Od autorki:

Znów przez długi czas zapowiadało się, że rzucę projekt w diabły, ale jednak ostatnio nie miałam przez dwa dni internetu i postanowiłam, że trzeba skończyć to co się zaczęło. Teraz obiecuję być bardziej systematyczna.

Enjoy!


- Miłego lotu. JM.

Irene zawahała się na moment, spojrzała w jasny ekran, zacisnęła wargi, otworzyła tylną klapkę telefonu, wyciągnęła baterię i kartę SIM. Z lekkim sercem cisnęła je do kosza.

- Jeśli teraz mnie znajdziesz- powiedziała sama do siebie- to znaczy, że jesteś bogiem. A tego nie potrafiłabym przyznać.

Wykrzywiła się w paskudnej parodii uśmiechu, założyła okulary. Ponoć to po oczach najłatwiej rozpoznajemy innych, a ona nie powinna być rozpoznana. Przerzuciła torbę przez ramię. Westchnęła ciężko.

Kierunek: Karachi. Potem może być już tylko lepiej. Przynajmniej powinno być.


Nie było. Już sam fakt, że przed największym lotniskiem największego miasta w Pakistanie stoi jedna taksówka powinien był ją zaniepokoić, zapalić w jej mózgu czerwoną lampkę. Nie zapalił. Wsiadła, pochyliła się w stronę kierowcy, pokazała mu kartkę z notesu z pospiesznie zapisanym adresem. Facet mruknął coś pod nosem, przekręcił kluczyk w stacyjce, silnik kaszlnął, zakrztusił się, zarzęził. Odpalił dopiero za drugim razem.

Toczyli się powoli, żółwim tempem przez puste, śpiące jeszcze miasto. Irene przymknęła na chwilę oczy. Chyba zmiana czasu dawała jej się we znaki. Która godzina powinna być w Londynie? Ziewnęła, odchyliła głowę do tyłu, na oparcie fotela. Miasto za oknem przesuwało się, powoli zmieniając z szklano-stalowych wieżowców w betonowe hangary i niskie, przysadziste fabryczne budynki. Dopiero to ją zaalarmowało. Zbyt późno. Poderwała się, oparła o przednie siedzenia.

- Pan się chyba zgubił- zaczęła, może wyższym głosem niż powinna.- Albo próbuje pan zrobić ze mnie idiotkę.

Kierowca spojrzał na nią odbiciem w lusterku wstecznym, bezradnie wzruszył ramionami.

- Ah, tak- Irene westchnęła ciężko.- Gadam do siebie. Pan nie mówi po angielsku.

Przeklęła się w myślach. Przeklęła się wielokrotnie. Siebie i swoją głupotę. A potem uśmiechnęła się do siebie przelotnie. Sherlock. Zdążyła napisać Sherlockowi gdzie leci. Jeśli nie poradzi sobie sama to w ostateczności może liczyć na niego. O na pewno dojdzie po nitce do kłębka. Taką miała nadzieję. Mężczyzna skręcił ostro na ogrodzony metalową siatką plac, gwałtownie zaciągnął hamulec ręczny, odwrócił się w jej stronę.

- Wprost przeciwnie- powiedział płynną, szkolną angielszczyzną z lekko wyczuwalnym obcym akcentem. Sucho kliknął odbezpieczany pistolet.- Koniec trasy. Wysiadaj.

Posłuchała. Kierowca wysiadł w pół sekundy za nią, głośno trzasnął zamykanymi drzwiami. Kobieta dopiero teraz miała możliwość przyjrzeć mu się dokładnie. Był wysoki, wyższy od niej o głowę i szeroki w barkach. Spod brudnozielonego T-shirtu wystawały czarne linie tatuaży. Miał smukłą, pociągłą, śniadą twarz i ciemne, migdałowe oczy. Może nieco zbyt blisko osadzone. Gdyby nie to mógłby uchodzić za przystojnego.

-Oddaj torbę- rzucił, wyciągając ku niej rękę. Irene jak bezwolna wcisnęła mu w dłoń skórzany pasek. Mężczyzna zważył bagaż w dłoni i ruszył przed siebie, nie spuszczając z Kobiety wyczekującego spojrzenia. Był, a przynajmniej wydawał się, spokojny. Widocznie pozwolono mu strzelać jeśli ona zacznie uciekać, albo przynajmniej spróbuje rozważać tę możliwość. Ale ona nie rozważała. Zbytnio zajęta była złorzeczeniem samej sobie. Dała się złapać w prosty sposób, nie sprawdziła trasy jaką powinna przejechać. Nawet nie zajrzała do pieprzonych map google! Durna! Ona, Kobieta, domina, która sprowadziła świat na kolana dała się złapać w tak prostacki sposób. Tylko przez własną nieuwagę. I jet lag. Miała ochotę wyć. A jednak szła za mężczyzną. Musiała niemal biec by dotrzymać mu kroku.

Dlatego życzyłeś mi miłego lotu, prawda? Maczałeś w tym palce. Powinnam była się domyślić.

Nawarzyłaś sobie tego piwa to teraz je wypij.

Do hangaru są dwa wejścia, boczne, to które właśnie otwiera twój kierowca i główne, raczej dla samochodów. Pewnie takie same są z pozostałych dwóch stron.

Widać stąd wieżowce centrum. Nie może być daleko. Ile mogliśmy tu jechać?

Usnęłam. Nie pamiętam.

Cholera jasna.

Mężczyzna szarpnięciem otworzył boczne drzwi i obydwoje wkroczyli w gęstą ciemność. Gdy jej oczy przywykły do mroku, Irene zobaczyła, że nie są sami. W głębi sali, na krzesłach ustawionych w okrąg siedziały postacie. Sylwetki szeptały coś do siebie w gardłowym języku. Chyba po arabsku. Irene nie była pewna.

- Rahid,- jedna z postaci wstała- przywiozłeś ją?

- A co tu widzisz?- kierowca, nazwany Rahidem, pchnął ją stanowczo w kierunku kręgu bladego światła. Kobieta nie opierała się. Powoli zaczynała rozumieć, że opór jest bezcelowy, przynajmniej na tym etapie, że jej szanse maleją z każdą chwilą, z każdym krokiem w stronę kręgu. Gdy stanęła na jego granicy pojęła, że przyjechała tu na śmierć i, że może ją tylko odwlekać w czasie.

Bo postać, która wstała znała ją dużo lepiej niż powinna.

Bo stała twarzą twarz z Sebastianem Moranem.