Drzwi sali eliksirów otworzyły się powoli z lekkim skrzypnięciem. Pierwszoroczni Ślizgoni zerknęli z zaciekawieniem na tajemniczą osobę, która, szczęśliwym trafem, dała im chwilę wytchnienia od męczenia się z tą marną imitacją ich Opiekuna Domu. Zdziwili się jednak, widząc zamiast któregoś z nauczycieli prefekt naczelną, Hermionę Granger, która wyglądała, jakby miała za chwilę zalać się łzami rozpaczy.
- Profesorze… - jęknęła płaczliwie, podchodząc do Mistrza Eliksirów, który spojrzał na nią pytająco. – Brakuje płatków! – zapłakała głośno, patrząc na niego z wyraźną desperacją.
- Jakich płatków? – spytał zdezorientowany profesor, a Ślizgoni zaśmiali się cicho.
- Śniadaniowych! – krzyknął ze śmiechem jeden z odważniejszych młodych Węży.
W odpowiedzi z miejsca otrzymał od prefekt naczelnej mordercze spojrzenie godne profesora Snape'a i ze strachu skulił się w sobie.
- Ty mnie nawet nie próbuj dzisiaj denerwować, ostrzegam cię! Dziesięć punktów od Slytherinu! – warknęła groźnie Granger, prężąc się niczym lwica szykująca się do skoku, ale gdy zwróciła się z powrotem do Mistrza Eliksirów, znów zaczęła przypominać obraz nędzy i rozpaczy. – Skondensowane płatki śniegu z Antarktydy! Potrzebne jest dziesięć, a jest ich dziewięć! A nie da się ich niczym innym zastąpić!
Na twarzy profesora pojawiło się zrozumienie, natomiast w oczach Granger zbierało się coraz więcej łez. Snape odłożył chochlę, którą sprawdzał konsystencję eliksiru jednego z Krukonów i, nie zważając na gigantyczny szok na twarzach swoich podopiecznych, przytulił ją pocieszająco, ona zaś przylgnęła do niego, jakby był ostatnią bezpieczną przystanią na wściekle wzburzonym morzu.
- Spokojnie Hermiono, nic się przecież nie stało – pocieszał ją, gładząc jej plecy, ale ona jedynie zapłakała mu w ramię. – Zaraz po lekcji wyślę sowę z zamówieniem, dobrze? – Kiwnęła nieznacznie głową, a Ślizgoni spojrzeli po sobie, uznając, że profesor zaczyna posuwać się za daleko. – W takim razie postaraj się wrócić na pozostałe zajęcia, żebyś nie miała więcej zaległości, dobrze? W końcu nie możemy pozwolić, żeby najlepsza uczennica w szkole opuściła się w nauce przez jakieś złośliwe płatki, nieprawdaż? – Odsunął ją odrobinę, by spojrzeć jej w twarz. – No dalej, uśmiechnij się, świat się jeszcze nie skończył – dodał, uśmiechając się do niej pokrzepiająco.
Młode Węże, jak jeden mąż, skrzywiły się, widząc wyraz jego twarzy. Prefekt naczelna, natomiast, nieznacznie uśmiechnęła się przez łzy.
- Potrafi pan nawet być zabawny – mruknęła cicho, patrząc mu prosto w oczy.
- Staram się – odparł swobodnie, mrugnąwszy do niej zawadiacko.
- Jeśli by się pan tak od początku zachowywał, eliksiry mogły by być nawet przyjemne.
- Wybacz, ale obawiam się, że na chwilę obecną nie jestem w stanie zmienić przeszłości. Nie mniej jednak będę próbował. – Uśmiech nie schodził z jego twarzy, przez co niektórzy Ślizgoni musieli powstrzymywać odruchy wymiotne. – A teraz leć na zajęcia, bo czas ucieka. Dam ci znać, kiedy dostanę zamówienie.
- Dziękuję, profesorze – odparła szczerze z wyraźną ulgą w głosie.
Snape pokrzepiająco położył jej rękę na ramieniu, po czym Granger skinęła mu głową i, spokojniej już, wyszła z sali, zamykając za sobą cicho drzwi. Profesor rozejrzał się po pomieszczeniu, by przypomnieć sobie, o czym mówił, zanim prefekt naczelna mu przerwała, a Ślizgoni w tym czasie jednomyślnie stwierdzili, że należy skonsultować się ze Starszymi, by wspólnie zrobić porządek z Opiekunem Slytherinu.
Albus Dumbledore, dotąd zadowolony z siebie, teraz siedział na jednym z foteli w pokoju nauczycielskim i z niepokojem obserwował klepsydrę przestawiającą punktację Gryffindoru. Mimo, że był już sam środek zajęć, Gryfoni nie stracili jeszcze żadnego punktu, a dyrektor pięć razy już sprawdził, czy aby na pewno mają eliksiry. Problem, który go teraz napawał obawą, kreował się w taki oto sposób – szósty rocznik Gryffindoru wraz z Ravenclaw, z pannami Weasley i Lovegood na czele, odbywał właśnie w tej chwili zajęcia z profesorem Snapem, a punków w ogóle nie ubywało, a nawet wręcz przeciwnie. Było to o tyle niepokojące, że przecież nie dalej jak dwie godziny wcześniej Severus wypadł jak burza z gabinetu Minerwy, krzycząc coś o pannie Granger w jego pracowni. Nie rozumiał, zatem, jak to się stało, że młodszy czarodziej był wyraźnie całkowicie spokojny i nie znalazł do tej pory żadnego pretekstu do odjęcia jakichkolwiek punktów. Chociaż, biorąc pod uwagę fakt, że na zajęciach znajdowała się między innymi panna Lovegood, coś takiego było zupełnie nie wykonalne.
Dyrektor doszedł wreszcie do wniosku, że kompletnie nic z tego nie rozumie. Dlatego też wstał z fotela, opuścił pokój nauczycielski i żwawym krokiem udał się do lochów, by chociaż spróbować zrozumieć.
Przed salą eliksirów zawahał się. Chciał odruchowo zapukać, ale w tak wyjątkowej sytuacji nie można postępować w sposób zwyczajny. Wziąwszy zatem głęboki oddech, otworzył z hukiem drzwi, wpadł do środka i załamał się.
- … mimo wszystko jednak uważam, że lazurki francuskie z reguły rzadko egzystują w naszym klimacie nadmorskim. Z tego, co się orientuję, są przyzwyczajone do wyższej temperatury południowej Francji, więc u nas mogłyby się raczej kiepsko czuć. Nie sądzisz, że… O, Albus! Wybacz, nie usłyszałem twojego pukania – powiedział spokojnie Severus, gdy w końcu zauważył zdębiałego dyrektora.
Albus z szokiem patrzył na ten niezwykły obrazek, w którym to mroczny Mistrz Eliksirów, w ciemnozielonej szacie i z uprzejmym uśmiechem na twarzy, siedział luźno na krześle po przeciwnej stronie ławki panny Lovegood i najwyraźniej prowadził z nią ożywioną dyskusję, a reszta uczniów zebrała się dookoła i z niedowierzaniem obserwowała rozwój wydarzeń.
- Severusie… - jęknął załamany Albus. – Coś ty znowu zrobił?
Mistrz Eliksirów zawahał się wyraźnie.
- Obawiam się, że nie bardzo wiem, o czym mówisz, Albusie…
- Czy ty w ogóle widzisz, co ty masz na sobie? Gdzieś ty, do diaska, znowu swój charakter zgubił?
- Albusie – zaczął ostrożnie młodszy czarodziej, podchodząc do niego powoli. – Nie uważasz, że ostatnio trochę za dużo pracujesz? – spytał tonem, którym winno się zwracać do osób niekontrolujących swoich zachowań i emocji i położył mu rękę na ramieniu. – Może idź do swojego gabinetu, wypij sobie gorącą herbatę z melisy i odpocznij trochę, dobrze? Jestem pewien, że wtedy poczujesz się dużo lepiej. Jakbyś chciał, to nawet sam mogę ci tę herbatę przyrządzić, żebyś nie musiał się przemęczać, szykując ją. – Albusa naszła nagle prostacka ochota, by gwizdnąć go z całej siły i zmazać mu z twarzy ten pokrzepiający uśmiech. Chciał już zaprotestować przeciwko radom Severusa, ale ten znów się odezwał. – Ja rozumiem, Albusie, martwisz się o Hogwart. Ale naprawdę nie masz powodu, my z Minerwą wszystkim się zajmiemy, a ty sobie spokojnie odpocznij. Panno Weasley, byłabyś tak miła i zaprowadziła dyrektora do jego gabinetu? Nie możemy przecież pozwolić, żeby nam zasłabł po drodze.
- Oczywiście, panie profesorze.
Gryfonka podeszła do Albusa z rozbawionym uśmieszkiem błąkającym jej się po ustach.
- Proszę pójść ze mną, dyrektorze – powiedziała stanowczo, chwytając go za łokieć.
- Ale… - próbował zaprotestować, jednak pociągnęła go w stronę drzwi.
- Spokojnie, Albusie, po zajęciach przyjdę zobaczyć, jak się czujesz, dobrze? – odezwał się Mistrz Eliksirów, uśmiechając się lekko.
Albus bardzo chciał się wyrwać uczennicy i mu najzwyczajniej w świecie przedzwonić, ale wiedział, że nie powinien tego robić przynajmniej przy uczniach, więc dał się wyprowadzić z sali.
- Na czym właściwie skończyliśmy, panno Lovegood? – Profesor Snape zwrócił się do Krukonki, gdy wychodzili.
Nie doszła ich już odpowiedź panny Lovegood, gdyż w chwili, gdy znaleźli się na korytarzu, Ginny Weasley starannie zamknęła drzwi. Zerknęła na dyrektora i wybuchła głośnym śmiechem. Albus skrzywił się lekko, ale uprzejmie postanowił to przeczekać. Domyślał się, że dziewczyna już od dłuższego czasu starała się usilnie powstrzymać ten wybuch.
- Mógłbym się dowiedzieć, co tak właściwie panią aż tak bawi? – zapytał spokojnie po kilku minutach.
- Niech się pan nie denerwuje, ale pańska mina – odpowiedziała, gdy wreszcie udało jej się powstrzymać jedną falę wesołości, lecz, gdy zerknęła znów na niego, zaraz opanowała ją kolejna.
Albus westchnął ciężko, spodziewając się właśnie takiej odpowiedzi. Z rezygnacją obrócił się na pięcie, by odejść do swojego gabinetu. Po kilku metrach młoda Gryfonka dogoniła go i towarzyszyła mu w dalszej drodze, chichocząc cicho pod nosem. Mniej więcej w połowie drogi Albus miał jej już serdecznie dość.
- Panno Weasley, o czym właściwie profesor Snape rozmawiał z panną Lovegood? – zapytał szybko, licząc na odwrócenie uwagi od przyczyn jej wesołości.
- A czy ja wiem? Luna znowu wymyśliła jakieś stwory, zaczęła o nich nawijać, a profesor to podchwycił i mamy gotową dyskusję – odparła, rozkładając z rezygnacją ręce.
Westchnął ponownie.
- Chyba będę musiał zapewnić pannie Lovegood jakaś ochronę, kiedy Severus wróci do siebie – mruknął pod nosem, zatrzymując się przed kamienną chimerą. – Panno Weasley, możesz spokojnie wracać na lekcję, poradzę już sobie sam.
- Dyrektorze, naprawdę muszę? – zapytała z miną przybitego psiaka. – Profesor niby jest taki trochę zabawny, jak się tak zachowuje, ale na dłuższą metę zbiera mi się na wymioty…
Albus spojrzał na nią, zaskoczony tymi prostymi, ale jakże trafnymi słowami. Szczerze mówiąc, jemu samemu robiło się niedobrze, jak za długo patrzył na ten przeklęty uprzejmy uśmiech na twarzy młodszego czarodzieja, który zwykł mordować ludzi wzrokiem.
- No dobrze, nie musisz, ale na kolejnych lekcjach masz być obecna, dobrze?
Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, podziękowała szybko i tyle ją widział. Pokręcił głową z lekkim rozbawieniem i wypowiedziawszy hasło: „KitKat" – ostatnio zaczął gustować w mugolskich słodyczach – ruszył w górę schodów, wracając myślami do Severusa i jego przykrego, dla wszystkich dookoła, problemu.
Draco Malfoy odchylił się w zamyśleniu w fotelu. Skończyła się właśnie specjalna narada Ślizgonów dotycząca dalszego postępowania w sprawie ich Opiekuna Domu. Dla nikogo nie była to łatwa sytuacja, ale dzięki znajomościom jednego z szóstorocznych istniała duża szansa na rozwiązanie problemu raz na zawsze. Wszystko miało się rozstrzygnąć dokładnie za dwie godziny – tuż po kolacji. Do tego czasu cały plan musiał być dopracowany we wszystkich szczegółach. W innym przypadku ich koniec mógłby nie nadawać do ogłoszenia światu.
Przeciągnął się i uśmiechnął cierpko słysząc strzykani w kręgosłupie. Za dużo czasu spędzasz nad książkami, stary – mruknął do siebie w myślach. – Jeszcze trochę, a zamienisz się w Granger – dodał, wzdrygając się lekko. Ostatnie, czego by chciał, to stać się drugą chodzącą encyklopedią. W końcu jeden leksykon wiedzy wszelakiej na nogach wystarczył, nieprawdaż?
- Roberto – zawołał idącego w jego kierunku chłopaka o iście hiszpańskiej urodzie. – Jak rozmowa?
- Wujek mówił, że będzie. Mamy się tylko postarać, żeby Szef, jak już wróci do siebie, nie zaczął od mordowania wszystkich dookoła.
- O to się nie martw, już wiem, co zrobić. Chociaż pewnie będę miał zagwarantowane wypruwanie flaków – mruknął Draco i kiwnąwszy głową młodszemu Ślizgonowi, wyszedł z pokoju wspólnego.
- Harry, jak ty mu właściwie przyłożyłeś?
- O co ci chodzi?
- O to, że jakoś dalej strzela tymi swoimi uśmiechami na prawo i lewo. Nie podoba mi się to.
- A myślisz, że mi się podoba? Sam widziałeś, jak oberwał.
- No wiem, ale dalej mnie to zastanawia. Mogłeś walnąć może trochę niżej…
- Wiesz co? Mam pomysł. Jak jesteś taki mądry, sam to zrobisz.
- Ja?
- A niby kto?
- Ale przecież on mnie zamorduje!
- A myślisz, że mnie nie? Przecież to ja go grzmotnąłem pierwszy.
- Ale to nie znaczy, że ja też muszę!
- Ron, nie rób z siebie mięczaka. Wystarczy porządny zamach.
- To czemu sam nie wziąłeś porządnego zamachu?
- Wziąłem! Ale na pewno przesunął głowę zanim uderzyłem.
- Jasne, może jeszcze ściągnął ją sobie z karku, a potem dla niepoznaki przyczepił ją sobie z powrotem, co?
- Ron, weź nie udawaj głupszego niż jesteś!
- O, odezwał się ten mądry, co to ma niesamowicie genialne pomysły!
- Pomysł jest dobry!
- Oczywiście. A to pewnie wina Snape'a, że się nie udał, co?
- No przecież nie moja!
- Pogódź się z tym, Harry, spartaczyłeś robotę.
- Nie, mam tego dość. Chodź, idziemy.
-Niby gdzie? Ej, nie ciągnij mnie!
- Mówiłem, jesteś taki mądry – sam to zrób.
- Pogrzało cię? Mówiłem, że tego nie zrobię!
- A co, tak bardzo tchórzysz?
- … Ja nie tchórzę…
- Nie nadajesz się na Gryfona.
- Sam się nie nadajesz! Gdzie masz tę pałkę?
Wracał właśnie z pokolacyjnej wizyty u Albusa, który okazał się być już w zadziwiająco dobrym stanie. Z chęcią częstował go tymi swoimi pysznymi cytrynowymi dropsami, oferował herbatę, ale bardzo szybko stwierdził, że czuje się jeszcze trochę słabo i woli się położyć. Nie mógł przecież męczyć dłużej starszego czarodzieja, więc skierował swoje kroki do własnych kwater. Gdy teraz kroczył już korytarzem w lochach, który był bardzo blisko jego gabinetu, niespodziewanie młody Malfoy zastąpił mu drogę.
- Witaj, Draco – uśmiechnął się do niego uprzejmie. – Nie powinieneś się teraz uczyć do OWUTEMów? W końcu zostało ci nie za dużo czasu, a nie chcemy, żebyś miał słabsze wyniki, nieprawdaż?
- Oczywiście. Nie martw się, dam sobie radę z egzaminami. Na razie jednak muszę się rozprawić z pewną przykrą sprawą… - dramatycznie zawiesił głos, wpatrując się z rezygnacją w podłogę.
- Mógłbym ci jakoś pomóc?
- Czy ja wiem? To dosyć skomplikowane…
- Nie martw się, razem na pewno znajdziemy rozwiązanie.
Położył pokrzepiająco rękę na ramieniu ucznia, który niespokojnie kręcił się w miejscu. W końcu jednak westchnął głębiej i ostrożnie spojrzał w oczy nauczyciela, który uśmiechnął się, by dodać mu otuchy.
- No… dobrze, może i mógłby pan pomóc… Ale wolałbym nie rozmawiać o tym na korytarzu.
- W takim razie zapraszam do mojego gabinetu.
- A nie moglibyśmy… nie wiem, porozmawiać w sali od eliksirów? Mniejsze szanse, że ktoś nas podsłucha – rzucił szybko Ślizgon, modląc się w duchu, żeby profesor się z nim zgodził.
Severus zastanowił się przez moment, po czym uśmiechnął szerzej.
- Jeśli tam będzie ci wygodniej wyrzucić to z siebie, to proszę bardzo, chodźmy.
Młody Malfoy w myślach odetchnął z ulgą. Ruszył powoli za Snapem, mając nadzieję, że reszta pójdzie równie gładko.
Kilka chwil później znaleźli się przed drzwiami klasy. Severus złapał klamkę i rozejrzał się, ze zdziwieniem zauważając, że Draco zatrzymał się dobre trzy metry od drzwi. Uniósł brew, ale zanim zdążył zapytać, o co chodzi, chłopak odezwał się szybko:
- Niech pan wchodzi, profesorze, ja się tylko szybko rozejrzę, czy nikt nas nie śledził.
- No dobrze, w takim razie poczekam na ciebie w sali – odparł Severus, uśmiechając się znów szerzej.
Nie obawiając się żadnego niebezpieczeństwa, wszedł do pomieszczenia. Zdążył przejść ledwie połowę długości sali, gdy poczuł się dziwnie senny. Po kilku kolejnych krokach jego mięśnie stały się dziwnie ociężałe. Ziewnął przeciągle i zaczął upadać, a mniej więcej w połowie lotu w dół, jego umysł odpłynął ku krainie Morfeusza.
