Rozdział 4
Wrzesień 2007 roku
Dopuszczenie się zdrady jest jedną z najcięższych rzeczy, jakich można dokonać. Każdy dzień zdawał się trudniejszy od poprzedniego, a każda godzina ciągnęła się w nieskończoność. Fałszywe uśmiechy i grzecznie skinienia głowy jeszcze nigdy nie przysparzały tylu trudności. A obawy – o Lisę, o własne życie, o to, że prawda, jakimś cudem, wyjdzie na jaw – przyprawiały go o mdłości i wieczny ból brzucha, który wspomagany był ogromnymi ilościami kawy.
Ten dzień był wyjątkowo męczący, nawet jeśli nie brał udziału w polowaniu na kosmitów, którzy postanowili złożyć im wizytę i porwać kilku cywilów – tym zajął się zespół, podczas gdy on siedział w Centrum, korzystając z każdego możliwego sposobu, by nikt nie dostrzegł żadnych anomalii w życiu mieszkańców Cardiff. Jack nigdy nie brał go w teren – zrobił to raz i chyba do tej pory nie przestał tego żałować. Cóż, Ianto nie miał nic na swoją obronę, zwyczajnie zawalił sprawę i musiał pozwolić Kapitanowi uratować dzień. Od tamtego czasu chłopak gorliwie twierdził, że świetnie czuje się za biurkiem, nawet jeśli często doskwierało mu uczucie nie przynależności do reszty zespołu.
— Mamy ich — oznajmił triumfalnie Jack przez słuchawkę, kiedy wskazówki zegarka zbliżały się do godziny pierwszej. — Sprawa załatwiona. Przygotuj dwie komórki i cztery dawki retconu. Jutro nasi goście wrócą do domu. To tylko jakieś dzieciaki, których statek się tu rozbił.
— Dzieciaki z trzema parami oczu, na czterech łapach i z zębami jak u krokodyla — warknął Owen i Kapitan roześmiał się wesoło.
Ianto odetchnął z ulgą i odchylił się w fotelu. Oczy piekły go nieznośnie, a do tego, jak chyba jeszcze nigdy w życiu, pragnął długiego, gorącego prysznica. Wiedział jednak, że nawet jeśli złapali kosmitów odpowiedzialnych za całe to zamieszanie, to sprawie wciąż daleko do końca i prawdopodobnie to jego zadaniem będzie dopięcie wszystkiego na ostatni guzik.
— Ianto — odezwał się znów Jack — zrób to, o co prosiłem i jesteś na dzisiaj wolny. Możesz iść do domu. No chyba, że osobiście chcesz mi pogratulować zwycięstwa. Myślę, że jest kilka sposobów, żebyś pokazał mi, jak bardzo ci zaimponowałem — powiedział i chłopak mógł się założyć, że Kapitan miał na twarzy bardzo sugestywny uśmieszek.
Prawie natychmiast się zarumienił, zdając sobie sprawę, że słyszy ich cała reszta zespołu. Mimo to zmusił się neutralnego tonu i odpowiedzi na tę oczywistą sugestię.
— Przykro mi, sir, ale jedyną osobą, która mi imponuje jest James Bond — odparł z kamienną miną.
Jack wybuchnął śmiechem i Ianto mimo woli uśmiechnął się lekko. Mężczyzna miał naprawdę ładny śmiech, to trzeba mu było przyznać.
— Och, Ianto Jones, jest tyle rzeczy, którymi mógłbym ci zaimponować, gdybyś tylko pozwolił mi zajrzeć pod ten twój...
— Myślę, że będę się zbierał do wyjścia, sir — przerwał mu, czując z irytacją, że znów się rumieni. — Do widzenia.
— Hej, Ianto! — zawołał mężczyzna, jakby nagle sobie o czymś przypomniał. — Wszyscy macie jutro wolne, nie chcę was widzieć w pracy przed końcem tygodnia, jasne?
— Mogę zapytać z jakiego powodu, sir?
— Obiecywałem wam wszystkim urlop od kilku miesięcy, panie Jones — odparł krótko z rozbawieniem.
— Och...
Och... Całkiem o tym zapomniał. Nic dziwnego, zwłaszcza, że w całym tym zamieszaniu z leczeniem Lisy ledwie pamiętał o jedzeniu. Zresztą to raczej Suzie i Owen tak nie mogli się doczekać tych wolnych dni. On sam nie miał z kim spędzić urlopu. Teraz, kiedy Tommy i doktor Carter... Kiedy Lisa cierpi w tej przeklętej piwnicy i z trudem samodzielnie oddycha... Nie miał prawa na czas wolny, a już tym bardziej nie miał go z kim spędzić.
— To nie jest konieczne, sir — odparł najspokojniej, jak tylko umiał. — Nie mam żadnych planów, więc...
— Zrobisz, jak uważasz — mruknął Jack.
Nagle Ianto odniósł wrażenie, że mimo uprzejmości i żartów, Jack pragnie jak najszybciej zakończyć ich rozmowę i wrócić do reszty zespołu. Nie wiedział, co odpowiedzieć, więc na moment zapadła nieprzyjemna cisza.
— Słuchaj, Ianto, muszę kończyć. Chcemy jeszcze skoczyć z resztą na drinka, więc powinniśmy już jechać.
— Oczywiście, sir — odparł cicho.
Ianto nie miał pojęcia, na co właściwie liczył. Że Jack zaproponuje, żeby poszedł z nimi? Że mężczyzna w końcu go dostrzeże? Że zauważy, iż on również tam jest i w teorii też należy do zespołu? Nie wiedział, jednak fala rozczarowania i goryczy uderzyła w niego jak grom z jasnego nieba.
— Ianto? — zapytał nagle Kapitan, choć chłopak był pewien, iż ten już się rozłączył. — Wszystko... Czy wszystko w porządku? Brzmisz... dziwnie — dokończył niepewnie.
Prawie się uśmiechnął. Jak na osobę, która od dwóch dni prawie nie spała, brzmiał całkiem dobrze, ale Jack nie mógł o tym wiedzieć. Mężczyzna żył w błogim przekonaniu, że Ianto żyje sobie spokojnie swoim pedantycznym życiem, za największy problem mając kurz na ekspresie do kawy. Do głowy by mu nie przyszło, że chłopak ukrywa w piwnicy swoją absurdalnie nieperfekcyjną narzeczoną i opieka nad nią powoli go zabija.
— To tylko zmęczenie, sir — odparł prawie szczerze.
Kapitan zawahał się przez krótki moment.
— Idź do domu — wypalił nagle. — Zajmę się wszystkim. Po prostu weź jutro wolne. Chyba tego potrzebujesz. Przepracowujesz się — stwierdził z nietypową dla siebie powagą, jednak po chwili zaśmiał się pod nosem. — Przyznaj, spędzasz w Centrum tyle czasu tylko po to, by móc być blisko mnie.
Ianto westchnął w duchu ze smutkiem. Lubił Jacka – w jakiś pokrętny sposób naprawdę go lubił – jednak Kapitan nie miał pojęcia, jak bardzo się co do niego myli. Ufał mu, momentami nawet traktował jak przyjaciela, a on wykorzystywał to wszystko bez mrugnięcia okiem, byle tylko pomóc Lisie. Nie mógł się bardziej za siebie wstydzić.
— Naturalnie, sir — odparł ze zmęczeniem — przykro mi, że mój plan został zdemaskowany.
— Och, ale ja absolutnie nie mam nic przeciwko, panie Jones. Po prostu poczekaj na mnie, wtedy możemy...
— Dziękuję, sir — przerwał mu dosadnie — ale naprawdę powinienem już iść. Pan zresztą też. Zespół czeka.
— Och, no tak. Jak zawsze masz rację. W takim razie trzymaj się, Ianto.
— Tak, nawzajem, sir.
Tym razem Jack naprawdę się rozłączył i Ianto w końcu mógł wyjąć z ucha słuchawkę. Nie znosił tych urządzeń w Torchwood Jeden i nie znosił ich też tutaj. A po Canary Wharf i sposobie, w jaki Cybermeni próbowali przejąć kontrolę w wieży, awersja ta tylko się pogłębiła.
Mięśnie miał zdrętwiałe od całodziennego siedzenia przy komputerze i stanięcie na nogach okazało się nie lada wyzwaniem. Mimo to nie rozwodził się nad bólem w ciele, lecz skierował się prosto do piwnicy. Przy stylu jazdy Jacka zespół powinien być na miejscu za jakieś dwadzieścia minut, może szybciej, więc nie miał wiele czasu. Szedł wąskim, ciemnym korytarzem, próbując nie zwracać uwagi na nieznośny zapach wilgoci, którego tak nienawidziła Lisa. Po kilku chwilach dotarł do pokoju, w jakim zainstalował panel konwersji, który, po drobnych przeróbkach, utrzymywał jego narzeczoną przy życiu.
Tak, jak się spodziewał, dziewczyna była pogrążona we śnie. Odkąd zaczął podawać jej silniejsze leki przeciwbólowe działo się to niemal bez przerwy. Kiedy z kolei nie spała, prawie zawsze płakała z bólu lub nieszczęścia, a Ianto miał coraz większe problemy ze znalezieniem sił na pocieszanie jej. Przyjął więc z ulgą fakt, że dziewczyna śpi, jednocześnie czując się jak ostatni drań. Wyuczonymi ruchami podłączył do jej ramienia nową kroplówkę, mając przy tym nadzieję, że wystarczy to, by oszczędzić jej bólu przez resztę nocy. Kiedy skończył, rozejrzał się ostrożnie po pokoju, jednak nie dostrzegł nic więcej do zrobienia – przynajmniej nic, co nie musiało czekać na przybycie doktora Tanizaki. Więc to by było na tyle. Złożył delikatny pocałunek na czole Lisy, poprawił krawat i ruszył do wyjścia.
Poranek okazał się koszmarem. Wciąż był niewyspany, a do tego dopadł go ból gardła i kaszel. Wolał nie mierzyć temperatury, lecz coś mu mówiło, że nie jest ona najniższa. Ze względu na Lisę nie mógł pozwolić sobie na wolne, nawet gdyby świat się walił. Zwlekł się więc niechętnie z łóżka i ruszył do łazienki, mając nadzieję, że gorący prysznic choć trochę mu pomoże. Niestety po wyjściu z toalety niechętnie zauważył, że do listy objawów doszły mdłości i nie było mowy o żadnym śniadaniu.
W Centrum pojawił się spóźniony i ledwie żywy, z myślą, iż oddałby niemal wszystko za prawdziwy wolny dzień. Wiedział jednak, że Lisa jest ważniejsza i prędzej wykaszle własne płuca, niż pozwoli jej cierpieć samotnie w tej piekielnej piwnicy.
Jego miejsce pracy było wyjątkowo ciche o tej porze – zdawało się, że siódma rano jest wczesną godziną nawet dla Myfanwy. Poza tym, jeśli Jack dał wszystkim wolne, to jedynie po Tosh mógł spodziewać się postąpienia wbrew Kapitanowi. Owen ubóstwiał czas spędzony z dala od Torchwood, z kolei Suzie od tygodnia opowiadała o swoich planach na wolne dni, więc nie sądził, by miał zobaczyć tę dwójkę przed nowym rokiem.
— Myślałem, że dałem wszystkim wolne — rzekł Jack, kiedy Ianto stanął przy ekspresie do kawy.
Chłopak podskoczył gwałtownie, niemal upuszczając kubek na ziemię.
— Widać na stare lata pamięć zaczyna mnie zawodzić. — Kapitan posłał mu swój popisowy uśmiech.
Ianto z trudem powstrzymał atak kaszlu i również się uśmiechnął.
— Kawy, sir?
— Poważnie, Ianto. Jesteśmy sami, możesz mi mówić po imieniu. Naprawdę je lubię.
— Oczywiście, sir — odparł i odwrócił się w kierunku ekspresu, by ukryć delikatny uśmiech.
— Uparty i niedostępny. — Jack westchnął głęboko. — Nie najlepsza mieszanka. Skoro nikogo innego tu nie ma, to może popracujemy trochę nad tą drugą cechą?
— Wolałbym, żeby popracował pan nad tymi zaległymi raportami — mruknął i Jack, śmiejąc się, ruszył w kierunku swojego biura.
— Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. Och, Ianto? Dałbym się zabić za kawę.
— Oczywiście, sir.
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko i zniknął w swoim gabinecie. Kiedy tylko drzwi się za nim zamknęły, Ianto poczuł, że całe ciało buntuje się przeciwko niemu. Miał wrażenie, że tylko dźwiękoszczelne drzwi nie pozwoliły usłyszeć Kapitanowi jego spektakularnego ataku kaszlu.
Doprowadzenie się do porządku zajęło mu kilka chwil, lecz ostatecznie parę minut później pojawił się z kubkiem kawy w biurze Jacka. Nie było to duże pomieszczenie, a do tego, mimo jego starań, dość zabałaganione, jednak Jack zdawał się w nim świetnie odnajdywać.
Postawił kubek przed mężczyzną, który siedział pochylony nad jakimiś papierami. Ianto mógł mieć tylko nadzieję, że są to raporty, o które prosił, jednak sceptyczna strona jego natury raczyła w to wątpić.
Jack podniósł głowę i obdarzył go wdzięcznym spojrzeniem. Uniósł kubek do ust, pociągnął z niego łyk, po czym zamruczał nieprzyzwoicie, niemal znów przyprawiając go o rumieniec.
— Twoja kawa jest niezastąpiona, Ianto — stwierdził, gdy odstawił kubek na miejsce.
Chłopak skinął wdzięcznie głową. Stał przez moment w miejscu, jednak po chwili otrząsnął się z zamyślenia i ruszył w stronę drzwi.
— Dlaczego tu jesteś? — wypalił nagle Kapitan.
Ianto zamarł, czując, że przechodzi go zimny dreszcz. Nie był pewien, czy było spowodowane to pytaniem, czy może raczej gorączką.
— Pracuję, sir — odparł, gdy minął pierwszy szok.
— Dałem wam wolne. Sądziłem, że wszyscy czekacie na urlop. Praca tutaj jest męcząca, powinniście korzystać z faktu, że mamy spokojniejszy okres. To nie zdarza się często.
— To samo mogę powiedzieć panu — mruknął, odwróciwszy się w kierunku mężczyzny, który siedział za biurkiem, uważnie lustrując go spojrzeniem. — Pan również tutaj jest.
— Ktoś musi mieć oko na szczelinę — odparł niemal od niechcenia. — A jaki ty masz powód? — Uniósł pytająco brew.
— Jestem typem pracoholika, sir.
— Ze mną nigdy nie chcesz pracować. — Kapitan założył ręce na piersi i odchylił się do tyłu, wciąż mu się przyglądając.
— Myślę, że nieco inaczej pojmujemy słowo praca, sir.
— Do diabła, Ianto, czy ty masz pojęcie, co ze mną robi ten twój akcent?
— Nie sądzę, żebym chciał wiedzieć — mruknął, wywołując tym u mężczyzny lubieżny uśmiech.
— Za każdym razem, kiedy zwracasz się do mnie „sir" łapię się na zastanawianiu, jak by to brzmiało, gdybym mógł...
— To już stanowczo podchodzi pod molestowanie pracowników, sir! — przerwał mu, nim ten zdążył do reszty go zawstydzić. — W razie potrzeby będę w archiwum.
— Zdefiniuj, co masz na myśli, mówiąc: potrzeba! — zawołał za nim mężczyzna, lecz Ianto, uśmiechając się bardzo delikatnie, postanowił nie odpowiadać na tę zaczepkę.
Październik 2007 roku
Był już późny wieczór, gdy w końcu udało mu się wstać z kanapy. Nigdy by nie powiedział, że ta banalna czynność będzie wymagać od niego, kogoś tak poukładanego i uporządkowanego, tyle samozaparcia i upartości. Nigdy nie należał do rodzaju ludzi, którzy pozwalają sobie na utratę kontroli – za bardzo przypominało mu to o okresie dzieciństwa, kiedy to wszystko było niepewne i przerażające. Kontrola była wszystkim, co miał. Bez niej był niczym.
Niecałą godzinę później chodził po mieszkaniu niczym w transie, zbierając wszystko, co należało do Lisy lub przypominało mu o niej w jakikolwiek sposób i wrzucając to do wielkiego wora. Nie wiedział, ile to trwało. Czas stracił dla niego znaczenie. Nie odmierzał go już od jednego lekarstwa dla Lisy do drugiego czy od jednej kawy dla zespołu do drugiej, trzeciej i czwartej. Wiedział jedynie, że nie zostało go dla niego wiele i prędzej czy później pojawi się Jack, co, mimo strachu przed śmiercią, zapewne przyjmie z ulgą. Jednak przedtem chciał to skończyć. Żadna z jej rzeczy nie miała prawa dostać się w ręce Torchwood – choć tyle mógł zrobić, by uczcić jej pamięć; uratować ją przed wiecznym zamknięciem w magazynach na obrzeżach miasta. Jego rzeczy również miały tam trafić, podobnie jak rzeczy Suzie i setki innych ludzi przed nimi. Nie robiło mu to większej różnicy, ale jego Lisa nie życzyłaby sobie tego.
W dziwaczny sposób zajęcie to pomagało mu skupić myśli na czymś innym od bólu. Nie chciał tego czuć. Nie chciał dłużej cierpieć. Był już tym zmęczony. Zmęczony przede wszystkim udawaniem, że wszystko jest w porządku, jednocześnie wiedząc, że nawet gdyby tego nie robił, nikogo by to nie obeszło. Nadmierna troska Lisy zawsze go irytowała, lecz teraz... teraz tęsknił nawet za awanturami, które mu urządzała po nocnych wypadach z Tommym.
Zawahał się przy pudełku z pierścionkiem zaręczynowym. Nie miała go na ręce tamtego strasznego dnia. Do pracy ubrała go tylko raz, bo móc pochwalić się wszystkim swoim przyjaciółkom, później za bardzo się o niego bała. Lisa, w przeciwieństwie do niego, dużo częściej miała bezpośredni kontakt z kosmiczną technologią. On sam lepiej czuł się za biurkiem i to właśnie ich różniło.
Dłonie nie przestawały mu się trząść, lecz teraz, gdy trzymał jej pierścionek... Miał wrażenie, że dzierży w dłoniach jakiś niewyobrażalny ciężar. Westchnął i, nim zdążył na nowo się rozpaść, wsunął pudełko do kieszeni. Nie mógł go wyrzucić. Zbyt świeży był w jego głowie obraz radości, jaką wywołał u niej tym małym przedmiotem. Była tak niewyobrażalnie szczęśliwa... Nie mógł uwierzyć, że wystarczył jeden dzień, by stracił kobietę swojego życia. By tracił ją każdego dnia na nowo przez ostatnich kilka miesięcy. A teraz stracił ją na dobre. Odeszła i ta jej najmniejsza część, która przeżyła Canary Wharf.
Pozbycie się reszty rzeczy nie było wiele łatwiejsze. Wyrzucenie jej ubrań – choćby samych rękawiczek, których wiecznie zapominała – ulubionego kubka, książek (głównie kryminałów, których była nieuleczalną fanką) – to tak, jakby w jakiś sposób pozbywał się jej ze swojego życia. A Bóg mu świadkiem, że zrobiłby wszystko, byle ona mogła być żywa i szczęśliwa. Sam dałby się przywiązać do tego cholernego stołu konwersji, zniósłby to bez słowa sprzeciwu, nawet jeśli nic innego go tak nie przerażało. Zgodziłby się na los piekielnego potwora, gdyby tylko ona była bezpieczna. A tymczasem nic nie mógł zrobić. Przybył zbyt późno, by ją uratować, nie udało mu się jej ochronić.
Tylko album nie podzielił losu większości ich rzeczy – album ze zdjęciami sprzed bitwy, z czasów, kiedy to był zupełnie przeciętną, szarą osobą ze swoim nudnym, szczęśliwym życiem. Mieszkanie, jeśli nie liczyć worów i kartonów w korytarzu, wydawało się teraz dziwnie puste i smutne. Bez delikatnych akcentów Lisy i ich miłości czuł się jeszcze bardziej nie na miejscu.
Usiadł na łóżku, wygrzebawszy uprzednio telefon z kieszeni zniszczonych, brudnych od krwi spodni, które chwilę później skończyły w koszu na śmieci. Nie był pewien, czy faktycznie tego chce. Była to ostatnia rzecz, którą powinien załatwić przed swoją potencjalną śmiercią, jednak nie rozmawiał z Rhiannon od tak dawna... Kobieta pewnie nie życzyła sobie, by wyrodny brat zakłócał jej – z pewnością perfekcyjnie poukładane – życie. A on sam wciąż nie pozbył się do niej żalu po tym, jak odwróciła się od niego, gdy potrzebował jej najbardziej.
Nim zdążył się rozmyślić, wybrał numer, z którego, ponad trzy lata wcześniej, zadzwoniła do niego siostra, by poinformować go o śmierci ojca. Jak nigdy cieszył się, że Lisa była na tyle przewidująca, żeby zmusić go do zapisania tego numeru. Przyłożył komórkę do ucha i nie mógł uwierzyć, że jego dłoń trzęsie się do tego stopnia, iż ledwo może utrzymać w niej telefon. Czekał, w myślach odliczając sygnały. Pierwszy, drugi, trze...
— Słucham?
Zamarł. To z pewnością był głos jego siostry. Nieważne, od jak dawna go nie słyszał, nie miał co do tego żadnych wątpliwości. W tle słychać było dziecięce śmiechy i piski. Pół świadomie zaczął się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie jest wujkiem.
— Halo? — powtórzyła zniecierpliwiona kobieta i Ianto odchrząknął niezręcznie.
— Rhiannon? — zapytał, czując się jak ostatni dureń.
Po drugiej stronie słuchawki rozległ się głośny dźwięk tłuczonego naczynia, zaniepokojony męski głos zadał jakieś pytanie, po czym rozległ się dźwięk zatrzaskiwanych drzwi i zapadła cisza. Ianto przez cały ten czas czekał cierpliwie z szybko bijącym sercem.
— Ianto? — wyszeptała kobieta z niedowierzaniem i chłopak prawie mógł zobaczyć, jak jego siostra przykłada dłoń do ust.
— To ja — odparł również szeptem, choć sam nie wiedział, dlaczego.
— Mój Boże! Ty żyjesz!
Zaśmiał się nerwowo, nie wiedząc, co powinien powiedzieć.
— Oczywiście, że tak. Dlaczego miałbym nie żyć? — zapytał po chwili, lecz właściwie zrobił to bardziej z grzeczności; wcale nie obchodziło go, co kobieta miała do powiedzenia.
— Słyszałam o tym ataku terrorystycznym! Tym na Canary Wharf! Miałam tam przyjaciółkę, mówiła, że czasem widuje cię na korytarzu. Wiedziałam tylko, że tam pracowałeś, ale nikt nie chciał mi nic powiedzieć. Dzwoniłam wszędzie, ale każdy mówił, że nie mogą udzielać żadnych informacji na temat pracowników tej firmy, gdzie zaczął się atak. Twój telefon też nie odpowiadał. Myślałam, że tam umarłeś! Dlaczego się nie odezwałeś?! Jestem twoją siostrą! — krzyknęła histerycznie.
Na końcu języka miał ironiczny komentarz na temat tego, gdzie była, kiedy, jako dziecko, potrzebował jej dużo bardziej niż teraz, jednak w ostatniej chwili udało mu się go powstrzymać.
— Nie chcę się kłócić — powiedział cicho zamiast tego. — Po prostu... Muszę na jakiś czas wyjechać i nie wiem, kiedy wrócę. Więc chciałem się pożegnać i upewnić, że u ciebie wszystko dobrze.
— Ianto, do diabła! Przez ostatnie pięć miesięcy myślałam, że jesteś martwy, a teraz dzwonisz tak po prostu i czego oczekujesz?!
— Sam nie wiem — powiedział z zaskakującym spokojem. — Masz rację. Nie powinienem dzwonić. Myślę, że chciałem tylko usłyszeć twój głos... Przepraszam, Rhiannon.
Rozłączył się i ukrył twarz w dłoniach, z trudem przełykając ślinę. Po chwili telefon zaczął dzwonić, a jego charakterystyczny dzwonek zdawał się ranić jego uszy swoim głośnym dźwiękiem. Zignorował to i po kilku chwilach nastała cisza. Wypuścił wstrzymywane nieświadomie powietrze, odchylając się do tyłu na łóżku. Uczucie zmęczenia uderzyło w niego z całą mocą, mimo iż spał dłużej, niż kiedykolwiek wcześniej. Żołądek protestował bólem przeciw trwającej głodówce, lecz, kiedy zamknął oczy i odpowiednio mocno skupił się na wspomnieniu Lisy, łatwo było mu to ignorować. Żałował, że w ogóle pomyślał o telefonie do siostry. Powinien był domyślić się, że kobieta nie przyjmie go z otwartymi ramionami, a już na pewno nie wesprze w żałobie, o której w ogóle nie ma pojęcia.
Niespodziewanie ciszę przerwał dźwięk dzwonka do drzwi. Chłopak z trudem przełknął ślinę, nagle zdając sobie sprawę, że piekielnie boi się tego, co miało nastąpić.
