonym pilotem. Chyba nie sądziłeś, że w dobie wojny, Air Force pozwoli ci odejść na zawsze? Przetransferowałeś się do Rezerwy, a to znaczy, że możesz był powołany, kiedy będziesz potrzebny – uświadomił go Mitchell.
Tyle, że chłopak musiałby naprawdę mocno pociągnąć za sznurki. John odszedł, ponieważ zagrożono mu degradacją. W jego aktach na pewno była wzmianka o tym, że nie wypełnił rozkazu, a nawet postąpił wbrew niemu, świadomie narażając siebie i sprzęt. Jego były dowódca był dupkiem, ale również ustawionym politycznie generałem. Słowo Johna przeciwko niemu nie znaczyło nic i cała jego kariera runęła. Chcieli przenieść go na cholerną bazę w McMurdo, gdzie latałby helikopterem transportowym wożąc jajogłowym prowiant. To nie było życie jakiego chciał, więc wniósł podanie o przeniesienie do Rezerwy, które zostało rozparzone tak szybko, że w tym samym tygodniu odpuszczał bazę z jedną torbą na ramieniu bez planów na przyszłość.
Nie miał domu, ani przyjaciół. Nie miał się do kogo zwrócić.
- A tak się składa, że jesteś potrzebny – przyznał Cameron. – Oczywiście, jeśli wolisz, zawsze możesz powiedzieć 'Mitchell, świetny z ciebie kumpel, przystaję na twoją prośbę' – powiedział mężczyzna i wzruszył ramionami.
- Pieprz się – wypluł John.
- Tak się nie mówi do starszego stopniem – przypomniał mu Mitchell.
- Nie jesteś moim dowódcą i nigdy nie będziesz – odparł John z pewnością w głosie. – I nie możesz wymusić niczego na Przewodniku. Już jutro mogę pogadać z jakąś miłą dziennikarką i opowiedzieć jej jak wojsko traktuje Przewodników i Strażników. Jakim ignorantem jesteś. Mitchell pisze się przez dwa 'l' na końcu? – spytał.
Mężczyzna skrzywił się nieznacznie i chyba chciał coś dodać, ale Ronon stanął za nim.
- Jest pan na terenie prywatnym, prosiłbym o opuszczenie go – odparł Dex.
- Właśnie mówiłem panu – poparł go John.
Mitchell uniósł nieznacznie podbródek, jakby przełykał coś gorzkiego.
- To nie była oficjalna wizyta. Nie jestem w mundurze – poinformował go mężczyzna.
- Wiem – odparł John.
Znał ich metody doskonale. Mitchell mógłby się wyprzeć wszystkiego. Albo Air Force wyparłoby się Michella. To nie miało znaczenia kto komu zaprzeczał i kto kogo tutaj nie wysłał. Jak zawsze stawiało to Johna w gównianej sytuacji.
Był cholernie wdzięczny, że Ronon jednak skorzystał ze swojego szóstego instynktu i pojawił się w samą porę. Mitchell spojrzał jeszcze na jego rosłego przyjaciela, jakby zastanawiał się czy jest w stanie go powalić w hipotetycznym starciu i dał sobie spokój.
- Pomyśl nad moją propozycją. Może on jest dupkiem i ja też, ale on cię potrzebuje, a to znaczy, że kraj cię potrzebuje – powiedział Mitchell.

John nie wiedział za bardzo co się dzieje, gdy ktoś ostro zapukał do ich mieszkania. Słyszał jak Ronon przeklina w pokoju obok. Rzadko udawało im się, aby obaj dostali wolne w tym samym czasie. Przeważnie spędzali kilka godzin razem, gdy mijali się na zmianach. Jeździli jedną karetką, więc zawsze jeden musiał być w gotowości. John nie tak dawno wrócił z dyżuru i nie był to jeden z dni, gdy wstawał z energią do życia. Zmarło dwoje dzieci, bo ich matka przedawkowała leki, a one wypadły przez okno niepilnowane. Nie udało się uratować żadnej z tych osób i John jak nigdy czuł się martwy w środku.
Nie słyszał kto co mówił, ale specyficzny ton dobijającego się od razu sprawił, że miał złe przeczucia. Tym bardziej, że Ronon chyba kłamał właśnie, że go nie ma. I jeśli John dobrze rozumiał sytuację – naprawdę miał przerąbane. Wstał z łóżka, ignorując fakt, że jest w samych majtkach, które dni świetności miały dawno za sobą i spojrzał na sierżanta z charakterystycznymi niebieskimi naszywkami na mundurze.
- John Sheppard? – spytał mężczyzna. – Sierżant sztabowy Evan Lorne, jestem tutaj, aby zabrać pana niezwłocznie do bazy, gdzie zostaną panu wydane rozkazy – poinformował go mężczyzna sztywno. – Ma pan dziesięć minut, aby zabrać swoje rzeczy, panie kapitanie, więc proszę się spakować. Samochód czeka na ulicy – dodał mężczyzna.
- Jestem… - zaczął John i spojrzał na wciśnięte mu w dłonie pismo. - … zdegradowany jak widzę – dodał, starając się wyglądać na zdziwionego.
Ronon drapał się po szczęce, a potem spojrzał na Lorne'a, jakby się zastanawiał czy jest w stanie zdjąć faceta jednym ciosem. John zatem położył mu rękę na ramieniu. Spotkał się z Mitchellem dziesięć godzin temu, więc albo facet miał jednak chody i John jednak się przelicytował albo Rodney był tak ważny, a to oznaczało, że też był w czarnej dupie.
- Kto wydał rozkaz? – spytał wprost, ponieważ chciał mieć jak najwięcej informacji, gdy będzie składał zażalenie.
Długie zażalenie i szczegółowe.
- Generał O'Neill – odparł Lorne, a potem poruszył się niespokojnie. – Ale mówi się, że pochodzi od samego prezydenta – dodał mężczyzna ciszej.
Ronon zesztywniał tuż obok niego i John nie miał mu tego za złe. Lorne wydawał się w to wierzyć, a takie plotki nigdy nie były bezpodstawne. Nie żartowano z prezydenta Stanów Zjednoczonych. Nie w Air Force.
- Mam pracę – poinformował Lorne'a. – Muszę złożyć wymówienie albo chociaż…
- Wszystko jest załatwione. Oczekują pana w bazie jeszcze dzisiaj. Niestety nie wiem jak to panu wyjaśnić. Wysłano mnie tylko, abym pana przywiózł upewnił się, że będzie pan na czas – odparł Lorne.
Albo nie zwiał przez granicę z Meksykiem – dopowiedział sobie John. Nawet Kanada nie wyglądała już tak źle.
- Daj mi minutę i spocznij – powiedział, orientując się nagle, że mężczyzna cały czas stoi nienaturalnie wyprostowany.