Jesień

Mama czuje się trochę lepiej, ale nadal jest smutna. Wznawiamy lekcje. Uczę się o wilkołakach, wampirach i animagach. Wilkołaki są dla mnie odrażające. Nie przepadam za zwierzętami, nigdy nie będę chciał być animagiem. Po lekcjach udaję się na "swój " śmietnik koło marketu. Można tam znaleźć przeterminowane puszki z mięsem, pieczywo, płatki, mleko. Idę powoli i zatrzymuję się nieopodal. Kurwa, coś jest nie tak, myślę. I faktycznie, zza śmietnika i pobliskich domów wychodzi banda kulawego Johna. Cofam się trochę aby nie dać się okrążyć. Och, jak gardzę mugolami za ten ich tupet, pewność siebie i ten śmieszny brak mocy, bezradność wobec najprostszego zaklęcia.

- Co kurwa Snape, strach obleciał?- Drwi ze mnie kulawy John.

- Nie pieprz John, zabieraj ferajnę i spadajcie.

Kilku mugoli w różnym wieku... Starszych i młodszych ode mnie. Nie realizują obowiązku szkolnego. Ciekawe, jak im się to udaje bez Oblivate? Ojciec Johna chleje razem z moim. Przed kilkoma laty stracił pracę. Z tego co wiem, matka John,a też pije. John i jego młodszy brat mają ciężkie życie.

- Będziesz inaczej śpiewał, jak cię pogłaszczę kosą, - cedzi przez zęby John.

Kurwa, teren taki, że nie ma czym rzucić. Muszę ich poranić ale tak, żeby mogli uciec, bo jak nie to narobią krzyku, zlecą się ludzie, przyjedzie policja, pogotowie i nie dobiorę się do śmietnika... A jestem cholernie głodny... No i nie może mnie widzieć zbyt wielu mugoli bo mama wszystkich nie zoblivatuje. Spluwam przez zaciśnięte zęby i wycofuję się jeszcze trochę do tyłu.

- Ty? Z twoim celem nie trafisz w dupę słonia, - drażnię go.

Koncentruję się i dokładnie, beznamiętnie, obserwuję teren. Ułamek sekundy i nóż leci w moją stronę. John jest cholernie szybki, jego ruch jest prawie niezauważalny, ale ja jestem szybszy. Błyskawicznie uchylam się, wzrokiem przechwytuję nóż i lewitując go walę w nogę próbującego zajść mnie od tyłu mugola. Krzyk wzmaga we mnie agresję i moją magię, w jakiś dziwny sposób podnieca mnie. Magią rozrywam zamknięcie śmietnika i metalowymi skrzydłami walę w Johna i jego dwóch kamratów. Powoli podchodzę obserwując piątego, młodszego ode mnie chłopaka, ale wszyscy uciekają. Lewituję jedzenie: karton przeterminowanego mleka, puszkę mięsa, chleb, ukrywam to wszystko pod peleryną i szybko odchodzę. Idę na drugą stronę rzeki do parku, gdzie spokojnie jem lunch. Nie obawiam się, że spotkam Lily bo jest w szkole. Widujemy się teraz rzadziej, zwykle w weekendy, bo Lily późno przyjeżdża ze szkoły i musi się uczyć. Ja też dużo się uczę. Oprócz tego, co przerabiam z mamą, czytam książki o eliksirach i dużo o czarnej magii, zaklęciach, urokach. Czytając marzę o tym, jakich to zaklęć użyję na bandach mugoli z Cokeworth. Coraz więcej jest ich na ulicach bo młyn plajtuje. Nienawidzę ich. Gdyby tylko te głupie Ministerstwo zezwoliło na polowania na mugoli...

Wałęsam się po mieście, mugole mają przerwę na lunch, jest tłoczno. Jakiemuś idącemu przede mną frajerowi portfel wystaje z tylnej kieszeni i aż się prosi. Wpatruję się w portfel, rozchylam pelerynę i portfel ląduje w mojej kieszeni. Powoli wycofuję się i idę do parku. Rozglądam się, czy nikogo nie ma w pobliżu i szybko przeglądam portfel trzymając go przez materiał szaty. Biorę pieniądze, tylko tyle żeby wystarczyło dzisiaj na jedzenie, resztę owijam w papier i wkładam do dziupli. Portfel dyskretnie wyrzucam na śmietnik. Odwiedzam kilka tanich jadłodajni i najadam się do syta. Gdy wolnym krokiem wracam na Spinner,s End, jest już ciemno. Przechodząc obok domu Lily widzę zapalone światło w jej pokoju na piętrze. Lily się uczy, po chwili do pokoju wchodzi jej mama, śmieją się z czegoś, chyba żartują. Mama wychodzi i zwalczam pokusę, żeby kamykiem zapukać w okno. Przechodzę przez mostek na rzece i kieruję się w stronę domu. Gdy mijam knajpę w której zwykle pije mój ojciec, z wnętrza wytacza się jakiś wściekły, pijany mugol i chwyta mnie za ramię.

- Co jest, kurwa - wrzeszczę i wyrywam się.

Poznaję go, to stary Johna i Bartiego.

-Ty gówniane ścierwo,- słyszę.- Omal nie zabiłeś nożem mojego syna! Nóż uszkodził mu tętnicę, jest w szpitalu, wykrwawił się prawie na śmierć. Zapłacisz za to, już się nie wymigasz.

W pierwszej chwili nie wiem o co chodzi, chyba ten chłopak który próbował zajść mnie od tyłu i oberwał kosą to był młodszy brat Johna, myślę szybko.

- Nie mam żadnego noża i nigdy nie miałem, - wrzeszczę, - to nóż Johna, to on rzucił we mnie ale nie trafił! Zaatakowali mnie całą bandą, Barty podchodził z boku, mówiłem John,owi żeby nie rzucał, bo nie trafi!

Z knajpy wychodzi mój ojciec. Śmierdzi piwem.

-Zostaw go Jack,- warczy, -chłopak nie ma żadnego noża, jutro na policji się wyjaśni.

Ojciec chwyta mnie za ramię i ciągnie do domu. Jak dobrze, że nie mam przy sobie kradzionych pieniędzy, bo to by jeszcze pogorszyło sprawę. W domu stary rzuca mnie na fotel i żąda wyjaśnień.

-Ja naprawdę nie dotykałem tego noża i to nie był mój nóż,- mówię.- John rzucił we mnie, ale trafił w brata.

Rodzice w milczeniu patrzą na mnie, są poważni.

-Dużo osób to widziało,- informuje mnie ojciec.

-Czy naprawdę nie dotykałeś tego noża?- Pyta mama.

-Nie dotykałem,- mówię.

Czuję, że mama przeczesuje mój umysł w poszukiwaniu prawdy. To jest bardzo nieprzyjemne.

-Nie rób tak!- Przerywam kontakt wzrokowy.

-Mam nadzieję, że mówisz prawdę, bo inaczej będziesz miał poważne kłopoty. Jeżeli kłamiesz, to lepiej dla ciebie byłoby dzisiaj wyjechać.

-Nie kłamię,- mówię rozdrażniony.- Nie dotykałem tego noża.

-Jutro o dziesiątej mam się z nim zgłosić na policji, - informuje nas ojciec.

Zasypiam niespokojny. Nie chcę ukrywać się na Pokątnej u cioci, ale też nie chcę być zabrany do mugolskiego poprawczaka. Wstaję wcześnie rano, myję się (a Merlin świadkiem, że rzadko chce mi się umyć), ojciec też się myje, wkłada czyste ubranie i po śniadaniu idziemy na posterunek. Składam wyjaśnienia, mówię że to nie jest mój nóż, że nawet go nie dotykałem, że John ze swoją bandą mnie zaczepili, John rzucił nożem ale nie trafił we mnie. Sympatyczna policjantka pobiera odciski ze wszystkich moich palców. Czekamy na korytarzu. Po godzinie jesteśmy znowu proszeni i okazuje się, że nie ma moich odcisków na pieprzonym nożu. Zeznania mugoli też są korzystne dla mnie, wiele ludzi słyszało jak krzyczeliśmy do siebie, jak John groził mi kosą a ja drwiłem z jego precyzji. Puszczają mnie wolno i jestem oczyszczony z zarzutów. Idę do parku bo mama jest zdenerwowana i dzisiaj nie będzie lekcji. Siadam na ławce i dyskretnie obserwuję, czy jestem sam, czy nie wlecze się za mną "ogon". Podchodzę do drzewa, staję bokiem, jedną ręką wyciągam kutasa i odlewam się, a drugą wyciągam z dziupli pieniądze. Odchodzę kilka kroków i od niechcenia rozglądam się. Nikt mnie nie obserwuje. Rozdzielam pieniądze, te "na dzisiaj" wkładam do zewnętrznej kieszeni peleryny, pozostałą część ukrywam w jednej z wewnętrznych kieszeni, głęboko pod żabim skrzekiem. Wolnym krokiem idę do centrum, kupuję jedzenie i kieruję się w stronę domu Lily. Jem po drodze. Lily dziś wcześnie skończyła lekcje, jest piątek. Wzrokiem lewituję kamyk delikatnie uderzając w jej okno. Widzę jak Lily uśmiecha się, wychodzi z pokoju, po chwili otwiera drzwi i zaprasza mnie do środka.

-Cześć, - mówię. - Pójdziemy na lody? Ja stawiam. Dostałem trochę pieniędzy do cioci Alicji, - gładko kłamię.

-Cześć,- odpowiada Lily, - dobrze.

Mówię -dzień dobry- pani Evans i wychodzimy z Lily do lodziarni. Kupuję dwie duże porcje lodów. Lily ślicznie wygląda w ciemnozielonej bluzce, z burzą kasztanowych włosów. Jej zielone oczy uśmiechają się do mnie, gdy mówi co było w szkole. Opowiadam Lily o eliksirze który będę warzyć i o tym, że nazbierałem żabiego skrzeku. Lily też chce warzyć, więc umawiamy się na niedzielne popołudnie. Idziemy do parku, pokazuję jej jak się zbiera żabi skrzek do eliksirów, zrywamy jemiołę i trochę liści bluszczu. Robi się ciemno i odprowadzam Lily do domu. Idąc, szuramy nogami po opadłych liściach unosząc je naszą magią ku górze... Jakby wokół nas wiał silny wiatr.

xxx

Na drugi dzień, rano, siedzę w kuchni i czytam na głos baśń Beedle,a o trzech braciach. Na poniedziałek mam napisać streszczenie z tego opowiadania. Mama przepytuje mnie z eliksirów i opowiada o księżycach Jowisza. Rodzice są nieco wytrąceni z równowagi, ojciec nerwowo chodzi po domu, a mama żąda wyjaśnień o co tak naprawdę mi poszło z mugolami. Niechętnie tłumaczę, że nie chcieli mnie dopuścić do śmietnika, tego za marketem gdzie zwykle można znaleźć jakieś jedzenie w puszkach. Mama denerwuje się jeszcze bardziej, mówi żebym tam nie chodził, bo to się źle dla mnie skończy. To niby gdzie, kurwa, mam iść jak jestem głodny, myślę wściekły, kradzież jest bardziej niebezpieczna niż grzebanie po śmietnikach, można szybciej wpaść w kłopoty. Dzisiaj po raz pierwszy od wizyty cioci jest w domu obiad. Pogoda robi się deszczowa, więc pytam czy mógłbym w niedzielę przyprowadzić koleżankę, bo chcemy razem warzyć. Mama przypatruje mi się uważnie, ta... Miętosi w ustach jakieś słowo... Mugolaczka mówi wreszcie ale jestem pewny, że nie tego słowa chciała użyć.

-Tak, - odpowiadam, - ma na imię Lily i mieszka za rzeką.