Rozdział 4 - Rejping Tajm
Chcąc nie chcąc, ale chcąc, Ameryka i Eve skończyli oglądając razem Slendera, po tym, jak policja przyszła do domu Arthura prosząc o uciszenie wrzeszczących dzieci. Ten obiecał, że taka sytuacja więcej się nie powtórzy, po czym przypominając sobie, że nie ma na sobie ważnej części garderoby, którą były spodnie, udał się w celu ich nałożenia do sypialni, po drodze robiąc herbatkę z mlekiem (takim naturalnym…) na uspokojenie. Potem dwa dzieciaki widząc, że pozbyły się opiekuna postanowiły zagrać w Happy Wheels, a kiedy myślały, że ten mhroczny soundtrack dochodził z ich gry, wtem za kanapą coś zasapało ciężko i ręka tego czegoś, zwabiona krzykami i jękami dochodzącymi z gry, spoczęła na ich ramionach.
- Och, co to za urrrrocza gierka, towarzysze? – zapytał ze słodkim uśmiechem Ivan zdając sobie sprawę, że Al i Eve zamienili się w kamienne posągi. Po chwili zwrócili swe głowy ku niemu i blondyn stwierdził, że skończyła mu się cola, więc pobiegł najszybciej jak umiał do kuchni, potykając się po drodze o leżącego na ziemi Francję.
Dziewczyna poczęła szybciej oddychać, czując na sobie zimny dech Rosji.
- Czy czujesz się poniekąd niezręcznie w zaistniałej sytuacji, da?
- Ty… Ty… Ty… TY MNIE DOTYKASZ! – Ivan poczuł stanowcze szarpnięcie za szalik i niemalże natychmiast wylądował plecami na kanapie przygnieciony dziewczyną. – Pobawmy się, pobawmy się, pobawmy się~!
Ivan pomyślał, że przypomina mu ona jego siostrę… i to nie tą cycatą…
- Chcesz stać się moją jednością? – zadała retoryczne pytanie nie oczekując odmowy. Jedyna śliczna rzecz w wyglądzie Waniuszki, tj. jego oczy, rozszerzyły się w przerażeniu, po czym zrzucając z siebie Eve, krótko mówiąc, spierdolił w tę stronę, w którą wcześniej udał się Al.
Dziewczyna pewnie upadłaby, gdyby nie pochwycił jej w locie w iście eleganckim stylu Franczis, niosąc ją na rękach niczym pannę młodą.
- Bonjour, madmoiselle! Widzę, że trafiłaś w idealne miejsce, gdyż braciszek Francja mógł napotkać twe piękne oblicze!
Blondynka w osłupieniu wlepiała gały w jasnowłosego mężczyznę, podczas gdy z podłogi podniósł się ktoś jeszcze. Niewysoki szatyn, który w tym momencie związywał sobie włosy w kucyk.
- Co tu się wyrabia-aru?!
- Y-Yao? A co Ty tu robisz? Co właściwie wszyscy robicie w tym domu? – rzekła Eve, a w tym samym czasie Anglia, Ameryka i Rosja wyszli z kuchni, tocząc w tym czasie dyskusję, której urywek brzmiał tak:
„Nigdy więcej nie przerywaj nam in that moment!
Ale byliście doprawdy cudowni!
CHCIAŁEŚ WPIERDOLIĆ SIĘ W CHWILI, GDY JA GO…"
I wzrok całej trójki padł na Chińczyka oraz Francuza z Polką w ramionach…
… aż tu nagle wszyscy poczęli gadać na raz jak najęci, dokładnie jak na światowych konferencjach, czyt. Anglia kłócił się z Francją i Ameryką, a Rosja próbował dobrać się do Chin. Jak zwykle.
I wtedy rozległ się huk. Wszyscy zebrani obejrzeli się w tamtą stronę, gdzie ujrzeli stłuczoną, XIX-wieczną najukechańszą lampę Arthura, rozbitą na drobniusieńkie kawałeczki. Nad zwłokami antyku stała Eve, dzierżąc w dłoniach kran Rosji.
- Eee… przepraszam? – powiedziała ze słodkim uśmiechem.
- R-Rosjo! Jak ty pilnujesz tego, co trzymasz w gaciach-aru?!
- A-ale… - Ivan pomacał swoje spodnie, po czym skamieniał na moment i pobiegł do najbliższego rogu pomieszczenia, skulił się, podłożył nogi pod podbródek, a następnie począł kołysać się wprzód i w tył powtarzając: Ona jest gorsza niż Białoruś!
Alfred usadowił się w tej samej pozycji koło niego, rozpaczając nad stratą swych burgerów.
Arthur też miał na to ochotę, zważając, że zjadła bez najmniejszego skrzywienia jego potrawy, ale ktoś w tym towarzystwie musiał zachować pozory powagi i ogarnięcia.
- A może byś coś zjadła?
- A może nie?
- H-hej, ale chociaż było/jest zabawnie, prawda? – zapytał Francja. -… Prawda?
- O nie, kotenieńku… - rzekła dziewczyna stukając stalową rurą w wewnętrzną stronę otwartej dłoni. – Zabawa dopiero się zaczyna… - po czym z rasowym rejp fejsem przekręciła klucz w zamku do frontowych drzwi i schowała go sobie w stanik.
Alianci przełknęli ślinę, a z kąta dobiegł rozpaczliwy jęk Rosji, jeden z tych nielicznych, błagających o pomoc. Zapowiadało się ciekawie…
A u Pat…
Gilbert zjawił się z całą wielgachną tabliczką czekolady pod pachą (dlatego jej zapach pozostawiał wiele do życzenia…) i już od progu oznajmił swą jakże zagilbistą obecność.
- Oto i przybyłem! Bijcie pokłony przed mą zacną personą!
Ale wszyscy mieli go w dupie. Albinos zastanawiał się, dlaczego tak jest, zawsze przynajmniej Felicjano zwracał na niego uwagę, śmiał się z nim lub z niego.
Zaraz, cooo?!
A tymczasem dupa blada, brunetka nadal ryczała, Romano wykorzystywał okazję, jednakże bez widocznych skutków, gdyż nadal nie mógł jej uspokoić, Ludwigowi głowa pękała, siedział na krześle i miał już tego wszystkiego serdecznie dość, a sam drugi Włoszek skakał wokół wszystkiego i pierdzielił o rodzajach pasty. Pasta normalna, pasta gotowana, pasta kokardki, pasta świderki, pasta do spaghetti, pasta tęczowa, pasta, pasta srasta! – Niemcy znał już jej wszystkie rodzaje, a swoją drogą nieźle się powstrzymywał, aby nie rzucić w niego pustą puszką po piwie.
Wtem usłyszano dzwonek do drzwi. Pierwszy w ich stronę rzucił się Szwab, dziękując Niemcom (no przecież nie Niebiosom) za tę jedną chwilę wytchnienia, w której nie musiał siedzieć z tymi idiotami w jednym pomieszczeniu.
Po drugiej stronie znajdował się nie kto inny, jak sam Honda Kiku vel Japonia we własnej osobie. Wraz z jego wstąpieniem w progi domu pojawiło się za nim złote światło, czyniąc go odrobinkę wyższym i ni stąd, ni zowąd, płacz ucichł. Wszyscy zaczęli w duchu dziękować czarnowłosemu mężczyźnie za zjawienie się. Niczego nie świadomy Kiku podszedł do Pat, wyciągnął rękę z małą paczuszką w jej stronę i zapytał:
- Czy… Czy chciałabyś spróbować japońskich ciasteczek… eee… nee-chan? – i spalił cegłę.
Pat z drobnymi łezkami w oczach przyjęła podarunek i grzecznie zaczęła zajadać ciastko. Inni już niemalże pragnęli całować Japonii buty, podczas gdy ten z miną nadobnej dziewicy nadal nie wiedział, jak wiele zdziałał dla tego świata. Podczas, gdy wszyscy zaczęli być super, hiper, mega szczęśliwi, jak to zwykle w tego typu dziełach bywa, coś musiało się kurtuazyjnie zjebać.
Puk. Puk. Nerwowe pukanie do drzwi. Doitsu raz jeszcze udał się w ich stronę, po czym zaraz po ich otworzeniu rozległy się wrzaski sąsiada.
- Co to za ryki i płacz tutaj? Nie mogę się skupić na grze na pianinie! – Ałstryja jak zwykle rościł pretensje.
- Rod? A co ty tu robisz? Przecie nie po drodze masz!
- Ja… - zarumienił się arystokracina. – Elizabeta ma TEN czas miesiąca i wysłała mnie w pewnej sprawie po… zapasy.
- Och, Ludwiś, właśnie, ja też potrzebuję podpasek! – krzyknęła na cały głos Pat przerywając konsumpcję ciastka.
Państewka spojrzały na nią, a Felicjano szepnął coś Ludwigowi na ucho, żeby szedł tam natychmiast, bo z takimi sprawami zwlekać nie można, chyba, że chce mieć istną powódź. „Bo – rzekł Włoch cytując Rosję – z dziewczyn to potrafi lecieć jak z kranów".
Na szczęście Niemcy miał własne sposoby na rozwiązywanie takich problemów.
- Gilbert, podejmiesz się tego wyzwania?
- Coo? Jaa? Nie chce mi się.
- Boisz się, kartoflu? – zapytał Romano.
- Ja? Pf. Ja się. Pf. Niczego. Pf. Nie boję! Pf! Jestem tak zajebisty, że aż chuj staje pod Himalaje! – rzekł Gilbert przyjmując postawę bojową. – Rod, ruszaj tę swoją sztywną, arystokracką dupę, idziemy do Gejfura!
Po czym chwytając swego protestującego wroga pod ramię zadał mu pytanie: Hej, wytłumacz mi co to znaczy, że są ze skrzydełkami? Latają kurwa czy co?
