Sytuacja bez wyjścia
– Nie!
Horror w głosie mówiącego zwrócił uwagę towarzyszy; tych, którzy mieli siłę interesować się czymkolwiek poza paroma chwilami oddechu przed dalszą ucieczką.
– Nie mam wyboru. – Klęczący przy prowizorycznym posłaniu uzdrowiciel podniósł wzrok na niespokojnego elfa, przykucniętego przy nieprzytomnym przyjacielu.
– W czym problem, Alcarino? – zapytał Maedhros, podchodząc bliżej.
Uzdrowiciel westchnął i podniósł się na nogi, choć i po nim zaczynało być widać nieustającą pracę przy rannych, a trucizna krążąca również w jego żyłach odbijała się ciemnymi sińcami na poszarzałej twarzy. Strój miał rdzawy i sztywny od krwi, głównie cudzej, lecz także i własnej.
– Nie jestem w stanie zrobić nic więcej. – Głos Alcarino był spokojny, opanowany, znużony. – Mogę odjąć mu rękę, albo zostawić i czekać, aż umrze.
– Ratuj. – Padł krótki rozkaz. Nie mogli sobie pozwalać na żadne straty.
Alcarino skinął głową i podwinął zesztywniałe rękawy. Elf kucający przy rannym zamarł w niedowierzaniu, ale nie odważył się odezwać.
– Będę potrzebować kogoś do pomocy.
Maedhros omiótł wzrokiem podkomendnych. Jego towarzysze broni, wojownicy doświadczeni w niejednej bitwie, teraz uciekali spojrzeniem. Dowódca widział ich przerażenie i wstyd, że tak reagują, u niektórych zakłopotanie, gdy odważyli się przelotnie skrzyżować z nim wzrok. W wyborze, który dawał Alcarino, nie było dobrej opcji, ale nikt nie powiedziałby tego na głos przy nim.
– Ty i ty. – Najstarszy syn Feanora wskazał klęczącego elfa i stojącego za nim, równie z trudnością panującego nad sobą towarzysza.
Obaj wskazani przenieśli wzrok na dowódcę, potem na nieprzytomnego rannego, ale zanim któryś zdążył coś powiedzieć, padł kolejny rozkaz.
– Zmienicie wartę nad wodą – polecił Maedhros, a elfowie oddalili się spiesznie; nie bez powodu zostali odesłani na najdalszy posterunek. – Ja ci pomogę. Przytrzymam.
Teraz już elfowie wokoło byli jawnie zmieszani, ale Alcarino nawet się nie zdziwił, tylko wybrał do pomocy jeszcze dwóch, których mógł być najbardziej pewny. Wydawał polecenia, nie sprawdzając, czy zostały wykonane; wskazani elfowie mieli dość silne nerwy, by dać radę.
– To wciąż może się nie udać – ostrzegł cicho.
– Jeżeli ze mną się udało, po tym, co przywiózł Fin... – Imię zmarłego króla ugrzęzło Maedhrosowi w gardle; wstrząsnął głową i dokończył spokojniej. – Uda się.
Uzdrowiciel nie przypomniał głośno, że powodzenie będzie zależało w głównej mierze nie od jego umiejętności, a od fea rannego – czy zdoła pozostać w ciele, czy też umknie z okaleczonej powłoki.
Elfowie dookoła próbowali odwracać wzrok, by nie śledzić zabiegu uzdrowiciela, ale nie byli w stanie udawać, że nie słyszą. Ani Alcarino, ani jego pomocnicy nie zważali na to, co się dzieje dookoła, skupieni tylko na rannym.
Gdy Alcarino wreszcie skończył, wszyscy byli uwalani krwią, a asystujący Noldorowie zobojętnieli, horror ustąpił pustce, gdy wykonywali ostatnie polecenia i sprzątali. Żaden nie zwrócił uwagi, jak uzdrowicielowi drży raniona ręka, gdy wstał w końcu i zajął się najbardziej niewdzięcznym zadaniem. Maedhros klęczał przy rannym; był mu to winny.
Dopiero nagłe poruszenie i zaalarmowane okrzyki kazały mu poderwać gwałtownie głowę, tylko po to, by zobaczyć, jak Alcarino pada nagle, jakby ktoś podciął mu nogi. Maedhros nie mógł wstać, gdy ranny wciąż desperacko wczepiał się w jego przedramię, ale elfowie dookoła zakrzątnęli się zaraz przy uzdrowicielu, podając mu wodę i pomagając usiąść.
Alcarino siedział tak, przez chwilę już nawet nie próbując ukrywać swojego znużenia. Od kilku dni opiekował się rannymi bez ustanku, lecz najwyraźniej ten ostatni zabieg kosztował go zbyt wiele wysiłku.
Maedhros wyswobodził się w końcu ze słabnącego uścisku. Pogładził rannego po mokrym od łez policzku, próbując nie widzieć pustki w jego oczach, i pozostawił go pod opieką któregoś z jego przyjaciół. Podszedł do Alcarino, któremu ktoś poprawiał właśnie opatrunki na ramieniu.
– Jak...? – Oczy uzdrowiciela natychmiast powędrowały ku posłaniu podopiecznego, ale ręka Maedhrosa na ramieniu powstrzymała go przed wstaniem.
– Zostaw go innym – polecił dowódca. W przeciwieństwie do wojowników, wyraźnie zaniepokojonych zasłabnięciem uzdrowiciela, on musiał opierać się na chłodnej kalkulacji.
– Nelyafinwe... – Alcarino przymknął oczy i westchnął, zginając i prostując palce zranionej ręki, jakby próbował przywrócić krążenie.
– To nie była sugestia – przypomniał mu stanowczo Maedhros – Potrzebujemy cię, my wszyscy. Twoja sprawność jest dla mnie ważniejsza.
Być może ktoś mógłby mu zarzucić, że postępował samolubnie, odsuwając najlepszego uzdrowiciela od elfa, którego właśnie okaleczyli w próbie ratowania życia. By może powiedziałby nawet, że Maedhros postępuje tak, by Alcarino mógł czuwać przy jego braciach. To jednak nie miało znaczenia – ogólny rachunek był okrutny i nie pozostawiał złudzeń. Od sprawności i możliwości uzdrowiciela zależało życie wielu.
– Odpocznij. Prześpij się. Żaden ranny nie pozostanie bez opieki – obiecał Maedhros. – A ty nie pomożesz nikomu, jeśli do końca opadniesz z sił.
– Wygląda na to, że używasz przeciw mnie moich własnych argumentów. – Na pobladłej twarzy uzdrowiciela pojawił się cień ponurego uśmiechu, który zniknął zaraz jak zdmuchnięty, ledwie jego wzrok spoczął na okaleczonym elfie i na wozie, na którym wciąż spoczywali ci, co do których nie miał pewności, czy przeżyją. – Zbudź mnie, jeśli uznasz za konieczne.
Obaj wiedzieli, że Maedhros nie przerwie jego odpoczynku, jeżeli tylko będzie mógł tego uniknąć.
W zapadającym zmierzchu uciekinierzy z ulgą przywitali ciszę spowijającą powoli obóz; poza strażnikami i tymi, którzy czuwali przy rannych, większość kładła się, by odpocząć trochę przed dalszą drogą. Wciąż nie mogli być pewni, czy wróg nie doścignie ich i nie spróbuje wyrżnąć niedobitków. Tylko okaleczony elf nie umiał ucichnąć, a na jego stłumiony szloch Noldorowie odwracali wzrok z zakłopotaniem; nie umieli mu pomóc. Maedhros wrócił do niego i przysiadł obok. Mówił do niego długo, cichym, opanowanym głosem, klarował i uspokajał. W końcu i on przestał łkać, ale minęło dużo czasu, nim dowódca odszedł od niego.
Okaleczony elf nie dożył rana. Fea umknęła gdzieś przed świtem, choć zdawało się, że ranny pogrążony był w głębokim, leczniczym śnie. Nim wyruszyli w dalszą podróż, ciało zmarłego ukryto przed zwierzętami; tylko tyle mogli zrobić. Maedhros milczał, gdy w milczeniu żegnał kolejnego towarzysza, i później, gdy pomagał Alcarino wejść na wóz, by mógł czuwać przy rannych.
