HL/WG – SH/JW

Odetchnął głęboko, nasłuchując przez chwilę. Powoli uchylił powieki, starając się, aby jego przebudzenie pozostało niezauważone. jedna z tych rzeczy, której nauczył się w tym przeklętym ośrodku odosobnienia. Tam każdy ruch śledziły kamery, choć czasem strażnicy również się fatygowali, zwłaszcza kiedy Chiltonowi nudziło się obserwowanie oszołomionych lekami pacjentów. Kiedy trzeba było ich z lekka poszturchać niczym ospałe zwierzęta w klatkach.

Czuł się słabo, jak przez mgłę przypominał sobie, co zaszło przez ostatnie dni. Na razie wolał jej nie rozwiewać.

Skrzypnęły lekko drwi i rozległ się stłumiony odgłos kroków zbliżających się do łóżka. Kobieta, sądząc po sposobie chodzenia.

— Możesz otworzyć oczy, moje dziecko. Jesteś w najbezpieczniejszym miejscu na ziemi.

Wielokrotnie próbowano przekonać, że nic mu nie grozi, on sam w to niemal parę razy naiwnie uwierzył, po czym się mocno rozczarował. Jednak coś było w tym głosie, że uchylił powieki i z trudem dźwignął na ręce, w nieporadnej próbie siadu. Mięśnie rąk, karku, pleców, brzucha i nóg drżały niekontrolowanie, jakby ciężko pracował fizycznie przez ostatnie dni, a nie dopiero co otworzył oczy. Był wykończony. Gdy tylko się podniósł, w momencie zaatakowały go zawroty głowy. Opadając na poduszkę, dostrzegł, że jest podłączony do kroplówki.

Tylko po co?

Co w niej jest?

Jak to wielokrotnie powtarzał swoim słuchaczom w Quantico, niewiedza jest błogosławieństwem, ale i przekleństwem zarazem.

— Nie wstawaj. Jesteś spragniony, a kroplówką się nie kłopocz, moje dziecko. Pozwól, że pomogę ci się napić. — Kobieta nie czekając na odpowiedź z jego strony, usiadła na brzegu łóżka, podsuwając mu do ust niewielkie naczynie z rurką. Próbował ująć je w dłoni, ale nie dał rady. Sapnął niezadowolony z tego faktu. Istotnie, chciało mu się pić. Chyba nie zdawał sobie do końca sprawy, jak bardzo.

Zwykła woda. Chłodna, lekko musująca, cudownie słodka i zarazem obojętna w smaku.

Starał się nie myśleć o swoim gościu. Zaskoczyło go, że kobieta w żadnym wypadku nie wysyłała niechętnych mu, czy po prostu wrogich sygnałów. Ciekawiło go czy wie, kim on jest i co tu robi.

Kobieta uśmiechnęła się łagodnie, obserwując go. Odgarnęła niesforne, wilgotne od potu kosmyki z czoła Willa, po czym odłożyła trzymane naczynie z wodą na szafkę nocną. Zdawała się powstrzymywać przed czymś. Miała ciepłe, delikatne palce, które musnęły jego policzek.

— Oczywiście, że wiem, drogi chłopcze. Długo czekałam, aby cię zobaczyć. Widzisz, niektórzy sądzą, że nie widzę tego, co próbują – nieudolnie – przede mną ukryć. Ale już dość o tym. Śpij. Sen to najlepsze dla ciebie lekarstwo. Koszmary cię tu nie dosięgną, Williamie. — Uśmiech dotarł wreszcie do jej oczu, a wzrok Willa omiótł szybko jej twarz. Wydała mu się naprawdę znajoma, ale nie pamiętał skąd. Nikt poza Hannibalem nie zwracał się do niego pełnym imieniem, z taką czułością. Nie wiedział też, dlaczego jej dotyk, ledwie muśnięcia, nie budził w nim instynktownej chęci ucieczki. — Będzie jeszcze czas na rozmowę. Śpij.

Wstała i poprawiła okrycie, a Will miał niejasne wrażenie, że w podobny sposób już ktoś to robił, całkiem niedawno. Chciał zapytać, kim ona jest, ale już jej nie było.

Zamknął oczy i odetchnął głęboko. Nawet ciche pikanie jakiegoś urządzenia, do którego był zapewne podłączony, nie burzyło tego przedziwnego spokoju, jaki go ogarnął.

Nie zastanawiał się, po co ktoś go tu ściągnął, zapewniając luksusy, o jakich nawet nie marzył ostatnimi czasy i nie martwiąc się, że Hannibal Lecter niebawem zapuka do drzwi. Bo tego był pewien. Jeszcze przed tą szopką z aresztowaniem, osadzeniem w ośrodku Chiltona, Hannibal wspominał o tęsknocie za Europą. Nie pamiętał dokładnie w jakim kontekście, ale wyraźnie psychiatra i zarazem morderca pragnął opuścić Amerykę. Już wtedy.

Teraz na pewno za nim podąży, znajdzie odpowiedni pretekst, aby bez wzbudzania podejrzeń opuścić bez żalu swoje życie w Baltimore. Za bardzo go do siebie dopuścił. Niestety umysł doktora Lectera, Rozpruwacza z Chesapeake był piekielnie zmyślną pułapką sam w sobie. Nie sposób było go opuścić, gdy się do niego zbliżyło. Wabił i pochłaniał niczym grząskie bagno

Will westchnął ciężko. Nie miał dość siły rozmyślać o Hannibalu i jego niewątpliwie niebezpiecznych zamierzeniach.

HL/WG – SH/JW

— John? John!

Sherlock Holmes westchnął ciężko. Potem podniósł wzrok znad kuchennego stołu zastawionego sprzętem potrzebnym mu do przeprowadzenia aktualnego doświadczenia, ale kolorowa karteczka przylepiona na stercie papierów po jego prawej stronie, powstrzymała dalsze daremne wołania.

„Idę na zakupy, zahaczę jeszcze o bibliotekę."

Detektyw przeczytał tę krótką notatkę po raz drugi i zmrużył oczy.

Biblioteka? Po co?

Przecież dysponowali całkiem rozległym zasobem rozmaitych pozycji, a te, których nie posiadali, mogli bez trudu zdobyć od Mycrofta.

Dzwonek do drzwi a potem bardzo zdeterminowane pukanie.

Sherlock podniósł się z westchnieniem, gdy dzwonek ponownie oderwał jego uwagę od obserwowanej reakcji chemicznej. Będzie musiał przeprowadzić ją ponownie.

Pani Hudson jak zwykle nie było, a na randkę z jej absztyfikantem zdecydowanie za wcześnie, więc chodziło o brydża ze znajomymi. Istotnie, przecież był czwartek i dochodziła szesnasta piętnaście.

O tej porze tylko jego szanowny brat może się dobijać. Uchylił drzwi wejściowe i usiadł w fotelu.

— Masz? — mruknął zamiast powitania.

Mycroft uśmiechnął się lekko, wręczając mu kopertę i sam spoczął naprzeciwko.

— Trzy ciekawe sprawy, prawda?

— Drogi braciszku, być może podróże za ocean ci nie służą, bo IQ ci drastycznie spada. — odparował Sherlock z paskudnym uśmiechem. — Dwie. Jak się drogi Will miewa? Wciąż wymaga nieustannej opieki?

Mycroft prychnął i wywrócił oczami w bardzo dyskretny sposób, rzecz jasna, ale dał upust swojej irytacji przytykami brata.

— Jest wdzięczniejszym pacjentem niż ty kiedykolwiek, to na pewno, braciszku.

Sherlock spojrzał na brata wyraźnie rozbawiony.

— Już zaczynasz nas dzielić. Ten porządny i ten sprawiający kłopoty. Oczywiście, ja jestem tym złym, zakałą rodziny… — powiedział detektyw leniwie, muskając palcami brzeg koperty, leżącej mu na kolanach. W jego oczach błysnęło coś, lecz niemal natychmiast zgasło.

— Jeśli masz zamiar użalać się nad sobą, mam ważniejsze sprawy na głowie, Sherlocku. Niepokojąca sytuacja na Bliskim Wschodzie…

— Nie zatrzymuję cię przecież.

Detektyw wstał i z kopertą w dłoni stanął przed kanapą. Spojrzał na kilka nowych zdjęć i kserokopii przyczepionych parę godzin wcześniej i w tym samym momencie coś zrozumiał. To, co uznał za ledwie rozgrzewkę przed sprawą, którą Lestrade miał mu dostarczyć, okazało się czymś zupełnie innym.

— Ale ze mnie głupiec! — warknął wściekły na siebie.

— Dla mnie to żadna nowość, braciszku, ale zdradź mi, co spowodowało tę straszną samokrytykę? Umieram wprost z ciekawości.

Sherlock posłał mu znaczące spojrzenie i zaciął usta.

HL/WG – SH/JW

Dom był niemal gotowy i wyposażony we wszystko o co poprosił. Aranżacją obszernej piwnicy zajmie się sam wedle uznania w późniejszym terminie, aby nie wzbudzać dodatkowego zainteresowania. I tak będzie Dom był wiekowy, ale poprzedni właściciele przysposobili go do wygód współczesnego świata, łącząc urok minionych epok z praktycznością obecnych czasów. Rezydencja w spokojnej okolicy, gdzie zgiełk miasta jeszcze nie dotarł, otoczona i odgrodzona od sąsiedztwa młodym zagajnikiem przypomniała Hannibalowi dom Willa w Wolf Trap. Na pewno nie będzie tak odizolowany, ale nikt niepożądany nie powinien go niepokoić.

Zresztą, zapewne już jego obserwatorzy o to zadbają, żeby mu nikt nie przeszkadzał. Mycroftowi Holmesowi będzie najpewniej zależeć na tym, aby uchronić niewinnych obywateli przed spotkaniem z kimś takim jak on.

Uśmiechnął się, myśląc, jak może przebiegać jego pierwsze spotkanie z Mycroftem Holmesem, który niewątpliwie był kimś, kto dbał o bezpieczeństwo swojej rodziny, a sądząc po kilku uwagach na niezwykle interesującym blogu doktora Johna Watsona, to ta dbałość i troska o brata ocierała się o obsesję.

Hannibal westchnął, przymykając na chwilę oczy.

Doskonale to rozumiał. Troska o Willa również budziła w nim podobne emocje. Zdawał sobie sprawę, że jego ostatnie działania wobec empaty można było odebrać w bardzo niekorzystnym świetle. Niestety zapewne i sam Will Graham uznał je za odtrącenie.
Tego akurat Hannibal nie przewidział. Ani tego, że Chilton potraktuje Willa w ten sposób. Ten brak profesjonalności i nadużywanie stanowiska wymagał odpowiedniej reakcji. W pierwszej chwili chciał zabrać Chiltona ze sobą, ale w tej chwili jego zniknięcie mogło sprowadzić tylko pewne komplikacje, więc postanowił zrobić inaczej – niech się Mycroft Holmes nim zajmie. Być może przyjmie ten powitalny podarek i uzna jego za gest dobrej woli.

Sięgnął po swoje notatki z rozmów z Willem. Wyłaniał się z nich ktoś, kto go zaintrygował na nowo, nie jako obiekt badawczy, a interlokutor i wspaniały, niezwykle oddany słuchacz. Empatia w swojej najczystszej postaci nie grała tu pierwszych skrzydeł. Niewiedzę nadrabiał ogromną inteligencją i chęcią poznania. Dobrze pamiętał twarz Grahama, gdy wspomniał o Włoszech, Florencji. O malarstwie i muzyce.

Bez tych rozmów czuł się osamotniony, inni ludzie wypełniali jedynie tło, nawet ostatnie, wyjątkowo udane spektakle operowe nie dawały tej satysfakcji, co zwykle.

Gdyby tylko mógł cofnąć czas i popchnąć pewne sytuacje w innym kierunku. Dawno się przekonał, że gdybanie i rozważanie tego, co się stało, nie mają sensu.

Przygotowywał wszystko ostrożnie, choć perspektywa znalezienia się w Londynie i niewątpliwie spotkania Holmesów sprawiała, że stawał się niecierpliwy. Potrafił jednak okiełznać własne pragnienia i nakazać sobie działanie wedle ustalonego planu.

HL/WG – SH/JW.

Drogi Hannibalu,

O ile przeczytasz tę wiadomość przed piątym, w co szczerze wątpię, będziesz miał jeszcze okazję mi naurągać… choć może to złe słowo. Bo ty dbasz o pozory, dobre maniery ponad wszystko. Ale taka prawda. Wszystko mi o tym przypomina, a zwłaszcza ja sam. Moje myśli. Sny i urojenia. Do tej pory nie jestem pewny, co jest prawdą, a co nie.

Jedynie ty zdajesz się być stałą w tym przeklętym równaniu, niezależnie od tego, jak jesteś nazywany. Masz wiele imion, masek, wiem, że tak jest. Często trudno je dostrzec, nawet mnie. A przecież ja powinienem to zauważyć pierwszy. Empatia zobowiązuje, jak usłyszałem od Jacka. Zdolność do wkradania się do umysłów kryminalistów również.

Hannibal Lecter, uznany lekarz, szanowany przez wszystkich obywatel pomagający FBI w trudnych śledztwach i użyczający swojej obszernej wiedzy, aby łapać najgroźniejszych przestępców, morderców.

Cień w mojej głowie. Jeden z wielu.

Tak jak i Rozpruwacz z Chesapeake, jeden z pięciu najkrwawszych, seryjnych morderców obecnie terroryzujących Amerykę, zamieniający swoje ofiary w przerażające i wysublimowane zarazem dzieła sztuki. Kanibal, żywiący się wyselekcjonowanymi i pieczołowicie przygotowanymi organami, bądź częściami ciała danej ofiary.

Miałem go odnaleźć, schwytać, a to on dopadł mnie pierwszy.

Byłem zbyt nierozważny.

Nie tak jak ty.

Znawca i miłośnik sztuki, bywalec teatru, opery. Ktoś, kto w obecnych czasach wciąż zachował umiejętność kaligrafii i używa jej na co dzień. Nie tylko kaligrafii. Widziałem część z twoich rysunków, są zjawiskowe, a ty nazwałeś je jedynie marnymi szkicami. Czasami się zastanawiam, czy perfekcja to twoja obsesja, czy wystarczy, że czegoś dotkniesz, a wychodzi idealnie.

Utalentowany w każdym calu i niezależnie od tego, czym się zajmujesz. Wkładasz w to całe swoje serce. Biada tym, którzy tego nie docenią.

Żądny poklasku, a zarazem ciężko pracujący na uznanie wielki artysta w każdym calu.

Pewnie się uśmiechasz, czytając powyższe słowa, bo chcąc nie chcąc łechtam twoje ego komplementami. Mają jednak poparcie w tym, co inni określiliby jako rzeczywistość.

Ja nie doceniłem twoich wysiłków i płacę za to wysoką cenę. Nie zamierzam się użalać nad sobą, nigdy nie znosiłem samoumartwiania się w ten sposób. Domagania się czyjejś uwagi i pocieszenia.

To nie dla mnie.

Ale jedno ci powiem, Hannibalu. Nie żałuję, choć boli jak jasna cholera. Wybacz mi to mało cenzuralne określenie, ale tak boli. Fizycznie rana się może zamknąć, zabliźnić, blizna z czasem przestanie być tak widoczna. Może to przez to, że przyzwyczaję się do jej obecności i nie będzie mi już tak bardzo przeszkadzać. Ale ból emocjonalny pozostanie o wiele dłużej, jego intensywności nie zmienią upływające tygodnie i miesiące.

Zastanawiam się, czemu nie zrobiłeś tego, co podpowiadało ci doświadczenie, skoro miałeś tyle okazji. Wielokrotnie widziałeś mnie w stanie, w którym to musiało być dla ciebie łatwiejsze od pstryknięcia palcami. Nikt by cię nawet nie podejrzewał o nic. Zwłaszcza przy twoim doświadczeniu w tym względzie. Wiem, potrafię zrozumieć twoje pobudki, czemu się powstrzymałeś, ale nadal nie potrafię przejść do porządku dziennego nad faktem, że jestem dla ciebie ważny, choć dziwnie mi to okazywałeś.

Ufałem ci, nadal ufam, choć nie powinienem. A jednak zabrzmi to jak z durnego romansu, bo nawet w tej chwili nie potrafię przestać myśleć o tobie jak o jednym z najbliższych mi ludzi.

Jestem taki zmęczony. Gonitwą za duchami, za tym, co nieosiągane. Tym, co wymyka się spomiędzy moich palców, gdy tylko mam wrażenie, że wreszcie to pochwycę. Oczekiwaniami FBI, bym zanurzał się w cudzych umysłach na żądanie i dawał proste, jednoznaczne, konkretne wskazówki dotyczące podejrzanego i popełnionej zbrodni. A potem powtarzał tę sztuczkę tak długo i często, aż się nie znudzi. Zwłaszcza teraz, kiedy uznali mnie za jedno z dziwadeł Chiltona.

Wiem, miałem nie użalać się nad sobą. Choć nie. Nie użalam się. Jedynie korzystam z okazji, żeby opisać myśli. Póki mogę.

Może to moja ostatnia możliwość, aby skorzystać z twoich usług jako wysokiej klasy specjalisty, Hannibalu. Chciałbym w końcu zasnąć bez konieczności oglądania tego wszystkiego, co ciąży mi pod powiekami. Bez strachu przed koszmarami, bez niepewności, że nieświadomie kogoś skrzywdzę, zranię i nawet nie będę wiedział kogo, ani w jakich okolicznościach.

Zastanawiam się, czy spełniłbyś moje ostatnie życzenie, gdybym cię poprosił, wszak lubisz prośby. Zapewne najpierw musiałbym coś dla ciebie zrobić.

Tylko czego byś oczekiwał?

Jaka by była zapłata za uwolnienie mnie od przeklętej egzystencji, od tego nurzania się w ludzkich potwornościach, od nieznośnej samotności i bólu.

Sam nie wiem, czy to moja samotność, czy sprawców. Nasze byty zbyt mocno się przenikają. Poza tobą i psami nie mam nikogo bliskiego. Jestem sam i za jedyne towarzystwo mam myśli i fragmentaryczne osobowości poszczególnych przestępców, których analizowałem. Wybacz, jeśli sąsiedztwo moich czworonogów cię ubodło, ale tak jest prawda w tym przypadku. Moje psiaki są dla mnie rodziną, podobnie jak ty.

Niezależnie od ironii, bo ja swoją rodzinę wybrałem… Nawet teraz, wiedząc to, co wiem, wybrałbym tak samo.

Cóż… Pamiętasz nasze rozmowy i ćwiczenia mentalne, które mi zadawałeś? Mam jedno dla ciebie. Zdaję sobie sprawę, że znowu połechtam twoje ego i wyobraźnię, ale nurtuje mnie następujące pytanie:

Jak byś zakończył moje życie? Czy wyduszałbyś je ze mnie po trosze, delektując się sytuacją, czy też zrobiłbyś to w miarę szybko?

Co dla ciebie znaczy w miarę szybko?

Umierałbym w cierpieniu? Świadomy swojej agonii i walczący o każdy oddech? A może zadbałbyś, aby oszczędzić mi tej świadomości?

Sam nie wiem, którą opcję bym wolał tak naprawdę. Obie są niezwykle kuszące i jak pierwsza pozwoliłaby mi poznać i dostrzec to wszystko, czego nie widziałem do tej pory jako śledczy FBI, to w drugim przypadku okazałbyś się niemal czuły i łagodny.

To chyba jest oksymoron, o ile dobrze ze szkoły pamiętam.

Złamałbyś dla mnie swoje zasady i okazałbyś serce?

Marzenie ściętej głowy. I to dosłownie.

Niemal widzę, jak się uśmiechasz, czytając te słowa. Z drugiej strony wiem, że potrafisz taki być mimo buzującego w tobie nieposkromionego żywiołu, który ujarzmiłeś i skryłeś pod maską uprzejmości.

Wiele można o tobie powiedzieć, ale nie jesteś romantykiem. Dobrze o tym wiem. Twoje życie i straty jakie poniosłeś od wczesnych lat życia, dosyć brutalnie nauczyły cię twardo choć miękko i cicho stąpać po ziemi.

Niczym samotny drapieżnik.

Wybacz, ale właśnie zobaczyłem oczami wyobraźni twoje potencjalnie zwierzęce alter ego. Jednego z wielkich kotów. Szybki, inteligentny, niebezpieczny. Piekielnie cierpliwy. Czyhający w ukryciu długie tygodnie, nim ruszy do ataku. Zabójczy i piękny. Krwawy, a jednocześnie zadziwiająco delikatny.

Śmiej się i szydź z moich żałosnych metafor, proszę uprzejmie. Zapewne nie usłyszę tego na własne uszy, jesteś na to zbyt dobrze wychowany i nieco staroświecki, co w tym przypadku wcale nie jest przytykiem. Gdyby inni mieli tę samą dbałość o zachowanie pozorów i nienaganne maniery, świat byłby przyjemniejszym miejscem.

Nie wiem, czy się ucieszysz, czy też nie, nieważne. Zdecydowałem.

Po raz pierwszy od wielu lat zdecydowałem o sobie. Nie chcę przynudzać, ale z racji tego, że wciąż uważam cię za przyjaciela…

Chcę wreszcie odpocząć. Zasnąć i nie śnić koszmarów.

A jedyny na to sposób jest taki, jaki pewnie przychodzi ci teraz do głowy.

Z tego powodu padły moje wcześniejsze pytania.

Niestety będę musiał sam sobie z tym poradzić.

W tej chwili pewnie sporo straciłem w twoich oczach. Stałem się niegodny, jak cała reszta głupiej tłuszczy, ale mnie jest wszystko jedno.

Uwierz mi, że dłużej nie jestem w stanie ciągnąć tego ogromnego ciężaru sam. A nikt nie może mi pomóc, nie jest na tyle silny, odważny. Ty odwagę cenisz, choć bywa, że kryje się za nią głupota, której nie trawisz na równi z brakiem dobrych manier.

Chyba jestem głupi, bo wciąż mam durną nadzieję. Sam nie wiem na co.

Nie, nie proszę cię o zrozumienie, bo sam jestem daleki od pojęcia prawdziwych motywów własnego postępowania.

Być może uda mi się…

HL/WG – SH/JW

Hannibal patrzył na kartki wyrwane ze swojego notesu wypełnione pośpiesznym, nie do końca wyraźnym, bardzo drobnym charakterem pisma. Sprzątając gabinet, znalazł je całkiem niedawno.

Empatia Willa Grahama wciąż go zaskakiwała. Spodziewał się czegoś innego. Na pewno wściekłości, gniewu. Nie miał jeszcze okazji doświadczyć bezpośredniej agresji ze strony byłego agenta, być może jeszcze się tego doczeka.

Pytanie, a może bardziej prośba skierowane niemal wprost do Rozpruwacza istotnie połechtało jego ego i dało do myślenia. Nad tym nigdy się nie zastanawiał do końca.

Z drugiej strony czyżby istotnie Will Graham myślał o śmierci, czy coś się za tym kryło?

Przeczytał ponownie list i uśmiechnął się. Empata nawet teraz nie pozwalał mu się nudzić i był mu za to niepomiernie wdzięczny. Do konferencji w Londynie zostało tak niewiele, ledwie parę dni.

Nalał sobie trunku do szklaneczki i usiadł przy zapalonym kominku, fantazjując na temat ostatnich chwil Willa Grahama.